Goniec

Switch to desktop Register Login

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (26)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

AntczakWojciechXXIV 

        – O mały włos, panie poruczniku, a w y s z e d s z y z nerw, już mnie brała taka ochota, żeby komuś dać po zembach – powiedział ni stąd, ni zowąd „Waligóra” zaraz po ich wyjściu od majora „Tarnawy”.

        – No i chwała Bogu, żeście się, starszy strzelcu, powstrzymali od tego niecnego zamiaru. Dopiero byłaby zabawa, dopiero byśmy sobie narobili bigosu!

        – O właśnie, jak już mowa o bigosie, panie poruczniku... bo ja to wciąż w głowę zachodzę, skąd oni tam majom aż tyle wspaniałego żarcia, kiedy prawie cała Warszawa tak strasznie cierpi głód i... w ogóle!

        – Nie nasza sprawa, absolutnie nie nasza – przerwał mu „Virtus”. – Dziękujmy Bogu, że zaproszono nas do stołu – powiedział, ucinając tym samym dalszą na ten temat dyskusję. – A teraz skoncentrujcie się i uważajcie tam, na te wszystkie... – nie dokończył, kiedy od strony Żytniej usłyszeli krótką serię. 

        Przycupnęli za wyłomem muru. Gdy zaraz po tym znowu ruszyli, padł z tamtej strony pojedynczy strzał, a pocisk tylko świsnął tuż nad głową „Virtusa”. Nie mieli już wątpliwości, to był snajper zwany też „gołębiarzem” i najwidoczniej polował nie tylko na nich, a ta wcześniejsza seria z peemu mogła być czyjąś próbą sprzątnięcia go.

        Nie bardzo wiedzieli, co dalej robić. I nagle „Orkan” wpadł na prosty pomysł. Z rozbitej pracowni krawieckiej przyciągnął manekina, któremu nałożył swój hełm z biało-czerwoną opaską i damski co prawda, ale za to bardzo wyrazisty, bo jaskrawofioletowy żakiet. Do rąk manekina przymocowali kawałek deski mającej imitować karabin. Liczyli, że z dużej odległości „gołębiarz” łatwo się na to nabierze. I rzeczywiście, po chwili oczekiwania znowu padł strzał. Tym razem celny na tyle, że trafił w „karabin” tego manekina.

        – Panie poruczniku, ja go skubańca załatwię! Zajdę go od tyłu, a ty „Orkan” przez cały czas będziesz go wabił tą damą! Tylko uważaj, żeby się za bardzo do niej nie podochocił! – wykrzyknął na odchodne, szelmowsko mrużąc oko.

        – To ty uważaj, „Waligóra”, bo może być ich tam więcej. 

        – Dam se rade, panie poruczniku! 

        Wabiąc strzelca wyborowego, rzucili kilka cegieł na kawałek sterczącej blachy, co narobiło strasznego hałasu. I znowu padł strzał z tamtej strony. Poczekali jeszcze chwilę, nim „Virtus” nie polecił „Orkanowi” nieznacznie wystawić na wabia strojną w żakiet „damulkę”. Teraz dopiero zobaczyli go wyraźnie, wychylonego z okna na ostatnim piętrze dla lepszego rozpoznania celu i nie musieli długo czekać, gdy spod tamtego budynku, z dwóch stron odezwały się krótkie serie z peemów i snajper efektownie zakończył nie tylko swoją działalność, ale i swoje krótkie życie, spadając z wysokości wprost pod nogi „Waligóry”.

        – Rzuć broń! Nie ruszaj się! – usłyszał kogoś wołającego z głębi tego samego domu, z którego jeszcze przed chwilą strzelał ten szkop.         

        – Rzuć broń! – powtórzył ktoś inny. 

        – Rozwal go! On c h i b a nie r o z u m i, to musi być „hans”! – wołał kolejny głos.

        Posłano mu krótką serię, na szczęście niecelną, i wtedy dopiero zdecydował się wykonać ich rozkaz. 

