Goniec

Register Login

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (35)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

AntczakWojciechXXX 

        Przez dłuższą chwilę patrzyli na siebie, nie dowierzając, aż wreszcie on pierwszy podszedł do niej i przywarł wargami do jej dłoni, a serce waliło mu chyba jeszcze mocniej niż przed chwilą w kościele, kiedy wypatrzył ją w tłumie, stojąca niedaleko ołtarza, a Lucyna cofnęła tę wolną rękę, jakby z obawą, że to tylko jakieś dziwne jej przywidzenie, być może spowodowane zmęczeniem, brakiem snu i ciągłym strachem przed wszechobecną śmiercią, aż wreszcie położyła dłoń na jego głowie i zanurzyła palce w gęstych, ciemnych i z lekka kręcących się włosach.

        – Staszek... To jakiś cud... Nigdy bym nie przypuszczała, że ty, tutaj... – nie dokończyła, z trudem hamując w sobie płacz.

        Jedynie te jej przecudne, ogromne oczy w ciemnej oprawie, wkomponowane w jakże piękną, o regularnych rysach twarz, opaloną barwą jasnego, delikatnego brązu, karnacji nieczęsto spotykanej u tego typu blondynek, te jej oczy podchodziły coraz bardziej łzami. Stała przed nim jak istota z innego, piękniejszego i spokojnego świata, jakby zjawiła się przed nim jedynie po to, żeby mu dać znać, że jest, że jeszcze żyje... i że od teraz nic nie jest w stanie ich rozdzielić. Przyciągnął ją ku sobie i wtedy przeszedł ją dreszcz i z trudem tłumiony szloch wstrząsnął jej drobnym ciałem, przechodząc w cichy, stłumiony płacz i poczuła słony smak swoich łez, łez, niczym pierwsze krople długo oczekiwanego letniego deszczu. Nie pamiętała już, kiedy czuła się tak bezpieczna jak teraz, w jego silnych ramionach, czując jakże zniewalający zapach swojego ukochanego mężczyzny.

        – Najdroższa... – ledwie wydobył z siebie przez ściśnięte gardło to jedno słowo, z trudem hamując wzruszenie. – Boże, mój Ty Boże, jakże jestem Ci wdzięczny... – myślał, tuląc ją do siebie.         

        On także upajał się zapachem jej włosów upiętych byle jak, jak to się kiedyś mówiło, włosów będących „w artystycznym nieładzie”. Mając ją wreszcie przy sobie, myślał o tym samym co i ona, że już nigdy, nikt i nic nie jest w stanie...

        – Panie poruczniku, melduję posłusznie... – usłyszał jakby z oddali głos „Orkana”. 

        – Co... co się stało? 

        – Melduję posłusznie, panie poruczniku, że „Waligóra”, znaczy się, starszy strzelec „Waligóra” się odnalazł, a ściślej wrócił już i prosi pana porucznika o posłuchanie.

        – A co z nim? Zabrakło mu teraz odwagi? Gdzie on jest? 

        – O tam, melduję posłusznie... 

        Stał ze spuszczoną głową, wielki, zwalisty olbrzym z dwoma „schmeiserami” i pełnym czegoś jutowym workiem przewieszonym przez ramię. Co chwila spoglądał ukradkiem na swojego dowódcę i meldującego mu „Orkana”. Po chwili ten oderwał się od „Virtusa” i przybiegł do oczekującego go „Waligóry”.

        – Prędzej! Pan porucznik czeka! Głupi, nic ci nie zrobią, bo przecież wróciłeś dobrowolnie – pocieszał go ten chłopiec o dziecięcej, pucołowatej buzi.

        – Poważnie?! 

        – No c h i b a cie nie kiwam! Niech ja skonam, niech ja skonam „Waligóra”! 

        Ruszył z powrotem w stronę Stanisława i Lucyny osłaniającej oczy przed zapalonym przy jednym z budynków reflektorem, gdzie mieścił się punkt opatrunkowy i kuchnia.

