Goniec

Switch to desktop Register Login

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (18)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

AntczakWojciech        Szybko awansuje, zostając generałem SS dowodzącym kombinowanym pułkiem w sile tysiąca siedmiuset ludzi.

        W piątek, 4 sierpnia, nadciągające posiłki niemieckie są już pod samą Warszawą, zbliżają się do Okęcia. 

        Należałoby wspomnieć także o innym niemieckim dowódcy biorącym udział w pacyfikacji powstańczej Warszawy. Jest nim Heinz Reinefarth, SS-Gruppenführer [generał-porucznik], generał policji. Członek osobistego sztabu Himmlera, odznaczony przez Adolfa Hitlera Rycerskim Krzyżem Żelaznym za udział w kampanii francuskiej. Reinefarth jest jedynym esesmanem, który otrzymał tak wysokie odznaczenie z rąk samego Führera.

        W tłumieniu Powstania bierze udział około 20 tysięcy świetnie uzbrojonych hitlerowców. W tym wielu żołnierzy innych narodowości: Rosjan, Kozaków, Ukraińców niesłusznie nazywanych „własowcami”. Ponadto do walk z Powstańcami i do rzezi ludności cywilnej Niemcy popchnęli Wschodniomuzułmański Pułk SS (azerbejdżański) oraz Turkmeński Batalion Polowy wraz z II Batalionem „Bergmann” (kaukaskim). W sumie około czterech tysięcy żołnierzy „ochrzczonych” przez warszawiaków – Kałmukami. W walkach przeciw Powstaniu bierze także udział część 9. Armii dowodzonej od czerwca do września 44 roku przez generała wojsk pancernych Nikolausa von Vormanna. 

        Formacje wojsk biorące udział w walkach wręcz z Powstańcami wspierane były przez artylerię i lotnictwo.

        Jednym z zadań sił niemieckich staje się uwolnienie generała lotnictwa, Reinera Stahela – komendanta wojskowego miasta Warszawy. Jest on oblężony przez Powstańców w pałacu Bruhla mieszczącym się na północno-wschodnim obrzeżu Ogrodu Saskiego.

        Główne natarcie rusza o świcie 6 sierpnia, w niedzielę, a dzień wcześniej hitlerowskie bestie pod dowództwem Heinza Reinefartha sprowadzone z Poznania w sile 16 kompanii policyjnych wraz ze zmotoryzowanym batalionem policyjnej straży ogniowej i kompanią SS „Röntgen”, w ciągu tylko jednej doby wymordowały na warszawskiej Woli ponad 20 tysięcy bezbronnej ludności w masowych i pojedynczych egzekucjach. W czasie niecałych dwóch tygodni zginęło na Woli około 50 tysięcy osób. Zwłaszcza osób cywilnych, niebiorących bezpośredniego udziału w toczących się walkach... 

        Matki z dziećmi, nierzadko brzemienne, młode kobiety, dziewczęta, nawet trzynastoletnie wcześniej gwałcone na oczach innych, zabijane były potem z ogromnym okrucieństwem... Dzieci i starcy, kalecy i ranni znalezieni w szpitalach ginęli w straszliwych męczarniach paleni żywcem po oblaniu przez oprawców benzyną... Ginęli mężczyźni, dlatego tylko, że byli mężczyznami. Zabijano chłopców jako potencjalnych powstańców. Wszystkich! Zabijani byli wszyscy, którzy tylko nawinęli się bestiom, zwłaszcza tym naznaczonym symbolem śmierci – trupią główką ze skrzyżowanymi piszczelami. 

        Orgia zbrodni sięgnęła zenitu! Mordowani pojedynczo strzałem w głowę lub masowo rozjeżdżani czołgami, siekani z broni maszynowej, żywcem paleni – tylko za to, że byli Polakami!

        Wydarzenia te przeszły do historii jako Rzeź Woli.