        – Gówniarze, ale jest ich więcej... Nie mam szans... Ukatrupią, cholera jasna! – myślał, kładąc bardzo powoli swój peem na ziemię.

        – Kommen, kommen! Schneller! – krzyczał jeden z nich. 

        – Jestem swój! Z Mokotowa, z Ksawerów! Nie strzelajcie! 

        – Właź do s i r o d k a! – rozkazał mu ten „pierwszy” głos. 

        Wszedł posłusznie do bramy. Dopiero gdy jego oczy przywykły do panującego tam mroku, zobaczył ich. Najstarszy wyglądał na nie więcej niż czternaście lat i trzymał wycelowany w niego niemiecki pistolet maszynowy. Trzech pozostałych, młodszych, znacznie młodszych, kryło się za nastolatkiem. 

        – Padnij! – rozkazał ten z bronią. 

        „Waligóra” z podniesionymi rękoma powoli zbliżał się do nich, oceniając jednocześnie swoją sytuację.

        – Mówiłem wam, że jestem swój, z Mokotowa z... 

        – Hasło! 

        – Nie znam. Idę z rozkazem do Komendy Głównej i radzę ci po dobroci odłożyć tę sikawę...

        – „Robal”! – krzyknął jeden z nich do tego z bronią. – Rozwal go i będzie po herbacie! On mi wygląda na przebranego Szwaba!

        – Czyście poszaleli, chłopaki?! Na litość Boga! Tu są moje papiery, legitymacja powstańcza i... i... – jąkał się ze zdenerwowania, zwłaszcza że tamten sprawiał wrażenie coraz bardziej zdeterminowanego. – Jestem jak wy, warszawiakiem od urodzenia... Przecież to chyba wyraźnie widać i... i... słychać.

        – Nie ruszaj się! – rozkazał mu ten o pseudonimie „Robal”. 

        – Mówię ci, rozwal go! To jest szkop! – judził ten drugi. 

        Wystarczyła mu tylko ta jedna, krótka chwila wahania tego chłopca i „Waligóra” rzucił się na niego, wyrywając mu broń. Odskoczył od nich na kilka kroków i teraz on stał się panem sytuacji.

        – Na ziemię! Migiem! – nie zdążył dokończyć, kiedy tamci już posłusznie leżeli buźkami zwróconymi ku popękanym płytom czegoś, co jeszcze do niedawna było chodnikiem.

        – A nie mówiłem ci „Robal”, że to... 

        – Cicho tam! Leżeć spokojnie! Jak mi się tylko który ruszy, to... marne jego widoki! – pogroził im i wciąż ich obserwując, wycofał się na ulicę. – Panie poruczniku! Załatwione! – krzyknął i poszedł tam, gdzie przed chwilą zmuszono go do złożenia broni. 

        Ku swemu wielkiemu zdziwieniu stwierdził, że „sten”... wyparował, albo... kur... ka wodna! – zaklął pod nosem i wróciwszy do nich, wciąż leżących posłusznie na ziemi, wydarł się na nich:

        – No, tego to już za wiele! Gdzie jest moja broń?! Macie dwie minuty na oddanie, bo inaczej zrobię z was sito! Zrozumiano?!!

        – To nie my, to na pewno „Małek” zapieprzył – powiedział jeden z nich płaczliwie, kiedy „Waligóra” postawił mu na plecach swój stumilowy but i tylko lekko przycisnął go do ziemi.

        – Gówno mnie to obchodzi – odpowiedział na to, przykładając mu „giwerę” do jego małego, ptasiego łebka. – Masz jeszcze niecałe dwie minuty na przyniesienie mojej „pukawki”. W przeciwnym razie wyślę ich wszystkich trzech na wycieczkę! Do samego nieba! – zagroził mu. – Kape-wu?! 

        Z kieszeni kurtki wyciągnął niedokończonego peta i z lubością zaciągnął się papierosowym dymkiem.