        – Starszy strzelec „Waligóra” melduje swoje przybycie! – wyskandował zrzuciwszy z siebie obciążenie, ale tylko to fizyczne...

        – Pozwól no, na bok! – powiedział „Virtus”, wskazując na najbliższą bramę. – Co to ma znaczyć, do jasnej cholery?!

        A ten, znów stał ze spuszczoną głową, jak dzieciak przyłapany na wykradaniu słodyczy.

        – Ja... melduję, panie poruczniku, jestem gotów ponieść najsurowszą karę, ale ja... ja inaczej już nie mogłem! Jak Boga kocham, panie poruczniku!

        – Ty mi tu Pana Boga nie obrażaj! Ja cię tylko ostrzegam, „Waligóra”, że to już nie pierwszy raz widzę u ciebie oznaki niesubordynacji, ale tym razem to już przegiąłeś pałę!

        – Ale... 

        – Milcz! Ja mówię! Teraz odpowiedz mi tylko na jedno pytanie. Dlaczego nie raczyłeś mi zameldować o swoim zamiarze oddalenia się, co?!

        – Ze strachu... 

        – Czy tobie rozum odebrało? Czy ty wiesz, na co ty siebie narażasz? Na kulę w łeb! I co gorsza, na kulę od swoich! To najzwyklejsza dezercja, starszy strzelec... Abstrahując, ale dlaczegoście mnie nie zameldowali o swoim zamiarze, mnie, waszemu dowódcy? Dlaczego?!

        – Bo... melduję, panie poruczniku, że to wszystko... odebrało mi rozum – powiedział, robiąc bardzo żałosną minę.

        – O czym ty mówisz? 

        – Bo... tak naprawdę, melduję, że to przez nią odebrało mi rozum. 

        – Jaką „nią”? 

        – No, przez tą łączniczkę, tą małą... „Janeczkę”. 

        – Teraz rozumiem... 

        – Za pozwoleniem, panie poruczniku, melduję, że nic pan nie rozumie! 

        – ?... To wytłumaczcie mi „Waligóra”, wytłumaczcie łaskawie to, czego nie rozumiem... 

        – Ale najpierw, melduję, panie poruczniku, że mam do pana prośbę. 

        – Prośbę? 

        – Tak. Żeby pan porucznik nie mówił o tym nikomu, ani nawet „Orkanowi... nikomu. 

        – A dlaczego? 

        – Bo będzie „poruta”, panie poruczniku, „poruta”, jak cholera! 

        – Mów jaśniej! Co cię opętało? I nie stawiaj mi tu żadnych warunków! Zrozumiałeś, „Waligóra”? 

        – Taa... jest! 

        – No więc? – dociekał „Virtus”, patrząc wyczekująco na olbrzyma krygującego się jak podlotek.         

        – To nie było tak, jak sobie pan porucznik myśli... 

        – A jak miało być? Mówże jaśniej, człowiecze! 

        – Bo to się zaczęło, jak żem ją zobaczył pierwszy raz, tam na Śródmieściu, w tym jej zgrupowaniu... No i „zaskoczyłem” na amen! I wtedy powiedziałem sobie, że albo ona, znaczy się ta łączniczka, „Janeczka”, albo już żadna inna... No i stąd to odebranie mi rozumu, jak żem już zameldował na początku panu porucznikowi – powiedział, doznając ulgi.

        – Rozumiem cię „Waligóra”, ale nie jesteś, mimo wszystko, wyjątkiem, wciąż jesteś żołnierzem, przysięgałeś... Zrozum to „Waligóra”. Osobiście nie mam do ciebie pretensji ani żalu, ale zrozum... jesteśmy przede wszystkim żołnierzami... A na pocieszenie, mogę ci tylko powiedzieć, że jeśli „Janeczka” jest ci przeznaczona, to nie ma takiej siły żebyście nie byli razem, wcześniej czy później... – powiedział, spoglądając na trzymane przez „Waligórę” dwa pistolety maszynowe i worek. – A co to za broń, dostałeś w prezencie, czy co?