        Przy kościele św. Stanisława, zaraz za ulicą Wolską, Niemcy formowali pochód składający się głównie z kobiet i dzieci. Tuż za nimi stały czołgi, straszliwie głośne, kopcące spalinami, zwłaszcza kiedy ich kierowcy zwiększali obroty silników, jakby dla podtrzymania bojowego nastroju piechoty Wehrmachtu w wielkiej sile, mającej chronić się za czołgami, a z kolei czołgi chroniły się za „żywą tarczą” gnanych przed nimi przerażonych mieszkańców Woli. Przy ryku silników, w dymie palących się domów i w dymie czołgowych spalin, esesmani, wrzeszcząc swoje „schnella!”, zaczęli pędzić tłum rozpaczliwie płaczących kobiet i dzieci w kierunku ulicy Wolskiej, a stamtąd wprost na barykadę przy ulicy Płockiej. 

        Z ruin okolicznych domów odezwały się powstańcze serie. Celne strzały wyłuskiwały spośród tłumu cywilów gnanych przed czołgami, tylko Niemców, oszczędzając „żywą tarczę”. I kiedy wystrzelano kilku esesmanów, wtedy ci, których nie zdążyły trafić powstańcze kule, zmiatali w panice na tyły, chroniąc się wśród idącą za czołgami piechotą. Ale i im posłano kilka salw, bijąc celnie, by zaoszczędzić jak najwięcej amunicji.

        Kiedy odległość od barykady nie przekraczała stu metrów, „żywa tarcza” rozsypała się, uciekając ku barykadzie oraz chroniąc się w okolicznych domach, przeważnie przepełnionych do granic możliwości. Wtedy z barykady wysłano w stronę czołgów „niespodziankę” – dwa celne strzały z „piata” – broni p.panc; przeciwczołgowej.

        Niemiecki plan przedarcia się ulicami: Wolską, Chłodną przez Waliców w stronę placu Żelaznej Bramy i dalej przez Ogród Saski do pałacu Bruhla, skąd spodziewano się uwolnić generała Stahela, nie doszedł do skutku. Na razie plan ten spalił na panewce. Na razie...

        – Panie poruczniku! – wykrzyknął „Szymon”.         – Tędy nie damy rady, za dużo Szwabów!

        – Widzę – odpowiedział „Virtus”, zastanawiając się, którędy mogliby dojść do fabryki Kamlera przy Dzielnej, do której mieli już tylko niecałe cztery kilometry. Jak przeskoczyć Wolską, jak przejść przez te wszystkie płonące wokół domy? Żadnego pomysłu! Pustka w głowie, a jednocześnie lęk o nich, ufających mu ciągle, wierzących, że on, ich dowódca, z pewnością wie, jak wykonać ten rozkaz otrzymany od pana majora „Burzy”, jak najbezpieczniej dotrzeć na miejsce pobytu Komendy Głównej, gdziekolwiek by się ona aktualnie znajdowała. Pustka w głowie! A co to oznacza, wie każdy, nawet najniższy rangą dowódca... Nagle, zupełnie nieoczekiwanie przyszedł mu z pomocą ten dzieciak, „Zawisza... Czarny”.

        – Panie sierżancie! Panie sierżancie! – zawołał, szarpiąc „Szymona” za rękaw. – Mam pomysł! Pójdziemy tam, na Ulrychów, za tory, tak jak żeśmy zrobili przy Zachodnim. Ja znam ten teren, bawiliśmy się tam z chłopakami.

        – Może i ma rację – zastanawiając się, powiedział „Virtus”. – Chodź tu „Zawisza”, masz mapę i pokaż dokładnie...

        – „Zawisza Czarny”, melduję. Mnie tam żadna mapa niepotrzebna, ale jak pan porucznik każe, to ja...

        – Jesteśmy tutaj. Widzisz? Tu są tory kolejowe, tutaj wiadukt nad Wolską. Przejście dołem, pod torami, wykluczone! Nie będziemy mieli odwrotu. To samo górą... nie damy rady. Z powrotem, jeszcze gorzej...

        – Cholera! – zaklął zniecierpliwiony „Szymon”. – A jak byśmy jednak spróbowali cofnąć się aż do Dworskiej i tam spróbować przejść przez tory, a potem dużym zakolem przez Ulrychów...