        – Gratuluję ci, „Waligóra”, ładnie się spisałeś, jeszcze raz gratuluję – powiedział „Virtus”, zdziwiony widokiem tych dzieciaków przyklejonych do ziemi.

        – Melduje, panie poruczniku, że to nie tylko moja zasługa... ten tam, ale i ich też... Kropiliśmy razem. Tylko, oni później myśleli, że są straszne chojraki, w kółko golone, i nie wiem, co im strzeliło do łbów, bo o mały włos i mnie by niechcący kropnęli, melduje... A najgorsze, że te gnojki podkręciły mi mój osobisty „rozpylacz”!

        – Co to za towarzystwo? 

        – Gówniarze, w torbe ubogie! Wojsko Królowej Jadwigi, psiakrew... melduję posłusznie!

        – Chwileczkę „Waligóra”! Mów po kolei.                 – Otóż! Jak żeśmy razem trafili tego „gołębiarza”, to oni mnie chcieli, n o r r m a l n i e rozbroić, panie poruczniku! Kazali mi gnoje, rzucić broń na ziemie i grozili mi, c h i b a zdobycznym „schmeisserem”, co go tera w rence trzymam. No i żem musiał uskutecznić coś w rodzaju grzecznościowego przejęcia od nich, t y ich broni, co j o m jedne posiadali, a teraz, jak pan porucznik widzi, posiadam aktualnie ja! A mojego „stena” któryś z nich, melduje, podprowadził mi, czyli najzwyczajniej, podpieprzył!

        „Virtus” dokładnie obejrzał sobie tego niemieckiego snajpera. Na oko, niewiele starszy był od „Orkana”. Nachylił się nad nim, gdy tamten otworzył oczy o mętnym spojrzeniu i nagle zaczął spazmatycznie oddychać.

        – On żyje! 

        – Kto? 

        – Snajper.

        – To Szwab ma cholernego pecha! – powiedział „Waligóra”, wyciągając zza pasa swojego „waltera”.

        – Zostaw go! 

        – Panie poruczniku, jak pragnę fiknąć, to ja żem narażał swoje prywatne, osobiste życie, żeby tera...

        – Zostaw go, powiedziałem! 

        – A co z nimi? 

        – Ich też zostawmy. Idziemy! 

        – A moja broń? 

        – Masz przecież „schmeissera”, lepszy niż ten twój zacinający się „sten”. Przecież masz jeszcze „waltera” i sztylet i... – nie dokończył, kiedy z tyłu zjawił się ten, który miał „gwizdnąć” broń „Waligóry”. I teraz miał ją, ale wymierzoną prosto w nich.

        – Ręce do góry! – krzyknął chłopiec. – Nie ruszać się! 

        Zapanowała konsternacja.

        – Chłopcze, jesteśmy żołnierzami, powstańcami – „Virtus” powiedział do niego bardzo łagodnie. – Nie rób problemów, proszę cię, oddaj broń.

        – Nie oddam! My też jesteśmy powstańcami! – odpowiedział hardo ten chłopak. 

        I wtedy „Orkan”, bez zastanowienia, posłał mu krótką serię, a po chwili przypadł do leżącego jeden z tych dzieciaków, może sześcioletni, objął małymi rączkami jego głowę, a twarz wykrzywił mu grymas rozpaczy i jeszcze przez kilka sekund z trudem nabierał powietrza i nagle wybuchnął straszliwym ni to płaczem, ni zwierzęcym skowytem, nieogarnioną rozpaczą z powodu utraty ostatniej, najbliższej mu osoby. Ten leżący z blednącą coraz bardziej twarzą, z której odchodziła krew, ten zastrzelony przez „Orkana”, to był właśnie „Małek”, a ten dzieciak obejmujący konającego i próbujący bezradnie podnieść go, to był brat tego „Małka”.

