Goniec

Switch to desktop Register Login

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (23)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

AntczakWojciech        Otoczenie bardzo wolno nabierało coraz wyraźniejszych kształtów. Widniało.

        – Panie poruczniku, tam się coś dzieje! 

        – Gdzie? 

        – Tam, przy Okopowej. Słyszałem jakieś głosy, jakby Niemców. 

        „Virtus” rozejrzał się wokół. Na szczęście byli dość dobrze ukryci za wzniesieniem pełnym gruzu. Z daleka, od strony cmentarza Żydowskiego usłyszeli rzężenie mozolnie posuwających się po wybojach ciężarówek. Po chwili zobaczyli trzy „budy” wjeżdżające na teren zrujnowanego getta. Po zatrzymaniu się wyładowano z nich kilkadziesiąt osób – kobiet i mężczyzn z białymi, gipsowymi opaskami na ustach, ta biel tak bardzo wyraźnie kontrastowała z bezbarwnymi postaciami tych wszystkich ludzi i szarzyzną całego otoczenia. Przy wrzaskach esesmanów i wściekłym ujadaniu psów, wszystkich ich zapędzono w głąb ruin. Kazano się im zatrzymać przed rozstawionymi na trójnogach karabinami maszynowymi. I padła krótka komenda: Schiessen! [Strzelać!]

        Potem chodziło ich kilku z pistoletami w dłoniach i dobijali każdego, kto tylko wykazywał najmniejsze choćby oznaki życia, po czym, w jeszcze większym pośpiechu, odjechali Okopową w kierunku Powązkowskiej. Stali we trzech osłupieli z przerażenia i dopiero głębokie i głośne, pełne żalu westchnienie „Orkana” uprzytomniło im dwóm, że stojąc tak na widoku, narażeni są na niespodziewany atak skądkolwiek...

        Piwnice i schrony szpitalne przepełnione są rannymi i koczującymi tu mieszkańcami Woli. Wszyscy ci ludzie ściągnęli tu, do tego szpitala, w nadziei przetrwania, sądząc, że gdzie jak gdzie, ale tutaj Niemcy nie zrobią im nic złego, zwłaszcza, że wśród chorych i rannych znajduje się major Wehrmachtu wraz z kilkoma innymi rannymi, niemieckimi żołnierzami, którym udzielono tu pomocy. Tuż koło południa, niespodziewanie od strony ulicy Młynarskiej usłyszano walenie kolbami karabinów w główną bramę, a po chwili ten sam harmider dał się słyszeć po drugiej stronie szpitala.

        Niemcy za wszelką cenę chcą się schronić przed nacierającymi teraz na nich z kilku stron powstańcami, a jeszcze wcześniej widzieli paru z nich przeskakujących szpitalne ogrodzenie, co upewnia ich, że na terenie szpitala są uzbrojeni „bandyci”. Walą w bramę z coraz większą furią, aż wreszcie puszcza zamek i wściekli wpadają na dziedziniec. Są to esesmani z dywizji „Hermann Göring”. Nim wedrą się do środka, rzucają najpierw granaty w okna budynku, a potem strzelają, najwyraźniej dla zastraszenia domniemanego przeciwnika.

        Słychać krzyki wystraszonych ludzi chroniących się tu od paru dni, zajmujących prawie wszystkie piwnice, schrony, a nawet część pomieszczeń gospodarczych. Niektórzy próbują ucieczki na wyższe kondygnacje, ale natychmiast powstrzymują ich strzały napastników. Wściekli, rozjuszeni hitlerowcy, strzelając na oślep, rabują, co się tylko da, narzędzia chirurgiczne, termometry, bandaże i opatrunki, a przede wszystkim biżuterię należącą do chorych. Każda próba najmniejszego nawet oporu lub obrony, jakiś choćby podejrzany ruch, są powodem jeszcze większej wściekłości tych zbirów.

        Pielęgniarki i siostry zakonne przykrywają ciężko rannych kocami, poduszkami i materacami mającymi chronić ich przed odłamkami.

