Goniec

Register Login

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (12)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

AntczakWojciech        – ...i błogosławię was w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego. Amen – usłyszał słowa ojca Grzegorza. 

        – Idźcie w pokoju Chrystusa.

        – Dziękujemy – odpowiedział „Orkan”.

        Na dworze wciąż jeszcze panował mrok. Gdy wychodzili już na ulicę, ojciec furtian ostrzegł ich, zniżając głos, powiedział:

        – Panowie, uważajcie! SS-mani czają się w ogródkach działkowych!

        – A nie mówiłem – dodał „Waligóra” z wątpliwą satysfakcją.

        W kilka godzin później oddziały SS pod pozorem ukrywania w klasztorze broni rozstrzelały wielu zakonników, a także i tych spośród okolicznych mieszkańców, którzy przyszli tu, aby wysłuchać Mszy Świętej. Tylko nielicznym udało się uratować z tej masakry.

XIII

        Nie minęło kilka minut, kiedy pod drzwiami ich celi znowu zjawił się oddziałowy Boruta „Diabeł”. Po wcześniejszym przyjrzeniu się więźniom przez wziernik judasza, a zwłaszcza dość dokładnym przyjrzeniu się kapitanowi „Żarowi” przez jego pomagierów, oddziałowy rozkazał im wtargnąć do środka. Najpierw z wprawą założyli mu kajdanki, po czym chwyciwszy go pod pachy unieśli nieznacznie i wywlekli oszołomionego, niczego niespodziewającego się na korytarz, gdzie doszło jeszcze do szamotaniny. Stamtąd ciupasem trafił wprost do karceru usytuowanego w piwnicy budynku. Była to mała i bardzo niska cela przeznaczona tylko dla jednego więźnia, który przebywając w niej, nierzadko i całymi tygodniami, nie mógł się wyprostować, ani nawet wygodnie usiąść, gdyż podłoga wyłożona była ostrymi kawałkami grubego szkła wtopionego w beton. Karcer nie posiadał „kibla” ani żadnego ścieku. Panował tu straszliwy zaduch i fetor, a przebywający tam, na wpół uduszeni, poddani fizycznej, a może i jeszcze bardziej psychicznej torturze, nierzadko tracili po jakimś czasie kontakt z rzeczywistością. Tonąc w smrodzie własnych ekskrementów, męczyły ich koszmarne wizje, zarówno na jawie jak i we śnie.

        Co kilka dni karcer był „dezynfekowany”, najzwyczajniej wlewano tam wiadra wody bez względu na pogodę, zimno lub upał, a woda, nie mając żadnego ujścia, zamieniała się po prostu w gnojówkę... Skazani na karcer otrzymywali czasami zwiększone porcje żywnościowe, jako wyraz swoistego poczucia humoru pułkownika Strużańskiego, co z upodobaniem praktykował też oddziałowy Boruta.

        Teraz odczuwało się tu przejmujący chłód, mimo iż był już prawie koniec maja.

        „A na zewnątrz z pewnością jest ciepło i zielono” – pomyślał kapitan „Żar”, stając przed karcerem.

        – Ciuchy! – wykrzyknął Boruta. – Ściągaj ciuchy!

        – Musisz mnie najpierw rozkuć.

        – Co?!! Jak ty się do mnie zwracasz?! Ty śmierdzielu zawszony! Ty faszystowski sługusie, ty... – krzycząc, zaczął go okładać pękiem kluczy, a kiedy więzień próbował osłonić od ciosów twarz, skulony odwrócił się doń tyłem, wtedy jeden z „klawiszy” silnym kopniakiem zwalił go z nóg. Wciąż skutego, zaczęli kopać go gdzie popadło.

        – Wystarczy! – krzyknął oddziałowy Boruta i gdy nachylił się nad więźniem, żeby zdjąć mu kajdanki, usłyszał od niego:

        – I tak mi już nic nie zrobisz!

