Goniec

Register Login

SpaleNI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (10)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

AntczakWojciech        Otóż, mam dla pana zadanie, panie poruczniku, a właściwie misję do spełnienia. Chodzi o dostarczenie Komendzie Głównej dokumentów przygotowanych przez „dwójkę”, które dziś właśnie otrzymałem, a dotyczą niemieckich planów względem Ochoty i Woli na najbliższe dni, więc czas dostarczenia odgrywa tu bardzo dużą rolę, ponadto zabrałby pan, przy okazji, listę przedstawionych do odznaczenia oraz propozycje awansu z całego pułku. To nie będzie ciężkie. Płaski, aluminiowy pojemnik wielkości neseseru. Dostarczy pan to panu pułkownikowi „Jastrzębcowi”, szefowi Oddziału VI Komendy Głównej. Sprawa jest dość pilna, jeśli chodzi o niemieckie zamierzenia, a z awansami można by, co prawda, jeszcze poczekać, niemniej, ze względu na podtrzymanie wysokiego morale żołnierza, wolałbym, aby i to zostało doręczone dowództwu, także jak najprędzej – mówił major, z trudem opanowując zmęczenie i senność. 

        – Chciałbym, żeby wyruszył pan jeszcze przed świtem. Przesyłka, jak już wspomniałem, ma trafić do rąk własnych pana pułkownika „Jastrzębca”. Gdyby jednak okazało się to niewykonalne, to proszę przekazać te materiały któremuś z oficerów Komendy, najlepiej najwyższemu rangą. W najgorszym zaś wypadku, gdyby nie udało się panu tej poczty dostarczyć, zabezpieczy ją pan, zakopując w miejscu przez siebie wybranym, tak aby po zakończeniu działań wojennych można ją było odzyskać, a o miejscu ukrycia powiadomi pan mnie przez łącznika. Nie muszę panu przypominać, że te materiały w żadnym wypadku nie mogą się dostać w niepowołane ręce...

        – Oczywiście, panie majorze.

        – Dobierze pan sobie trzech ludzi. Otrzymacie broń, zaopatrzenie i pójdziecie na Wolę, na ulicę Dzielną 72, do fabryki mebli Kamlera. Tam obecnie kwateruje Komenda Główna, chyba że w międzyczasie zmieniliby miejsce... Nigdy nie wiadomo. Najpóźniej za godzinę proszę mi przedstawić trzech kandydatów najlepiej nadających się do tej wyprawy z panem porucznikiem, a kiedy będziecie panowie już gotowi, pójdziecie na miejsce odprawy mieszczące się niedaleko stąd, przy Łowickiej. Tam otrzyma pan dalsze, szczegółowe instrukcje, broń, dokumenty i przepustki wraz z moim listem polecającym... Aha, jeszcze jedno! Proszę unikać jakichkolwiek potyczek z nieprzyjacielem. Tylko w ostateczności! To wszystko, panie poruczniku. Czy są jakieś pytania?

        – Melduję, że nie, panie majorze.

        – Zapomniałem zapytać, jak tam pański pluton? Jak duże są straty?

        – Piętnastu poległych i dziewięciu rannych, w tym kilku bardzo ciężko...

        – Nie udało się, wiem... Cholerne „Basy”. Te koszary są nie do zdobycia i to samo ze szkołą przy Różanej. Prawie cała jedna kompania „Olzy” wybita w pień!... Ale, zaraz przed pańskim przyjściem tutaj, dostałem dobrą wiadomość. Przy Woronicza chłopcy zdobyli koszary, przechwycili od Niemców panzerschrek wraz z pociskami, a także sporo innej broni... Jak na razie, to jedyna dobra wiadomość – powiedział, zamyślając się na chwilę. – No cóż, nie zatrzymuję pana, życzę panu powodzenia, panie poruczniku.

        – Dziękuję, panie majorze.

