Goniec

Register Login

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (13)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

AntczakWojciech        Nie szli, jak zwykle, do „gabinetu” porucznika Kwiatyckiego, ale w przeciwnym kierunku i już po chwili otworzyły się przed nim drzwi. Ku swemu zdziwieniu, zobaczył siedzącą za biurkiem kobietę.

        – Nazwisko, imię i wasza data urodzenia? – zapytała.

        Po otrzymaniu odpowiedzi zaczęła pobieżnie przeglądać jego akta. W pewnym momencie, zainteresowana czymś, zaczęła się w nie wczytywać. W tym czasie Stanisław przyglądał się jej z uwagą. Sprawiała wrażenie inteligentnej. Niezbyt ładna, ale elegancka, w szarym kostiumie w pepitkę, w białej bluzce z wykładanym kołnierzykiem. Czy zgrabna? Nie widział jej nóg zasłoniętych biurkiem. Patrzył na jej skupioną twarz o skromnym, lecz starannym makijażu i fryzurze, jakby dopiero co wyszła od fryzjera. – Dziwne – pomyślał – zwłaszcza teraz, w środku nocy...

        Po przewertowaniu akt spojrzała na niego nie mniej uważnie, niż on patrzył przed chwilą na nią, wręcz przenikliwie z dozą lekkiego zaciekawienia, jakby w rewanżu za jego wcześniejsze przyglądanie się jej. Po zamknięciu tekturowej teczki, odsuniętej zdecydowanym ruchem, zapytała:

        – Pan jest z zawodu historykiem?

        – Tak... – odpowiedział zaskoczony tym jej pytaniem.

        – A konkretnie?

        – Mediewistyka.

        – Rozumiem. Medium Aevum... U kogo pan studiował?

        – U profesora Bolesława Świerczyńskiego...

        – Przed wojną?! – spytała bardzo zdziwiona, unosząc brew.

        – W czasie okupacji, na tajnych kompletach. Później, po moim powrocie do Warszawy, kontynuowałem u pani profesor Morawskiej.

        – U Morawskiej? – zapytała znowu ze zdziwieniem. – A to zabawne, bo Hania Morawska studiowała ze mną na Wydziale Humanistycznym, ale nie historię, a filologię... Później nasze drogi rozeszły się... Nie wiedziałam, że ona wybierze ostatecznie historię, tak jak ja, nie doktoryzowałam się z historii, a z filozofii... na Sorbonie – powiedziała, ucinając niespodziewanie. Spoważniała, twarz jej stała się wręcz surowa, gdyż nagle uświadomiła sobie, że mężczyzna, z którym rozmawia, jest ostatecznie więźniem i na domiar złego wrogiem klasowym, bo gdyby jeszcze jak ona, wyznawał komunizm, ale on stał diametralnie po drugiej stronie, a ona przecież nie miała nawet najmniejszego zamiaru wzywać go do siebie, na dodatek o tak późnej, nocnej porze, tylko po to, żeby porozmawiać sobie z nim na tematy historyczne, chociaż w pewnym sensie, na upartego... – Poprosiłam pana tutaj, żeby zapytać, czy pan przypadkiem nie uczestniczył w wyswobodzeniu więźniów Gęsiówki, głównie tych z żydowskiego komanda?

        – Nie brałem w tym bezpośrednio udziału, ale niektórych z nich spotkałem później walczących w dwóch różnych zgrupowaniach... Bo sam obóz, o ile dobrze pamiętam, wyzwolono w pierwszych dniach Powstania.

        – Tak, dokładnie piątego sierpnia. Poszukuję wciąż jednego z nich, Francuza, Marcela Aube.

        – Spotkałem pewnego Francuza, walczył w Powstaniu, bodajże w „Parasolu”, ale niestety nie znam nawet jego imienia... Może powinna pani szukać wśród tych, którzy należeli do batalionu „Zośka”, bo właśnie ten batalion wyzwolił Gęsiówkę... Przykro mi – dodał Bohuszewicz.

        - Pytam wszystkich, którzy brali udział w Powstaniu i wciąż łudzę się, że może, przypadkiem... No cóż, szkoda tylko pańskiego snu – powiedziała poprawiając kokieteryjnie włosy. 

        – Jest pan jeszcze młodym mężczyzną i muszę przyznać... dość przystojnym. Pan, oczywiście, wie o tym.

        - Przyznam się, że nigdy nie zwracałem uwagi na takie rzeczy...