        Z przeciwnej strony zabudowań szpitalnych atakują Rosjanie i Kałmucy z RONA. Oni także rabują co się tylko da. Ich głównym celem są zegarki i biżuteria. Ponadto z sal i korytarzy wywlekają młode kobiety, siostry, lekarki, a nawet mniej ranne pacjentki i gwałcą je na oczach wszystkich, a potem, nierzadko, zabijają dźgając bagnetami lub przez poderżnięcie gardła i zostawiając swoje ofiary, gnają dalej, jak nienasycone bestie, wciąż żądni łupu i krwi. Prawdopodobnie to oni wraz z oddziałami Oskara Dirlewangera, dzień wcześniej, na Ochocie, w szpitalu przy ulicy Barskiej, rozcinali bagnetami brzuchy ciężarnym niewiastom. Pijani, przy wtórze krzyków i płaczu tych, z ich przyczyny niedoszłych matek, wrzeszcząc i śmiejąc się histerycznie, zabawiali się w ten sposób, robiąc im „cesarskie cięcie”. Te zdziczałe potwory w ludzkiej posturze, szalały, zabijając wszystkich, którzy znaleźli się w ich zasięgu. I dziś robią to samo. Na szczęście nie ma tu oddziału porodowego... Niektórzy pacjenci wybierają śmierć, skacząc z okien wprost na bruk. Inni chowają się pod łóżka lub do przeróżnych schowków i szaf, a jeszcze inni, wprost oszaleli ze strachu, próbują schronić się nawet w szklanych szafach. Skuleni, z zamkniętymi oczami, są zabijani przy wtórze opętańczego śmiechu tej żołdackiej dziczy. Ich ofiarą padają także wywlekani z gabinetów lekarze, siostry zakonne i ksiądz kapelan.

        Wreszcie kres temu szaleństwu kładzie długoletni ordynator szpitala, doktor Janusz Grzybowski. Nie zważając na niebezpieczeństwo, podchodzi do najstarszego rangą oficera i, tupiąc, krzyczy w jego stronę rozkazująco:

        – Ruhe! [Spokój!] 

        Oniemiały oficer patrzy na ordynatora z rozdziawioną gębą. 

        – To jest szpital z a k a ź n y! Czy chcecie wywołać epidemię tyfusu albo czerwonki?! Rozwlec to na s w o i c h żołnierzy?! – krzyczy w twarz wciąż znieruchomiałego oficera, a ten, marszcząc czoło, nagle odwraca się do napastników i nakazuje im natychmiast zaprzestać dalszych furiackich gwałtów.

        – Szukamy ukrywających się tutaj uzbrojonych bandytów! Widziałem osobiście, jak wdarli się na teren tutejszego szpitala!

        – To nieporozumienie! Tutaj nie ma nikogo z bronią! – stwierdza kategorycznie doktor Grzybowski.

        – Dobrze! Wychodzimy! – mówi rozkazując swoim zbirom odwrót. – A pan, idzie z nami!

        Nakazuje mu iść przed sobą. I kiedy znaleźli się na szpitalnym dziedzińcu, oficer strzela mu w tył głowy. Ordynator, doktor Janusz Grzybowski, pada z przestrzeloną czaszką.

        Znowu, jak na ironię, musieli oddalić się od celu swojej wędrówki. Tym razem, z ukrycia, gdzie spędzili resztę nocy, nad ranem o szarym świcie, nieprzytomni ze zmęczenia, głodni i zbolali, słysząc wrzaski Niemców, uciekli w ostatniej chwili przed nadciągającym niebezpieczeństwem.

        Przedostawszy się wyłomami w murach, omijając zgliszcza cuchnące spalenizną i rozkładającymi się zwłokami, szli wzdłuż ulicy Leszno w kierunku Śródmieścia, kiedy przed jednym z domów zatrzymała ich starsza kobieta.

        – Panowie, panowie kochani, z nieba mi spadliście! Pomóżcie mi, na litość boską! Taki straszny kłopot mam, pomóżcie mi panowie! – błagała – bo sama nie dam rady!

        – Ale, o co chodzi? – zapytał „Virtus”. 

        – O moją Marysieńkę, moją kruszynkę... – lamentowała przerażona niewiasta, prowadząc ich w stronę podwórza przysypanego warstwą gruzu. – Wyszła biedula, żeby zrobić siusiu, i masz ci los! Boże! Panowie, pomóżcie mi! Tylko ona, wnusia jedyna mi się została!

