Goniec

Switch to desktop Register Login

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (27)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

AntczakWojciechXXV

To wszystko stawało się już coraz bardziej nie do wytrzymania. Z powodu duchoty i smrodu opróżnianego raz na dzień kibla, więźniowie leżeli pokotem na brudnej podłodze niczym konające na piasku ryby. Chwytali tę odrobinę powietrza, zwłaszcza kiedy na zewnątrz ochładzało się, najczęściej podczas burzy, wtedy tuż przy samej podłodze dało się odczuć lekki powiew, tak bardzo kojący ich płuca. Ale trwało to zwykle dość krótko, żeby ci biedacy mogli odetchnąć, na dłużej odczuwać ulgę. A kiedy po lecie i ciepłej jesieni następowała zima, temperatura „pod celą” zbliżona była do tej na dworze, a metalowe rurki „grzewcze”, jak na ironię wcale nie ogrzewały cel. Ponadto dokuczała im bezczynność bardzo dająca się we znaki, zwłaszcza więźniom politycznym prowadzącym przed uwięzieniem ich, zazwyczaj czynny tryb życia, mających różne zainteresowania, a teraz pozbawieni tego, osadzani w jednej celi z kryminalistami, popadali z nimi w konflikt, to z kolei stawało się często powodem skazywania „politycznych” na izolatkę, gdzie byli przetrzymywani kilka miesięcy, a czasami nawet do półtora roku. Zamykano tam zwłaszcza „buntowników”, a ich „bunt” polegał jedynie na skargach składanych naczelnikowi więzienia i za to głównie fundowano im odosobnienie. Nawet po krótkim pobycie tracili poczucie czasu, a dłuższa izolacja stawała się u nich, bardzo często, powodem nieodwracalnych zaburzeń czy wręcz chorób psychicznych. Straszną plagą były wszy i pluskwy. Każdy więzień miał obowiązek zabicia minimum od dziesięciu do dwudziestu, wiecznie nienasyconych – krwiopijców, ale i to zajęcie nie dawało od nich żadnej ulgi. Zwłaszcza w nocy pluskwy obłaziły śpiących, wysysając z nich bez umiaru krew. Nic nie pomagało wylewanie wody na podłogę wokół sienników, wody stanowiącej naturalną dla nich przeszkodę, a której te insekty nie były w stanie przeskoczyć. Pluskwy były jednak na tyle „inteligentne”, że wędrowały po ścianach celi aż na sufit i stamtąd spadały na swoje ofiary całymi chmarami.
Obok insektów istnym utrapieniem, szczególnie dla „politycznych”, byli więźniowie kryminalni oraz donosiciele i te wszystkie ludzkie mendy, których parszywość ujawniała się zwłaszcza tu, w więziennej codzienności. Na szczęście stanowili oni margines, bo większość z nich to byli ludzie, o jakich zwykło się mówić, że są ludźmi „dobrej woli”, a których nawet najtrudniejsze warunki nie były w stanie zdeprawować czy choćby doprowadzić do zobojętnienia. Ale nierzadko spotykało się tu różnych psychopatów, głównie wśród kryminalistów, a ci, obok wszy i pluskiew, także stanowili plagę, może nawet większą od tego robactwa, bo niszczącą innych psychicznie.
Od roku 1950 wraz z „umacnianiem się” tak zwanej demokracji ludowej lub „socjalistycznej praworządności”, warunki w więzieniach stawały się coraz trudniejsze.


Każda próba okazania współczucia drugiemu więźniowi, nie mówiąc już o nawiązywaniu jakiejkolwiek nici porozumienia, sympatii czy przyjaźni między więźniami, te wszystkie ludzkie odruchy zauważone przez służby więzienne karane były natychmiast separacją! Stąd brały się bardzo częste rotacje więźniów zwane „roszadami”, ciągłe przemieszczanie więźniów z celi do celi oraz przetrzymywanie nieraz kryminalistów z „politycznymi”, zwłaszcza zaś długoterminowymi, których wyroki przekraczały dziesięć lat odsiadki. Nie było to jednak nagminnie praktykowane, ale sprzyjało to włączaniu do cel konfidentów. Właśnie to oni, „polityczni”, nosili piętno „najbardziej zaciekłych przeciwników władzy ludowej” – jak ich ogólnie określano przez administrację więzienną. Oni byli najgorzej, najbrutalniej traktowani przez strażników i pod byle pretekstem na wniosek „klawisza” można było trafić na oddział o zaostrzonym reżimie, nie mówiąc już o szczuciu na nich przestępców-psychopatów, przez których byli poniżani i bici.