        – Nie, nie myślę, żeby to był najlepszy pomysł. Proponuję iść w stronę tego drugiego wiaduktu, przy Sokołowskiej, a po drodze zobaczy się, może znajdziemy jakieś przejście... Jak sądzisz „Zawisza Czarny”? – zapytał „Virtus”.

        – Sądzę, panie poruczniku, że damy radę. Znam taki kanał pod torami, zaraz przed Górczewską, i tamtędy przejdziemy prosto na Ulrychów.

        – A potem, zobaczy się – powiedział „Virtus”. – Prowadź „Zawisza”!

        – „Czarny”. – Rozumie się!

        – A, panie poruczniku, a teraz to melduję tak od siebie, nie służbowo... 

        – Słucham was, „Zawisza Czarny”. 

        – Ja chciałem jeszcze wiedzieć, co słychać w sprawie mojego bagnetu, co mi go pan porucznik obiecywał jeszcze tam, na Ochocie? – pytał wyzywająco, po łobuzersku wykrzywiając twarz.

        – Oczywiście, że dostaniesz. Zapomniałem, na śmierć zapomniałem – dodał, odpinając ten bagnet od pasa. – Tylko uważaj, żebyś sobie krzywdy nie zrobił.

        – Mowa! – odpowiedział, a ze szczęścia aż mu się oczy zaświeciły. 

        Przy rogu ulic Sokołowskiej i św. Wojciecha zatrzymani zostali przez powstańczy oddział porucznika „Kryski”.

        – Hasło! 

        – Nie znamy. Jesteśmy oddziałem łącznikowym z Mokotowa. Idziemy z pułkową pocztą.

        – Zaraz wszystko sprawdzimy. Najpierw oddajcie broń! – krzyknął groźnie chłopak w esesmańskiej panterce z biało-czerwoną opaską na rękawie.

        – Najpierw chciałbym rozmawiać z dowódcą! – powiedział stanowczo „Virtus”. 

        Niespodziewanie „Waligóra” doskoczył do tego, który rozkazał oddać im broń, i przykładając mu swój „rozpylacz” do głowy, powiedział z całkowitym spokojem: – Słuchaj koleś, jak nasz pan porucznik grzecznie prosi, to prosi, a wy – zwrócił się do jego kompanów – natychmiast zameldujcie nasze tutaj przybycie! Kto jest twoim dowódcą?! – zapytał tego w panterce, szturchając go lufą swojego peema.

        Sytuacja stawała się groźna, bo tamtych było więcej, poza tym byli na swoich śmieciach i żaden z nich nie miał zamiaru ustępować. Oni także.

        – No, jak z wami jest?! Nie rozumiecie po polsku! – krzyknął „Waligóra” i wtedy jeden z nich „pękł”.

        – Sie robi! – powiedział, ruszając w stronę ruin. 

        Po chwili zjawił się porucznik „Kryska”, dowódca pierwszego plutonu Zgrupowania „Młot” z Trzeciego Rejonu pod dowództwem pułkownika „Stefana”.

        – Podporucznik „Virtus” z Pułku „Baszta”. Idziemy z Mokotowa z rozkazu pana majora „Burzy” z pocztą pułkową do Komendy Głównej...

        – Pan porucznik raczy to jakoś udokumentować, bo... 

        – Proszę, to jest moja przepustka, list... 

        – Dziękuję – powiedział „Kryska”, oddając mu papiery. – Dziwi mnie tylko jedno, że udało się panom bez większej obstawy dojść aż tutaj, na Wolę. Tu się zaczyna robić bardzo niebezpiecznie.

        – Wiem. Idziemy już drugi dzień, a poczta powinna być dostarczona do Komendy Głównej w środę, drugiego, przed południem...

        – Sam pan widzi. A teraz, jak pan zamierza się przedrzeć na Dzielną przez ten ogień, przez te ruiny – wskazał ręką płonące domy.

        – Myślałem, że może przez Ulrychów, okrężną drogą, za torami. 