        – Melduję, że zdobyłem na Niemcach i jeszcze zdążyłem zgarnąć im trochę konserw i kilka bochenków chleba, no i amunicję też...

        – To pochwalam! Spisałeś się na medal! Jeszcze dziś we trzech musimy zameldować się w Komendzie Głównej u rotmistrza „Dulęby”, tam w tej szkole przy Barokowej – powiedział spoglądając na czekającą opodal z rosnącym zniecierpliwieniem Lucynę.

        Kiedy wreszcie znaleźli się na Barokowej nie zastali już tam rotmistrza „Dulęby”. Po złożeniu krótkiej relacji panu majorowi „Liwskiemu”, wszyscy trzej zostali przydzieleni do kompanii „Paweł” stacjonującej przy ulicy Kościelnej.

        Tak i tu, na Starym Mieście, a może szczególnie tutaj utrapieniem byli snajperzy, a zwłaszcza „gołębiarze”, niemieccy Scharfschützen [snajperzy], ale działający na tyłach, izolowani od regularnych oddziałów, kryjący się na wyższych piętrach lub dachach budynków. A w likwidowaniu tej „zarazy” niemal specjalistami stali się „Waligóra” z „Orkanem”. Jeszcze tego wieczoru udało się im strącić dwóch – jednego z dachu przy Sapieżyńskiej, a w pół godziny później drugiego przy Zakroczymskiej u zbiegu z Konwiktorską.

        Przydzielono ich do kapitana „Gorczycy”. To o takich jak on Szekspir miał się wyrazić, że są jak „mleko ludzkiej dobroci”. Wszyscy się do niego garnęli, nawet ocierano się o niego, niby to przypadkowo, wierząc jak chorzy ocierający się o szaty cudotwórcy, że zostaną natychmiast uzdrowieni. Emanował z niego wielki spokój i niespotykana dobroć. Ten człowiek „żył chwilą”. Radzono się go w różnych sprawach, zadawano przedziwne pytania, jak choćby to: „kiedy się to wszystko wreszcie skończy?”. Był kwiatem polskiego rycerstwa, nie tak jak ci inni oficerowie, głównie „aprowizacyjni” oficerowie z tyłów, zwykli „dekownicy”, typy jeszcze z przedwojnia, których można było spotkać zwłaszcza w kasynach, salach balowych, pyszałkowate kreatury, aroganccy, kłótliwi i niemoralni... Przeciwieństwo oficerów biorących udział w akcjach na barykadach, gdzie trafił podporucznik „Virtus” ze swoimi ludźmi, „Waligórą” i „Orkanem”.

        Od rana w niedzielę, 6 sierpnia, od strony Woli napływały masy uchodźców. Uciekali w panice tylko z podręcznymi tobołkami, uciekali przed posuwającymi się od zachodniej strony miasta Niemcami, którzy po przejęciu nad nimi komendy przez Obergruppenführera Ericha von dem Bacha nabierali znowu pewności siebie, jakby „szałem wściekłości chcieli pokryć swoje rozbicie”, mordując wszystkich bez wyjątku Polaków, którzy nawinęli się im tylko pod rękę. Tak wymordowano w ciągu dwóch dni około 40 tysięcy mieszkańców Woli. Spora część tych ocalałych ruszyła o pierwszym brzasku w stronę niezdobytej, wciąż jeszcze walczącej Starówki.

        Ale już tego, szóstego dnia, Powstanie zaczęło się niejako „staczać po równi pochyłej”. Dowództwo, podobnie jak we wrześniu 39 roku, popadało coraz bardziej w sprzeczności, a poszczególne zgrupowania powstańcze walczyły chaotycznie, broniąc się głównie na barykadach. W przeciwieństwie do Niemców mających już teraz jasno wytyczony cel – utrzymanie dwóch głównych arterii, z zachodu miasta, od ulicy Towarowej wzdłuż Alej Jerozolimskich aż do mostu Poniatowskiego na Wiśle i ze wschodu od mostu Kierbedzia przez plac Teatralny, ulicę Chłodną i Wolską w kierunku zachodnich krańców Warszawy, natomiast Powstanie, mimo entuzjazmu jego uczestników, traciło swój rozpęd.