Tym i wielu jeszcze innym udrękom poddany był, między innymi, więzień Bohuszewicz Stanisław odsiadujący tu, w Rawiczu, swój piętnastoletni wyrok, a dziś za złożenie kolejnej skargi u naczelnika więzienia, pozbawiony został na miesiąc przysługującego mu prawa do spacerów. Otrzymał tę karę tylko za to, że pokłócił się z jednym z „nowych”, którego przyłapał na kradzieży papierosów innemu więźniowi i na zwróconą mu uwagę, tamten odpowiedział Bohuszewiczowi, że to nie jego sprawa, i wtedy doszło do awantury, aż interweniował strażnik, który z kolei „wsiadł” na Stanisława za zakłócanie nocnej ciszy, a to spowodowało obudzenie się innych cel, walenie w kraty i drzwi, a za cały ten tumult obwiniono tylko jego. Obywatel komendant zaraz po porannym apelu wezwał go do siebie i zrobił mu wykład zgodnie z nowymi „trendami resocjalizacyjnymi” w więziennictwie, a mianowicie najpierw zganił go za „aspołeczną postawę, która nigdy nie będzie tolerowana w socjalistycznym społeczeństwie, a także krnąbrne zachowanie się w stosunku do interweniującego strażnika, pełniącego właśnie służbę na oddziale” – jak się wyraził i skazał go na miesięczny zakaz „odbywania spacerów grupowo i indywidualnie”. Freblówka w komunistycznym stylu! Ale to widocznie nie usatysfakcjonowało jeszcze towarzysza naczelnika, „ideowego” komunisty z długoletnim, bo jeszcze przedwojennym stażem, szczególnie wyczulonym na wszelkiej maści politycznych przeciwników, a zwłaszcza tych wszystkich „narodowców-endeków”, a w sumie tylko zwykłych faszystów – jak ich określał – przez których Polska tyle wycierpiała i kto wie, ile musiałaby jeszcze tak cierpieć, gdyby nie zbawcze, jedynie sprawiedliwe rządy komunistów zarówno tu, jak i w innych krajach, a szczególnie w Kraju Rad, nieustraszonym i przez to Wielkim Związku Radzieckim pod wodzą nie mniej wielkiego geniusza, towarzysza Stalina, pogromcę światowego faszyzmu, faszyzmu wywodzącego się wprost z nacjonalizmu i klerykalizmu, a także z drobnomieszczańskiej zgnilizny Zachodu jako źródła wszystkich nieszczęść, przez które cierpi cała niemal ludzkość! – wrzeszczał na niego ten polityczny wychowawca, jako na jeszcze jednego faszystowskiego niedobitka, taką aspołeczną, zwykłą polityczną gnidę! I jak on, osobnik zdeprawowany do szpiku kości przez zbankrutowane rządy przedwojennej sanacji z narodowo-klerykalnym rodowodem, jak on stojący tu przed nim, więzień B o k u s z e w s k i Stanisław, śmie jeszcze w swojej bezczelności wroga klasowego, słusznie skazanego na długoletnią karę pozbawienia wolności, śmie skarżyć się na panujące tu warunki, zamiast pokornie dziękować ludowej praworządności za tak łagodne, wręcz przychylne potraktowanie go, bo tylko piętnastoletnim wyrokiem – wykrzykiwał te swoje perory ten naczalnik z sowieckiego nadania, ten zwykły prymityw półanalfabeta.
