Goniec

Switch to desktop Register Login

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (15)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

AntczakWojciech        – Major deklamował znane już więźniowi zarzuty. – Mimo to, władza ludowa, wielkodusznie, podkreślam, wiel-ko-dusz-nie, mimo waszego zdecydowanie wrogiego do niej stosunku, ta właśnie władza chce dać wam jeszcze jedną szansę, mimo zapadnięcia, wydawałoby się, nieodwracalnego już wyroku skazującego was jednogłośnie na najwyższy wymiar kary, karę śmierci – mówił do kapitana „Żara” nie jak śledczy ferujący wyroki, które zawsze zatwierdzane były przez posłusznych mu, tak zwanych prawników odgrywających rolę prokuratorów, sędziów i adwokatów, Major mówił teraz jak adwokat, jakby wykładał był przed sądem swoją obrończą tezę, nie do obalenia, a która skutecznie miała wpłynąć, jeśli nie na całkowite uniewinnienie oskarżonego, to przynajmniej na znaczne zmniejszenie kary. Ale szkopuł polegał na tym, że kapitan „Żar” - Zygmunt Kalinka przestał już dawno być oskarżonym, a stał się skazańcem z wyrokiem śmierci wydanym przez Majora i zatwierdzonym bardzo posłusznie przez, tak zwany, niezawisły sąd...

        W przedwojennej rzeczywistości Major faktycznie był dość znanym warszawskim adwokatem, ale zaraz po okupacji, szybko wyczuł skąd wieje wiatr historii, niczym psiak węszący z oddali zapach kiełbasy i zmieniwszy z dnia na dzień swoje przekonania polityczne (których, nota bene i de facto, nie posiadał) i stał się gorliwym neofitą nowego porządku porzucając palestrę dla jakże odpowiedzialnego stanowiska przełożonego wszystkich śledczych oraz zastępcy samego Pułkownika.

        - Jeszcze raz zaznaczam – mówił upajając się swoim krasomówstwem, ten były adwokat, a teraz tylko prześladowca podsądnych, z reguły oskarżanych o urojone i bardzo ciężkie przewinienia – że władza ludowa, będąca wciąż jeszcze młodą władzą, jak i nasz wymiar sprawiedliwości socjalistycznej, chce wam iść na rękę i dlatego wezwałem was tu, do siebie, żeby wam jasno i dobitnie oświadczyć, że wasz los jest głównie w waszych rękach... Tak, nie przesłyszeliście się! To od was samych, jeszcze raz zaznaczam, zależy czy unikniecie najwyższego wymiaru kary, jakim jest, jak wiecie, kara śmierci! – oznajmił mu to już po raz drugi i zawieszając głos patrzył na skazanego próbując odgadnąć, jakie to na nim zrobi wrażenie.

        A kapitan „Żar” patrzył na niego do cna zrezygnowany, uważając, i słusznie, to jego całe przemówienie za groteskowe, za farsę odgrywaną, nie wiadomo po co, głównie przed samym sobą, chyba tylko dla zaspokojenia jakichś swoich chorych ambicji.

        - Teraz, jak sądzę, powód naszego spotkania jest dla was dostatecznie jasny, nieprawdaż?

        - Krótko mówiąc, chodzi o to, żebym się jeszcze przed wami pokajał, a jak wy to nazywacie, „poprosił o łaskę”! Czyż nie tak?

        - Dlaczego, zaraz pokajał?! – wykrzyknął Major. – Wystarczy, że najpierw przyznacie się do zarzucanych wam czynów, podpisując ten oto protokół – powiedział wskazując na zadrukowany arkusz. – A potem napiszecie jeszcze prośbę o ułaskawienie do najwyższych władz, do samego prezydenta, towarzysza Bolesława Bieruta i... świat stanie przed wami otworem! Acha, chciałbym wam jeszcze przekazać, oczywiście poufnie, że towarzysz „Tomasz” czyli prezydent Bierut, mając do nas nieograniczone zaufanie, podpisuje bez zmrużenia oka, wszystkie te prośby o ułaskawienie, w których proszący wyrażają szczerą, płynącą z głębi ich serc, skruchę za popełnione przez nich, zazwyczaj z powodu ideologicznej nieświadomości, przestępstwa. No więc? Chyba nie macie się nad czym zastanawiać. Oto papier, jeden i drugi, a tu macie pióro – mówił Major niemal oblizując się z zadowolenia.

