Goniec

Register Login

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (17)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

AntczakWojciech        Przyszli po niego we dwóch, przed apelem. „Na literę ‘b’!” – usłyszał wezwanie, bez wątpienia odnoszące się tylko do niego, gdyż był jedynym więźniem w ich celi, którego nazwisko zaczynało się na tę właśnie literę. Wstał z bijącym sercem, z jakąś niespotykaną dotąd emocją, rozejrzał się jeszcze po celi, żegnając się z nimi, jak sądził – na zawsze. I oni też wiedzieli, że skoro przychodzą po więźnia we dwóch, nie krzyczą, a spokojnym głosem proszą jeszcze o zabranie swoich rzeczy, to może oznaczać – śmierć albo... przeniesienie stąd, z więzienia o zaostrzonym reżimie, do innego więzienia, na przykład we Wronkach lub w Rawiczu. Notabene, każde więzienie w powojennej polskiej, i nie tylko polskiej rzeczywistości, było więzieniem „o zaostrzonym reżimie” w porównaniu z innymi więzieniami na świecie.

        Zdarzało się, choć bardzo rzadko, że przychodzili po kogoś i zupełnie niespodziewanie, ni stąd, ni zowąd, wypuszczano delikwenta na wolność, ale tylko po to, żeby go obserwować, chodzić za nim, a później ponownie aresztować wraz z tymi, z którymi się spotykał. I nieważne, że nie mieli na nich żadnych dowodów „szpiegowskiej” czy tylko „wywrotowej” działalności, wsadzali kogo popadło, a potem, w myśl sowieckiego porzekadła: „dajcie człowieka, a paragraf na niego się znajdzie”, niszczyli każdego, kto choćby w najmniejszym stopniu mógł zagrażać ich panowaniu. Jak każda rewolucja, tak i ta musiała posiadać przeciwników, wręcz wrogów, jeśli nie prawdziwych, to choćby i urojonych. Obłęd terroru – terror obłędu! Bez różnicy! Ta rewolucja, zwana eufemistycznie – socjalistyczną, zawsze, czy to w Rosji sowieckiej, czy w każdym innym „bratnim” kraju, wszędzie tak samo panował terror pod pozorem walki najczęściej z wyimaginowanym wrogiem zarówno za dyktatury leninowskiej, jak i stalinowskiej, zawsze królowała zbrodnia. I tylko ZBRODNIA! A z czasem zaczęły się tworzyć frakcje i koterie, mniej lub bardziej ostre, wzajemne zwalczanie się. Mówiono wtedy, że rewolucja pożera własne dzieci. Szkoda tylko, że tak powoli i nie wszystkie...

        Wracając do jakiej takiej równowagi psychicznej, zastanawiał się, czy przypadkiem w chwili utraty świadomości nie podpisał fałszywych, zredagowanych przez śledczego zeznań. To byłby jego koniec. Ale przecież pamiętał tamto ostrzeżenie dane mu przez pana majora „Ursyna”: „Nie przyznawaj się do tego, czego nie zrobiłeś! I broń Boże, nie obciążaj innych, bo co raz podpiszesz, tego już nie odwołasz, pamiętaj!”. Z kolei, gdyby podpisał, daliby mu spokój, przynajmniej skończyłyby się te koszmarne przesłuchania, podczas których nierzadko zsuwał się z taboretu na podłogę i zapadał natychmiast w sen, a śledczy wraz z pomocnikami, gdy nie mogli dobudzić go kopniakami, wylewali nań wiadra zimnej wody. Skutkowało, natychmiast i zawsze! Kiedy indziej nie wytrzymał i zapaskudził się fekaliami, straszliwą biegunką, odchodami zmieszanymi z krwią, którą odkrył dopiero po powrocie do celi, gdy zabrał się do płukania bielizny i spodni. Po tym zdarzeniu, wtedy napawającym go niesamowitym wstydem, na jakiś czas przestali go bić.