        – Spokojnie... Niech się pani uspokoi! 

        – O tu, tu była, kiedy to się stało! 

        – Ale co się stało?! – wykrzyknął „Waligóra”, chwytając ją za ramiona. 

        – Przysypało ją! – krzyknęła rozdzierająco i zaniosła się płaczem. 

        W pośpiechu odgarniali cegły, deski i połamane meble. Po kilkunastu minutach morderczej pracy dobili się do piwnicznego okienka, nie znajdując nic, co wskazywałoby na obecność dziecka. Najchudszy z nich, strzelec „Orkan”, bez wahania wśliznął się do piwnicy i przyświecając sobie nikłym płomykiem zapalniczki, próbował wypatrzyć dziewczynkę. Daremnie. Podano mu zapaloną szczapkę, ale i to nic nie dało. „Orkan” wrócił milczący, otrzepując z siebie kurz i sadzę, a „Waligóra”, jakby tknięty jakimś przeczuciem, ruszył w stronę jedynej tu, ocalałej klatki schodowej. Po chwili usłyszeli jego głos:

        – Jest! Tutaj jest! Siedziała skulona w kącie na półpiętrze, przytulając do siebie drewnianego pajacyka.

        – Marysieńka! Marysieńka! – wołała ta kobieta, płacząc z radości. 

        I kiedy zbliżyła się do niej, żeby ją podnieść, dziecko skuliło się jeszcze bardziej, patrząc na swoją babcię, jakby jej nie znała, jakby zobaczyła ją pierwszy raz. 

        – Ptaszynko moja, chodź do babci, Marysieńko! – mówiła do niej jak najczulej, a ona coraz bardziej zdawała się zapadać w siebie w tym ogromnym, panicznym strachu w przerażonym spojrzeniu swoich nad wyraz wielkich oczu i przywarłszy do ściany, ściskając pajacyka o twarzy cyrkowego klowna, sprawiała wrażenie, jakby chciała przeniknąć tę ścianę... I dopiero, kiedy kobieta wzięła ją na ręce i wciąż płacząc, tuliła do siebie, dziecko wydało jakiś straszliwy, ni to pisk, ni to skowyt i dopiero tulone do piersi zaczęło spazmatycznie szlochać.

        Wszyscy odetchnęli z ulgą, patrząc na nie obie, prawdopodobnie jedyne ocalałe z całej rodziny. I kiedy stali tak w milczeniu, „Virtus” dał znak „Waligórze”, a ten, szturchnąwszy „Orkana”, kiwnął nań głową, że na nich już czas.

        Dochodząc do Żelaznej zostali zatrzymani, nie wiadomo już po raz który, przez czatującą powstańczą czujkę. Tym razem, o mały włos doszłoby do tragedii, kiedy to „Waligóra” swoim zawadiackim zachowaniem się prowokował ich, wymyślając im od chłystków i skończonych idiotów, niemal imbecyli podważających słowa „jego pana porucznika, z którym to idzie na śmierć i życie, aż z Mokotowa”, co oczywiście wzbudziło w nich jeszcze większe podejrzenia. I dopiero uspokajający ton „Virtusa” i to, że jeden z nich, o pseudonimie „Kolczuga”, znał innych chłopaków z Mokotowa, walczących także w Batalionie „Bałtyk”, a ponadto ten „Kolczuga” znał także kilku innych, którzy jeszcze przed Powstaniem walczyli razem z „Virtusem” w „Huraganie” pod majorem „Górą”. A już po okazaniu pisemnego rozkazu i swojej legitymacji, wszyscy trzej zostali uznani za swoich.

        Nagle sprawy przybrały znacznie lepszy obrót, bo tu, na pograniczu Śródmieścia i Woli, w czwartym dniu Powstania, około piątej rano, kiedy to obie walczące strony dały sobie na razie spokój, jakby chcąc nieco odetchnąć, wstrzymały wszelkie działania – takie przynajmniej można było odnieść wrażenie. Na razie...