XI

        W ich celi było już i tak bardzo ciasno, a zrobiło się jeszcze ciaśniej po przybyciu dwóch nowych, którzy przez pierwsze kilka godzin milczeli, patrzyli na resztę spode łba i dopiero po jakimś czasie jeden z nich nieco się ożywił i zaczął od zadawania pytań, co z miejsca wzbudziło nieufność reszty więźniów. Nawet „Romcio”, tak zazwyczaj ufny w stosunku do prawie każdego, nie wytrzymał w pewnym momencie i na pytanie „za co siedzi” odpowiedział bez namysłu, że jak „panocek jest ciekawy, to niech se wsadzi nos do kawy”, i zaczął się głośno śmiać ukontentowany własnym dowcipem, co mimo woli rozweseliło pozostałych.

        – A jak pańska sytuacja, panie kapitanie? – odezwał się nagle major Skaliński. – Jakie pan ma szanse na wydostanie się z tego „magla”?

        – To pan nie wie? – zapytał zdziwiony kapitan „Żar”. – Jestem już po wyroku. Kulka – powiedział, przykładając dwa palce do skroni. – Niedawno zrobili mi proces „kiblowy”...

        – Domyślam się, że za szpiegostwo...

        – Nie, akurat nie za szpiegostwo, ale za „działalność wywrotową na szkodę Państwa Polskiego”. Ja, polski oficer, działałem na szkodę Polski! Dobre sobie! Ja, który... Szkoda słów! Od dawna ich podejrzewałem, a teraz już wiem z całą pewnością, o co im chodzi... O fizyczne wyniszczenie nas, nie tylko oficerów, ale wszystkich nas, Polaków. Jak Boga kocham, wiem, mam na to niepodważalne dowody, że oni chcą nas wszystkich... którzy w jakikolwiek tylko sposób mogliby im przeszkodzić w realizacji ich diabelskiego planu, oni nas wszystkich – mówił, wpadając w histerię – chcą, psiakrew, strzałem w tył głowy, jak to zrobili z innymi naszymi oficerami w Katyniu i nie tylko tam, psiakrew!! – krzyczał coraz głośniej.

        – Spokojnie, panie kapitanie, niech się pan uspokoi, na litość Boga, proszę pana! – odezwał się hrabia Kwilecki, jak zawsze wystraszony. – To już i tak nic nie da, naprawdę! Ma pan jeszcze ostatnią szansę, tylko apelować, prosić o łaskę!

        – Nigdy, panie hrabio! To byłby dyshonor, prosić tych bandziorów o łaskę, o litość!

        – Ależ tu chodzi o życie, panie kapitanie!

        – Czy pan nie rozumie, że czasami honor, podkreślam honor, panie hrabio, znaczy więcej niż nawet własne życie?!

        – A ja uważam, że w tej właśnie sytuacji honor ma niewielkie znaczenie. Ja się napatrzyłem jeszcze w Wilkiszkach, do czego oni są zdolni, w dwudziestym roku, a później po siedemnastym września trzydziestego dziewiątego roku, no i teraz... Panie kapitanie, o jakim honorze pan mówi? Wobec kogo? Wobec nich, którzy są niczym dawni Mongołowie, Tatarzy... Po prostu azjatycką zarazą, niczym dżuma, albo trąd... Są po prostu złem, żeby tylko zwyczajnym złem! Oni są kwintesencją samego zła! A pan mówi o jakimś honorze! My za wszelką cenę musimy ocalić swoje życie! Po tym wszystkim co z nami zrobili i jedni, i drudzy. Za wszelką cenę ocalić swoje życie! Rozumie pan, panie kapitanie?!

        – Nie, nie rozumiem... Pan wybaczy, panie hrabio, ale to ja pana nie rozumiem. Bo, jakże tak, za wszelką cenę! Ja mam ocalić swoje życie za wszelką cenę. Jak pan to sobie wyobraża?! Że teraz, kiedy już mam na sobie ten, psiakrew, wyrok, mam pójść do tego niby pułkownika i prosić tego drania, żeby on mi łaskawie darował... Nie, nie! Czy tego, niby prezydenta, a w rzeczywistości sowieckiego agenciaka, tego Biernackiego, czy jak mu tam, teraz Bieruta?! Dajmy spokój tej całej rozmowie. To jest jakiś bezsens! Do czego pan mnie namawiasz... Pan, polski arystokrata! Panie hrabio! Panie hrabio!

        Niespodziewanie otworzyły się drzwi.

        – Na literę „s”! – wykrzyknął strażnik.