        Stali, ciągle zdumieni tym, co się tutaj przed chwilą stało, tak niespodziewanie, tak prędko, nie mogąc pojąć, jak do tego wszystkiego mogło dojść. I kiedy zdążyli ochłonąć, ci pozostali, leżący dotychczas na ziemi, zerwali się i pognali w gruzy, niczym stadko spłoszonych królików.

        – Ruszamy! – rozkazał „Virtus”, popychając „Orkana”. 

        Kiedy znaleźli się już za rogiem tej na wpół zburzonej kamienicy, „Orkan” zatrzymał się nagle, jakby przypomniał sobie coś bardzo ważnego.

        – Strzelec „Orkan”, co się stało? 

        – Jezu! Matko Boska! Ja go zabiłem! Co teraz będzie... i z nim... i ze mną?! 

        – Uspokój się! Dobrześ zrobił, mimozo! – wykrzyknął na to „Waligóra”. – A co, szczyl miał sprzątnąć któregoś z nas albo nawet naszego pana porucznika, naszego...

        – Spokój! Przestańcie gadać. Uważajcie, do jasnej Anielki! Ile razy mam to powtarzać!                 Szli w milczeniu, każdy bijąc się z własnymi myślami. I znowu, „Orkan” zatrzymał się niespodziewanie, łapiąc się za głowę.

        – Chryste Panie! Przecież to był jeszcze dzieciak, i ten jego brat! Widzieliście, jak on płakał?!

        – Strzelec „Orkan”, upominam was po raz ostatni! Stało się! ...A teraz, weź się w kupę, albo... będę cię musiał komuś sprzedać. Zrozumiano?!

        – Tak jest, panie poruczniku – odpowiedział ze łzami w oczach. 

        – W porządku. Uważajcie teraz na Zakład Świętej Zofii – powiedział ich dowódca i w tym momencie usłyszeli serię karabinową oddaną z najwyższego piętra tego szpitala położniczego, a także zobaczyli grupę Niemców wahających się, jakby nie byli pewni, czy tych trzech powstańców nie jest tylko forpocztą jakiegoś większego oddziału. A oni, nie chcąc ryzykować, odbiegli w bok i czym prędzej skierowali się do bramy najbliższego domu, a stamtąd przez wyłomy w murach przedostali się na sąsiednią ulicę i kiedy wydawało się, że nic już im nie grozi, z nagła, od tyłu zostali niemal przygnieceni do ziemi karabinowymi lufami.

        – Hasło?! 

        – Syrena. 

        – Odzew! 

        – Wisła. 

        – Chwileczkę, a kim wy właściwie jesteście? Nigdy was tu nie widziałem! – powiedział głos tego, który przyłożył mu swoją „aferkę” [pistolet] do karku i jednocześnie, drugą ręką trzymając go za włosy, nie pozwalał mu odwrócić głowy.

        – O tym mogę rozmawiać tylko z waszym dowódcą! – powiedział zdecydowanie „Virtus”, może powiedział to zbyt kategorycznie, bo ten stojący nad nim przycisnął go mocniej do ziemi, a pistolet wrzynał się Stanisławowi w szyję. Zrobiło mu się zimno i gorąco na samą myśl, że tamten mógłby, nawet bezwiednie, pociągnąć za spust.

        – Ja tu decyduję! Ujawnijcie się, bo jak nie, to będziecie zaraz wszyscy trzej gryźć ziemię. Verstehen?

        – Jestem oficerem łącznikowym z „Baszty”. Idziemy z Mokotowa z pocztą. Możecie to sprawdzić, mamy na to dokumenty. A wy kim jesteście, z jakiego zgrupowania?

        – Leż cicho, ty w mordę i nazad! Leż, bo jak nie, to...! – groził mu. 

        – Uważaj na słowa, jestem oficerem!

        – W porządku! Tylko bez zbędnych gestów! Zaraz sprawdzimy... 

        Dość długo trwało to leżenie twarzą do ziemi, jak przed chwilą leżeli tamci chłopcy, a na dodatek to niebezpieczne szturchanie go, odbezpieczonym z pewnością, pistoletem. 