        Zaprowadzeni zostali do dowódcy Zgrupowania – pana majora „Tarnawy”. Przyglądał się im ze zdziwieniem, słuchając relacji podporucznika „Virtusa”.

        – Wyślemy to zaraz naszą pocztą polową – zaproponował major. – Mamy stałą łączność z Komendą Główną.

        – Mam rozkaz dostarczyć to osobiście – odpowiedział „Virtus”. 

        – No cóż, nie będę oponował, panie poruczniku. Ze swej strony mogę przydzielić panu jedną z dziewcząt, łączniczkę. Zna doskonale wszystkie w miarę bezpieczne przejścia, kryjówki... i nikt nie umie tak dobrze jak ona, wyprowadzać Niemców w pole. Zresztą, sam się pan niebawem przekona. A teraz zapraszam w nasze skromne progi – powiedział major „Tarnawa”, wskazując sąsiednie pomieszczenia swojej kwatery.

        Oniemieli. W jednym z pokoi obszernego mieszkania stał stół, a przy nim uwijało się dwóch kucharzy donoszących z kuchni przeróżne potrawy. Czego tam nie było! Kilka gatunków wędlin, pieczywo, masło, sery, a z kuchni dochodził zapach jajecznicy i boczku. Po umyciu się usiedli na pluszowej, wypsiałej kanapie cuchnącej stęchlizną. 

        – Dzisiaj są imieniny pana majora – zakomunikował im półgłosem „Kolczuga”. 

        – A my, na śmierć zapomnieliśmy o kwiatach! – powiedział całkiem serio „Orkan”, wywołując tym gromki śmiech wśród zebranych.

        – Nasz pan Komendant obchodzi podwójne imieniny – dodał „Kolczuga” – bo na pierwsze panu majorowi jest Jan, a na drugie Dominik, więc jest okazja na tak uroczyste śniadanie, a i szkopy nie kwapią się do walki, na razie, więc korzystajmy, póki co!

        – Inny świat. To niesamowite! – „Virtus” wyraził swoje zdziwienie panującym tu, w Śródmieściu, spokojem, bo w porównaniu z Wolą, od której dzieliło ich zaledwie kilka przecznic, tutaj byli jak na wakacjach. – I te frykasy na stole...

        – Zdobyczne. Wczoraj odbiliśmy szwabom Dworzec Pocztowy, posterunek policji „Nordwache” i Dom Turystyczny przy Starynkiewicza. No, nie my osobiście...

        – A to wszystko, co pan porucznik widzi na stole, to zasługa „Kierychy”. Ty, Maniuś w zombek szarpany, chono tu na chwilkie! Pochwal sie, jak to było z tom cienżarówkom! – jeden z nich zawołał w stronę niskiego, korpulentnego blondynka.

        – Nie ma sie czem tak bardzo chwalić. Nawet żem nie musiał za dużo k o m p i n o w a ć. Normalnie, podeszłem dwóch szkopów, jak se siedzieli na skrzynkach i czekali niewiadomo na co i grzecznie do nich zasunołem, mowom krótkom, a rzeczowom, zwyczajnie! Poprosiłem ich obu o oddanie nasampierw broni i kluczyków od tego ich „opla-blitza”. Spełnili moje życzenie bez sprzeciwu, zwłaszcza, że dawszy im do zrozumienia iż moje kollege, cwaj kollege – żem dodał dla jasności, właśnie majom w nich wycelowane giwery... Bez szemrania spełnili prośbe wypowiedziane do nich z szaconkiem, jakby nie było. Nawet nie musiałem im dwa razy powtarzać, bo oba byli grzeczne, nawet i trochu wystraszone, bo sie wzieli i przepisowo odsuneli, jakie ze trzy metry, a ja hyc do bryki i chodu! I tyle mnie widzieli! Nawet żem nie wiedział, co oni tam majom. A tu, prosze bardzo! Żarcie nad wyraz wyborne i skrzynka francuskiego koniaku, „kurwu-a-zje” czy coś w tym stylu, kilkanaście kartonów fajek... No, jednym słowem warto było iść na takie r e z y k i e! – uśmiechnął się ten cwaniak „Kierycha”, pokazując braki w uzębieniu.