I żeby go jeszcze bardziej upokorzyć, tylko na moment pokazał mu list, a właściwie machnął mu nim przed oczyma. Był to list od Lucyny, a z koperty wypadło zdjęcie obcięte w „falbankę”, na którym była ona w rozwianej na wietrze sukni z Jędrusiem mrużącym oczy od słońca... – jak zdążył zauważyć, gdy się po nie schylił, a wtedy ten typ przycisnął je butem, odepchnął Stanisława i zaraz podarł je na drobne kawałki z jakąś sadystyczną, mściwą satysfakcją i wrzucił do kosza.
– No i co, B o g u s i e w i c z! Wartało się skarżyć? Odpowiadajcie!
– Tak.
– A ja wam, w takim razie, udowodnię jeszcze raz, że nie wartało! Odprowadzić! – wykrzyknął do strażnika stojącego posłusznie za drzwiami i skończył na tym swoje „posłuchanie” go.
Po zatrzaśnięciu się za nim drzwi celi został zaatakowany, najpierw przez prowokatora „Kajtka”, pokrakę o małpiej posturze i mordo-pysku zamiast twarzy, a później uderzony bardzo fachowo nasadą dłoni, tylko „tak dla sportu”, przez samego herszta tych wszystkich bandziorów – „Plaskatego”, wyjątkowego zbira-psychopatę.
Tym razem miarka już się przebrała. Stanisław obiecał sobie, że tej nocy poczeka, aż obaj usną, i udusi ich z całą premedytacją, bez względu na konsekwencje swojego czynu. Ale jak tylko pomyślał o liście, który widział przez chwilę, uspokoił się, a zwłaszcza że nie miał wątpliwości, iż był to list pisany przez Lucynę, bez wątpienia to było jej pismo, wyraźnie widział. – I jeszcze to ich zdjęcie, którego z pewnością już nigdy nie zobaczy, chyba że istnieje jego kopia... – rozmyślał pełen goryczy, złości i rozpaczy. A kiedy wreszcie zgaszono światło, długo jeszcze nie mógł zasnąć i modlił się gorąco o opiekę nad nimi, Lucyną i Jędrkiem, modlił się także i za swoich prześladowców – co było dla niego bez wątpienia najtrudniejsze.

Przebite na wylot dłonie puchły i bolały coraz bardziej. Po odzyskaniu przytomności leżał nieruchomo jeszcze przez jakiś czas, aż wreszcie zorientował się, że jest ciągle w tej samej dyżurce, do której przywleczono go w nocy po gwałtownym wyrwaniu ze snu. Próbował wstać, ale całe ciało odmawiało posłuszeństwa. Przy najmniejszym poruszeniu się czuł ból, jakiś straszny ucisk klatki piersiowej niepozwalający mu swobodnie oddychać. Prawdopodobnie miał połamane żebra. No i te dłonie, ze śladami gwoździ, przebite na wylot, już nie krwawiły tak obficie jak wtedy, gdy zsunął się z framugi i upadł bezwładnie na podłogę, a oddziałowy Grosiński, próbując go jeszcze kopać, potknął się i runął na niego całym swoim ciężarem. Stąd ten ból – pomyślał Szczygieł.
Z trudem podniósł zaropiałe powieki i zobaczył najpierw tego młodszego strażnika lekko wspartego o ścianę, śpiącego z głową opuszczoną na piersi, a później „Cygana” rozciągniętego na podłodze i głośno chrapiącego. Zaraz przed piątą zjawił się tu oddziałowy Boruta przezywany, nie tylko przez więźniów, ale i swoich kompanów, „Diabłem”. Znieruchomiał na widok leżących, nieprzytomnych strażników i pokrwawionego więźnia.
Dyżurka najwyraźniej nosiła ślady ostrej bójki. – Czyżby ten cholerny pobożniś był do tego zdolny, żeby... ich dwóch aż tak urządzić? – stojąc, dywagował Boruta. I już odruchowo chciał zaatakować „Romcia”, chciał go po prostu skopać za tę ich krzywdę niechybnie poczynioną przez tego wiejskiego parobasa, burego chama, ale powstrzymał się od tego i podszedł najpierw do leżącego na wznak Grosińskiego, któremu z ust wyciekała strużka gęstej, zbąblonej śliny.