        - Dlaczego pan sobie ze mnie kpi? Niech mi pan powie, dlaczego wy wszyscy sobie z nas kpicie? Mało, że nas torturujecie fizycznie, to jeszcze potem bawicie się nami kpiąc z nas tak okrutnie?!

        - Ja kpię? Czy ja sobie z was kpię? A jaki ja niby miałbym w tym interes, żeby sobie z was kpić? Ja wam tylko dobrze chcę poradzić i to wszystko! Ale skoro wy uważacie, że my chcąc was ocalić od kary śmierci, kpimy sobie z was, to ja bardzo przepraszam, ale moje zadanie kończy się tutaj, w tym momencie. Przykro mi bardzo – powiedział robiąc minę kogoś naprawdę szczerze zawiedzionego.

        I wtedy otworzyły się nagle te ciężkie, obite dźwiękoszczelną materią drzwi gabinetu należącego do pułkownika - dyrektora Departamentu Śledczego w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego i stanął w nich, niczym zjawa, sam pułkownik Józef Strużański (dla wtajemniczonych – Goldstein). Patrzył na kapitana „Żara” z uśmieszkiem błąkającym się na jego nalanej twarzy, patrzył jakby z niedowierzaniem, że ten tu, po przejściu tych wszystkich tortur, ten ludzki ochłap, a przedtem hardy wróg systemu niosącego przecież zbawienie całej ludzkości, ten faszystowski niedobitek, tak bezczelnie odmawia... Nie! To się wprost nie chce pomieścić w głowie! I pokręcił nią z niedowierzaniem, a potem kiwnął na więźnia cmokając jak na swojego psa, przywołał go jeszcze kiwnięciem dłoni. A skazany już dawno na śmierć, jeszcze nim zapadł wyrok w tutejszym „kiblowym”, niby sądzie, ten dumny, a według swoich oprawców, po prostu głupiec, sanacyjny czyli „faszystowski” ex- oficer wojska, które przestało już istnieć, ten... ten, szkoda słów, ludzki strzęp rzucony dawno na kolana, wciąż jeszcze, nawet w obliczu nieuniknionej śmierci – stawia się im, „Mieczom Rewolucji”! – jak nazywali sami siebie. Tak ważnym, jeśli nie najważniejszym wykonawcom, „karzącym rękom socjalistycznej sprawiedliwości”, ten śmieć, już prawie martwy, demonstruje przed nimi taką butę! - A może – myślał Major - cały ten Kalinka rzeczywiście przejrzał ich grę i co najgorsze zdążył już tym zarazić innych... Tacy jak on są szczególnie niebezpieczni jak i ci wszyscy „nawiedzeni” dewoci, „religianci” wprowadzający się w trans i takich „ani kijem, ani pałką”. Jedynie likwidacja, choćby masowa, jak tam, pod rządami Stalina... Tępić ich, jak się tępi wszelkie robactwo! Tak samo, jak z tym tu... pozostałością minionej epoki, odpadem Historii. W przeciwnym razie cały nasz tak misternie budowany system ochrony przed zawsze obecną kontrrewolucją, zacznie powoli korodować i wreszcie kruszeć, identycznie jak niekonserwowana stal. A wszystko z powodu kilku szaleńców, którym udało się pokonać strach... Wreszcie został wypchnięty na korytarz. Dopadło go tych dwóch uzbrojonych „klawiszy” chwytając silnie pod pachy, a ten trzeci, ich dowódca ruszył ku kracie na końcu korytarza, żeby ją szybko otworzyć. Stamtąd, bocznym wyjściem wyprowadzono go na dziedziniec. Owiało ich chłodne powietrze. Zdążył jeszcze spojrzeć na rozgwieżdżone niebo i bez żadnych złudzeń wiedział, że widzi je po raz ostatni, i wiedział też, że ten prowadzący strażnik to ront! A tak rozgwieżdżone niebo widział ostatni raz chyba aż w dzieciństwie, a może już w dojrzewającej młodości... Bez znaczenia! Jeszcze tylko raz chciał na nie spojrzeć, bo jak przypuszczał, to może oznaczać tylko zmianę jego losu. Nie zdążył! Strażnicy wepchnęli go do kotłowni usytuowanej przy murze okalającym więzienie. I wtedy to, zauważył Pułkownika stojącego w cieniu. Mimo panującego mroku, widział dość wyraźnie jego twarz, prawie białą, jakby pociągniętą pudrem i ten jego cyniczny uśmieszek i przenikliwe, zimne i bezlitosne spojrzenie szklistych, szarobłękitnych oczu. Zdążył jeszcze zauważyć jego rękę trzymającą pistolet w dłoni obciągniętej skórzaną rękawiczką. Szarpnął się odruchowo, licząc nie wiadomo na co, i wtedy padł bardzo głośny i bardzo celny strzał w samą potylicę, którego nikt z więźniów znajdujących się w celach nie mógł usłyszeć, bo stłumiły go ściany kotłowni i więzienne mury, a on zdążył usłyszeć tylko, jakby cichutki trzask iglicy, a może tylko jakiejś klapki(?) i zobaczył, bardzo wyraźnie, tę wielką światłość, która, o dziwo wcale go nie raziła i poczuł nagle tak długo wyczekiwaną ulgę, a potem już tylko wielką radość i wreszcie rozkosz spełnienia, wszelkiego spełnienia...