        Teraz prowadzono go korytarzem na piętrze w stronę szczytowej ściany budynku. Trzymając swoje zawiniątko jakby to był jakiś skarb mający uratować mu życie, został wepchnięty do ostatniej pustej celi z otwartym oknem. Było tu przejmująco zimno. Ustawiono go twarzą do ściany i kazano mu stać nieruchomo. Nagle zjawił się jego „śledź”, porucznik Kwiatycki. Milcząc, spojrzał na niego tak, jak się patrzy na jakąś bezużyteczną rzecz, i wydał polecenie dwóm uzbrojonym strażnikom z paskami od czapek zapiętymi pod brodami, przywołania dwóch innych więźniów, Niemców. Jeden z nich chwycił go z tyłu za ręce, a strażnik założył mu błyskawicznie kajdanki, natomiast ten drugi więzień szybkimi ruchami zabandażował Stanisławowi usta. Zrobił to z nie mniejszą wprawą niż skuwający go strażnik. Ściśle przylegający bandaż nie pozwalał mu na oddychanie ustami. Chwycili go pod pachy i zawlekli na sam koniec korytarza, gdzie panował mrok. A on, mimo okropnego strachu, zaczął się w duchu modlić starą, maryjną antyfoną: „Pod Twoją obronę uciekamy się, święta Boża Rodzicielko...”.

        – No i doigrałeś się Bohuszewicz, sam tego chciałeś, a ja cię uprzedzałem, dawałem ci tyle razy szansę! No cóż...

        Odwrócili go do ściany. Stanisław, wracając do przerwanej modlitwy, opuścił głowę i wtedy poczuł lufę pistoletu przyłożoną do potylicy. Trwało to i trwało, wciąż nic nie słyszał w tej straszliwej ciszy, nie słyszał nic poza szumem w uszach... Wreszcie Kwiatycki pociągnął za spust! Suchy trzask iglicy i... nic. Stanisław nadal stał przy ścianie. Jeszcze raz usłyszał odgłos nienaładowanej broni. – „Boże! Niech się to już skończy!” – błagał w myślach. – Co z tą bronią, do jasnej cholery! – usłyszał głos śledczego odgrywającego teraz, głównie przed samym sobą, tę całą tragifarsę. 

        – Odprowadzić go do celi!

        Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, puściły mu nerwy. Zaczął się trząść na całym ciele jak ktoś, kogo wyrzucono nagle z ciepła na mróz, nieubranego i niedożywionego. Patrzyli na niego bardzo zdziwieni. Nikt nie miał odwagi odezwać się do niego pierwszy. Dopiero po czasie Janusz zapytał go ściszonym głosem:

        – Co to było?

        Stanisław opowiedział mu, co zaszło. A na koniec dodał:

        – Nie wiem, może chciał mnie tylko nastraszyć? Nie wiem... 

        – A może jednak, powinieneś, mimo wszystko... – powiedział, nie kończąc. 

        Bohuszewicz spojrzał na niego ze zdziwieniem, dopiero po chwili dotarło do niego podejrzenie, że tego wielkiego przed wojną artystę-wirtuoza fortepianu udało się im złamać, sprowadzając tym samym do roli kapusia, „agenta celnego” – jak takich nazywano w urzędowo-bezpieczniackiej gwarze...

XVIII 

        Stali jeszcze przez chwilę, nie mogąc pojąć, dlaczego ten ogień, mimo dość gęsto siekącej mżawki, jest nie do ugaszenia.

        – Ruszajmy! – usłyszeli rozkaz „Virtusa”. – Strzelec „Zawisza”, będziesz szedł koło mnie.

        – „Zawisza Czarny”! Melduję, panie poruczniku. 

        – Oczywiście. 

        – Może będzie lepszy niż ten rudy i piegowaty, jak mu tam było... „Pantera” – powiedział „Waligóra”, dodając – A swoją drogą, to mieliśmy szczęście w tych kartoflach, i on też, że przeżył po tym postrzale, to aż dziw...

        – Nieźle się wtedy spisałeś „Waligóra”! – pochwalił go „Virtus”. 

        – Eee tam, panie poruczniku, co to za spisanie sie, letki był jak p i ń d z i e s i o n t groszy.