        – Szczygieł! – zameldował się, tym razem bez wahania „Romcio”.

        – Na literę „s” – powtórzył strażnik.

        – Skaliński... Władysław.

        – Chodźcie – odpowiedział strażnik.

        Zapadło całkowite milczenie. I dopiero, kiedy usłyszeli ich oddalające się kroki na korytarzu, pierwszy odezwał się kapitan „Żar”.

        – A nie mówiłem, że wszystkich nas po kolei...

        – Niech się pan uspokoi, bardzo proszę, panie kapitanie. Rozumiem pańskie wzburzenie, ale... – powiedział Bohuszewicz, nie kończąc.

        – Co „ale”? Czy wy, panowie, jesteście ślepi?! Nie widzicie co się tu dzieje?! Wyprowadzają nas, jeden po drugim, katują... Proszę, nawet ktoś tak znany jak pan major Skaliński! As lotnictwa! Człowiek-legenda! Nawet on jest oskarżany o zdradę ojczyzny! Panowie! Panowie! Obudźcie się, na litość Boga!

        Znowu zazgrzytał klucz w zamku i zaraz zobaczyli samego oddziałowego Borutę, noszącego adekwatną do swego nazwiska ksywę „Diabeł”. Stał wściekły w asyście wystraszonego, młodszego rangą „klawisza”, który, najwidoczniej już wcześniej musiał być obsztorcowany przez „Diabła” za nieuciszenie w porę hałasów dochodzących z celi.

        – Chodź tu krzykaczu! – zawołał w stronę kapitana „Żara”. – Postoisz sobie na osobności, to cię trochu uspokoi!

        – Postój sobie sam, ty wieprzu niemyty! – wykrzyknął na to kapitan. – Nigdzie nie idę!

        Zrobiło się cicho. Nikt się tak do „Diabła” jeszcze nie zwracał. Ani w tej, ani w innej celi. I sam Boruta, nigdy w swojej karierze, nie spotkał się był aż z taką impertynencją. Wściekły, z twarzą nabiegłą krwią, nic nie mówiąc zatrzasnął drzwi. I zrobiło się jeszcze ciszej.

        Po drodze strażnik uderzał kluczami o ścianę, kaloryfery i kraty, żeby uniknąć niespodziewanego spotkania się na korytarzu dwóch więźniów. Major Skaliński zaczął odczuwać mdłości na myśl o kolejnym przesłuchaniu. Nie minęło nawet dwanaście godzin od ostatniego, a przedtem odbyciu jeszcze trzydniowej „stójki” w zimnej celi „schładzanej” dodatkowo otwieraniem okna i polewaniem więźnia wodą, kiedy tylko ten zapadał na stojąco w sen. I dopiero, gdy zwalił się był z nóg, nim całkowicie nie stracił przytomności, kiedy było mu już wszystko jedno, co z nim zrobią... Nieprzytomnego zawleczono z powrotem do celi, gdzie po dojściu do siebie ponownie został wywołany „na śledztwo”.

        – Niespodzianka, nieprawdaż? – przywitał go sam pułkownik Strużański, dyrektor Wydziału Śledczego w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego. – Zapewne zdziwił się pan, widząc mnie, zamiast swojego śledczego?... Tak?

        Major Skaliński milczał, patrząc mu w oczy z pogardą i wściekłością.

        – No co, widzę, że nie bardzo mamy ochoty na rozmowę... A ja tylko chciałbym przedstawić wam propozycję, notabene, bardzo intratną propozycję! No, więc?

        Skaliński nadal uparcie milczał.

        – Mimo wszystko powiem. Otóż, w Ministerstwie postanowiliśmy zmienić wam akt oskarżenia, a to pociągnie za sobą znacznie łagodniejszy wyrok, co z kolei zaowocować może wcześniejszym zwolnieniem i w konsekwencji przywróceniem was do służby wojskowej... Ale, coś za coś!

        – ?