        – Wykluczone! Na Ulrychowie wpadlibyście zaraz w ręce szkopów. Ciągną na nas całymi watahami od strony Pruszkowa i Okęcia. Proponuję iść tędy, wzdłuż torów do Górczewskiej, a potem... to już w rękach Boga – przerwał, spoglądając w niebo.

        – Dziękuję panu, panie poruczniku – odpowiedział „Virtus”, salutując mu. 

        Ruszyli we wskazanym kierunku.

XIX 

        Coraz częściej budził się w środku nocy, mimo iż przedtem nie mógł długo zasnąć, bo kiedyś wystarczyło, że przyłożył głowę do tego, co nazywano tu siennikiem, i zaraz zapadał w głęboki sen. Często nie słyszał nawet krzyku strażnika, kiedy ten wyciągał kogoś na śledztwo. A teraz, byle kroki na korytarzu, czyjś kaszel lub jęk w celi i od razu się budził, a potem długo leżał z otwartymi oczami, patrząc w sufit. Wtedy najwięcej był się modlił. Najczęściej odmawiał modlitwę różańcową, rozważając kolejne jej tajemnice w zależności od dnia, na który przypadała dana tajemnica.

        Ale od jakiegoś czasu Szczygieł, „Romcio” – jak go tu, „pod celą”, powszechnie nazywali współwięźniowie – zaczął wstawać w nocy i jak najostrożniej przechodził w kąt, tuż przy kiblu, i tam uklęknąwszy głośno się modlił. Którejś nocy, zupełnie niespodziewanie otworzyły się drzwi. Zapalono światło i do celi wparował sam oddziałowy „Hiszpan” – przezywany tak ze względu na swój udział w wojnie domowej w Hiszpanii, a i z powodu smagłej cery i kruczoczarnych włosów nosił także ksywę „Cygan”. Prawdziwy sadysta. Gdyby nie reprymendy otrzymywane od czasu do czasu od samego Pułkownika, „Hiszpan- Cygan” wymordowałby, wcześniej czy później, wszystkich tych więźniów, na których „miał oko”. Do takich należał Roman Szczygieł, „Romcio”.

        Zdążył jeszcze zrobić znak krzyża i zaraz dostał solidnego kopa w twarz. Z nosa i ust trysnęła krew, a oddziałowy z długą, dębową pałką, depcząc po śpiących, wyciągnął chłopca w stronę drzwi. 

        – Ja ci dam, ty... klerykalny skurwysynu, ty... – wrzeszczał.

        Dowlókłszy go do drzwi, zaczął walić jego głową o kant metalowej framugi. Romek krwawił coraz obficiej. Po czasie znowu zgasło światło i zatrzasnęły się z powrotem drzwi.

        W celi wszyscy byli już obudzeni. Niektórzy dopytywali się, wciąż jeszcze nie całkiem przytomni, co się stało, skąd ten nagły, niespodziewany harmider.

        – Romcia zabrali. 

        – Ale za co? 

        – Za to, co zwykle... 

        I znowu zrobiło się cicho, a oni kolejny już raz tej nocy próbowali zasnąć. „Hiszpan-Cygan” zaciągnął go bezpośrednio do tego nowego, najgorszego z karcerów na „dwunastce”. Była to maleńka cela o objętości nie większej niż trzy metry sześcienne, w której człowiek przeciętnego wzrostu nie mógł stać wyprostowany ani nie mógł się położyć. Ściany karceru i podłoga wyłożone były ostrym, gruboziarnistym żwirem, tak że więzień, kompletnie nagi, nawet bez butów, nieustannie się o te zadziory kaleczył. Podłoga była o kilkanaście centymetrów niżej od podłogi w korytarzu. Zagłębienie to wypełniane było co jakiś czas wiadrami zimnej wody w celach „higienicznych”, gdyż karcer nie posiadał sanitariatu, ani nawet wiadra. Panował tam straszliwy zaduch i wieczny mrok. Dygocząc z zimna, po zdjęciu ubrania, Romek został wepchnięty przez „Hiszpana” do karceru z zapowiedzią siedzenia „tak długo, aż go wyratuje Ten, do którego się modli”, dodając, żeby Go jeszcze wybłagał o rozum dla siebie, bo inaczej „kopnie w kalendarz” szybciej, niż się tego może spodziewać. I tak trafił tam na całe trzy tygodnie.