        – Jak piórko – poprawił go „Szymon”. 

        – Jakie znowuż piórko, panie sierżant? O czym pan mówisz? 

        – Ten dzieciak, co dostał w głowę, tam w kartoflisku, lekki był „jak piórko”, a nie jak „pięćdziesiąt groszy” – upierał się „Szymon”. – Tak się, przynajmniej, powinno mówić.

        – Może „dzieś miendzy” Grójcem a Radomiem, czyli na wsi, bo u nas, na Ksawerów, to sie nigdy tak nie mówiło! Przesada, l e e t k a przesada – skwitował to „Waligóra” i zamilkł.

        Spory kawałek przed Dworcem Zachodnim zauważyli nadjeżdżający z daleka pociąg. Powoli wytracał prędkość. Z przodu lokomotywy widniała biała hitlerowska „glapa”, a pod spodem także biała litera „V” – znak zwycięstwa. Insygnia te wyraźnie kontrastowały z czernią parowozu. Pociąg, w którego składzie zauważyli także wagony osobowe, nie był zwykłym pociągiem kursującym między Rzeszą a Generalną Gubernią. Większość stanowiły jednak wagony-lory załadowane czołgami i działami, skrzyniami z lżejszą bronią i amunicją. A w wagonach osobowych musiały jechać jakieś niemieckie „szychy” – jak się tylko można było domyślać. I rzeczywiście, była to kolejna część, niesławnej pamięci, dywizji „Hermann Göring”, przybywającej teraz do Warszawy jako jeszcze jedna z wielu sił przeznaczonych do stłumienia Powstania.

        Przycupnęli w zagłębieniu porośniętym wysoką trawą, ostami i zeschniętymi już badylami pokrywającymi przestrzeń wzdłuż torów i wokół stacji. Dopiero kiedy minął ich ten cały pociąg i usłyszeli charakterystyczny pisk hamulców, ruszyli dalej, omijając bardzo szerokie torowisko tuż przy dworcu.

        – Panie poruczniku, a może warto byłoby spróbować teraz, kiedy ten pociąg wjeżdża na stację? – zapytał zniecierpliwiony sierżant „Szymon”.

        – Nie, jeszcze nie. Zbyt wiele torów, za szeroko. W razie czego mają nas jak na patelni.

        Dalej szli już w milczeniu, aż znaleźli to przewężenie torów i wtedy „Virtus” rozkazał im, by rozstawili się i pojedynczo, schyleni, jak najprędzej przeszli na drugą stronę. Kiedy ostatni z nich, najmłodszy „Zawisza Czarny” przeskoczył zwinnie tory, „Virtus” rozejrzał się jeszcze dokoła i ruszył za nimi. Czekali na niego zgromadzeni przy pierwszych zabudowaniach. Wreszcie byli na Woli.

        – Teraz uważajcie na te budynki z lewej. Pierwsi niech idą „Waligóra” i „Orkan”. Kierujcie się na Bema. Pójdziemy lewą stroną, między torami a ulicą. Idziemy w odstępach kilkunastometrowych i jeśli któryś z was zauważy coś niebezpiecznego, czekać na następnego i meldować. Strzelać tylko w ostateczności. Zrozumiano?!

        – Tak jest, panie poruczniku! – „Waligóra”! Uważaj na te zabudowania naprzeciwko Gazowni. 

        – Taa jest! 

