Goniec

Register Login

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (22)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

AntczakWojciech        – Nie! – stwierdził krótko śledczy zamyślony w czasie tej jego gadaniny. – Słuchaj, Szczygieł, ja widzę, że ty masz talent, naprawdę wielki talent, do odwracania kota ogonem...

        – Toto i ja wiem!

        – I co jeszcze wiesz? 

        – No, nie tylko ja jeden mam ten talent. No bo, każden musi mieć ten talent co tu siedzi, a i ten co to robi w tym wieńźniu. Panoczek też go ma i doktor Grunsztajn z Płochocina, co...

        – Dosyć! Do jasnej cholery, dosyć! – wrzasnął nagle śledczy, waląc pięścią w biurko, aż przesłuchiwany Szczygieł Roman, oskarżony o sabotaż gospodarczo-polityczny i vice versa, skulił się w sobie i zamknął oczy ze strachu, żeby tylko przeczekać tę wielką złość śledczego, który był tak łudząco podobny do... – Słuchaj, kretynie jeden, ja nie mam czasu na takie rozmowy z tobą! Ja chciałbym tylko wiedzieć, dlaczego ty jesteś taki uparty i ciągle, mimo karceru i tych wszystkich cięgów jakie dostajesz wkoło Ma... – śledczy powstrzymał się od wypowiedzenia do końca tego imienia, pomny jego niezbyt składnej opowieści – ...ciągle, uparcie i na dodatek głośno się modlisz! Dlaczego?

        – Bo, ja wierzę! – powiedział to wyraźnie i z przekonaniem. 

        „Śledź” pokręcił głową i, patrząc na niego z uwagą, zapytał:

        – A w co ty wierzysz, tak naprawdę? 

        – Szczerze?

        – Jak na spowiedzi. 

        – To już żem wam, panie, raz gadał „jak na spowiedzi” i cośta ze mnom wyczyniali? – powiedział to z wielką goryczą.

        – Wtedy, wtedy to było co innego, bo naumyślnie odrzuciłeś moją propozycję współpracy – mówił to do Romka spokojnym, bardzo łagodnym głosem. – Teraz, chciałbym tylko wiedzieć w co ty wierzysz, że jesteś taki, jaki jesteś, uparty i nieustępliwy mimo tych wszystkich batów, stójek, karceru i tam pod celą, ciągle się głośno modlisz. Dlaczego?

        – A pan to sie nigdy nie modli? 

        – Nie, nigdy! – odpowiedział, hamując złość na tego prostaka, cieszącego się sympatią niemal wszystkich współwięźniów, z którymi przyszło mu przebywać od ponad roku.

        Na dobrą sprawę już dawno mógłby wnioskować o zwolnienie tego, w gruncie niegroźnego osobnika, bo jakież on stanowi zagrożenie dla nowego, socjalistycznego porządku. Chociaż – zastanawiał się śledczy – cały ten Szczygieł, z tym swoim fanatycznym religianctwem i usposobieniem zjednującym mu ludzi, zasługiwał tylko na kompletną izolację, wręcz usunięcie ze społeczeństwa, zwłaszcza z wiejskiej społeczności, w jakiej dotychczas żył... Wobec planów szybkiej nacjonalizacji rolnictwa, ktoś taki jak on na pewno nie stanowi dobrego przykładu dla innych, może z czasem skłonnych iść nawet na daleko posuniętą współpracę z nową władzą.

        – No więc? 

        – Bo, to wszystko idzie z łaski... 

        – Z jakiej znowu łaski? 

        – Ze zwykłej, od samego Pana Boga.

        – Dobrze, a skąd ty wiesz, skąd ty masz pewność, że istnieje Bóg? A może to jacyś bardzo chytrzy ludzie wymyślili Go sobie, żeby tumanić innych, takich jak ty na przykład, ciemnych, nieumiejących czytać ani pisać, analfabetów...

        – Ale, po co?

        – Co, po co? 

        – No, po co niby ktoś miałby wymyślać sobie Pana Boga, jak to właśnie sam Pan Bóg najpierw nas sobie wymyślił, a potem nam wszystkim dał życie – stwierdził znowu stanowczo Romek.

        – To ty tak myślisz, ale inni, o wiele mądrzejsi od ciebie, myślą zupełnie inaczej! I to oni, na czele z wielkim uczonym, największym umysłem, jaki pojawił się na świecie – Karolem Marksem, orzekli wszyscy razem, jednogłośnie i kategorycznie, że Boga nie ma! Rozumiesz?!

        – To dziwne, że te wszystkie, takie niby ucone ludziska, mogli coś takiego wymyśleć. To bardzo dziwne... – mówił, z niedowierzaniem kręcąc głową.

