Goniec

Register Login

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (29)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Tym razem zostali zepchnięci aż na teren byłego getta. Niemcy wściekle atakowali Wolę, ulica po ulicy. Od Ulrychowa nacierały doborowe oddziały dywizji „Hermann Göring”, a posuwające się od stronu Okęcia oddziały pułku „Dirlewanger” – składające się głównie z kryminalistów i wykolejeńców z całej Rzeszy, po spacyfikowaniu dzielnicy Ochota, teraz z kolei przystąpiły do rzezi mieszkańców Woli. Ciągle jeszcze wśród Niemców panował chaos spowodowany sprzecznymi rozkazami wydawanymi przez samego Reichsfuehrera Heinricha Himmlera. Dopiero przejęcie funkcji głównodowodzącego sił niemieckich w Warszawie i wokół niej przez Obergruppenfuehrera Erica von dem Bacha, przybyłego do Warszawy w sobotę, 5 sierpnia około 7. wieczorem, zaraz następnego dnia pozwoliło Niemcom opanować sytuację. Nastał jaki taki porządek. Człowiek ten otrzymał wśród Polaków przydomek kata Warszawy, mimo iż to nie on, a Himmler wydał rozkaz zabijania każdego, bez wyjątku, napotkanego mieszkańca Warszawy, każdego Polaka.
Od świtu, w sobotę, 5 sierpnia, toczyły się zacięte walki w okolicach więzienia „Pawiak” i obozu pracy przymusowej – „Gęsiówka”, gdzie przetrzymywanych było około czterystu Żydów pochodzących z różnych państw zachodniej Europy, a także powstańców żydowskich walczących na terenie warszawskiego getta w 43 roku. Obecnie, naczelnym zadaniem sił powstańczych w tej części miasta, wobec niemieckiego ataku od zachodnich krańców Woli, było przebicie szlaku na Stare Miasto, które wciąż jeszcze walczyło. Zadanie to powierzone zostało Batalionowi „Zośka”. To oni zdobyli nie tylko „Gęsiówkę”, ale także ocalili życie wszystkim czterystu żydowskim jeńcom. „Pawiak” był więzieniem Gestapo, a jego główna kwatera mieściła się po przeciwnej stronie miasta, w alei Szucha 25. Z kolei niemieckim celem było jak najszybsze przebicie się z Woli do Śródmieścia i uwolnienie dowódcy wojsk warszawskiego garnizonu, generała lotnictwa Reinera Stahela, otoczonego przez powstańców w pałacu Bruhla przy ulicy Wierzbowej, tuż za północno-wschodnią częścią Ogrodu Saskiego.
Po zwolnieniu „Janeczki”, po wcześniejszym upewnieniu się, że sobie poradzi w drodze powrotnej do swojego macierzystego oddziału zgrupowania pana majora „Tarnawy”, zrobiło się im trochę smutno, a zwłaszcza „Waligóra” był niepocieszony. Na pożegnanie podniósł ją, niczym małą dziewczynkę, uściskał i obiecał, że jak tylko „się to wszystko skończy”, odnajdzie ją, żeby nie wiem co! Odnajdzie ją „na mur-beton”! Tak jej obiecał.
Wrócili z powrotem do swojej kryjówki w na wpół ocalałym budynku. Z ostatniego piętra rozciągał się widok na coraz bardziej niszczoną Warszawę, a szczególnie Wolę. Niebo zasnute było dymami płonących zabudowań. Paliła się prawie cała zachodnia część miasta. Tylko gdzieniegdzie słychać było sporadyczne wystrzały. Powstańcy nie dawali za wygraną, mimo miażdżącej przewagi przeciwnika pacyfikującego Wolę, z germańską dokładnością, dom po domu, ulica po ulicy...
A oni ciągle jeszcze czekali na odpowiedni moment, aż z nastaniem wieczoru będą mogli ponowić próbę przejścia do Komendy Głównej. Ciągle nie tracili nadziei, że się im to uda!
„Virtus”, stojąc zamyślony, patrzył w stronę Pragi. Tu, z najwyższego piętra widać było także wyraźnie Dworzec Gdański i dalej, bardziej na wschód, patrząc ku Wiśle spoglądał na fortyfikacje Cytadeli z Dziesiątym Pawilonem. Nagle odwrócił się ku drzwiom w których stał w milczeniu „Orkan”.
– Czy coś się stało?
– A nie, nic. Melduję tylko, że „Waligóra” chciałby prosić pana porucznika o pozwolenie wyjścia...
– Dokąd?!
– Mówi, że w poszukiwaniu czegoś do jedzenia.
– Przyślij go tu do mnie.
– Rozkaz! – odkrzyknął i zbiegł na dół.
Tak, to było też piątego sierpnia, dokładnie osiemdziesiąt lat temu został stracony tam, na stokach Cytadeli, ostatni dyktator Powstania Styczniowego, generał Romuald Traugutt... – myślał „Virtus”. – O, Boże, czy kiedyś skończy się wreszcie to ciągłe składanie ofiar spośród najlepszych Polaków? Czy skończy się ta udręka Ojczyzny? – pytał sam siebie, nie spodziewając się wcale uzyskać odpowiedzi. – A może ty, mądra bogini Klio, ty jedna znasz na to odpowiedź?
– Melduję się na rozkaz, panie poruczniku!
– A gdzie to was tak gna, starszy strzelcu „Waligóra”?
– Melduję, że w poszukiwaniu prowiantu...