– Wacek! Cholera jasna! Obudź sie chłopie! – krzyknął, a tamten po chwili otworzył oczy i patrzył na niego nieprzytomnym wzrokiem. Borutę owiał cuchnący przetrawionym alkoholem, kwaśny odór zionący z jego trzewi, a także smród moczu i spoconego ciała. Ta zapachowa mieszanka o mało co nie spowodowała u niego torsji, gdyby natychmiast nie otworzył okna i nie wciągnął świeżego powietrza. W drzwiach stanął jego zastępca Fiuciński Józef.
– O żesz ty, a co tu było?!
– A to! – odpowiedział Boruta, wskazując na butelki po wódce.
– A ten, tu... – wystękał, patrząc na zbolałego więźnia. A potem na ślady zaschniętej krwi na framudze z krzywo sterczącym z niej bretnalem.
Po chwili zauważywszy jeszcze młotek leżący pod ścianą, spojrzeli na siebie zdziwieni, a Kacprzyk zdążył się już jako tako doprowadzić do porządku i stał nieruchomo, na baczność, mocno wystraszony.
– Co się tu działo?! – wykrzyknął Boruta, przyskakując do niego.
– A nic... tyle, że obywatel oddziałowy, melduję, c h c i a n t y k o przymocować więźnia do framugi i dać mu wycisk za szerzenie propagandy kościelnej... A ja... ja żem na rozkaz podtrzymywał go żeby nie runął, a obywatel oddziałowy go, tego... młotkiem chciał...
– Wacek! Wstawaj, do jasnej cholery, Wacek! – krzyczał teraz z kolei zastępca oddziałowego, Fiuciński, chcąc dobudzić wciąż jeszcze nieprzytomnego „Cygana-Hiszpana”, który właśnie zmienił pozycję na embrionalną i jakby nic, spał dalej, pochrapując.
– No, co się tak gapisz?! – Boruta upomniał Kacprzyka, przy okazji wyrażając się bardzo nieprzystojnie o jego mamusi. – Bierz go i w te pędy pod celę z nim! – rozkazał, pokazując na wciąż leżącego Szczygła.
Kacprzyk chwycił go zaraz pod pachy i z niemałym trudem wywlókł na korytarz, a stamtąd wprost pod „siedemnastkę”, do jego „macierzystej” celi. Podobnie zrobiono z Grosińskim, z tą różnicą, że jego zamknął Boruta w kantorku gospodarczym wśród kubłów, szmat i szczotek. Zrobił to, żeby tam, w odosobnieniu doszedł do siebie, a przede wszystkim, żeby „nie rzucał się niepotrzebnie w oczy”.
Wszystko być może skończyłoby się dla nich dobrze, gdyby nie nagła, zupełnie niespodziewana inspekcja komisji z Rady Ministrów, zainteresowanej, jak nigdy przedtem, warunkami, w jakich przebywają więźniowie. Kiedy zobaczyli, zupełnie przypadkowo, zmaltretowanego „Romcia” i jeszcze kilku innych z oznakami ciężkiego pobicia, notabene, bez specjalnego powodu – wtedy Pułkownik, jak tylko mu o tym doniesiono, dostał szału, zwłaszcza że ostatnia, wewnętrzna instrukcja wydana przez samego ministra Bradkiewicza, jego, Pułkownika, wyraźnie zobowiązywała do złagodzenia represji, a wręcz zaniechanie tychże, szczególnie wobec więźniów niestanowiących bezpośredniego zagrożenia dla umacniającej się coraz bardziej, niemal z dnia na dzień, władzy zwanej eufemistycznie – ludową, jak ją nazwali „uczeni w Piśmie” – teoretycy marksizmu-leninizmu.