        Dopiero teraz wzięli się za Stanisława na dobre. Wielogodzinne, niekończące się śledztwo, tortury, nie tyle fizyczne – bo prawie przywykł już do ciągłego bicia – ale tortury psychiczne, głównie brak snu i zapewnienia śledczego, porucznika Kwiatyckiego, że Lucyna, jego żona też tutaj siedzi, „na kobiecym” i ma spore powodzenie wśród męskiego personelu. Początkowo miała opory, ale w końcu to nawet polubiła i ustawiają się do niej kolejki, jak do żadnej z siedzących tu kobiet. Nie wierzy? Niech zapyta któregoś ze strażników...

        - Proszę bardzo! – powiedział „Kwiatek” pokazując mu na dowód tego, zdjęcie smukłej blondynki z odchyloną do tyłu głową, w lubieżnej pozie, prawie nagiej... I zaraz schował tę fotografię do szuflady biurka.

        - To nie jest moja żona! To niemożliwe... To prowokacja! - Dobrze, wobec tego, niebawem zobaczycie swoją małżonkę w akcji. Z chęcią wam to udostępnimy, Bohuszewicz, ale wtedy będziesz żałował, że nie chciałeś iść nam na rękę i podpisać tego protokółu. Będziesz bardzo żałował, lojalnie uprzedzam... No i jeszcze jedno! Zapomniałem nadmienić, że wasz syn Andrzej jest w sierocińcu, daleko stąd, bardzo daleko i wątpię, żebyście go jeszcze kiedykolwiek zobaczyli! – podkreślił ostatnie słowa i zamilkł obserwując go uważnie, a z kolei Stanisław patrzył mu w oczy próbując odnaleźć coś, co wskazywałoby, że to tylko zwykły bluff, tak jak i z Lucyną, bo tą kobietą na zdjęciu mogła być tylko bardzo do niej podobna niewiasta... To niemożliwe, żeby Lucyna... nie, nie! – odganiał od siebie tę coraz bardziej dręczącą go myśl.

        - A co do waszej żony, zrobiła i robi to nadal tylko dla was, Bohuszewicz – mówił jakby miał dar czytania cudzych myśli. – Nawet nie przypuszczaliśmy, że zamykając ją tu, razem z wami, tak łatwo, ochoczo wręcz, będzie z nami współpracowała, a do tego wykaże tyle zapału w tym co robi... Nawet nie przypuszczałem, że ona cię aż tak kochała, bo teraz wątpię czy będziecie mogli jeszcze na siebie spojrzeć - powiedział chcąc go tym najwyraźniej dobić.