        - Och, mężczyźni, tacy niby obojętni na to, co my, kobiety mówimy o was, a jednak, mimo wszystko jesteście z natury bardzo wrażliwi na nasze o was opinie.

        - Z pewnością nie wszyscy. Nie wiem, nie znam się na tym...

        - Cóż za skromność! Widzę, że nie na darmo przybrał pan sobie ten pseudonim – „Virtus”. Czy mógłby mi pan powiedzieć, co pana skłoniło do studiowania historii i to właśnie historii średniowiecza?

        - Dość trudne pytanie. Może dlatego, gdyż kiedyś przypuszczałem, że Historia jest, w pewnym sensie kluczem do współczesności, zwłaszcza historia wieków średnich. To wtedy działo się tak wiele, wiele ważnego...

        - Już pan tak nie uważa?

        - Niezupełnie, ale po tym wszystkim, co się stało, zwłaszcza teraz, w naszych, „bardzo ciekawych czasach”, zaczynam mieć coraz więcej wątpliwości.

        - Może uważał pan, że współczesność jest aż tak interesująca, że należałoby ją rozpatrywać tylko w aspekcie historii? Przecież żyjąc hic et nunc, w sumie niewiele i tak o niej wiemy, a chyba jeszcze mniej rozumiemy... Nieprawdaż?

        - Hic haeret aqua! [w tym sęk!]

        - Ale pan wciąż nie odpowiedział mi na moje pytanie.

        - Początkowo, nie zdając sobie z tego sprawy, potraktowałem Historię, jako klucz do współczesności, dopiero później zrozumiałem, że przecież Historia rozgrywa się w Czasie, jej treścią jest Czas... – przerwał nagle, popadając w zamyślenie.

        - Słucham pana, niech pan mówi, to interesujące.

        - Skoro Historia musi być umiejscowiona w Czasie, skoro więc mowa o Czasie, niejako „skażeniu” Historii Czasem to... to jest także skażona, w pełnym tego słowa znaczeniu, Śmiercią. A śmierć, zawsze przeraża, a co najmniej napełnia strachem żyjącego „tu i teraz” współczesnego człowieka. Gdyby istotą Historii był tylko Czas, byłaby ona czymś bezkształtnym, czymś rozwijającym się jako niezmienna skończoność i jako przeciwniczka Wieczności... ograniczałaby się do dialektyki materialistycznej, a przynajmniej sprowadzałaby się do takiej właśnie wizji Historii...

        - Chwileczkę! Pan twierdzi, że... jeśli dobrze zrozumiałam, gdyby tylko Czas był istotą Historii, to nie miałaby ona sensu? A czyż to nie Czas warunkuje, w ogólności istnienie Historii? Bo to, co pan powiedział, to mi wygląda na czystej wody contradictio in adiecto, nie mówiąc już o traktowaniu „per noga” dialektyki materialistycznej...

        - Rzeczywiście, mogłoby to tak wyglądać, ale... Historia posiada element ponadczasowości, a tym elementem jest... Proroctwo. Prorocza wizja nadaje Historii sens! I tylko ona! – Bohuszewicz mówił z wielkim przekonaniem. Mimo straszliwego zmęczenia spowodowanego chronicznym brakiem snu, jego umysł był nad wyraz sprawny, wręcz świeży, a oczy płonęły jakimś przedziwnym blaskiem. Przysłuchiwała się mu z wielkim zainteresowaniem, wręcz zdumieniem, że tu, w tej katowni usłyszała coś, czego nie brała dotąd pod uwagę, mimo starannego wykształcenia otrzymanego w czasach, kiedy świat zdawał się być jeszcze w miarę normalny.

        - Czy ja się nie przesłyszałam, pan mówi, że jedynie dzięki proroctwu Historia ma sens?

        - Bezwzględnie! Bo to tylko dzięki tejże wizji proroczej Historia nabiera sensu, wchodzi na nowy poziom, niemal dotyka wieczności! To jest tylko w judaizmie i później w chrześcijaństwie, tylko w nich Czas i Wieczność spotykają się w Historii!

        - Hola! Hola! Jak pan na to wpadł? Czy raczej ktoś to panu podsunął?

        - Raczej naprowadził...

        - Kto taki?