Stał przed nią w poplamionej i poszarpanej sutannie. Na jego twarzy wciąż widoczne były ślady maltretowania go przed tygodniem. Sińce pod oczyma przybierały teraz barwę z fioletowej zielonkawo-żółtą. Natomiast spękane wargi i włosy zlepione zaschniętą krwią to był efekt ostatniego przesłuchania przeprowadzonego zaledwie kilka godzin temu... Stał ze spuszczoną głową, a ona przyglądała mu się, nie mogąc wciąż zrozumieć motywów, którymi kierował się ten ksiądz, żeby dobrowolnie zgłosić się do Urzędu Bezpieczeństwa, niby to w sprawie uwolnienia jednego ze swoich parafian, jakiegoś cieśli czy bednarza, czy diabli jeszcze wiedzą kogo, a może nawet tylko zwykłego chłopa. Ten, stojący tu ksiądz twierdził, że tamten został aresztowany zupełnie bez powodu, niewinnie, wręcz przez pomyłkę i teraz on, jako jego duszpasterz (co za dziwny termin!), przyszedł się o niego upomnieć, bo w co nie wątpi, nowa władza – jak się sama określa – ludowa, powinna mieć wzgląd na los takich ludzi jak jego parafianin, ojciec piątki dzieci, których matka, na domiar złego, choruje na gruźlicę i nie jest w stanie sama prowadzić gospodarstwa... – Czy ten klecha sądzi, że dam się nabrać na to jego podbechtywanie na temat władzy, a w sumie to tylko pełen hipokryzji wybieg tego, bohaterskiego „księdza z ludu”, skończonego idioty, bez wątpienia przysłanego tu przez kurię liczącą nie wiadomo na co – myślała Mona Blutsteigerowa, patrząc na niego wciąż w milczeniu. – Zawiodą się, sromotnie się zawiodą!
Wcześniej jeszcze przyszedł, najpierw do naczelnika wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa prosić osobiście o zwolnienie tego... jakiegoś tam parafianina. Oczywiście, towarzysz naczelnik nie dał się tak łatwo nabrać i dobrze, że go nie spławił, lecz zaraz zawiadomił o tym fakcie swoich przełożonych i stamtąd polecono księdzu zgłosić się w tej sprawie do samej towarzyszki dyrektora departamentu, obywatelki Wery (Mony) Blutsteigerowej, zwanej w kręgach ministerialnych, po prostu, Moną, a od pewnego czasu Krwawą Moną. A co najgorsze, ksiądz proboszcz Jacek Witaszewski z parafii Zawilce, działał na własną rękę, bez porozumienia z biskupem... Stał teraz przed tą „towarzyszką-dyrektor” przesłuchiwany jak przestępca.
– I co jeszcze ksiądz ma mi do powiedzenia?
Milcząc, patrzył na nią i zastanawiał się, co tu, w tych kazamatach, robi ta kobieta, bezsprzecznie inteligentna, z pewnością wykształcona, elegancka, ale mająca w sobie coś niepokojącego, coś, co kazało mu mieć się na baczności. – Pytam księdza! – dodała, podnosząc głos.
– Powiedziałem już... wszystko.
– O ile mi wiadomo, trafił tu ksiądz z własnej i nieprzymuszonej woli. Nieprawdaż?
– Tak, trafiłem tutaj, do pani, można by tak powiedzieć, z własnej woli... może nawet przez przypadek. Nie spodziewałem się, że...
– Że... trafi tu ksiądz na kobietę. Czy tak? – Nie, ale, że to będzie stanowiło aż taki problem, takie komplikacje.
– A jakie to komplikacje ksiądz ma na myśli i o jakim przypadku ksiądz mówi, trafiając tu do nas zupełnie przez nikogo nieprzymuszony? Słucham!
– Kierowałem się troską o tego biedaka. Właściwie to nie przypuszczałem, że zostanę skierowany aż tutaj, do tego więzienia, myślałem, że moja prośba zostanie wysłuchana przez pana naczelnika urzędu szczebla wojewódzkiego, tak myślałem...
– A tu, proszę, taka niespodzianka!... Czegoście się spodziewali po naszej władzy, jak to sami określiliście... ludowej, że co, że wystarczy pojawienie się osobnika w sutannie i władza, jak niegdyś, posłusznie spełni wasze żądanie!
– Nie, proszę pani, nie tego się spodziewałem, ale choćby tylko wyjaśnienia i odrobiny życzliwości dla tego nieszczęśnika, ojca gromadki głodnych dzieci.

Ostatnio zmieniany piątek, 08 wrzesień 2017 16:01