        – Ty uważaj, świń z tobą nie pasałem!

        – Bo ja wtedy do szkoły chodziłem, świniopasie – odgryzł się kapitan „Żar”.

        Po tym dostali szału. Zwłaszcza „Diabeł”, wściekły, o fioletowej, nabrzmiałej krwią twarzy, rozkazał tym dwóm najpierw rozebrać więźnia do naga i dopiero wtedy zaczął się nad nim pastwić, bijąc go na przemian kluczami i kopiąc, a kiedy wyładowali na nim cały swój szał, dopiero wtedy oddziałowy rozkazał im wrzucić go do karceru, gdzie pochłonęła go ciemność.

        W ich celi przed wieczorem wpadł przez blindę jaśniejszy promyk światła. Patrzyli nań zauroczeni, gdyż nawet latem nie zdarzyło się, żeby zawitała tu tak jasna smuga filująca przez chwilę na ścianie. Pierwszy odezwał się „Romcio”, mówiąc rozmarzonym głosem:

        – Na pewno krowy są już na pastwisku... – przerwał nagle, nie odrywając wzroku od tej jasności.

        – Dumał, nie dumał, carom nie bud’iesz – westchnął hrabia Kwilecki, szykując do prania niemiłosiernie brudne skarpety i chustki do nosa. I kiedy podchodził już do kibla, zbliżył się do niego Romcio.

        – Pan to zostawi. Ja to panu wypiore!

        – Czyś ty chłopcze... Zgodziłem się raz, ale przecież nie jesteś moim służącym... Nie pozwolę, żebyś mi ciągle prał... Poza tym, ta woda jest tak strasznie zimna, szkoda twojego młodego zdrowia...

        – Szkoda to pana rąk, a ta woda powykręca je panu do końca. Niech pan to da, okazja sie trafia to i co swojego wypiore, a tak w ogóle kto to widział, żeby taki pan, prawdziwy hrabia prał takie brudy! – powiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu i zanurzył jego rzeczy w misce klozetowej.

        Bohuszewicz, Skaliński i tych dwóch nowych – z których jeden okazał się być kapusiem, tak przynajmniej „wystukano” im z innej celi, ale bez sprecyzowania który to – i cała reszta więźniów patrzyła jeszcze raz ze zdumieniem na Romka z zapałem zabierającego się do roboty. Gdy już prawie kończył wyżymać chustki, nagle otworzyły się drzwi celi.

        – Na literę „szy”!

        – Szczygieł Roman – odpowiedział, stając przepisowo na baczność.

        Strażnik skinął na niego głową, a on, wychodząc, spojrzał jeszcze na „pana porucznika Stasia”, a ten pokazał mu kciuk uniesiony w górę i obdarzył go jeszcze uśmiechem, życząc mu tym samym powodzenia, żeby się trzymał!

        I trzymał się, kiedy ten jego nowy „śledź” już nie był dla niego tak miły jak przedtem, już nie powtarzał, że ktoś taki jak on ma szanse być kimś, nie tylko popychlem, czyli zwykłym narzędziem w rękach choćby i najbliższej rodziny i przez całe swoje życie służyć jak jakiś ciura...

        – No, mów! Tylko do rzeczy! Słucham! – powiedział podniesionym głosem przesłuchujący go oficer.

        – Ale co?

        – Jak to, co?! Zapomniałeś już, o co cię prosiłem?

        – Nie, nie zapomniałem, ale...

        – Co, „ale”? Mów!

        – No, to powiem, co żem słyszał.

        – Gadaj!

        – Tak dużo to znowuż żem nie słyszał, bo... bo one wszyskie gadajom w nocy po cichu...

        – Tylko mi tu nie próbuj kręcić! Gadaj coś słyszał!

        – Po kolei?

        – Szczygieł! Jeśli chcesz grać ze mną w ciuciubabkę, to się najpierw zastanów, czy warto. A ja mogę ci od razu dać odpowiedź, że nie warto! Zrozumiałeś?!!! – wrzasnął ostatnie słowo, aż ten przymknął oczy i skulił się w sobie. 