        - Początkowo wschodni myśliciele chrześcijańscy wywodzący się z tradycji platońskiej, Mikołaj Bierdajew, Włodzimierz Sołowiow, a wcześniej święty Augustyn, a dopiero po nim jeszcze Pascal, zwłaszcza w swoich „Myślach”, gdzie próbował udowodnić naukowo prawdziwość chrześcijaństwa... – powiedział i zaraz zamilkł, zdając sobie sprawę, że ta kobieta jest przede wszystkim pracownikiem Urzędu Bezpieczeństwa, a on skazanym przez tenże urząd na to straszne więzienie, z którego nie wiadomo jak prędko wyjdzie i czy w ogóle wyjdzie... A poza tym, jak się mógł domyślać, musiała sprawować tutaj dość wysoką funkcję, a może nawet była jedną z tych szarych eminencji o których istnieniu ogół nie ma nawet pojęcia.

        - Pan jest osobą wierzącą... bez wątpienia, jak sądzę.

        - Tak, bez wątpienia jestem! – odpowiedział stanowczo, mimo iż od tego mogło zależeć nawet jego życie. - Bo cóż innego mi pozostało jeśli nie wiara...

        - Nadzieja i miłość – dodała z ironią.

        - Tak, ma pani zupełną rację.

        - Nonsens! Przez chwilę miałam pana nawet za kogoś rozsądnego. No cóż, pozory mylą – powiedziała wracając do przeglądania akt. – Acha, jeszcze jedno... Pan podał tutaj, że należał do Narodowych Sił Zbrojnych, a nie do Armii Krajowej... Dlaczego?

        - Bo rzeczywiście jestem żołnierzem Narodowych Sił...

        - Jestem? Pan powiedział „jestem”? I nie boi się pan?

        - Czego?

        - Tak otwarcie przyznawać do tej przynależności? Pan chyba zdaje sobie sprawę, że NSZ-et jest... właściwie była, stricte faszystowską organizacją... Więc nie rozumiem, dlaczego pan, młody, w końcu wykształcony człowiek, postąpił tak nierozsądnie...

        - Dlaczego nierozsądnie? Ja ślubowałem Narodowym Siłom, jako ich żołnierz...

        - Hic homo alligatus ensi. [To człowiek przywiązany do miecza. Żołnierz z przypadku] Można by tak o panu powiedzieć... Ha! Szkoda, że nie jest pan z nami.

        - Z wami?!

        - Dobrze, już dobrze... Wobec tego niech pan ma się teraz na baczności, bo pańscy najwyżsi przywódcy zostali właśnie niedawno zlikwidowani. Dwunastego maja, Kasznica i Neyman.

        - Dlaczego mi pani o tym mówi?

        - Żeby się pan tylko miał na baczności, jak już powiedziałam. A poza tym... Co za zbieg okoliczności! Pańska data urodzenia jest identyczna z datą urodzenia mojego syna, Michała.

        Po powrocie do celi padł nieprzytomny ze zmęczenia na ciała śpiących najbliżej drzwi. Zostawiony już w spokoju na zaledwie niecałe dwie godziny, znowu został gwałtownie wyrwany z głębokiego snu, tym razem przez pobudkę.

XIV

        Pochyleni, jakby to miało uchronić ich od ewentualnego ataku od strony ogródków działkowych, przemknęli najpierw przez Rakowiecką i weszli na tereny Pola Mokotowskiego, które w czasie wojny stało się miejscami polem uprawnym, gdzie rosło chyba wszystko, oprócz owoców cytrusowych, chociaż, kto wie, jakby tak dobrze poszukać, mając czas i spokój...

        - „Orkan”, do środka, a ty „Waligóra prowadź – rozkazał „Virtus”, kiedy oddalili się od ogródków po przeciwnej stronie ulicy św. Andrzeja Boboli, gdzie czaili się SS-mani, a w pobliżu niewykończonego budynku Szkoły Wawelberga zainstalowała się artyleria przeciwlotnicza. – Powinniśmy tam być za trzy, cztery godziny, a przynajmniej do południa, przewidywał bardzo optymistycznie ich dowódca.

