Goniec

Register Login

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (33)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

AntczakWojciech         Polecono im stanąć obok dwóch starszych panów, zatrzymanych przed nimi, a stojących posłusznie jak i oni z rękoma na głowach. Na widok przybyłych panowie ci przerwali natychmiast tak żywo prowadzoną półgłosem rozmowę.

        „Virtus” obejrzawszy się zupełnie odruchowo, został zaraz przywołany do porządku przez członka PPS-owskiej milicji nadzorującej plac i Ogród Krasińskich wraz z przylegającymi doń domami.

        – Te, koleś, uważaj, do kogo mówisz! – odezwał się zaraz „Waligóra” tym swoim tonem zawadiaki, w ogóle się nie przejmując powagą sytuacji, aż „Virtus” musiał go znowu przywołać do porządku.

        – Jeszcze słowo, a będę strzelał! – ostrzegł ich jeden z milicjantów. Stali tak około kwadransa, dopóki nie zjawił się dowódca batalionu PPS-owskiej milicji – Stanisław Sobolewski. Zatrzymał się przed tymi dwoma, zaaresztowanymi wcześniej panami i strzeliwszy obcasami, prężąc się jeszcze chwilę przed nimi, nieco stłumionym z przejęcia głosem, przedstawił się im, o dziwo, swoim pełnym imieniem i nazwiskiem, po czym zaczął ich przepraszać za ewidentne nieporozumienie, jakim bezwzględnie było zatrzymanie ich obu przez powstańczy posterunek. Jednym z nich okazał się być delegat Rządu na Kraj w randze wicepremiera – Jan Stanisław Jankowski, mający pseudonim Klonowski, a drugi był przewodniczącym Rady Jedności Narodowej – Kazimierz Pużak, pseudonim „Bazyli”, a żeby było jeszcze zabawniej, pan ten pełnił jednocześnie funkcję sekretarza generalnego PPS-u, partii, której to zbrojne oddziały aresztowały jego i delegata Rządu Rzeczypospolitej... [A świadkiem całego zajścia był porucznik Trzaska-Konopacki, pseudonim Trzaska, którego relację z tego wydarzenia przytacza Stanisław Podlewski w książce „Wolność krzyżami się znaczy”.]

        Dopiero potem zainteresowano się podporucznikiem i jego dwoma podwładnymi, „Waligórą” i „Orkanem”, oraz zawartością płaskiej, aluminiowej walizeczki, którą ich dowódca przypiętą miał do pasa. Zaprowadzono ich do nowoczesnego, szkolnego budynku przy ulicy Barokowej oddzielającej plac od Ogrodu Krasińskich. Stąd, z tego budynku, widać było od strony zachodniej gruzowisko getta, a ze strony przeciwnej Stare Miasto. Tutaj ostatecznie znalazła zakwaterowanie Komenda Armii Krajowej po opuszczeniu fabryki Kamlera przy ulicy Dzielnej na Woli, gdzie dalszy pobyt groził całkowitym odcięciem Komendy od reszty sił powstańczych. Tego dnia w niedzielę, 6 sierpnia, szóstego dnia Powstania, Niemcy po spacyfikowaniu prawie całej Woli, posuwali się ulica po ulicy w stronę Śródmieścia i Starego Miasta, a powstańcy stawiali im na każdym kroku zaciekły opór, ponosząc przy tym coraz większe straty.

        Tuż obok znajdował się zrujnowany częściowo budynek Archiwum Akt Dawnych, na który Stanisław patrzył ze szczególnym bólem, bo jako historyk, zastanawiał się, czy choć trochę z bogatych zbiorów tego archiwum pozostanie po tej strasznej wojnie...

        Weszli do tego nowego budynku, gdzie w gabinecie dyrektora szkoły przyjął ich młodziutki, wyglądający na nie więcej niż kilkanaście lat, oficer w eleganckim odprasowanym mundurze rotmistrza oraz drugi w stopniu porucznika. Po przejrzeniu ich papierów rotmistrz wstał zza biurka i wskazując na metalowy neseser trzymany wciąż przez „Virtusa”, zapytał:

        – A cóż to pan porucznik ma tu, w tej walizeczce? 

        – Melduję, panie rotmistrzu, że mam z sobą pułkową pocztę z przeznaczeniem do rąk własnych pana pułkownika „Jastrzębca”, szefa Oddziału Szóstego...

        – Dlaczego właśnie do rąk własnych?

        – Bo taki mam rozkaz od mojego dowódcy Batalionu „Bałtyk”, pana majora „Burzy”. 

        – Dobrze... Jeszcze jedno. Niezbyt jasne jest dla mnie to, w jaki sposób udało się panu porucznikowi przejść niepostrzeżenie, zarówno przed Niemcami jak i naszymi czujkami?