        – Chodzi mi tylko o przeczytanie przez was tej jednej strony i złożenie u dołu waszego podpisu. Później napiszecie jeszcze raz szczegółowy życiorys, a zwłaszcza interesuje nas ten okres, kiedy to byliście w Anglii i w Ameryce... No i wtedy pozostanie wam tylko napisanie prośby o ułaskawienie do towarzysza „Tomasza”, znaczy się prezydenta Bieruta i przy naszym, oczywiście, poparciu, wasz los odmieni się o sto osiemdziesiąt stopni. No, więc?

        Major podszedł do biurka, a pułkownik podsunął mu taboret. Skaliński zaczął czytać: „Ja, niżej podpisany, Władysław Jędrzej Skaliński, syn Michała i Marianny z domu Wiśniewska, urodzony 27-go listopada 1915 roku, zobowiązuję się niniejszym do zdania szczegółowych relacji ze swojej (moich przełożonych, a także i podwładnych) działalności wywiadowczej (szpiegowskiej) na rzecz obcego państwa (państw), a w moim konkretnym przypadku, Królestwa Wielkiej Brytanji (Anglji) i takoż Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej”...

        Dalej już nie czytał. Odsunąwszy od siebie kartkę maszynopisu spojrzał w oczy pułkownika z trudem tłumioną złością. Twarz wykrzywił mu grymas wymuszonego niby uśmiechu.

        – Nie... Nie! Stanowczo, nie!

        – Co „nie”?

        – Chyba nie myśli pan, że ja to podpiszę...

        – W przeciwnym razie, po co miałbym się w ogóle trudzić sporządzając cały ten protokół.

        – Niech mi pan tylko powie, dlaczego tak bardzo zależy wam, żebyśmy podpisywali te bzdury?

        – O jakich bzdurach mówicie? Przecież, skoro jak sami zresztą stwierdziliście wcześniej, w czasie wojny byliście w Anglii, a także krótko, bo krótko i w Ameryce, więc siłą rzeczy musieliście pracować na rzecz tych dwóch państw! Nieprawdaż?!

        – Ale to nie była „działalność szpiegowska”, jak pan się raczył wyrazić w tym... piśmie.

        – A jaka? Skoro Polska nie jest już więcej w orbicie państw kapitalistycznych, jak Anglia, Francja czy Stany Zjednoczone, więc tym samym, wasz, może nie tyle bezpośredni udział w walkach przeciwko Niemcom, ale wasza działalność zaraz po wojnie, na terenie tych dwóch państw wymienionych w piśmie, wyraźnie sugeruje szpiegostwo, zwłaszcza że do Polski nie wróciliście zaraz bezpośrednio po zakończeniu działań wojennych, ale dopiero w dwa lata później, a dokładnie w dwa lata i jeden miesiąc, czyli dopiero w czerwcu czterdziestego siódmego. Zgadza się?

        – Tak, ale...

        – Słuchajcie Skaliński, ja już mam dość tych waszych wszystkich „ale”. Ja po prostu widzę jako fakt oczywisty, że tam, na Zachodzie, skoro otrzymaliście wysokie, angielskie odznaczenia, to musieliście się tam wykazać aktywną współpracą na rzecz tychże obcych mocarstw. Przecież to widać jak na dłoni! Chyba nie zaprzeczycie?!

        – Pan i pańscy mocodawcy doskonale wiecie, że to jest najczystszej wody demagogia. Dlaczego chcecie na siłę zrobić z nas przestępców? Dlaczego?!

        – O czym wy, Skaliński, gadacie? Jakich to przestępców chcemy z was zrobić? Przecież to wy sami przyznaliście się do pozostania dobrowolnie na Zachodzie przez ponad dwa lata, a także to, że otrzymaliście tam, i z pewnością nie na piękne oczy, takie odznaczenia jak: – przerwał na chwilę zaglądając w jego akta – distin–ku–iszet – literował pułkownik Strużański – serwice order i ten drugi... fly... fly–ing...

        – Distinquished Flying Cross.

        – Nieważne! Dostaliście czy nie!!! – wrzasnął nagle.

        – Tak, ale dostałem też i polskie odznaczenia, Krzyż Orderu Virtuti Militari oraz czterokrotnie Krzyż...