zed zmierzchem. Spróbujemy jeszcze raz, pod osłoną nocy.
– Tak jest!
– Cóż ze mnie za dowódca, skoro nie potrafię wykonać, wydawałoby się, tak prostego zadania – pomyślał, a na pocieszenie miał to, że ci dwaj ciągle jeszcze żyją.

XXVII

Zaraz po porannym apelu zjawił się ten starszy strażnik o wyglądzie zabiedzonego, małorolnego chłopa i stojąc w drzwiach, przywołał do siebie Stanisława, nie tak jak inni strażnicy – krzykiem z natychmiastowym wyrzuceniem więźnia na korytarz, tylko ściszonym głosem poinformował go, że zostaje przeniesiony „na siódemkę”, bo tak „pan, a sie rozumie obywatel-towarzysz kumendant kazali zrobić”, i przypomniał mu jeszcze o zabraniu dokładnie wszystkich swoich rzeczy, jakby ich miał tu nie wiadomo ile, gdyż poza zniszczoną już całkowicie szczoteczką do zębów z odrobiną proszku w brudnym i dziurawym woreczku, kawałkiem mydła oraz szmatą zwaną ręcznikiem – więzień Bohuszewicz Stanisław nie miał już nic ponadto do zabrania. Przenoszono go już drugi raz w tym miesiącu, w myśl zasady, że im częściej więźniowie zmieniają celę, tym trudniej jest im nawiązać jakieś bliższe związki, choćby zwykłej, ludzkiej solidarności, nie mówiąc już o przyjaźni.
Cela, do której go wprowadzono, była kiedyś celą jednoosobową, ale to było dawno, a jednocześnie nie tak dawno, bo zaledwie nieco ponad piętnaście lat temu, czyli jeszcze za „starych, dobrych czasów”. Teraz siedziało tu dziewięciu więźniów, a Stanisław miał być dziesiątym. Patrzyli na niego spode łba, jak na intruza, jakby przyszedł tu do nich z własnej i nieprzymuszonej woli, żeby tylko zakłócić ich spokój. Większość z nich to byli chłopi – jak się potem dowiedział – głównie z północno-wschodniej Polski. Część z nich skazana była nawet na dożywocie za „pomoc wrogim władzy ludowej, zbrodniczym bandom” – jak określano w sentencji tak wysokich wyroków, które przyjmowali z ulgą w przeciwieństwie do tych, którzy za te same czyny karani byli stryczkiem lub kulą. Inną grupę, najliczniejszą, stanowili chłopi siedzący za tak zwane ziorka, czyli za „wrogie, wręcz złośliwe niewywiązywanie się z obowiązkowych dostaw żywca i płodów rolnych” na rzecz, jak na ironię, swojego własnego, bo ludowego państwa, którego, jakkolwiek by patrzeć, byli s o l ą! Tylko za to, że odważyli się stawić opór grabieżcom, otrzymywali, nierzadko kilkunastoletnie wyroki. Według tej nowej władzy, wszyscy chłopi, już z założenia, byli jej wrogami, tylko za swoje przywiązanie do ziemi, zupełnie niezrozumiałe dla tych nowych rządców. Wręcz niepojęty dla rządzących był ich, włościan, opór przeciw „upaństwawianiu” gospodarstw rolnych na wzór sowieckich kołchozów i sowchozów. Ci uzurpatorzy zainstalowani przez Sowietów zainfekowali Polskę, a także inne europejskie kraje, nieuleczalną zarazą atakującą, raz na zawsze, duszę ujarzmionych narodów, w których już nigdy ta dusza się nie odrodzi, a jedynie w swoim umęczeniu będzie wciąż tęskniła za czymś, co utraciła na zawsze. I to, co