        Działania powstańców ograniczały się jedynie do sporadycznych, organizowanych ad hoc działań obronnych, niemających żadnego wpływu na przeszkodzenie Niemcom w osiągnięciu ich celu, którym było zaciskanie i „dławienie stalowym pierścieniem” powstańców tracących coraz bardziej teren – jak pisał w swojej relacji z Powstania publicysta Aleksander Rogalski.

        Coraz częściej dochodziło do sporów i waśni między regularną armią powstańczą a mieszkańcami Starówki koczującymi po piwnicach i nieustannie modlącymi się, wzywającymi pomocy Matki Boskiej, bo w tym piekle na nikogo nie można już było liczyć. Poza ciągłymi atakami niemieckiego lotnictwa i artylerii, głównie w ciągu dnia, ludność nękana była także przez tych, którzy, ze swej natury, paradoksalnie, mieli jej bronić, na przykład praktykowanie przez dowódców poszczególnych odcinków wyciąganie w środku nocy, głównie mężczyzn do robót fortyfikacyjnych i innych zadań należących bez wątpienia do wojska. W tym celu wykorzystywano też kaleki i młode kobiety. „Z kolei setki żołnierzy czekały na jakieś zatrudnienie. Dlatego wielu cywilów kryło się przed tymi »brankami«, jak przed niemiecką żandarmerią i Gestapo” – pisał ów publicysta.

        Po zniszczeniu przez Niemców wodociągów coraz bardziej dawał się we znaki brak wody. Na terenie całego Starego Miasta czynnych było zaledwie kilka pomp. Ustawiały się przed nimi długie kolejki, zwłaszcza nad ranem, kiedy przerywano walki, zaczynał się „exodus” mieszkańców z wiadrami i wszelkiego rodzaju naczyniami do tych czynnych jeszcze pomp – jedynych źródeł „żywej wody”. Pompy te, mało wydajne, kiepskie wręcz, gromadziły setki ludzi, którzy wychodzili z piwnic i nadciągali do tych życiodajnych źródeł z różnych stron, przechodząc po zwałach gruzów lub tunelami wybitymi przez mury i gruzowiska, chyłkiem przemykali pod barykadami, nie zważając na ostrzeżenia powstańców.

        Wojsko bezpardonowo przepędzało cywilów i napełniało swoje wielkie kadzie i wtedy najczęściej dochodziło do kłótni, wyzwisk, a nierzadko i rękoczynów, gdyż armia zawsze miała rację! W tłum oczekujących swojej kolejki dość często padały niemieckie pociski, siejąc śmierć. Z czasem powstańców zaczęto traktować niemal jak bandziorów – sprawców tych wszystkich cierpień Bogu ducha winnej ludności cywilnej. W dużym stopniu przyczyną arogancji i chamstwa niektórych żołnierzy było zarażenie się „bakcylem hitleryzmu” – jak to próbuje uzasadnić, między innymi, uczestnik Powstania Warszawskiego – Władysław Bartoszewski. – Niektórzy, podczas pięcioletniej okupacji niemieckiej, zdążyli się już zarazić tym bakcylem.

        Mimo coraz bardziej słabnącej nadziei na zwycięstwo, a wręcz z każdym dniem narastającego defetyzmu, oczekiwano na pomoc z zewnątrz. Czekano na ZRZUTY, na pomoc głównie zachodnich aliantów, a także na milcząco wyczekującą tuż za Wisłą armię sowiecką. Wyczerpanie fizyczne i psychiczne dawało o sobie coraz bardziej znać. Powszechnie marzono o jednym, aby jak najprędzej skończyła się ta gehenna, ta piekielna męka warszawskiego Alcazaru przeradzająca się w nasze, polskie Termopile...