        – No więc?!

        – To było tak. Nie dalej jak dwie noce temu to pan hrabia powiedział do pana majora Skalińskiego, że już tego więziennego jedzenia więcej nie zdzierży i... – przerwał nagle i patrzył uważnie w oczy tego niby krewnego doktora Grunsztajna z Płochocina, albo tylko bardzo do niego podobnego, jakby chciał jedynie sprawdzić, czy on to właśnie życzyłby sobie od niego usłyszeć.

        – I co?

        – I powiedział, że któregoś dnia nie wytrzyma i zwymiotuje, bo u niego, znaczy się w jego włościach, to najgorszy włóczęga tak nie jadł jak my, znaczy się wszystkie co tu siedzim.

        – A co na to odpowiedział Skaliński?

        – Tak dokładnie?

        – Tak! Dokładnie, do jasnej cholery!

        – No, tego... no, nic nie odpowiedział, tylko pokręcił głową. O, tak! – powiedział i zaczął pokazywać długo i bardzo dokładnie, jak to pan major kręcił głową, aż śledczy nie wytrzymał i wrzasnął:

        – Dosyć, kurrrwa!!! Dosyć tego!

        Szczygieł zgłupiał do reszty. Skulił się jeszcze bardziej i postanowił milczeć, ale z drugiej strony, myślał, że jeśli przestanie odpowiadać na jego pytania, to obiecane mu wcześniej lepsze wyżywienie ominie go, pozostanie w jego pamięci jedynie jako miły sen... Ale zaraz pomyślał też, że nie może się zachować jak ten Judasz-przechera i w duchu zaczął wzywać pomocy Matki Bożej, przed tym, który najwyraźniej chce go zbałamucić...

        – No i coś jeszcze usłyszał? – powiedział uspokojony już śledczy, przerywając nieznośne milczenie.

        – Trochu w zaszłą noc, znaczy sie, nie tom ostatniom, tylko te przedtem... Abo i jeszcze wcześni... Tak dokładnie, to już nie pamiętam...

        – Mów!

        – To znowuż pan porucznik, to jest pan Bohuszewicz powiedział, że tego, no... Ale tak dokładnie mam to powtórzyć?

        – Słuchaj, cepie jeden! Za chwilę, jak stracę cierpliwość, to pójdziesz sobie na stójkę i jak tam nie wyciągniesz kopyt, dostaniesz takie wciry, jakich jeszcze nikt tu nie dostał! Więc radzę ci po dobroci! Gadaj!!! – znowu wrzasnął ostatnie słowo.

        – No to, pan porucznik, znaczy sie, pan Stasiu, ten, no... pan Bohuszewicz powiedział do pana kapitana, że wcześniej czy później to sie to wszystko musi skończyć, tak powiedział.

        – Co się musi skończyć?

        – No, to wszystko... Tak powiedział, ja nie zmyślam, nic a nic.

        – Ale co?!

        – No, to... wszystko – powiedział, pokazując ręką ściany.

        Śledczy, tak bardzo podobny do doktora Grunsztajna z Płochocina, zmrużywszy oczy, przyglądał się jeszcze Romkowi przez chwilę i skonstatował, że niestety, ale wybrał sobie zdecydowanie niewłaściwego więźnia do swoich zamiarów. Szkoda było tylko jego czasu. I zaraz wezwał strażnika, rozkazując mu, żeby przed zaprowadzeniem z powrotem do celi więźnia Szczygła Romana, spuścił mu jeszcze niezłe manto.

