Goniec

Switch to desktop Register Login

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (31)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

AntczakWojciech        Aż spadł na nie, na matkę, a na nią chyba szczególnie, ten straszny cios, jakim było aresztowanie jej ojca i przetrzymywanie go w tym samym mokotowskim więzieniu, gdzie potem zamęczono go na śmierć – święcie w to obie wierzyły wbrew twierdzeniu więziennych władz o jakoby naturalnej śmierci z powodu silnego ataku serca. Do tego samego więzienia niebawem trafił też Stanisław.

        Nagle, jakby jednocześnie zdali sobie sprawę, że to ich przedłużające się milczenie może stać się przyczyną nagłego przerwania widzenia przez zniecierpliwionego strażnika, więc niemal jednocześnie zaczęli mówić.

        – Staszek! Stasieńku... Boże, jakże się cieszę, kochany... tak bardzo się cieszę! Miałam zabrać z sobą Jędrusia, ale mi odradzano, że gdyby, nie daj Bóg, z jakichś przyczyn... A teraz tak bardzo żałuję, bo on tylko pyta, kiedy wreszcie będzie cię mógł zobaczyć – mówiła przez zaciśnięte gardło ze łzami coraz bardziej ciężkimi, wypełniającymi oczy, zamazującymi jej widok jego, próbującego trzymać się prosto, jakby czytał w myślach żony, że zauważyła, mimo skąpego oświetlenia, że on się tak bardzo postarzał przez te kilka lat. A ona, za wszelką cenę nie chcąc dopuścić do płaczu, choćby najmniejszego jego przejawu, wciągnęła głęboko powietrze, raz i drugi, kiedy usłyszała jego słowa:

        – Właśnie! Jak się on ma, powiedz... A jak ty sobie z tym wszystkim radzisz? 

        – Jędruś... on jest taki dzielny, pomaga mi jak tylko może... Niedługo już skończy dziesięć lat... A ty, czy dostałeś od nas paczki i listy? Wybacz, że były one takie skromne, ale staraliśmy się, żeby wszystkiego dać po trochu, żebyś...

        – Lucynko, kochana, dziękuję ci za paczki, dziękuję wam bardzo, ale nie róbcie sobie kłopotów, naprawdę! Mam tu podstawowe wyżywienie, do którego zdążyłem się już przyzwyczaić, więc te paczki zupełnie są mi niepotrzebne, uwierz... A co do listów, to bardzo ci dziękuję i za słowa otuchy, i za to twoje zdjęcie z Jędrkiem... tak ładnie na nim wyszłaś w tej sukni na wietrze i Jędruś mrużący tak śmiesznie oczy... Dziękuję wam bardzo. A tak a propos, gdzie ono było robione, chyba nie w Warszawie?

        – Tamto zdjęcie... To było przed trzema laty w Brwinowie, u teściów Baśki... Czyżbyś... – zamilkła po ostatnim słowie pod wpływem jego spojrzenia, że jest za nim strażnik.

        – Nieważne, już teraz nieważne... A powiedz mi, jak podróż, bardzo męcząca? Na pewno nie spałaś całą noc.

        – Jak widzisz, jakoś wytrzymałam. Ale jak ty sobie radzisz?

        – Mam tu bardzo dużo wolnego czasu na różne przemyślenia, a nawet na zmianę swoich poglądów – powiedział, puszczając do niej oko i siląc się na uśmiech. – A co z twoim zdrowiem? Co mówi doktor Jasiński? I czy chodzisz regularnie na badania?

        – Tak, jestem pod jego stałą opieką. Twierdzi, że wszystko jest na dobrej drodze. Nie daje mi spokoju myśl o zarażeniu kogokolwiek, a zwłaszcza Jędrusia... muszę bardzo uważać. A poza tym doktor Jasiński stawia mnie czasami w niezręcznej sytuacji... nie chce pieniędzy za niektóre leki, zwłaszcza te zagraniczne. Twierdzi, że otrzymuje je za darmo... Uzgodniłyśmy z mamą i z wujostwem, że od czasu do czasu będę starała się mu jakoś to zrekompensować drobnymi prezentami... Nie wiem, co o tym sądzisz...

        – Zrobisz, jak będziesz uważała, a najważniejsze jest twoje zdrowie. 

        – Nie martw się, jesteśmy obydwoje pod dobrą opieką tam, w Radości... Bo jak ci pisałam, ze względu na moje płuca nie mieszkamy już z mamą przy Lwowskiej, ale w Radości na posesji wujostwa Białołęckich, pamiętasz, byliśmy u nich z wizytą, bodajże w drugim roku okupacji. Mieszkamy w tym drewnianym domku, tam gdzie wuj Ludwiś miał swój „magazyn”, a gdzie ukrywałam się aż do wybuchu Powstania... Nalegali, żeby zamieszkać z nimi razem w ich domu, ale... sam rozumiesz... A co do mojej mamy, jest mi niezmiernie oddana, taka pomocna... Ona się bardzo zmieniła, zwłaszcza od śmierci tatusia...