        Po chwili zjawił się „klawisz” i odprowadził Stanisława do uśpionej już celi. Gwałtownie otwierając drzwi zapalił jeszcze światło i wykrzyknął głośno: Baczność! Zbudzeni nagle więźniowe zerwali się ze swych posłań wznosząc przy tym tumany kurzu, a strażnik śmiejąc się ze swojego żartu zgasił światło i zamknął drzwi.

        - Jak tam było? – zapytał szeptem Janusz Mościński-pianista, z którym Bohuszewicz się już zaprzyjaźnił.

        - Gorzej, gorzej niż przypuszczałem... - Co się stało?! - Lucynę przyskrzynili... i zrobili z niej... Pokazywał mi jej zdjęcie w tak niedwuznacznej pozie... A Jędruś jest w sierocińcu, podobno gdzieś bardzo daleko od Warszawy.

        - Naprawdę? To straszne... - Nie wiem już, co o tym wszystkim sądzić. Z jednej strony, to niemożliwe, na ile ją znam, a z drugiej strony, oni są przecież zdolni do wszystkiego...

- Niestety. Stanisław ukrył twarz w dłoniach. Zaczęło go ogarniać uczucie beznadziei. - Czyżby ten drań miał rację, że to była Lucyna... a Jędrek gdzieś „w sierocińcu daleko stąd, bardzo daleko i wątpię, żebyście go jeszcze kiedykolwiek zobaczyli” - słyszał słowa śledczego.

        - Myślę, że teraz nie pozostaje ci nic innego, jak przyznać się im...

        - Przyznać się? Przyznać do czego?

        - No, może źle się wyraziłem, ale przynajmniej nie powinieneś się im stawiać, zwłaszcza, że jak mówiłeś, „Kwiatek” sam ci zaproponował łagodniejsze traktowanie, a i co się z tym wiąże, wyrok będzie znacznie mniejszy, jeśli tylko zgodzisz się...

        - Na co miałbym się niby zgodzić?! - Nie zrozum mnie źle, ale jak sam mówisz, nie jesteś pewien czy na tym zdjęciu to była twoja żona, czy też jakaś inna...

        - Słuchaj, człowieku... Ja, ja jestem pewien, że to nie była ona! Tak, rzeczywiście, zapomniałem, że Lucyna ma zupełnie inny kształt głowy, zwłaszcza z tyłu, kiedy włosy są gładko zaczesane, albo tylko puszczone luzem. Tak, oczywiście... Dopiero teraz to sobie uświadomiłem... To zdecydowanie nie było zdjęcie Lucyny!

        - Ale mimo wszystko, nawet jeśli to nie była ona, to i tak, ze względu na dobro syna, powinieneś...

        - Co powinienem?! Mówże wyraźniej, do jasnej cholery! - Przepraszam, nie chciałem cię urazić, Staszek. Tylko, widzisz, ja tu siedzę trochę dłużej od ciebie i za moich czasów oni zdążyli złamać aż tylu niewinnych ludzi, tylko dlatego, że ci wszyscy, których i tak w końcu złamali, chcieli być wierni samym sobie za wszelką cenę i zapłacili za to życiem, najwyższą cenę! Więc, może powinieneś przynajmniej...

        - Co powinienem?! Pytam się ciebie jeszcze raz, co powinienem... - Zastanowić się. - Tu się nie ma nad czym zastanawiać! Tak czy owak, niektórzy z nas już na początku swojej tu „kariery”, zostali przeznaczeni na odstrzał i te zbiry chcą tylko sprawdzić naszą kondycję! I nic poz tym! A ty, w końcu człowiek nietuzinkowy, znany artysta, bądź co bądź, dlaczego nie zastosujesz tych swoich rad do siebie? W końcu jesteś, jak mówiłeś, sam... – mówił z goryczą Stanisław.