        Zaraz po „śniadaniu” otworzyły się nagle drzwi i strażnik wykrzyknął najpierw to, co zawsze wykrzykiwał.

        – Na literę „be”. Dawaj! 

        Stanisław, nie mając wątpliwości, że chodzi tylko o niego, zerwał się na równe nogi, wymieniając jeszcze swoje nazwisko. Szli dość szybkim krokiem. „Klawisz” narzucał tempo marszu. Bohuszewicz od razu wyczuł, że nie jest prowadzony na kolejne przesłuchanie, ale, być może, na... rozprawę. Serce zabiło mu nieco mocniej. Bez względu na wyrok, jaki otrzyma, będzie przynajmniej wiedział już, na jak długo zostanie zamknięty. – A, jeśli – przyszło mu na myśl – będzie to kara śmierci? Zatrwożył się, ale po chwili przypomniał sobie tych, którzy najprawdopodobniej zostali zgładzeni, bo wszelki słuch po nich zaginął. Pamiętał ich, kiedy wyprowadzani byli po raz ostatni z celi. Pamiętał jednych i drugich i tych wszystkich, którzy w szoku padali na kolana, błagając strażnika o litość, chwytając się drzwi, skamlali o zlitowanie i patrzyli na pozostających w celi z bezdennie błagalnym spojrzeniem człowieka chcącego za wszelką cenę znaleźć choćby cząstkę nadziei, że to jeszcze nie to, co mu przeznaczono wyrokiem wydanym przez „sąd” w „procesie kiblowym”. Ale większość tych nieszczęśników starała się zachować twarz do końca i nie dać poznać po sobie, że się boją, po ludzku, jak każdy idący na śmierć. Tylko nieliczni, bardzo nieliczni przyjmowali to ze spokojem i na pożegnanie zdobywali się jeszcze na słowa pocieszenia dla tych, których opuszczali już na... zawsze. Najpierw był to major „Ursyn” – Kazimierz Szelański, tak jak i on należący najpierw do Związku Jaszczurczego, a później do Narodowych Sił Zbrojnych, który wraz z Brygadą Świętokrzyską dotarł do Czechosłowacji i dalej na Zachód i mimo iż mógłby już tam pozostać bezpieczny, służąc w amerykańskiej armii pod generałem Pattonem, wrócił do Kraju, najpierw jako zwykły kurier, i pozostał z zamiarem organizowania ruchu oporu przeciwko Sowietom instalującym się na terenach polskich za pomocą swoich agentów-komunistów i nie tylko komunistów, ale tych wszystkich, nadzwyczaj „praktycznych”, wiedzących zawsze „skąd wieje wiatr historii”... popleczników „nowego”, które szło z zatrważającą prędkością i siłą. 

        A mimo to, mimo niesłychanego dotąd terroru, wciąż byli jeszcze Polacy zdecydowani walczyć za Najjaśniejszą Rzeczpospolitą, tę wyśnioną, najpiękniejszą, niczym Ukochana Niewiasta. Kimś takim był pan major „Ursyn” z godnością opuszczający ich celę i po raz ostatni z wielkim, nadludzkim spokojem, zwrócił się jeszcze do Stanisława: „Pamiętaj, nic nie podpisuj, bo jak raz coś podpiszesz...” i nie dokończył, bo został wypchnięty z celi przez „klawisza”. Do takich należał też kapitan „Żar” – Zygmunt Kalinka. Mówiono, że tej nocy słyszano jego krzyk, a później kilka strzałów mających uciszyć go już na zawsze. Ktoś podobno miał wiadomość z pierwszej ręki, od samego Kulawego Mundka, furmana wożącego wyłącznie nocą zwłoki wszystkich, na których wykonano wyrok śmierci, że ciało kapitana Żara utopił ów woźnica w stawie tuż za kościołem świętej Katarzyny na Służewie, a jeszcze ktoś inny...