        – Ojciec nie żyje?!

        – Staszek, kochany, to ty o tym nie wiedziałeś? – zapytała nie mniej zdziwiona od niego. – Przecież pisałam ci, zaraz jak tylko znalazłeś się na Mokotowie... Boże, to oni nie doręczyli ci tych wszystkich listów...

        Stanisław ponownie wskazał jej wzrokiem strażnika chodzącego z tyłu w tę i z powrotem i bardzo uważnie słuchającego każdego ich słowa, żeby w razie, gdyby ich rozmowa zeszła na „niebezpieczne” tematy, mógł natychmiast przerwać „widzenie”, a ponadto zobowiązany był składać relację z ich spotkania samemu obywatelowi naczelnikowi.

        – Nie żyje! Ojciec nie żyje! Zmarł... to znaczy... Zaraz po... odseparowaniu cię od nas, w kilka miesięcy po tym, mówili, że zmarł na atak serca... On, który miał takie dobre zdrowie, zawsze... Nie wierzymy w to, obie nie wierzymy! – mówiła opanowawszy płacz, mówiła głośno i wyraźnie, jakby chciała, żeby to wszystko słyszał bacznie obserwujący ich „klawisz”. – Jesteśmy pod opieką wuja Ludwisia i cioci Mili. Oni są dla nas tacy dobrzy... Także i stryjostwo Malińscy, oni też nam bardzo pomagają. Zwłaszcza stryj Andrzej, on tak bardzo lubi Jędrka... Boże, zupełnie zapomniałam powiedzieć ci, że zapisałam Jędrusia do ogniska plastycznego, w „domu kultury”, tak się to teraz nazywa. Naukę rysunku prowadzi emerytowana nauczycielka, a on po powrocie ze szkoły i po odrobieniu zadań domowych zaraz siada do rysowania... Ta jego opiekunka mówi, że dzieciak ma talent, to samo twierdzi szkolny nauczyciel rysunku... Czy wiesz, że Jędrek w tym roku skończy już czwartą klasę! Bardzo wyrósł i tak się zmienił, szczególnie ostatnio... Mam pomysł! Zaraz po przyjeździe do domu zrobię mu kilka zdjęć i przyślę ci je, a może lepiej byłoby, gdybym przywiozła ci te zdjęcia osobiście, kiedy przyjadę w kolejne odwiedziny. Nie sądzisz, że tak będzie lepiej... Ale ja się strasznie rozgadałam, a chciałam usłyszeć koniecznie coś od ciebie, jak tu jesteś traktowany, czy...

        – Jestem tu traktowany wręcz wzorowo, a poza tym niebawem, w nagrodę za dobre sprawowanie, zostanę skierowany do pracy i mam nadzieję, że czas nie będzie mi się już tak bardzo dłużył... Tęsknię za wami. Nie mogę się już doczekać, kiedy zobaczę Jędrka... Bardzo bym chciał, ale zastanawiam się, czy to dobry pomysł, żebyś z nim tu, w takich warunkach, może poczekaj, aż będzie trochę starszy... może tak będzie jednak lepiej. Nie sądzisz, Lucynko... – mówił, zdając sobie sprawę z bezsensu i beznadziei tych słów.

        Wiedział, że choćby odrobina prawdy przekazana jej w obecności strażnika na temat panujących w więzieniu warunków, mogłaby stać się powodem natychmiastowego przerwania „widzenia”, a może nawet i zakazania kolejnych odwiedzin w przyszłości. Oboje byli strasznie skrępowani obecnością dozorcy nasłuchującego jeszcze uważniej tego, o czym rozmawiali, zwłaszcza ściszonym głosem, i co chwila spoglądającego na ścienny zegar, jakby chciał dać im do zrozumienia, że niebawem kończy się ich czas.

        – Boże, jak ona się zmieniła, jak bardzo zmizerniała przez tę straszną chorobę – myślał. Patrząc na nią, nie mógł chwilami uwierzyć, że to jest ta sama Lucyna, którą najpierw spotkał na Starym Mieście po swoim przyjściu z Woli, a nawet potem w Śródmieściu, a także po jego powrocie do Polski, w sierpniu czterdziestego szóstego roku... A ona z kolei, też nie mogła uwierzyć, że tak może wyglądać jej mąż, który mimo wojennych przejść i prawie rocznej niemieckiej niewoli i dodatkowo roku spędzonego we Francji, nie był choćby trochę więcej postarzały, jak teraz, wyglądający wręcz na wyniszczonego po pobycie w tych dwóch więzieniach... Jakby mu przybyło co najmniej z dziesięć, jeśli nie więcej, lat. Był jeszcze bardziej chudy i przygarbiony z coraz wyraźniejszą siwizną na bardzo przerzedzonych włosach, o wyostrzonych rysach twarzy, no i te jego oczy pełne jakiegoś lęku, wręcz strachu, którego nigdy przedtem w nich nie widziała...