        - Mylisz się. Mam tu siostrę, na „kobiecym”... - Pierwszy raz o tym słyszę. Nic mi o tym nie mówiłeś! - Dziś „wystukała” mi to jej przyjaciółka... A co gorsze, Misia, znaczy się, moja siostra, Marysia, jest ciężko chora, ma dość zaawansowaną gruźlicę, powinna być leczona i mimo to zdecydowali się ją zamknąć... A co najgorsze, trafiła tutaj tylko z mojego powodu... Więc, sam widzisz. Chwilami zastanawiam się nawet czy podczas najbliższego przesłuchania nie potwierdzić śledczemu stawianych przeciw mnie zarzutów. Może wtedy dadzą spokój... Raz na zawsze.

        - Śpijmy! – uciął nagle Bohuszewicz i odwrócił się doń plecami.

        Zanurzył się w coraz bardziej ponure rozmyślania. Nagle, ni stąd ni zowąd, przypomniał sobie słowa „Romcia”: „Panie poruczniku, ja sie za pana modle i za nas wszystkich, co tu siedzim, jak te owieczki bezbronne, albo jakie inne bydlątka... A nawet sie modle i za nich, znaczy sie, za tych co nas tu zamkli i za tych co nas tak lejom za niewinność naszom. A i też sie modle, żeby... żeby nas nie obleciał taki strach, co by my przestali wierzyć, że sie to wszystko kiedyś skończy. I modle sie też, żeby nas nie opentał jaki diabeł i nie zatruł nas nienawiściom, bo jak ona, ta nienawiść wejdzie w człowieka, to lepi nie myśleć... Wtedy wszystko idzie na nasze zgube”...

        Pogrążony w sennych majakach, tuż przed zapadnięciem w głębszy sen, został obudzony zapaleniem światła i głośnym, jak zawsze, otwarciem drzwi oraz jeszcze głośniejszym zawołaniem „klawisza”:

        - Na literę... !

XVI 

        Stanowczo odmówił jakiegokolwiek udziału w walkach, podkreślając dobitnie, że ich celem jest przedostanie się na Wolę, do fabryki Kamlera przy ulicy Dzielnej 72. Także odmówił przyłączenia się do grup wyruszających dziś w nocy w stronę Sękocina.

        - Trudno, myślałem, że się dasz przekonać. Wobec tego... powodzenia, stary! – powiedział porucznik „Gont” na pożegnanie i dodał. – Nie chcę cię straszyć, ale czarno widzę tę waszą wyprawę...

        - Z Panem Bogiem... Bywaj Maciek! – odpowiedział mu na to „Virtus”. Porucznik Gontarewicz oddalił się dołączając do idących na ulicę Niemcewicza, tam, gdzie wciąż jeszcze było Dowództwo Obwodu. Tam właśnie, na dziedzińcu miały się zgrupować oddziały opuszczające tej nocy Ochotę.

        Szukając schronienia, weszli do jednego z domów przy ulicy Kaliskiej, gdzie spotkali się z gwałtownym sprzeciwem mieszkańców, którzy wyzywając ich od najgorszych, kazali im się stąd natychmiast wynosić. Kobiety, zwłaszcza te z małymi dziećmi, były najbardziej krzykliwe, wręcz rozhisteryzowane i co gorsze, nie dając się wcale uciszyć, podburzały innych przeciwko każdemu zjawiającemu się tu Powstańcowi. Szli od domu do domu tracąc powoli nadzieję na znalezienie jakiegoś kąta, żeby się móc posilić i zdrzemnąć, chóc na chwilę odpocząć i zaraz próbować iść dalej w kierunku Woli. Najpoważniejszą przeszkodą było sforsowanie torów kolejowych linii średnicowej, po których jeździł wahadłowo pociąg pancerny bijąc z ciężkiego działa i ostrzeliwując miotaczami min niemal całą dzielnicę. Najbardziej cierpiała z tego powodu jej zachodnia część, ta, bliżej dworca Warszawa Zachodnia.