        Usłyszeli serię z karabinu maszynowego. Odruchowo przywarli do ziemi. Strzały umilkły, a kiedy tylko próbowali ruszyć dalej, znowu zaterkotała niewidzialna broń maszynowa. Zdezorientowani leżeli w niewielkim zagłębieniu przedzieleni od strzelających kilkoma drzewami i kępą niskich krzewów. Żadnej osłony, żadnego solidnego schronienia i co gorsze, żadnego rozeznania co do strzelających, jedynie świadomość, że każdy ich ruch będzie natychmiast zauważony. Nie pozostawało im nic innego jak leżeć tutaj w tym zagłębieniu i czekać na dalszy rozwój wypadków. - Z pewnością i oni nie mają pełnego rozeznania, bo w przeciwnym razie zaatakowaliby na pewniaka – zastanawiał się nad rozwiązaniem sytuacji i wreszcie zdecydował zaryzykować.

        -„Orkan” spróbujesz doczołgać się aż do tych krzaków, a później tam, do tamtych drzew. Widzisz? Stamtąd powinieneś ich zobaczyć. Weź moją lornetkę i nie spiesz się! Uważaj na siebie!

        Wszyscy trzej leżeli w milczeniu, zdani teraz tylko na niego, czekali. Ich spojrzenia wyrażały to samo pytanie: - Co z nim? I nagle, po około dwudziestu minutach wyczekiwania usłyszeli dwie krótkie serie ze „stena” i bardzo długą, bezładna serię z karabinu maszynowego, którego pociski siekały daleko od nich, wyrywając z ziemi kępki trawy.

        - Panie poruczniku! – usłyszeli głos „Orkana”. 

        – W porządku!

        - „Waligóra”! Idź po niego, ale uważaj na tamte zarośla – powiedział „Virtus”, pokazując na przeciwną stronę od tej, skąd słychać było głos „Orkana”.

        - Panie poruczniku, panie sierżancie! – usłyszeli znowu głośne wołanie „Orkana”. - Załatwieni „na cacy”!

        Za chwilę zobaczyli jego i „Waligórę” niosących dwa „schmeissery”, ładownice i chlebaki wypchane amunicją wraz z pistoletami tych dwóch atakujących ich Niemców. I wtedy usłyszeli serię z peemu dochodząca gdzieś od strony ulicy Rakowieckiej.

        - Ki diabeł! – wykrzyknął „Szymon”.

        - Idź sprawdź! – rozkazał mu „Virtus”.

Po paru minutach przybiegł zziajany i wystraszony.

        - Panie poruczniku, melduję, spory oddział niemiecki... Zauważyli mnie skur... skurczysyny!

        - Ruszamy! Tam na lewo, w stronę Żwirki i Wigury! Biegiem! – rozkazał podporucznik.

        Obciążeni dodatkową bronią i amunicją znależli się po kilku minutach przy granicy z Ochotą. Stąd widzieli już pierwsze zabudowania Wawelskiej. W głębi dzielnicy w wielu miejscach płonęły domy. Szli teraz gęsiego, bo niemiecki oddział najwyraźniej nie miał zamiaru zapuszczać się w głąb Pola Mokotowskiego.

        - Daj to, poniosę trochę – „Waligóra” zwrócił się do „Orkana” widząc zmęczenie chłopaka, który się przed chwilą tak dzielnie spisał.

        - Nie, nie trzeba... dam sobie radę – odpowiedział ciężko dysząc.

        Sierżant „Szymon” bez słowa wziął od niego drugi pistolet maszynowy i torbę z amunicją, na co „Orkan” początkowo nie chciał się zgodzić, ale w końcu uległ.

        - Wyróżnienie mu się należy przed całą kompanią – pochwalił go „Szymon”. – A nie mówiłem, że będą z niego ludzie!

        - I odznaczenie też, co najmniej Krzyż Walecznych! Pięknie ich załatwił, prawda, panie poruczniku? – dopowiedział „Waligóra”.

        - Owszem, ale na przyszłość „Orkan”, staraj się najpierw uzgodnić swoje działania z panem sierżantem albo ze mną.

        - Tak jest, panie poruczniku!

        - Niemniej gratuluję ci odwagi, ale na przyszłość pamiętaj co powiedziałem.

        - Tak jest!

        W tym momencie zauważyli jadący z daleka, z dużą prędkością, wóz opancerzony. Przywarli do ziemi. Na szczęście nie zostali rozpoznani. Szli teraz jeszcze bardziej ostrożnie wzdłuż Alei Legionów, w stronę placu Władysława i dalej ku zwartym zabudowaniom Ochoty.