dla duszy jest najcenniejsze – jej nieśmiertelność, w przypadku duszy całego narodu staje się piekłem, jej przekleństwem. Na wieczność! I ci, siedzący tu „ciemni”, bo niewykształceni na modłę „nowych, wspaniałych czasów”, tego przyszłego „raju na ziemi” obiecanego im przez komunistyczną ideologię, ci chłopi od razu przejrzeli tę szatańską sztuczkę na wylot! W przeciwieństwie do chwiejnych „intelektualistów”, tych wszystkich namaszczonych mędrków z uniwersyteckimi dyplomami, odrzucających prawo naturalne, dane nam od samego Boga, a objawiające się zdrowym rozsądkiem, którego wyzbyli się, idąc na współpracę z tym współczesnym Golemem...
Panował tu niesamowity, jeszcze gorszy zaduch niż w poprzedniej celi. Śmierdziało odchodami z nieopróżnionego kibla i jak wszędzie, tu także czuć było odór potu niemytych ciał zmieszany z nieprzyjemnym zapachem czosnku i cebuli oraz dymu papierosów zrobionych z najgorszego gatunku tytoniu. Z doświadczenia wiedział, że aby się nie udusić, należało jak najspokojniej oddychać i jak najmniej się poruszać, co akurat przy tej ciasnocie nie było trudne, a po jakimś czasie płuca i cały organizm przystosowywały się do panujących tutaj warunków.
– Jestem Czesiek, a ty... – zwrócił się do Stanisława niski, korpulentny więzień o wyglądzie Cygana, patrząc mu bezczelnie w oczy.
Bohuszewicz nie reagował.
– Do ciebie mówię, kolego – nalegał tamten.
– Kolego?
– A co, może nie s i e d z i m tu razem?
– Ale to wcale nie znaczy...
– Dobra, dobra! Ja wiem, to taka choroba i n t e l i g i e n c k a, to sadzenie sie na k o g ó ś co sie nim nie jest!
– Bo ja wiem... A może to tylko sprawa wychowania, jakiegoś taktu, nie sądzi pan, panie... kolego?
– W porządelu, wystarczy... Czesiek jestem, Czesiek Smolarek.
– Stanisław Bohuszewicz – odpowiedział, wyciągając do niego dłoń.
Nie chciał, już na początku, mieć z nim zatargu jak wcześniej z innymi w poprzednich celach.
– Od razu żem zauważył, że nie pasujesz do tego całego towarzycha, do tych... chłopków – powiedział, ściszając głos.
– Warszawiak?
– Któż by inny... c h i b a nie muszem udawadniać.
– To słychać i... to całkiem nieźle.
– A, ty, skąd?
– Z Mokotowa.
– Od razu żem wiedział, że też jesteś z Warszawy... A ja jestem z Woli, a dokładnie z Jelonek... A ciebie, za co tu trzymają? – zapytał niby mimochodem.
– Za Polskę.
– A konkretnie, to za co?
– Za nieposłuszeństwo, czyli za niewinność, jak wszyscy, no... prawie wszyscy.
– Kapuje – odpowiedział Czesiek z miną wielkiego cwaniaka.
– Kapujesz? Naprawdę?
– No, niezupełnie, a już na pewno nie w tym samym pojęciu, o które tobie sie może rozchodzić... – powiedziawszy to speszył się, ale zaraz nabrał znowu animuszu. – Bo, widzisz Stasiek, tu nie ma do kogo gęby otworzyć... Ja się tam na kartoflach ani na krowach nie znam, więc nie bardzo mam z nimi o czym gadać, a na inne tematy to szkoda sobie nawet strzępić język. Chamy, zwyczajne ory i nic więcej!

Ostatnio zmieniany piątek, 08 wrzesień 2017 16:00