Goniec

Register Login

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (30)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

        – Wśród nich jest sporo porządnych i ciekawych, a najważniejsze, dobrych ludzi, choć może bez tej towarzyskiej ogłady, bez tego, co, przynajmniej w naszych własnych oczach uchodzi za ogładę...

        – Nie przeczę... Może, może i wśród nich znajdzie się jaki na poziomie, jakiś charakterniak, ale tak ogólnie...

        – No właśnie, ogólnie, zawsze wszystko tylko ogólnie... 

        – Bo widzisz, dla przykładu ten tam, od kiedy tu przyszedł, to siedzi w kącie i patrzy spłoszony jak jakiś „cićwirz”... Mówią, że był nauczycielem i podburzał ludzi i że to przez niego potem wyaresztowali tych wszystkich, co to mieli z nim jakiś, choćby najmniejszy kontakt, a na domiar złego, ma jeszcze brata księdza... Od kiedy tu jest, nie odezwał się do nikogo nawet jednym słowem, tylko w nocy, przez sen wykrzykuje jakieś niestworzone rzeczy, a oni go potem wyciągają za to i strasznie leją, a za kilka nocy on znowu zaczyna te swoje krzyki i oni go z powrotem, aż do nieprzytomności... I tak w kółko. Próbowałem z nim pogadać, żeby sie choć t r o c h i e wziął i opanował, dla jego własnego dobra, bo już mi go sie robi powolutku żal, jak pragne fiknąć, żeby takie manto obrywać tylko za to, że sie ma c ó ś nie tak pod sufitem, że mu sie klepki wzieli i poprzestawiali z tego wszystkiego... Ja r o z u m i e, żeby on był jakiś prawdziwy, groźny dla nich przeciwnik albo jaki folsdojcz... Ale to tylko zwykły nauczyciel... No i żeby sie wziąć i tak na amen zatrzasnąć i nie zamienić z nikim słowa, tego to już za Chiny, nie rozumie!

        – Z pewnością wiele przeszedł, może nawet za wiele, może to, po prostu, przerosło go i stąd teraz to jego milczenie.

        – Może, cholera go tam wie... Każdy ma swój garb... Bo mnie, dla przykładu, wlepili „dychę” za „szeptankę”, czyli według nich, za sianie wrogiej propagandy... A ty, Stasiek to ile żeś zafasował?

        – Piętnaście.

        – Piętnaście?! Aż „pietnachę” za poglądy? Wierzyć sie nie chce. A konkretnie, bez żartów, to za co aż taki wyrok teraz dają, co? 

        – Już ci mówiłem, że za niewinność – powiedział Bohuszewicz, ucinając dalsze jego dochodzenie.

        Nazajutrz całe ich piętro, tu stąd, z Czerwonego Budynku, miało iść do łaźni, ale zamiast kąpieli zostali poddani ostremu śledztwu, tylko za to, że jeden z „klawiszy” odkrył na framudze drzwi prowadzących wprost pod prysznice, napis wykonany kopiowym ołówkiem, najprawdopodobniej wykonany w pośpiechu, koślawym, niezbyt wyraźnym pismem, ale za to wyraźnie donoszący o śmierci „największego z ludzi” obecnej doby. Napis donosił prosto i lakonicznie: „STALIN ZDECH”.

        Już po raz drugi w tak krótkim czasie pułkownik Strużański został wezwany „na dywanik” do towarzysza ministra Bradkiewicza. Podejrzewał, że powodem mógł być donos napisany przez tę parszywą sukę, Monę, a także kontrola podległego mu Departamentu Śledczego przez komisję rządową. Akurat wtedy, ten cholerny Grosiński i ten drugi... Boruta, musieli się popisać swoją gorliwością, akurat w czasie jego kilkudniowej nieobecności. Szlag by to trafił, że musiało się to wydarzyć właśnie teraz, kiedy ostrzył sobie zęby na to wakujące stanowisko po Lejbie, tfu! Lechu Polsztuckim. Właściwie trudno to było nazwać typowym, odpowiedzialnym stanowiskiem, raczej była to niezła synekura. Nadzór nad rozdzielnictwem „dóbr wszelakich” dla członków nomenklatury. Istny „cymes”, gradka jakich mało! A teraz, tylko przez tych dwóch wymóżdżonych gojów... Ale zaraz pomyślał, że mimo wszystko powinien był sobie z tym jakoś poradzić, ale jak zatrzeć ślady po tym cholernym donosie tej... dziwki do kwadratu, mówiąc delikatnie.

        – Towarzysz minister oczekuje was już, towarzyszu pułkowniku – powiedziała sekretarka z jakimś wyjątkowo wrednym uśmieszkiem.