        Było ich wielu, zbyt wielu, o których już niebawem zapomni się, bo ich mordercy nie zostaną osądzeni, jak choćby w części zostaną osądzeni zbrodniarze hitlerowscy... I czy wobec ogromu zbrodni, można w ogóle mówić o jakimkolwiek zadośćuczynieniu? Kiedykolwiek? Wątpliwe...

        Mijali kolejne, otwierające się przed nimi kraty. I kiedy szli w stronę głównego gmachu więziennego, Stanisław był już prawie pewien, że prowadzony jest na rozprawę. Gdyby miała się ona odbyć na zewnątrz więzienia, gdzieś na mieście, na przykład w którymś z sądów lub w Informacji Wojskowej, wtedy z pewnością trafiłby najpierw do łaźni i fryzjera oraz otrzymał czysty, więzienny uniform, a tak, szedł w niemiłosiernie brudnym i zniszczonym odzieniu, zarośnięty i cuchnący.

        Wychodząc z celi, zapamiętał ich szczerze współczujące spojrzenia, a niektórych nawet zazdrosne, że on już niedługo będzie „po wszystkim”, a oni, ciągle nie wiadomo jak długo czekać będą w niepewności swego dalszego losu na nieprzewidywalny wyrok. Stanisława wprowadzono do pomieszczenia dość obszernego, będącego niegdyś celą, a teraz pełniącego rolę sali sądowej, nie mniej brudnego niż inne cele. Za stołem ustawionym pod oknem, naprzeciwko wejścia, siedziało czterech wojskowych. Po środku major, a po jego bokach dwóch żołnierzy bez dystynkcji, prawdopodobnie szeregowych, sprawiających wrażenie „wypłochów”, którzy trafili tutaj przez zupełny przypadek. Czwarty z nich w randze kapitana, z przekrzywioną głową, ze wzrokiem utkwionym w majora, trzymał w dłoni wieczne pióro nad czystą kartką papieru. Ten był zapewne protokolantem. Z boku, pod ścianą siedział jedyny cywil w szarym, świeżo wyprasowanym garniturze i w białej, wykrochmalonej koszuli i krawacie ze złotą spinką rzucającą się w oczy, jakby na przekór ubóstwu, wręcz nędzy panującej wokół. Siedział wyprostowany, sztywny, ze ściągniętymi razem nogami w wyglansowanych, wiśniowej barwy półbutach na „słoninie”. Na kolanach trzymał skórzaną teczkę wyglądającą na nową, zapewne pachnącą jeszcze dobrze wyprawioną skórą, teczkę jakby przed chwilą kupioną w jakimś drogim, zachodnim magazynie, a na niej spoczywały wypielęgnowane, o także wyprostowanych palcach, białe jak u truposza dłonie. Ów „sztywniak” na widok oskarżonego Bohuszewicza Stanisława wstał, przybierając urzędowy uśmieszek. Najwyraźniej silił się na uprzejmość wobec niego.

        – Nazywam się Kulko, Hilary Kulko – adwokat. Jestem pańskim obrońcą z urzędu – powiedział, podając Stanisławowi tę swoją nad wyraz białą dłoń, na dodatek wilgotną. – Chciałbym z miejsca zapewnić pana, że zrobię wszystko, co tylko będzie w mojej...

        – Zaczynamy! – przerwał mu stanowczo major.

        A ci dwaj, siedzący po bokach majora „ławnicy” zaczęli, jak na komendę, ziewać. Najpierw dyskretnie, prawie nie otwierając ust, wykrzywiali się, jakby te ich grymasy w jakikolwiek sposób mogły zatuszować ich senność albo zwykłe niedotlenienie ich młodych organizmów. Po chwili ziewali już całkiem jawnie, najwidoczniej znudzeni do cna już na samym początku „procesu”, w którym przypadła im rola niemych uczestników. Adwokat wrócił na swoje miejsce, przybierając pozę sfinksa. – Oby nie był to sfinks tebański – pomyślał Stanisław – bo wtedy...