        – Teraz, cholera ich wie, co to za jedni są ci, którzy ich tu przyskrzynili – myślał gorączkowo „Virtus”. – Może jakieś męty, zwykła żulia, a może nawet i kolesie tego zastrzelonego dzieciaka... Cholera! A w duchu dziękował, że „Waligóra” milczał, a nie jak zwykle, swoim zwyczajem dolewał jeszcze oliwy do ognia... Tylko nieznacznie odwrócił głowę i znowu dostał szturchańca.

        – Co jest? – usłyszał znajomy głos. – Co się tu dzieje, kapralu „Obleśny”? 

        Tak, teraz nie miał wątpliwości, to był głos podchorążego „Kolczugi”. 

        – Melduję, panie podchorąży, że ześmy zatrzymali element mocno podejrzany! – powiedział ten, który przyciskał go do ziemi.

        – W porządku, zostawcie ich! – rozkazał im „Kolczuga” i zwrócił się do „Virtusa”. – Przepraszam, przepraszam bardzo, panie poruczniku, ale sam pan rozumie, tu w Śródmieściu dzieją się ostatnio takie dziwne rzeczy...

        – Dziękuję – odpowiedział, otrzepując się z piachu i kurzu. 

        Było ich kilkunastu. Zaledwie kilku z nich posiadało broń, a reszta „uzbrojona” była w jakieś metalowe pręty, zdobyczne lub znalezione gdzieś szpadle albo tylko kije. Jeden, najniższy z nich, dzierżył w dłoni kawaleryjską szablę i wyglądał na bardzo dumnego z tego powodu. Inny, typowy „wiracha” warszawski, przyglądał się im z uwagą, dopalając peta trzymanego w palcach dłoni uzbrojonej w kastet. Mrużył oko, wykrzywiając przy tym twarz z powodu gryzącego dymu papierosowego. Przyglądał się z wielkim zainteresowaniem szczególnie „Waligórze”. I wreszcie, po wyrzuceniu prawie do końca „zjaranego” peta, splunął z gracją „urki” i powiedział, zsuwając na tył głowy swój „kaszkiet”. 

        – Te koleś, czy ty przypadkiem nie jesteś M n i e t e k, młodszy braciak Józka Malinoszczaka?

        – Ja? A czemuż miałbym nie być? – odpowiedział mu nieco filozoficznie „Waligóra”. 

        – No jasne, że tak, brat mojego najlepszego kumploszczaka z Ksawerowa! Wyśta mieszkali na Krasickiego, cztery, zdaje mi sie. Nieprawdaż?

        – Jak dwa dodać dwa! A ty jesteś Franek Gałązka, czyli „Szpadryna”, i widze, że sie z n i o m nie rozstałeś, mimo tak różnych okoliczności, w morde...

        – Ano nie, jak widzisz...

        I tak sobie jeszcze chwilę gruchali jak dwa „winerki” (pci odmienny), aż nie zjawił się nagle kapitan „Żbik”.

        – Proszę, proszę... Kogo to moje oczy widzą! Pan porucznik we własnej osobie i jego straż przyboczna – powiedział z nutą ironii. – I co, wciąż się panu nie udaje przejść do Komendy Głównej?

        – Melduję, że nie, panie kapitanie. 

        – To może teraz nie pogardzi pan porucznik naszą pomocą. 

        – Nigdy nie gardziłem... niczyją pomocą.                         – Przydzielę panu jedną z naszych łączniczek. Jest świetnie zorientowana w tutejszym terenie. Zresztą, nie tylko ona, ale wszystkie nasze łączniczki są wyśmienite!

        Po kilku minutach zjawiła się ta mała, „Janeczka”. „Waligórze” mocniej zabiło serce, a na twarzy pojawiła się z trudem maskowana radość.