        A może mu się tylko tak wydawało, może się jednak mylił, może to wynik przemęczenia i stąd to całe, tylko przewrażliwienie – dywagował Strużański.

        – Dzień dobry, towarzyszu ministrze – zaczął tym razem od bardzo, jak się mu wydawało, uprzejmego powitania, a nie jak ostatnio od pytania, zupełnie nie na miejscu, pytania, czy towarzysz minister raczył go wzywać do siebie.

        Teraz Bradkiewicz nie pozwolił mu usiąść nawet na tym krześle stojącym tuż przy drzwiach, nie mówiąc o tym przy samym biurku, a kiedy był już w połowie drogi między drzwiami a biurkiem, minister zatrzymał go ruchem dłoni. Stał, próbując odgadnąć, w jakim nastroju jest jego przełożony, a ten, nie przerywając przeglądania korespondencji, zapytał nagle:

        – Goldstein, ja się was chciałem tylko zapytać, czy wy pamiętacie jeszcze, o co ja was prosiłem, po tym jak tu byliście ostatnim razem?

        – Czy ja pamiętam? 

        – Tak, wy! Do was mówię, chyba wyraźnie! No, więc?! 

        – Towarzysz minister mówił, o ile dobrze pamiętam, żeby złagodzić postępowanie wobec tych wszystkich, z których nie musimy wyciągać specjalnie zbyt wiele...

        – Słuchaj Goldstein, ja się nie lubię powtarzać, ale to, co się tam u was, na tej Rakowieckiej dzieje, to już przechodzi ludzkie pojęcie! Zwłaszcza teraz, kiedy... – przerwał, zawieszając głos.

        Przyglądał mu się bardzo uważnie, a on z kolei silił się na obojętność. Czuł, że coraz bardziej potnieją mu dłonie, szczególnie dłonie...

        – Co to za jakieś krwawe jatki sobie tam urządzacie, z przybijaniem do framugi włącznie? Co to, do jasnej cholery, ma wszystko znaczyć, wytłumaczcie mi, pułkowniku Strużański?!

        – Otóż... 

        – Nie skończyłem jeszcze! – przerwał mu Bradkiewicz. – A teraz chciałem was po raz ostatni ostrzec, żadnych takich ekscesów na przyszłość nie życzę sobie! Zrozumiano, pułkowniku?!

        – Tak jest, towarzyszu ministrze... A co do tego ostatniego incydentu na „dziesiątce”, znaczy się na Dziesiątym Pawilonie, to oddziałowy Grosiński Wacław nie zrozumiał należycie poleceń wydanych mu przez kapitana Magellańskiego, oficera do spraw polityczno-wychowawczych, który to oficer nie podlega bezpośrednio mnie, a...

        – A komu? 

        – Departamentowi Jedenastemu... 

        – A co robi tam, u was w pionie śledczym, ten oficer od spraw kościelnych? 

        – Otóż spieszę wam wyjaśnić, towarzyszu ministrze, że kapitan Magellański zajmował się u mnie pewnym więźniem oskarżonym o czynny zamach na jednego z sekretarzy naszej partii szczebla powiatowego, a ponadto zagorzałym, wręcz „nawiedzonym” klerykałem siejącym na moim odcinku propagandę kościelną, która, niestety, ma bardzo negatywny wpływ na pozostałych więźniów, zwłaszcza tych tak zwanych politycznych, nieuformowanych jeszcze ideowo, a rokujących nadzieję na stanie się w przyszłości nawet naszymi sojusznikami.

        – No i co? Nie możecie sobie z tym poradzić, wy, z takim stażem w Organach, wydawałoby się wyrobiony komunista... Ja już nic z tego nie r o z u m i e! Mówcie jaśniej, pułkowniku!

        – Otóż, jak już wcześniej nadmieniłem, tenże kapitan, oficer Jedenastego Departamentu, miał ten problem rozwiązać osobiście, szybko i skutecznie i akurat w tym samym czasie byliśmy poza zasięgiem Wydziału Śledczego – ja w sprawach służbowych, a ściślej, zajmowałem się wprowadzeniem poprawek do akt niektórych więźniów, zwłaszcza tych z komunistycznym rodowodem, a kapitan Magellański, dokładnie w tym samym czasie musiał opuścić służbę na dwa dni w sprawach osobistych, pogrzeb matki czy ojca... Nieważne! Pech chciał, że zlecił reprymendowanie tego więźnia oddziałowemu Borucie Janowi, a ten z kolei przekazał to na barki innego oddziałowego, Grosińskiego Wacława, który podszedł do tego zbyt energicznie, czyli, po prostu trochę przeholował z tym ukaraniem...