        Nie mogąc znaleźć bezpiecznego przejścia na Wolę, bezradni błąkali się przechodząc z jednej ulicy na drugą, z podwórza na podwórze i wszędzie spotykały ich te same nienawistne spojrzenia lub co najmniej obojętność mieszkańców maltretowanych ciągłym ostrzałem, a widzących w Powstańcach głównych sprawców swoich nieszczęść.

        Jakże inaczej było na Mokotowie, zwłaszcza w dniu wybuchu Powstania – wspominali entuzjazm, z jakim witano ich, wyzwolicieli Ojczyzny, a nie tylko ich ukochanej Warszawy. Ten dzień 1-go sierpnia, piątego już roku wojny, był dniem Wielkiej Nadziei, nadziei na uwolnienie się od znienawidzonego okupanta, ten dzień narodowej chwały, ten dzień patosu mieszającego się z największym poświęceniem, niesieniem bezinteresownej pomocy jedni drugim z wyrazami sympatii, niemal braterskiej miłości udzielającej się prawie wszystkim, nieważne – warszawiakom czy innym, nawet cudzoziemcom biorącym udział w powstańczych walkach, co prawda nielicznym, Słowakom, kilku Rosjanom i Francuzom, a także Anglikowi, pilotowi uratowanemu z płonącego samolotu po dokonaniu zrzutu broni i amunicji – im wszystkim walczącym w Powstaniu udzielał się ten nastrój nadziei tak wielkiej, jak wielkie były ich serca. Przyświecał im jeden cel – zwycięstwo za wszelką cenę! Tylko zwycięstwo! Natomiast tu, na Ochocie, już w drugim dniu Powstania można było odnieść wrażenie, że prawie nikt nie wierzy w zwycięstwo, a to dlatego, że dzielnica ta była szczególnie niszczona przez nieprzyjaciela. Niemcy przy użyciu ciężkiej artylerii i lotnictwa atakowali Ochotę od strony Śródmieścia i od Dworca Zachodniego, a później dodatkowo i z Okęcia. Ponadto, samo centrum, plac Narutowicza ostrzeliwany był z Domu Akademickiego przez dwa bataliony dobrze uzbrojonych, około ośmiuset Niemców z Schutzpolizei, bardzo czujnych, zwłaszcza po nieudanej powstańczej próbie podłożenia ładunków wybuchowych, a przedtem także próbie zlikwidowania dwóch patroli żandarmerii regularnie obchodzących budynek. A miało to miejsce we wtorek, 1-go sierpnia po godzinie 5-ej po południu, po godzinie oznaczonej kryptonimem „W”. W kolejnych dniach Powstania wzmogła się niemiecka aktywność przez wprowadzenie do walki ciężkich czołgów operujących początkowo w okolicach ulic: Uniwersyteckiej i Wawelskiej, a także przy placu Narutowicza.

        Późnym popołudniem, prawie już pod wieczór, wciąż nie mogąc znaleźć sobie miejsca na spoczynek, zatrzymali się na kościelnym dziedzińcu. Zmęczeni i głodni usiedli pod murem kościoła tracąc nadzieję na powodzenie swojej akcji i wtedy właśnie podszedł do nich ksiądz, wcześniej już obserwując ich z ukrycia, a teraz stanął przed nimi i przyglądał się im z zainteresowaniem, a oni nie mając odwagi odezwać się pierwsi, czekali na jego reakcję.

        - Wszelki duch Pana Boga chwali... – powitał ich ksiądz. - Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! – pierwszy wyrwał się „Orkan”, którego cechował szczególny szacunek dla duchownych wyniesiony z domu, gdzie bardzo religijna była jego babka ze strony ojca, pragnąca, aby on, jej najmłodszy wnuk wstąpił do stanu duchownego i został w przyszłości nie tylko zwykłym księdzem, ale hierarchą, co najmniej biskupem, a najlepiej kardynałem i modliła się o to gorąco, choć, jak sama podejrzewała, że z jej strony mogło to zalatywać już z daleka pychą... pokory.