        – A jednak, wszyscy oni mają rację, niestety... – powiedział śledczy, zawieszając głos i też pokręcił głową. – Ale, do rzeczy Szczygieł, ja osobiście ostrzegam cię, że jeśli będziesz się jeszcze głośno modlił pod celą i będą na ciebie skargi z tego powodu, to niestety, ale szybko z pierdla nie wyjdziesz, a co gorsze, może już nawet nigdy nie wrócisz tam do siebie, na wieś... – powiedział, zawieszając głos i obserwując go uważnie. – Czy ty mnie w ogóle słuchasz?! O czym ty teraz tak dumasz?

        – A o tych wszystkich, co to panoczek mówił, że oni, niby to wiedzom, że nie ma Pana Boga.

        – I to nie tylko Marks Karol tak mówił, ale i Włodzimierz Ilicz, to jest sam Lenin, wódz rewolucji socjalistycznej, i towarzysz Stalin, a także i nasi przywódcy, na czele z prezydentem Bierutem...

        – To i ten też nie wierzy w Pana Boga?! 

        – Oczywiście, że nie wierzy. 

        – A mówili, że ten pan prezydent chodził w procesji na Boże Ciało i nawet chorongwie nosił...

        – Co innego nieść chorągiew, a co innego wierzyć. 

        – Nie, nie... niepojęte, żeby te wszystkie ludzie, co to nami rzondzom były od... diabła, Lucypera samego! Niepojęte rzeczy gadata, panie...

        – Gdybyś miał choć odrobinę tej wiedzy, co mają oni wszyscy, też byś to zrozumiał i nie był taki zabobonny.

        – Ale co zrozumiał? 

        – No to, że Boga nie ma, nie było i nie będzie!         

        – E tam! Takie gadanie, żeby tylko ludziskom w głowach zamieszać. 

        – No właśnie! Tu masz Szczygieł zupełną rację – żeby w głowach zamieszać. I to właśnie robi ten wasz kler.

        – Kto? 

        – Kler, znaczy się księża. Przecież oni wszyscy od was, w nich wierzących i tych, co chodzą do kościoła, wyciągają tylko pieniądze, a to na tacę, a to każą sobie słono płacić za chrzciny, śluby, pogrzeby... Czy kto kiedy widział biednego księdza?

        – Ja tam nie wiem czy oni biedni, czy bogaci, ale na mój rozum, to ksiądz też człowiek i też jak każden musi jeść. A do tego potrzeba piniendzy. Chyba, że tak jak my, co tu zamkniente siedzim, to nam piniędzy nijak nie trza.

        – Dobrze, a teraz powiedz mi, co ci daje to całe modlenie się do tego twojego boga?

        – No, nie tylko mojego, ale i paninego i wszystkich... 

        – Dobrze, niech ci będzie! Mów! Co ci to modlenie się daje?

        – Żeby Panu Bogu dziękować... za wszystko i żeby nam wszystkim dalej pomagał, i panoczkowi, i panu oddziałowemu, co to mnie okrutnie obił i do karca wsadził, i jeszcze sie modle za pana porucznika Stasia i w ogóle za wszystkich, a na końcu za siebie, co by my lepsze byli niż som tera...

        – To niesamowite, co ty mi tu Szczygieł pleciesz, że ty się modlisz i za nas, którzy ci tu nie najlepiej, mówiąc oględnie, życzymy... A skąd ty masz pewność, że On cię wysłucha?

        – Bo ja to wiem! 

        – Od kogo? 

        – Od Pana Boga! I dlatego ja sie ciągle modle, żeby on nam wszystkim pomógł sie odmienić.

        – No, powiedzmy, dobrze. Twierdzisz, że tylko modlitwa ma spowodować tyle dobra... To powiedz mi, w takim razie, dlaczego na świecie jest aż tyle zła?

        – Bo ludzie sie nie modlom jak powinny. 

        – A widzisz, ja się nie modlę, a powodzi mi się bardzo dobrze. Więc, jak to jest Szczygieł?

        – No, bo ja sie za panoczka modle, a może i jeszcze ktoś, może nawet panina mamusia, albo żona, albo...

        – Dobrze, zrobisz jak będziesz uważał – powiedział wreszcie śledczy, widząc, że dalsza z nim rozmowa nie ma i tak sensu. – Ale jak mi doniosą, że ty tam pod celą szerzysz tą swoją religijną propagandę i przeszkadzasz innym spać przez te swoje modły, to ja cię każę tak urządzić, że ty nie będziesz miał siły nawet pierdnąć! Zrozumiano?!

        – Co by nie, ale ja i tak sie bende modlił. I za panoczka i za innych – powiedział to ledwie dosłyszalnym głosem.

        Śledczy patrzył na niego zamyślony, wciąż nie wiedząc, co z nim zrobić. A kiedy się ocknął, zaraz nacisnął niewidoczny guzik dzwonka. Natychmiast też zjawił się strażnik.

        Tym razem, po przesłuchaniu, po raz pierwszy Romek nie był bity, ale doprowadzony prosto do celi.

XXII

        „Szatan w ciemności łowi, Jest to nocne zwierzę. Chroń się przed nim w światło, tam cię nie dostrzeże.” 

Adam Mickiewicz

        „Nie każda noc kończy się świtem.” 