        – Wyruszyliśmy z Mokotowa, a ściślej z Rejonu Czwartego, z ulicy Łowickiej, nad ranem w ubiegłą środę...

        – Przepraszam pana, panie poruczniku, czyżby sugerował mi pan, że szliście panowie tu do nas przez pięć dni?

        – Tak, dokładnie tak, panie rotmistrzu. 

        – I dotarliście tutaj bez żadnych strat? Ot tak, zwyczajnie... Daruje pan, poruczniku, ale...

        – Chciałem zameldować, że mieliśmy straty. Zginął mój zastępca, sierżant „Szymon”. Poległ w czasie bombardowania cmentarza Ewangelickiego, w czwartek wieczorem, trzeciego...

        – Nic nie rozumiem! Co on tam, u licha robił na tym cmentarzu... Ewangelickim? – zapytał, z wyraźnym niedowierzaniem patrząc na towarzyszącego mu milczącego dotychczas porucznika. – Czy pan, panie poruczniku, rozumie coś z tego?

        I dopiero, kiedy „Virtus” opisał mu szczegółowy przebieg ich wędrówki, rotmistrz, wciąż z niedowierzaniem kręcąc głową, nagle wstał i po zasalutowaniu podał „Virtusowi” dłoń.

        – Jestem pełen uznania dla pana porucznika. Z pewnością jesteście panowie głodni, a jakaś kąpiel też by się panom przydała. Proszę się zgłosić do intendentury... A pana pułkownika znajdzie pan porucznik gdzieś w pobliżu, a jeśli nie, to dziś o siódmej wieczorem będzie narada przy Długiej. Proszę się powołać na mnie, na rotmistrza „Dulębę”, Jana „Dulębę”. Pan pułkownik „Jastrzębiec” zadecyduje też, gdzie panów przydzielić. To wszystko! Żegnam!

        Nagle „Virtus” poczuł w sobie spokój, wielki spokój, jakiego nie mógł zaznać od kilku już tygodni. Zapomniał o głodzie. Jedynym pragnieniem było pragnienie snu. Znaleźć jakiś cichy kąt i zasnąć, a potem obudzić się i... żeby najlepiej było już po... wszystkim!

        Obudzono go, kiedy słońce chyliło się już ku zachodowi, zniżając się nad dachy wciąż jeszcze stojących tu, prawie nietkniętych domów. Stare Miasto zdawało się być twierdzą nie do zdobycia ze względu na zwartą zabudowę, wąskie uliczki z jeszcze węższymi przesmykami pomiędzy bardzo grubymi murami domów różniących się od tych w pozostałej części Warszawy, domów o zabudowie nie tak już zwartej, jak ta, tutaj, gdzie czołgi nie miały dostępu, poza obrzeżami Starówki. Poważnym zagrożeniem były „szafy” wystrzeliwane z wyrzutni sześciofuntowych miotaczy min. To one przed wystrzałem czyniły hałas, jakby ktoś przesuwał po podłodze bardzo ciężki mebel. Powszechnie nazywało się to „nakręcaniem szafy”. A w chwilę potem waliło się to całe żelastwo na któryś z domów, aż mury „chodziły”, te trafione waliły się w gruzy, przysypując setkami, jeśli nie tysiącami ludzi koczujących po piwnicach. Tylko tu, na Starówce, te miotacze min nazywano „szafami”, bo gdzie indziej, choćby w nie tak odległym Śródmieściu, mówiło się na nie „krowy”, ze względu na ich charakterystyczne wycie, niczym wycie krów, ale stokroć głośniejsze i zawsze złowróżbne, nie tak jak wycie tych poczciwych w sumie zwierząt.