        Zbliżając się do ulicy Wawelskiej, zaraz za placem Władysława, u wylotu Uniwersyteckiej zobaczyli potężny czołg, a tuż za nim wóz opancerzony, chyba ten sam, niedawno pędzący aleją Żwirki i Wigury. Zmuszeni byli przejść koło budynku Akademii Nauk Politycznych, gdzie znajdowały się koszary SS. Na ich szczęście o tej wczesnej porze nie było tam żadnego ruchu. Dochodziła za kwadrans szósta i obie strony po nocnych walkach zaczepnych szykowały się dopiero do następnego uderzenia.

        Chyłkiem, jak zwykle przy przechodzeniu większych arterii przelotowych, trzymając między sobą sporą odległość, przemknęli, jak im się wydawało, niezauważeni w stronę ulicy Raszyńskiej. I kiedy, jako pierwszy z nich, „Orkan” dobiegał już do najbliższego domu, wartownik spod koszar strzelił w ich stronę podnosząc alarm. Biegli na oślep pustą teraz ulicą, próbując ukryć się w którejś z bram, ale niestety, wszystkie były na głucho zamknięte.

        Skręcili w lewo, w pierwszą przecznicę i tam dopiero zauważyli przy jednym z domów spacerującą kobietę z psem, jakby zupełnie nieświadomą wybuchu Powstania poprzedniego dnia. Patrzyła na nich z wielkim zdziwieniem, a oni wciąż nie mogli znaleźć żadnej otwartej bramy ani przesmyku między domami i nigdzie żywej duszy poza nią jedną, z psem, w narzuconym na siebie płaszczu, spod którego wystawała nocna koszula.

        Zatrzymali się tuż przed ulicą Filtrową, gdzie leżał wykolejony tramwaj linii 27. I znowu ostrożnie, jak przy każdym przejściu przez ulicę, kolejno przebiegli na drugą stronę. Wciąż panowała cisza przerywana od czasu do czasu pojedynczymi i odległymi wystrzałami. Na Asnyka, tuż przy ulicy Naruszewicza, przyspieszyli kroku i wtedy usłyszeli za plecami głośne:

        - Stój! Dokąd?! – wołał w ich stronę mężczyzna w średnim wieku, w niemieckim hełmie opasanym biało-czerwoną wstążką. Był w cywilnej marynarce i bryczesach wpuszczonych w wyglansowane oficerki. Nie miał przy sobie broni. – Co?! Życie wam niemiłe?

Stanęli jak wryci.

        - Tam są Niemcy, w tym domu przy Koszykowej – powiedział wskazując budynek nad ich głowami.

        - Kim pan jest? – spytał „Virtus”.

        - Dowódcą Pierwszego Rejonu. Ale kim pan jest?!

        - Dowódcą plutonu „Baszty”. Podporucznik „Virtus”.

        - Co pan tu robi? To pańscy ludzie?

        - Tak. - Nic nie rozumiem... Jesteście z Mokotowa, a tu jest już Ochota, Pierwszy Rejon, więc?...

        - Dostaliśmy rozkaz dotarcia na Wolę, jak najprędzej... - Wobec tego, proszę pana, panie poruczniku, o zameldowanie się u dowódcy Obwodu... Rozumie pan, że każdy kto nie jest stąd... – powiedział jakby usprawiedliwiająco, nie kończąc zdania.

        Skręcili w Niemcewicza i weszli do kamienicy oznaczonej numerem 7/9. Tam właśnie kwaterowało dowództwo Obwodu dzielnicy Ochota. Podporucznika „Virtusa” przyjął podpułkownik „Grzymała”.

        - Pan jest?... - Dowódcą plutonu, kompanii B-1, batalionu „Bałtyk”, pułku „Baszta” z Mokotowa – wyrecytował Stanisław.

        - To co pan tu robi, do jasnej cholery! - Otrzymałem rozkaz od pana majora „Burzy”, dowódcy pułku „Baszta, dostarczenia jak najprędzej poczty pułkowej do Komendy Głównej. Oto rozkaz i moja przepustka – powiedział wręczając mu dokumenty, które ten przeczytał dość pobieżnie i zaraz zwrócił je Stanisławowi.

        - Nie bardzo wiem, jak panu pomóc. - Przypuszczam, że jedyną pomocą ze strony pana pułkownika, byłoby przydzielenie nam kogoś, kto bezpiecznie przeprowadziłby nas przez Ochotę, albo tylko poinformował, gdzie są Niemcy i w jakiej sile.

        - No, z tym to nie powinno być problemu, panie poruczniku. Ale widzi pan, tutaj u nas