St. Jerzy Lec

        „Historia jest nocną zmorą, z której staramy się przebudzić.” 

James Joyce

        Na widok kilkunastu pijanych Ukraińców lub Rosjan w esesmańskich mundurach, wśród których było też kilku Kałmuków o płaskich, jakby posmarowanych oliwą, wilgotnych od potu i deszczu twarzach – odskoczyli w ostatniej chwili za wyłom muru. Na przedramionach z podwiniętymi rękawami połyskiwały zrabowane zegarki. Musieli już mieć nieźle w czubie, bo przewracali się o własne nogi, z trudem potem wstając, padali znowu, a jeden z nich, najprawdopodobniej dowódca, klnąc po rosyjsku lub ukraińsku, przynaglał do dalszego marszu.

        – Gdyby nas tu było o kilku więcej – pomyślał „Virtus”, wodzony pokusą tak łatwego zdobycia na nich broni, ale nade wszystko ważniejsza była niespełniona jeszcze misja. Zacisnął mocniej dłoń na uchwycie walizeczki z pułkową pocztą „Baszty” i nakazał im być teraz cicho. Przycupnięci za murem słyszeli ich oddalające się krzyki, pohukiwania i przekleństwa.

        Nagle rozległy się krótkie serie z peemów, a po nich histeryczne wrzaski, ale i one zostały natychmiast stłumione krótką serią. 

        – Ktoś nas najwyraźniej wyręczył – pomyślał.

        – Co to było, panie poruczniku? – zapytał zdziwiony „Orkan”. 

        – Śmierć, to była tylko śmierć – odpowiedział mu dowódca. – Idziemy! 

        – Ale, dokąd? Ja już mam tego dosyć! Boję się, że wcześniej czy później z nami może się stać to samo, co z nimi! – powiedział ni stąd, ni zowąd „Waligóra”.

        – A z tobą co się teraz dzieje, starszy strzelec „Waligóra”? Co cię znowu... 

        – Melduję, panie poruczniku, że czarno to wszystko widzę. Kręcimy się w te i nazad, wokół tej całej Komendy jak gówno w przeręblu i wciąż nie możemy dojść, aż wreszcie skończymy jak tamci! – powiedział z goryczą.

        – A kto cię trzyma, do jasnej Anielki?! Możesz sobie iść, gdzie chcesz... 

        – Ale jak? 

        – Zwyczajnie... Proszę, droga wolna! Tylko najpierw oddaj broń i... 

        – Panie poruczniku... – odezwał się po chwili milczenia. – Przepraszam pana... To wszystko z nerw!

        – No dobrze, już dobrze... Zapomnijmy o tym – uciął kategorycznie „Virtus”. 

        Dalej szli w milczeniu, potykając się o cegły, wystające druty, deski i belki. Szli niemal po omacku, próbując znaleźć jakieś miejsce na nocleg, żeby choć trochę móc się zdrzemnąć. W ciągłej niepewności, głodni, cuchnący potem i brudem, wyczerpani w niesamowitym wręcz strachu brnęli w ciemnościach, wierząc, że uda się im wkrótce dotrzeć do Komendy Głównej, tak bliskiej i jednocześnie tak dalekiej, od której dzieliło ich zaledwie kilka przecznic.

        Już nie wiedział co gorsze – senność czy głód i pragnienie. Na sen nie mogli sobie pozwolić, bo w ciemnościach, wśród ruin getta nie mogli znaleźć żadnej kryjówki na przeczekanie tych kilku godzin, kiedy wreszcie skończy się noc. Nagle postanowił, że zostaną tu, gdzie są, za niewielkim wzniesieniem, bo tu było najciemniej. Wymacawszy skrawek ziemi wolny od gruzu, „Virtus” nakazał im dwóm położyć się i w miarę możliwości usnąć, a sam usiadł na kawałku belki i nasłuchiwał, czy nikt nie nadchodzi. Bijąc się z myślami, że może w tych ciemnościach niespodziewanie rozświetlonych przez pierwszą lepszą rakietę, niemiecką czy powstańczą, co i tak nie miało znaczenia, staną się dobrze widoczni i będą idealnym celem dla jednych i drugich... Mimo to, nie mając innego wyjścia, zapadli, jak się zaraz okazało, w bardzo krótki sen, bo od strony Żytniej usłyszeli przetaczający się z chrzęstem gąsienic czołg. Po chwili znowu zrobiło się cicho, jeśli nie liczyć wymiany pojedynczych strzałów gdzieś od strony placu Kercelego, ale i one zaraz ucichły. Mimo to, leżeli wszyscy trzej w milczeniu, wiedząc, że żaden z nich, mimo, a może właśnie dlatego, że byli krańcowo wyczerpani, nie może usnąć, a także i ze strachu przed nagłym ich tutaj odkryciem. Po czasie zmęczenie wzięło górę...

        Obudził go „Waligóra” i zaraz zatrzęsło go przenikliwe zimno, a na domiar złego zaczęła padać drobna mżawka.