        I tylko pomoc z Nieba, jedynie stamtąd spodziewano się ratunku od Pani naszej, Królowej naszej, Orędowniczki naszej... Modlono się żarliwie przy nikłym świetle karbidówek i coraz rzadziej spotykanych świec. Modlono się nieustająco w dzień i w nocy: „Pod Twoją obronę uciekamy się święta Boża Rodzicielko...” słychać było w jednym końcu piwnicy, a w drugim monotonnym głosem błagano: ...„od wszelakich złych przygód racz nas wybawiać Panno chwalebna i błogosławiona, o Pani nasza...” – słychać było po wszystkich niemal schronach. Odmawiano nieustannie litanię do Najświętszego Serca Pana Jezusa, modlono się jak najżarliwiej wszystkimi znanymi modlitwami, a nawet tymi, wymyślanymi na poczekaniu, błagając Pana Boga, aby ich, cierpiących tu, uchronił: „od zasypania, od bomb, od czołgów, od samolotów, od granatów, od rozstrzelania i od wszelkiej nagłej i niespodziewanej śmierci – wybaw nas Panie!” – modlono się wszędzie. A księża, chodząc bez odpoczynku wśród ludzi ogarniętych coraz większym strachem, udzielali generalnej absolucji zamiast wiatyku.

        Szerzyła się dyzenteria. Coraz więcej ludzi męczyła nieustająca biegunka, nierzadko z towarzyszącymi jej wymiotami krwią.

        Żołnierze wracający z akcji, zlani potem, wymęczeni i spragnieni do granic ostateczności, błagali o choćby odrobinę wody i napotykali nieme twarze o spojrzeniach wyblakłych oczu zionących bezdenną pustką, osób obojętnych na ich błagania, gdyż sami nie byli pewni, czy jeszcze uda się im zdobyć coś do picia w najbliższym czasie.

        Z każdym kolejnym dniem Powstania nastroje stawały się coraz bardziej posępne. Coraz częściej po nocach wychodzono na gruzy, nasłuchując czy nie zbliża się front... Czekano zmiłowania! Jedynie i tylko ZMIŁOWANIA. Skądkolwiek bądź miałoby ono nadejść.

        Jeszcze tej nocy we trzech zostali wezwani do kapitana „Gorczycy” oczekującego ich przy ulicy Kościelnej, tam gdzie była ta pierwsza barykada, którą później „ochotnicy” rozebrali i jeszcze tej samej nocy ustawili na nowo, o kilkanaście metrów dalej, w stronę ulicy Franciszkańskiej – bo tak sobie zażyczył jeden z tych oficerów „aprowizacyjnych”... Ale to było później, już po tej pamiętnej niedzieli, 13., kiedy powstańcy niby to zdobyli niemiecki pojazd opancerzony, albo czołg, albo tylko „goliata”, bo późniejsze relacje były sprzeczne, aż po południu doszło do tej strasznej tragedii...

        – Pan porucznik „Virtus”? 

        – Tak jest! Melduję się na rozkaz, panie kapitanie. 

        – Ilu ludzi ma pan porucznik pod sobą? 

        – Dwóch, pozostałość z mojej drużyny z Mokotowa... 

        – Z Mokotowa? – spytał szczerze zdziwiony.        

         – Tak, w drugim dniu Powstania otrzymałem rozkaz wymarszu z trzema żołnierzami do Komendy Głównej, na Wolę...

        – Dobrze, na razie będzie pan porucznik przy mnie, bez względu na sytuację proszę się mnie trzymać, a kiedy rozwidni się już na dobre, przedstawię pana porucznika reszcie, a z czasem, za dzień lub dwa, przejmie pan część moich obowiązków... – nie zdążył dokończyć, gdy usłyszeli nadciągający czołg od strony parku Traugutta, a w chwilę potem odezwały się ciężkie karabiny maszynowe, podwójnie sprzężone ze sobą, walące ze straszliwą siłą na każdy odgłos dochodzący od strony powstańczej barykady.