        - Na wieki wieków – odpowiedział ksiądz. – A cóż to was, kochani, tutaj sprowadza? - Szukamy schronienia, na kilka godzin... jeśli ksiądz byłby tak dobry i wskazał nam jakieś miejsce...

        - Dobrze, ale proszę pamiętać, że tu jest kościół, a wy, jak się domyślam, jesteście Powstańcami, więc proszę mieć to na względzie, że gdyby zjawili się tu Niemcy... – zawiesił głos na chwilę. – To moim pierwszym obowiązkiem jest dbałość o dom Boży... Ale, jeśli panowie chcą tylko przenocować i nie wdawać się w żadną awanturę, to oczywiście służę, jak najbardziej... Proszę, panowie.

        - Z całego serca księdzu dziękujemy – odpowiedział „Virtus”. – Mówiąc prawdę, już zwątpiliśmy w jakąkolwiek pomoc.

        - A to bardzo nieładnie jest zwątpić, mówiąc prawdę, bardzo nieładnie. Czy można zapytać z jakiego panowie są oddziału, pod czyją komendą?

        - Jesteśmy z Mokotowa, z pułku „Baszta”, pod rozkazami pana majora „Burzy”... Ja jestem podporucznik „Virtus”, a to jest sierżant „Szymon”, a ten, to starszy strzelec „Waligóra”...

        - Pochwalony! – wyrwał się ni stąd, ni zowąd „Waligóra” wznosząc pobożnie oczy ku niebu.

        - Na wieki wieków – odpowiedział mu ksiądz.         – A ty synku, jaki ty masz pseudonim? – zwrócił się do najmłodszego.

        - Ja jestem, proszę księdza, strzelec „Orkan”. - A ile ty, dziecko masz lat? - Melduję... Chciałem powiedzieć, że już prawie osiemnaście, a dokładnie siedemnaście i dziewiąty miesiąc! – wyskandował.

        - Nie kłamie? – ksiądz zwrócił się do „Virtusa”. - Sądzę, że nie... - Nie kłamię, jak bo... babcię kocham, proszę księdza. Ja się urodziłem jedenastego listopada, tysiąc dziewięćset dwudziestego siódmego roku! To łatwo policzyć.

        - No, no! To z ciebie Polak narodowy, pełną gębą! – powiedział ze śmiechem, przygarniając go do siebie po ojcowsku.

        Gdy tylko znaleźli się na plebanii, ksiądz polecił im ukryć broń w piwnicy. „W razie, gdyby” i „na wszelki wypadek” – tłumaczył się ksiądz, a kiedy zasiedli do więcej niż skromnej kolacji składającej się z kilku kawałków razowca ze smalcem i kiszonymi ogórkami, księżulo uderzając się otwartą dłonią w czoło, wykrzyknął:

        - A ja się panom z tego wszystkiego nie przedstawiłem. Jestem proboszczem tutejszej parafii świętego Jakuba pod wezwaniem Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Marii Panny, jestem ksiądz Jakub Dąbrowski.

        - To ksiądz też jest Polak narodowy, tak jak nasz „Orkan” – wystrzelił znów nieoczekiwanie „Waligóra”.

        - A niby czemu to, kochasiu? - No, jak? Mazurek Dąbrowskiego! „Jeszcze Polska nie zginęła, kiedy my żyjemy”... – zaintonował pierwsze słowa hymnu.

        Wybuchnęli śmiechem. - Widzę, że humor wam dopisuje. To dobrze, bo czasy są niezbyt do śmiechu, nawet gdyby jakimś cudem udało się nam z Niemcami, to... – przerwał wpadając nagle w zadumę. - Ach, nie ma co! Pan Bóg czuwa!... Na spoczynek dla was przeznaczyłem salkę parafialną. Są tam materace i trochę kocy, a pod głowy podłożycie sobie stare komże, bo nie mam poduszek ani... łóżek, przykro mi.

        - Dziękujemy księdzu, jeszcze raz bardzo dziękujemy! - Śpijcie smacznie. Dobranoc, z Panem Bogiem...