        – Dlaczego tak rzadko pisujesz? Czyżby i tego wam zabraniano? – spytała, ściszając głos.

        – Czas minął! – powiedział nagle strażnik, stając obok więźnia Bohuszewicza Stanisława.                 – Lucynko! 

        – Staszeczku! Kochany! Nie... nie odchodź jeszcze! Proszę, pana... – zdążyła wykrzyknąć błagalnie i zaraz opanowała się, wołając do odprowadzanego już męża: – Staszek! Zostań z Bogiem! I nie martw się o nas! Czekamy...

        Ponaglany przez „klawisza”, zbliżając się już do drzwi, odwrócił się jeszcze, ale już jej nie zobaczył z tej odległości ze względu na tę siatkę pokrywającą dzielącą ich kratę.

        A ona, dopiero kiedy przekroczyła więzienną bramę, wybuchnęła głośnym, spazmatycznym płaczem. Nikt z przechodzących nie zwracał na nią uwagi, bo to był normalny tutaj widok, widok tych wszystkich zapłakanych niewiast odwiedzających swoich mężów, braci i synów...

        Kiedy szczęśliwie znalazła miejsce w zatłoczonym pociągu, to żałowała, że mimo obecności strażnika nie powiedziała mu prawdy o aż tylu próbach widzenia się z nim wcześniej, kiedy to za każdym razem odmawiano jej tego, a raz jeden, gdy wymieniła jego imię i nazwisko, usłyszała, że jest już na wolności od... miesiąca i widocznie gdzieś jeszcze hula sobie z panienkami, a potem głośny, rubaszny śmiech tej wartowniczej tłuszczy...

        Teraz, patrząc na mijany krajobraz i widząc jednocześnie swoje odbicie w brudnej szybie kolejowego wagonu, czuła się szczęśliwa, po raz pierwszy od siedmiu prawie lat była znowu szczęśliwa, że Staszek, mimo wszystko, żyje!

        Jego dłonie zagoiły się już prawie całkowicie. Pozostały tylko dwa sine punkty – ślady gwoździ, którymi oddziałowy Grosiński Wacław próbował przybić go do framugi. Od tego czasu dali mu wreszcie spokój, a on i tak nadal się modlił, może nawet bardziej żarliwie niż przedtem i nikt z tego powodu nie miał już do niego pretensji. Po prostu, nie zwracano na niego uwagi, jakby o nim zapomniano.

        W celi, do której trafił, nie było nikogo z tych, z którymi zdążył się już zżyć. Ani pana Stacha, znaczy sie pana porucznika, co to on dla mnie taki dobry był, jak brat jaki, a co go żem znalaz wtedy, we wojne, wedle torów kolejki we wiosne, bo trawka była niczego sobie na ty łączce „niczyjej”, trawka, że hej! Taka soczysta i bujna była, taka tylko może być w maju jak dobrze deszczyk taki ciepluśki w sam raz pokropi. A jak wtedy wszystko pięknie pachnie! To sie aż we łbie krenci... To ja żem ich pierwszy zobaczył, tych, co leżeli nieżywe już przy samiuteńkich torach, a jeden to był tak strasznie rozjechany przez koła, że... brr! A tylko on, pan porucznik, pan Stasio, sie zostan żywy, on jeden! I dzie on tera może być? Na pewno go trzymają we wieńźniu. Ale dzie? A może go już i wypuścili, może... A pan hrabia, co sie tak wszystkiego bał, i pan kapitan, co go wzieny w nocy i te co to potem gadali we wielkiej tajemnicy, że pana Zygmunta jak zamkli do karcera, to już go potem zara zakatrupili na amen, jak i tych wszystkich co dostali „kaesa”... 

        No i jeszcze ten pianista, pono słynny na całą Polske, a i nie tylko... Ten to ci miał silne paluchy! Że takiemu jednemu, okrutnie bolącego zemba wyrwał bez zmrużenia oka, z zimną krwią i już zara było po bólu, a to musiano sie tak stać, bo tego z tym zembem nie chcieny dać do dentysty, bo morde dar i śtrażnik jeden powiedział, że jak sie tylko przestanie drzeć, to go dadzom do dentysty z tym jego zembem... No i on przestał drzeć te morde, ale i tak go nie dali, no to pan Mościński, znaczy sie ten, co to grał, ale jeszcze przed wieńźniem, na tym, jak mu tam, „fortepianinie” czy jakoś tak... to on sie ulitował nad tym z boloncym zembem i ulżył mu zara, a ten trochu takom czarnom krwiom popluł i miał już spokój..