        Po przemyciu twarzy i szybkim, jako takim, doprowadzeniu się do porządku, w asyście jednego z żołnierzy Komendy Głównej, ruszył pod wskazany adres przy Długiej 21 na spotkanie z pułkownikiem „Jastrzębcem”. Ta ulica żyła! Tętniła życiem jakby w czasie wielkiego święta. Ludzie na balkonach, niektórzy nawet niebezpiecznie przechyleni przez metalowe barierki, w radosnym nastroju pozdrawiali tych spacerujących dołem, a ci z dołu kłaniali się tym na balkonach. Z wielu mieszkań dochodziły dźwięki muzyki przerywane komunikatami radia BBC z Londynu. Była też cała masa głośników bębniących jakąś muzyczkę, tak tylko dla fasonu w tym całym ferworze chwilowej wolności od szkopów i w nadziei szybkiego nadejścia Rosjan, ale nie bolszewików, bo to pasowało do wydarzeń sprzed prawie ćwierćwiecza... Więc bardziej wtedy mówiło się o nich po prostu „Ruskie”, a te „Ruskie” lub Sowieci vel „Sowieciarze” byli tuż-tuż, na linii Wisły, po drugiej stronie, i czasami pojawiały się, zwłaszcza w nocy lub nad ranem, „kukuruźniki” zrzucające skrzynki z bronią i amunicją (nie zawsze pasującą do tej broni), jakieś puszki – czyli ruską tuszonkę, oraz propagandę w postaci polskojęzycznych gazet i ulotek nawołujących wręcz do mordowania przez „lud Warszawy” swoich ciemiężców-oficerów „faszystowskej” Armii Krajowej, a także wszelkiej maści kapitalistów-krwiopijców, obszarników, kamieniczników oraz inną swołocz burżujską. A w zrzucanej propagandzie niemal każdy artykuł zaczynał się na modłę turańsko-bizantyjską od słów pochwalnych pod adresem „wielikowo uczyt’iela, towariszcza Josipa Wisarionowicza Stalina, darogowo otca wsiech narodow” [wielkiego nauczyciela, towarzysza Józefa Wisarionowicza Stalina, drogiego ojca wszystkich narodów]. A że to wszystko zrzucane było bez spadochronów (chyba naumyślnie, tylko i wyłącznie w celach propagandowych), więc z nieba leciało samo „scheise”, ku uciesze Niemców i wielkiemu rozgoryczeniu Powstańców, a i tych wszystkich warszawiaków coraz bardziej tracących nadzieję na sowiecką pomoc...

        – Pan do kogo, panie poruczniku? – zapytał młodzieniaszek w nowiutkiej panterce i ze „stenem”.

        – Przychodzę do pana pułkownika „Jastrzębca”, jestem kurierem z Baonu „Bałtyk” Pułku „Baszta”, z Mokotowa.

        – Proszę zaczekać, panie poruczniku – powiedział i zaraz pognał wbiegając po dwa stopnie na piętro.

        Był tam jeszcze jeden młodziutki powstaniec z jakąś dziwną giwerą, zapewne zdobyczną karabelą, pamiętającą niechybnie czasy Powstania Styczniowego. Podszedł nieśmiało do „Virtusa” i najpierw przyglądając mu się przez chwilę z wielkim zainteresowaniem, odchrząknął i zapytał:

        – Ja bardzo pana porucznika przepraszam, bo pan porucznik raczył wspomnieć coś o „Baszcie”, Mietkowi, znaczy sie temu, co tam poleciał przed chwilką... to ja wykoncypowałem sobie, że pan porucznik musowo jest z Mokotowa! Zgadłem, prawda?

        – Tak, a o co ci dokładnie chodzi? 

        – Bo, widzi pan porucznik, mój tato został sie na Mokotowie, a ja żem trafił tutaj, bo akurat przed wybuchem tego, no, tego całego z a m i ę s z a n i a przyjechałem tutaj, do m o i ciotki Maryny, znaczy sie, rodzonej siostry m o i matuli, no i... sie już żem tu został, na amen... I chciałem sie pana porucznika, z przeproszeniem zapytać, czy pan porucznik nie zna mojego tatusia, on sie nazywa Grządziel i też Mieczysław, jak ten tam – powiedział spojrzawszy w górę. – A ja jestem też Grządziel, tylko Marian, znaczy sie, Maniek...

        – Przykro mi, ale niestety, nie znam twego taty. 

        – Szkoda, bo tera stąd, tam sie dostać na Mokotów, to tylko kanałem albo może z jakąś łączniczką przez Powiśle i Czerniaków... Może by i dało rade, ale tu już żem sie zżył z temi wszystkiemi chłopakami – powiedział, zataczając krąg ręką owiniętą brudnym bandażem.

        – Proszę na górę, panie poruczniku, pan pułkownik prosi do siebie – powiedział ten młodzik ze „stenem”, niespodziewanie stając przed „Virtusem”. – Proszę za mną, panie poruczniku, i wyrwał z powrotem na górę, pokonując schody z lekkością gazeli.

        Zapukał zdecydowanie w uchylone drzwi. 

        – Proszę! – usłyszeli wezwanie. 

        Za stołem przykrytym koronkowym obrusem siedziało już kilku mężczyzn, a wśród nich łysawy osobnik w oficerskiej kurtce, jedyny z dystynkcjami pułkownika. Na ich wejście odłożył papierosa w drewnianej cygarniczce.

        – Swoje przybycie melduje podporucznik „Virtus” z Pułku „Baszta”, Batalionu „Bałtyk”!

        – Proszę meldować, krótko i do rzeczy. Słucham pana, panie poruczniku. 

        – Przybywam na rozkaz pana majora „Burzy”, dowódcy Batalionu „Bałtyk”... 

        – To już wiem! Ale o co chodzi? Konkretnie, prosiłem...