        Podczas każdego postoju siada samotnie, w niewielkim oddaleniu od innych i czyta, czyta zachłannie wszystkie te wiersze odbite na powielaczu i spięte wielkim spinaczem zrobionym z grubego, miedzianego drutu. Nie reaguje nawet na docinki „Janeczki”, nie mówiąc już o kpiących, wręcz złośliwych uwagach „Waligóry” darzącym go epitetami w rodzaju „cytaty” czy „profesur wielce ucony” i tym podobne niewybredności, na które on nie reaguje, kręcąc jedynie głową, daje im tym do zrozumienia, żeby zostawili go w spokoju.

        „Jeno wyjmij mi z tych oczu/ szkło bolesne – obraz dni,/które czaszki białe toczy/ przez płonące łąki krwi” – czyta „Orkan” z wypiekami na swojej dziecięcej twarzy. – „Jeno odmień czas kaleki, zakryj groby płaszczem rzeki/zetrzyj z włosów pył bitewny/tych lat gniewnych/czarny pył.”

        – Co ty tam tak czytasz „Orkan? – pyta go „Virtus”. 

        – Już kończę, panie poruczniku... – odpowiada na wpół przytomny. 

        – Czytaj sobie, ale chciałem zapytać, co takiego czytasz? 

        – Melduję, że wiersze czytam... – odpowiada pochłonięty lekturą, na co jego dowódca macha tylko ręką, zostawiając go w spokoju.

        A on czytał dalej: „Pożegnanie żałosnego strzelca” – „Jakie szczęście, że nie można tego dożyć/Kiedy pomnik ci wystawią, bohaterze,/i morderca na nagrobkach kwiaty złoży...” – tego wiersza nie może za nic zrozumieć, zwłaszcza końcowego fragmentu: „i morderca na nagrobkach kwiaty złoży”... Nie rozumie teraz, ale zrozumie dopiero po wojnie... On i jemu podobni zrozumieją, ale jakże wielu przestawi się później na „nowe tory”, tłumacząc sobie, że skoro przeżyli „to wszystko”, „lata gniewne”, „czas kaleki”, to grzechem byłoby nie „korzystać” z życia. I korzystali – niektórzy aż do upodlenia...

        Niespodziewanie zrywa się silny wiatr i rozwiewa odłożone na bok przez „Orkana” papiery. Rozsypują się gnane coraz silniejszym podmuchem gorącego wiatru. Nagle, kilka kartek wpada w płonące gruzy i znów ulatują one w górę, ale już w postaci spopielonych płacht...

        – Koniec przerwy! – oznajmia „Virtus”. – Jest już po czwartej. Ruszamy!

        Ponad pół wieku od Jego śmierci, pewien polski dziennikarz żyjący w Ameryce nazwie Go „słowiańskim Orfeuszem w piekle XX wieku”. A ktoś inny, kto zapamięta Go z okupacyjnych kompletów, powie o Nim, że „kiedy trwa w zamyśleniu, to w Jego oczach jest mrok”.

        Spieszył się z pisaniem, jakby przeczuwając swoją śmierć. W ciągu ośmiu miesięcy, w latach 1941–42, pisze ponad sto wierszy. Gros swojej twórczości.

        W 1947 roku Jego matka rozpoznaje szczątki Poety. Pochowano Go we wspólnym grobowcu na warszawskich Powązkach wraz z żoną, która traci życie w niecały miesiąc po Nim.

        Po nieżyjącego Poetę, po wojnie przychodzi UB. Podobnie jak po Jego ojca Stanisława, zmarłego w lipcu 1939 roku, przychodzi na początku okupacji Gestapo.

        W piątek, 4 sierpnia 1944 roku, około godziny 4. po południu w 4. dniu Powstania w reducie „Ratusz-Pałac Blanka” Poeta ginie od kuli niemieckiego snajpera.

        Tym poległym Poetą jest Krzysztof Kamil Baczyński, którego wiersze czyta z takim zainteresowaniem strzelec „Orkan”.