        Zaraz po zapadnięciu w pierwszy, zdrowy sen, został obudzony wraz z innymi głośnym waleniem w otwarte drzwi. Po usłyszeniu litery, na którą zaczynało się nazwisko wywoływanego „na śledztwo”, łudził się, że może to nie jego wzywają i kiedy dwóch więźniów wymieniło już swoje nazwiska, a strażnik wciąż powtarzał: „na literę be”. Zerwał się z barłogu i roztrzęsiony stanął na baczność, wymieniając swoje nazwisko. Jeszcze i teraz, przez krótką chwilę, miał tę odrobinę nadziei, że może chodzi mu o jeszcze kogoś innego...

        – Wyłaź! – krzyknął „klawisz”, łapiąc Stanisława za ramię.

        Odruchowo zmrużył oczy przed światłem na korytarzu. Popędzany przez strażnika, ogarnięty złymi przeczuciami, zaczął się trząść z zimna i ze strachu. Z trudem opanował dławiący go lęk i powtarzał sobie jak wyuczoną lekcję tę naczelną zasadę obowiązującą na przesłuchaniach: po pierwsze, nie dać narzucić sobie szybkiego tempa odpowiedzi na zadawane przez śledczego pytania, po drugie, odpowiadać jak najspokojniej i mówić dużo, bardzo dużo mało znaczących szczegółów, a po trzecie, nie podpisywać niczego, co nie byłoby zgodne z własnymi, niewymuszonymi zeznaniami, „bo to, co raz już podpiszesz – przepadło, tego nie odwołasz, pamiętaj!” – powtarzał sobie w myślach.

        Korytarzem do końca, skręt w lewo, a przedtem uderzenia przez prowadzącego go strażnika kluczami w kratę, jako ewentualne ostrzeżenie dla innego strażnika prowadzącego w tym samym czasie innego więźnia. Za zakrętem metalowe schody, odgłos ich kroków, galeryjka i czwarte drzwi, to drzwi od „gabinetu” śledczego, porucznika Kwiatyckiego vel „Kwiatka”.

        – Wejść! – usłyszeli po zapukaniu strażnika.

        – Melduję przyprowadzenie...

        – Dobra! Zamknij drzwi z tamtej strony.

        „Kwiatek” sprawiał wrażenie zniecierpliwionego, jakby się gdzieś bardzo spieszył. Jak zwykle w garniturze, tym razem w ciemnozielonym, koszula koloru khaki, czerwony, zetempowski krawat z wpiętym weń emblematem tej młodzieżowej organizacji komunistycznej. Sprawiał wrażenie, jakby przybył tu wprost z tego ich czerwonego „Parteitagu”. Tym razem nie kazał mu siadać, tylko wręczył mu dwie kartki maszynopisu.

        – Podpiszcie! – powiedział, podsuwając mu pióro. – To jest raport z waszych poprzednich przesłuchań. Nie musicie tego czytać. Z pewnością pamiętacie, co mówiliście... No, podpiszcie, bo ja dziś nie mam czasu na rozmowy z wami, Bohuszewicz.

        Słuchając tego, co mówił „śledź”, Stanisław zaczął czytać bardzo pobieżnie i dopiero przy końcu drugiej strony natknął się na fragment niby to swojego zeznania sprzed tygodnia, że on, Bohuszewicz Stanisław, brał czynny udział, jak się miał wyrazić, „w rozgromieniu grupy Jana Palenia i Jana Liska, należącej formalnie do Armii Ludowej, a wymordowanej przez Narodowe Siły Zbrojne w sierpniu 1943 r. (słownie: tysiąc dziewięćset czterdziestego trzeciego roku) koło wsi Borowa na Lubelszczyźnie...”. A od siebie, porucznik Kwiatycki lub ktoś, kto to pisał, dodał swój komentarz, że „tzw. mordu borowskiego dokonano z wyjątkowym bestialstwem, dorównującym tylko bestialstwu hord hitlerowskich”.

        Doczytał do końca i z całym spokojem położył to niby swoje zeznanie z powrotem na biurku. Śledczy, jak zwykle, tak i teraz zajęty pisaniem w przerwach między lżeniem a biciem więźnia, po chwili dopiero spojrzał na odłożony przez Bohuszewicza niepodpisany protokół.