        – No a co z więźniem? Żyje? 

        – Jak najbardziej, towarzyszu ministrze! I mam nadzieję, że teraz uspokoi się na dobre...

        – Kto się uspokoi? 

        – No, ten cały klerykał z tym swoim propagowaniem religianctwa na powierzonym mi odcinku, towarzyszu ministrze.

        – Dobrze, pułkowniku... Trzymajcie rękę na pulsie, a ja ze swej strony postaram się wpłynąć na niektórych członków tej komisji z Rady Ministrów, żeby trochę, wiecie, tego... no, rozumiecie!

        – Bardzo wam jestem wdzięczny, towarzyszu ministrze, i ze swej strony chciałbym zapewnić was, że wzmogę nadzór nad tymi wszystkimi, niezbyt odpowiedzialnymi członkami służby...

        – Aha, jeszcze jedno... Chciałem wam tylko powiedzieć, żebyście się mieli na baczności w związku z tym raportem na was... Telefonowali do mnie z samej Centrali, z Moskwy... Temu też spróbuję jakoś zaradzić, ale sami rozumiecie, pułkowniku... – powiedział, tajemniczo zawieszając głos. – A na koniec, jeszcze jedna wiadomość... Wiecie, że Lichtenman zdradził. Całkowicie!

        – Nie rozumiem was, towarzyszu ministrze... 

        – W czasie służbowej wizyty w Berlinie u niemieckich towarzyszy, wykorzystawszy nieuwagę, a i nasze zaufanie do niego, spieprzył do... Amerykanów.

        – Co?! Lichtenman? 

        – Tak, tak, niestety, podpułkownik Józef Lichtenman we własnej osobie! Sami widzicie, że na nikogo nie można już liczyć w stu procentach... A teraz wracajcie do siebie i miejcie się na baczności, ostrzegam was, pułkowniku Strużański!

        Po południu otworzyły się niespodziewanie drzwi celi i Stanisław został wywołany na korytarz. Tym razem został skierowany nie do gabinetu naczelnika, ale wprost korytarzem prowadzącym w stronę głównego wejścia, przeszli do skrzydła budynku administracyjnego, gdzie mieściła się sala widzeń.

        Od ponad roku nie opuszczał celi i teraz, kiedy rzeczywiście został tam wprowadzony, serce zabiło mu mocniej, mimo iż początkowo nie miał pojęcia, gdzie jest prowadzony i dokąd. Tego się, mimo wszystko, nie spodziewał! Stał się cud! Tak, to była Lucyna! Nie widzieli się od czasu aresztowania go w październiku czterdziestego siódmego – od ponad siedmiu lat.

        – Kochanie – powiedział przez zaciśnięte gardło ledwie dosłyszalnym głosem. Dzieliła ich krata dodatkowo pokryta gęstą siatką. Przez chwilę patrzyli na siebie w milczeniu, jakby to im zupełnie wystarczyło, że po latach rozłąki trwającej prawie tyle samo czasu co wojna, którą udało się im dwojgu przeżyć tylko dzięki jakiemuś nadzwyczajnemu splotowi okoliczności i kiedy po upadku Powstania rozstali się po raz kolejny, oboje mieli tę niewzruszoną wiarę, że będąc przecież małżeństwem, mimo tylu przeszkód, z pewnością już nic nie jest w stanie zagrozić ich związkowi. Zwłaszcza dla Lucyny było to tak oczywiste, szczególnie kiedy poczuła, że nosi w sobie nowe życie, rozwijające się w niej, z każdym niemal tygodniem rosnące coraz bardziej maleństwo, które jest cząstką Staszka, więc nigdy nie przychodziło jej nawet do głowy, że cokolwiek mogłoby ich rozdzielić po tej całej hekatombie, po śmierci milionów, w samej tylko Polsce, po kompletnej zagładzie miasta, ich ukochanej Warszawy, która wobec tak ogromnych zniszczeń nie powinna podnieść się z gruzów, a przynajmniej nie tak prędko, a tymczasem Ona wbrew „zdrowemu rozsądkowi” tak wielu, była odbudowywana i rozbudowywana pod wpływem jednej wielkiej zbiorowej wiary w... ŻYCIE – jakkolwiek ciężkim by się ONO miało okazać w przyszłości dla całego narodu, wierzono powszechnie, że wraz z odbudowaną stolicą to życie, mimo sowieckiej okupacji, mimo prześladowania tysięcy, najczęściej zupełnie niewinnych ludzi, będzie jednak miało sens... Mimo wszystko! Wierzyli...