        – Dosyć! Znowu zaczynacie z tymi swoimi „ale”. Mnie, kurwa mać, gówno obchodzą te wszystkie wasze krzyże, które, wiecie doskonale, że w nowej Polsce nie będą nigdy honorowane! A ode mnie i tak już dostałeś „krzyżyk”! I pamiętaj jeszcze, ty sukinsynu, ty faszystowski zasrańcu, że teraz miałeś ostatnią szansę na zmianę swojego losu, ty chuju blady! Ty...

        – Jestem oficerem! Polskim oficerem – powiedział, podkreślając dobitnie – majorem Wojska Polskiego!

        I po tych słowach został, nim zdążył się osłonić, uderzony na odlew.

        – Ja ci, skurwysynu, podniosę głos na mnie! Ja ci dam teraz polskiego oficera, majora... Ty pachołku amerykański! – wykrzyknął pułkownik, wykopując spod niego taboret. – Ty jesteś już tylko polskim, sanacyjnym gównem! Zrozumiałeś?! – krzyczał, kopiąc go gdzie popadło. – I powiem ci jeszcze jedno, że twoja własna matka błagała nas tutaj na kolanach, żeby dać ci jeszcze jedną szansę na zmianę twojego losu, ale ty, jak widzę, za wszelką cenę chcesz jednak odgrywać bohatera! Dobrze, bardzo dobrze! – wykrzykiwał, wciąż go kopiąc.

        Do celi wszedł drugi oprawca i przyłączył się do maltretowania Skalińskiego. Kopali go z wprawą, głównie w kości goleniowe. Ból stawał się nie do zniesienia i kiedy był bliski omdlenia, usłyszał polecenie Strużańskiego.

        – Na hak z nim!

        Chwycili go pod pachy i na wpół przytomnego, ze skutymi do tyłu rękoma, posadzili na haku wystającym ze ściany. Straszliwy ból kości ogonowej dopełniał jego cierpienia. Każde poruszenie się powodowało wchodzenie zagiętego pionowo metalowego pręta coraz głębiej w odbytnicę.

        – Boże! – zawołał głośno z bólu rozsadzającego mu od dołu całe ciało. I w tym momencie pułkownik Strużański, nachylając się nad nim, powiedział mu wprost do ucha:

        – No, a teraz podpiszesz?

        – Nie podpiszę, ty parchu... – wyjęczał Skaliński i stracił przytomność.

        Nim zdążyli ochłonąć po tym, co się przed chwilą stało, do celi wtargnęło trzech strażników, a czwarty stojąc w otwartych drzwiach, rozkazał więźniom ustawić się pod ścianami z rękoma do góry. Zaczęła się rewizja, czyli najzwyklejszy „kipisz”. Szukano przede wszystkim ostrych narzędzi – kawałków żyletki, zaostrzonych blaszek, a także „grypsów”, które to rzeczy mogłyby stanowić wspaniały powód zastosowania jeszcze bardziej wzmożonych represji przeciw „pensjonariuszom” przebywającym w tej celi.

        Po skończeniu rewizji pozostawiono ich wreszcie w spokoju ze skotłowanymi i jeszcze bardziej podziurawionymi siennikami rzuconymi na jedną stertę wraz z rzeczami osobistymi. W tumanach kurzu i przy wtórze przekleństw „klawisze” opuścili celę tylko po to, żeby za chwilę wrócić i dopełnić swego dzieła, wlewając kilka wiader wody celem „dezynfekcji” ciasnego i dusznego pomieszczenia.

XII

        Odnaleźli się bez trudu. „Szymon”, jako najstarszy po nim rangą, bo w stopniu sierżanta, mający dość dobre przygotowanie bojowe, był jego niejako podporą, w razie gdyby doszło do starcia z nieprzyjacielem. No i tych dwóch, „Waligóra”, znany na całym Mokotowie „wiracha”, sprawiający wrażenie kogoś, na kim „Virtus” mógłby polegać, i ten najmłodszy, „Orkan”, przechodzący bardzo pobieżne szkolenie dopiero od wiosny tego roku, ale pojętny, inteligentny, a o którym „Szymon” wyrażał się wprost, że „jeszcze kiedyś będą z niego ludzie”. I tyle o nich wiedział. Reszta miała okazać się dopiero „w praniu”.