        – Pióro jest tutaj – powiedział „Kwiatek”, wskazując na brudną obsadkę ze sfatygowaną stalówką leżącą obok kałamarza, pióro przeznaczone wyłącznie dla przesłuchiwanych, bo on sam używał innego pióra, wiecznego, drogiego „parkera”.

        – Ja tego nie podpiszę. To nie są moje zeznania.

        – A czyje?! – krzyknął „Kwiatek”. – Słuchaj, Bohuszewicz, ty nie bądź taki uparty, bo sąd jest i tak po naszej stronie, a ja mogę dać ci taki wycisk, że wszystko podpiszesz. I ty o tym dobrze wiesz! No, więc?

        – Nie mogę podpisywać czegoś, co nie jest zgodne z prawdą...

        – Prawdą, prawdą... To nie ty decydujesz, co jest prawdą, ale my! Zrozumiałeś? Chyba nie zaprzeczysz, że w czterdziestym trzecim nie było cię w Warszawie?!

        – Owszem, ale nie byłem też i na Lubelszczyźnie, lecz za Wyszkowem, w Puszczy Białej, w okolicach Białego Błota i Długosiodła. I chciałbym jeszcze raz podkreślić, że walczyłem wyłącznie z Niemcami! – powiedział, podnosząc głos.

        – Słuchaj, po pierwsze, nie będziesz mi tu wykrzykiwał, a po drugie, sądziłem, że ty masz trochę więcej oleju w głowie! Czyżbyś już zapomniał o naszej umowie?

        – Jakiej znowu umowie?

        – Jakiej? A o takiej, że jak nam pójdziesz na rękę i nie będziesz utrudniał śledztwa, to dostaniesz symboliczną odsiadkę, najwyżej kilka lat i na wolność. W końcu to nie ty decydowałeś o udziale w tym mordzie, ale twoje dowództwo!

        – Bagatela!

        – No, chyba lepsza odsiadka, te kilka lat, niż iść do piachu... A poza tym, gwarantuję, że przed sądem zaświadczę za wami osobiście, że nic nie ukrywaliście, a wręcz wzorowo układała się wasza współpraca z pionem śledczym i tego, no, chyba nie ma się nad czym zastanawiać, Bohuszewicz! Proszę! – powiedział, podsuwając mu pióro z kałamarzem.

        – Nie, ja nic nie podpiszę.

        – Mówisz, że nie podpiszesz? Wobec tego, w porządku, bo wyrok na siebie, tym samym, już podpisałeś! I żebyś później nie żałował, Bohuszewicz!

        Zaraz po powrocie do celi, kiedy tylko udało mu się znaleźć miejsce wśród leżących pokotem i usypiających już współtowarzyszy niedoli, po kilkunastu minutach, gdy znowu zapadł w sen, z hukiem otwarto drzwi.

        – Na literę „be””! – wrzasnął strażnik.

        Nieprzytomnego, chwiejącego się na nogach Stanisława wywleczono na korytarz.

        – No, co z wami, do cholery?! – krzyczał na niego „klawisz”, widząc, jak oparty o ścianę, z zamkniętymi oczami, zaczął osuwać się na podłogę.         

        Plaśnięcie w twarz otwartą dłonią przywróciło go do rzeczywistości. Ruszyli w stronę pokoju przesłuchań. Znowu walenie kluczami o kraty, kaloryfery i inne metalowe części. Wlókł się popędzany szturchańcami w plecy i tam, gdzie było to najbardziej bolesne – w okolice nerek. 

        Bliski omdlenia „usłyszał” jakiś suchy trzask w głowie, jaki towarzyszy zwarciu elektrycznemu i nagle... otrzeźwiał, wyprostował się i ruszył szybkim krokiem przed siebie ku wielkiemu zdziwieniu „klawisza”, którego także morzyła