        Niezauważeni przemknęli na drugą stronę ulicy Bema, kierując się wprost na Wolską, skąd dochodziły sporadyczne strzały. Wiele domów płonęło, dużo leżało już w gruzach. Niemcy pospiesznie ściągają posiłki, nawet z dala od Warszawy. Początkowo akcją przeciw Powstaniu kieruje sam Reichsführer-SS [marszałek polny] Heinrich Himmler, głównodowodzący SS i wszystkich sił policyjnych Niemieckiej Rzeszy, fanatyczny wykonawca rozkazów Hitlera, twórca obozów koncentracyjnych i całej machiny mającej za zadanie eksterminację „podludzi”. Rozkazy wydaje bezpośrednio z Poznania, gdzie na wieść o wybuchu Powstania przybywa prosto ze swej kwatery w Grossgatten w Prusach Wschodnich. Do swojej dyspozycji Himmler ma niewielkie siły, gdyż gros wojsk zostaje rzuconych do obrony linii Wisły przed prącą na Zachód armią sowiecką. Osobiście wyznacza oddziały i dowódców SS i policji przypominając im rozkaz Hitlera: „Warszawa ma być kompletnie zniszczona! Warszawa ma stać się przestrogą dla innych miast Europy! Mordować każdego! Bez względu na to, czy bierze udział w walce przeciw nam, czy nie! Nie brać żadnych jeńców! Nie żywić nikogo!” – krzyczy podniecony i wściekły Himmler. Wydając rozkazy bez żadnego konkretnego planu, wbrew wojskowej logice, przyczynia się do niesamowitego wręcz chaosu na drogach dojazdowych do Warszawy. Dopiero wkroczenie do akcji SS-Obergruppenfuehrera [generała broni] Ericha von dem Bacha wprowadza porządek w tym całym bałaganie spowodowanym głównie przez samego Himmlera.

        Do stłumienia buntu tych przeklętych „Polaken” [Polaczków], warszawiaków i nie tylko, ale wielu innych, pochodzących z różnych rejonów Polski od wieków stojącej na przeszkodzie parcia na wschód Wielkiej Rzeszy Niemieckiej, Himmler wysyła dywizję SS „Hermann Göring”, a także, między innymi, pułk „SS-Dirlewanger”, początkowo składający się z... kłusowników, a obecnie w większości ze zbrodniarzy, kryminalistów i różnego rodzaju szumowin, a także Volksdeutschów i dezerterów. Sama „śmietanka” ludzi do cna zdeprawowanych, umiejących mordować masowo i w wyrafinowany sposób. Za obietnicę otrzymania wolności zdolni są do dokonywania najpotworniejszych zbrodni. Ich dowódcą jest Oskar Dirlewanger w najniższym stopniu generalskim, SS-Oberführera [brygadiera], który w czasie Powstania Warszawskiego liczy sobie prawie pięćdziesiątkę. Wciąż kieruje nim ta sama żądza walki, jaka kierowała nim od czasów wojny domowej w Hiszpanii, kiedy wcześniej wstąpił do wsławionego okrucieństwami Legionu Condor. Potem, od wybuchu II wojny światowej, uczestniczy w walkach we Francji, Belgii i Polsce, a następnie zwalcza partyzantkę działającą na Białorusi. Oskar Dirlewanger uchodzi za speca od niszczenia band, jak określają Niemcy wszystkich partyzantów zbrojnie występujących przeciwko nim. SS-Oberführer posiada tytuł naukowy doktora nauk politycznych. Rozmawiając, jest zawsze u ś m i e c h n i ę t y! Zaleta to, czy szatańska przypadłość?

        Wali się front długości dwóch tysięcy kilometrów pod naporem Armii Czerwonej. Wielu ocenia sytuację Niemców nad wyraz pesymistycznie, zwłaszcza dowództwo Wehrmachtu, od którego Himmler otrzymuje brygadę RONA [Russkaja Oswoboditielnaja Narodnaja Armija – Rosyjska Wyzwoleńcza Armia Ludowa] pod dowództwem SS- Brigadeführera [generała brygady] Mieczysława Kaminskiego, urodzonego w Poznaniu z matki Niemki i ojca Polaka. Jest to typ karierowicza z ambicjami. Marzy o zostaniu przywódcą faszystowskiej Rosji. Sensem jego życia jest mieszanka alkoholowo-kobieca. Nikogo tak nienawidzi jak Polaków, o których wyraża się jedynie obelżywymi słowami. Były kapitan rezerwy sowieckiej armii dostaje się do niemieckiej niewoli. Przechodzi na stronę niemiecką wzorem generała Andrieja Własowa, wstępując w 1942 roku do formacji RONA.