        Szli, mimo ciemności, gęsiego w nieco większej odległości od siebie niż zwykły patrol sprawdzający rutynowo teren, zwłaszcza że od strony Alei Niepodległości słychać było warkot zapalanego czołgowego silnika, który ku ich milczącej uciesze nie chciał „zaskoczyć”. W końcu, po kolejnej próbie zapalił, ale wciąż się dławił. Przegazowywany krztusił się jeszcze przez chwilę, „strzelając” głośno przy wtórze okrzyków Niemców zgromadzonych wokół „pantery”.

        – Panie sierżancie – odezwał się półgłosem „Orkan” – a może by im tak wrzucić w środek kilka granatów, co?

        – Bez szans, kolego, za dużo ich! A poza tym mamy swoje zadanie.

        – Szkoda, bo mógłbym ich zajść od tyłu i pirzgnąć jeden po drugim, dopiero by się szkopy mieli...

        – Jeszcze będziesz miał okazję się wykazać. A teraz cisza! – rozkazał „Virtus”.

        Niezauważeni przez Niemców zajętych uruchamianiem czołgu, pojedynczo przeskoczyli na drugą stronę Alei Niepodległości, kierując się w stronę ulicy Narbutta, na jej zachodnią część prowadzącą wprost do celu, na ulicę Łowicką, gdzie drugi dom od Rakowieckiej miał być ich miejscem wypadowym na Wolę, a jednocześnie miejscem noclegu.

        Unikali chodzenia środkiem jezdni lub chodnikami, wybierając raczej wąskie przejścia między domami, alejki, czy nawet ogródki z szopkami, budkami na narzędzia ogrodnicze, gdyż to dawało gwarancję uniknięcia bezpośredniego zderzenia z nieprzyjacielem, który, dla odmiany, trzymał się raczej głównych ulic i otwartych, lepiej oświetlonych przestrzeni.

        Prowadził „Szymon”, na końcu szedł „Virtus”, kiedy nagle usłyszeli szczekanie psa przechodzące w skowyt i zobaczyli przesuwające się cienie na tle ściany jednego z budynków. Przystanęli, gdy nagle za ich plecami usłyszeli okrzyk łamiącym się głosem z silnym, polskim akcentem:

        – Halt! Hände hoch!

        – O rany! To chyba nie szkopy – powiedział drugi głos scenicznym szeptem.

        – Czego chcecie? – odezwał się podporucznik „Virtus”.

        – O, w morde... To nasi! Józek, gdzie jesteś? – zapytał ten sam głos.

        – Ujawnij się, jeden z drugim. Natychmiast, bo będę strzelał! – „Szymon” krzyknął w stronę krzaków, skąd dochodził trzask łamanych gałązek albo patyków.

        Po chwili stanęło przed nimi dwóch wystraszonych chłopców w rozchełstanych koszulach i ze zmierzwionymi włosami, z przesadnie wyciągniętymi w górę rękami.

        – Co to za zabawy, po nocy?!

        – Żadne zabawy... My, my chcieliśmy tylko zdobyć jakąś broń na Niemcach. Nie wiedzieliśmy, że panowie...

        – Radzę wam znalezienie sobie innego sposobu, bo jak naprawdę traficie na szkopów, to marne wasze widoki. A teraz, spieprzajcie! Ale to już! – pogroził im „Szymon”.

        Bez wahania, ci dwaj amatorzy polowania na broń z gołymi rękoma, czmychnęli w ciemność.

        – Może należało ich wysłać w Aleje, do tych przy czołgu, nieźle by się obłowili – powiedział z sarkazmem „Waligóra”.

        Odpowiedziało mu milczenie pozostałych, a w kilka minut później, kiedy już dochodzili do ulicy Narbutta, usłyszeli potężny warkot uruchomionego czołgu. Jak poprzednio, przy przekraczaniu Alei Niepodległości, tak i teraz, nim zdecydowali się przejść przez Narbutta, szli bardzo powoli, sprężeni, zdani głównie na swój słuch w obawie przed zaczajonymi gdzieś Niemcami, a także i którąś z powstańczych czujek, od których także mogli niespodziewanie oberwać i nie byłoby potem „przeproś”... Weszli w ulicę Łowicką oświetloną dość jasno łuną pożaru płonącego budynku przy Rakowieckiej.