Goniec

Switch to desktop Register Login

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (36)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

AntczakWojciech        – Wszyscy na stanowiska! – rozkazał półgłosem kapitan. – Jeszcze brakuje tylko kanonierki na Wiśle i moździerzy od praskiej strony – powiedział to z lekkim sarkazmem.

        Po chwili atak ustał, chyba tylko ze względu na panujące wokół ciemności i padające z różnych stron powstańcze strzały, sprawiające wrażenie znacznie większych sił niż te, którymi w rzeczywistości zdolni byliby stawić opór sunącemu z wolna czołgowi i czającej się za nim piechocie. Niemcy teraz prawie wcale nie używali rakiet do oświetlania terenu, a i powstańcy, mając ich zaledwie kilka, oszczędzali je, a także znając teren lepiej od nieprzyjaciela, na razie nie potrzebowali światła. Wyraźnie wyczuwało się niezdecydowanie wroga. Czołg nagle przystanął, jakby z braku pewności co do ilości zgromadzonych w tej okolicy powstańczych sił, jakby jego załoga wahała się, niezdecydowana, nie wiedziała, co robić, atakować czy wycofywać się, zwłaszcza że nie mogli teraz liczyć na wsparcie lotnictwa... I to w zupełności wystarczyło, żeby czołg został obrzucony butelkami z benzyną. Tego zadania podjęli się jak zwykle trzej najmłodsi. Zwinni jak koty, przemknęli od barykady i rozstawiwszy się z różnych stron, zaatakowali stalowe cielsko. To byli „spece” od unieruchamiania czołgów. Podbiegali jak najbliżej i celnymi rzutami, najczęściej butelek z benzyną, jeśli nie mieli już granatów, zatrzymywali te bestie siejące wokół śmierć. W chwili gdy wybuchnął już ogień, gdzieś, z któregoś domu pomiędzy Zakroczymską a Przyrynkiem zadudniły te potężne karabiny maszynowe.

        – „Waligóra”! „Orkan”! – zawołał podporucznik „Virtus”, a nie słysząc żadnego z nich ogarnęła go złość, potem już tylko obawa, że może tym razem stało się to, czego się najbardziej obawiał, że jak zwykle szarżując, oberwali...

        Nagle zrobiło się cicho, bardzo cicho. O takiej ciszy zwykło się mówić, że „jest to cisza przed burzą”. Ale na szczęście żadna „burza” już nie nastąpiła, lecz ta cisza trwająca przez bardzo długą chwilę, jakby przesądziła o jednoczesnym wstrzymaniu ataku przez obie strony. Wtedy to kapitan „Gorczyca” zdecydował o wycofaniu ich wszystkich w kierunku ulic Koźlej i Długiej, gdzie Zgrupowanie „Paweł” miało swoje „zakwaterowanie” w piwnicach, wśród mieszkańców okolicznych domów i całej masy przybyszów, głównie ze zmasakrowanej w ostatnich dniach Woli.

        Niespodziewanie, od strony Zakroczymskiej usłyszeli czyjeś histeryczne wrzaski, a potem zobaczyli płonącą postać, szamoczącą się i bezskutecznie próbującą ugasić na sobie ogień. Po chwili padła krótka seria z peemu i znowu nastała cisza.

        – Co to było? – zapytał kapitana „Gorczycę” jeden z żołnierzy. 

        – Nie wiem... „Bronek” do mnie! 

        – Na rozkaz! – zameldował się jeden z tych chłopców, którym udało się tak sprawnie i bez żadnych strat zlikwidować czołg.

        „Bronek”, na oko, mógł mieć nie więcej niż dziesięć lat. 

        – Pójdziecie tam z „Rębajłą” – powiedział, wskazując kierunek, skąd dochodziły już tylko głośne jęki i czyjś lament. – Sprawdzicie, co się tam stało, i natychmiast mi zameldujecie. Zrozumiano?!

        – Taa jest, panie kapitanie! – wykrzyknął „Bronek”, salutując do gołej głowy, i zaraz ruszyli obaj w stronę kościoła przy Zakroczymskiej. W niecałe dziesięć minut byli już z powrotem. 

        – Melduje, panie kapitanie, że to tych dwóch nowych, tych co p r z y ś l i z Woli czy z Mokotowa, to oni oba s p r z o n t l i Szwabów od tych cekaemów! A jeden to sie w z i o ł i zapalił z... wrażenia, melduje...

        – Kto się zapalił?! – zapytał z niepokojem „Virtus”. 

        – Ma sie r o z u m i ć, że sie szkop zapalił – odpowiedział ten drugi, chyba jeszcze młodszy od „Bronka”, ten „Rębajło”.

        Zza Wisły zaczynała już jaśnieć jutrzenka, kiedy zjawili się „Waligóra” i „Orkan”, umorusani w poszarpanych ubraniach, ale bardzo szczęśliwi.

        – Panie poruczniku, melduję zlikwidowanie gniazda karabinów maszynowych „nepla”! Bez strat z naszej strony... O! Przepraszam, są straty! Zapalniczka! Pamiątkowa! Poooszła!! – powiedział „Waligóra” i machnął ręką z rezygnacją.

XXXI 

        Zaraz po ucieczce na Zachód podpułkownika Józefa Lichtenmana w grudniu 1953 roku, jednego z wicedyrektorów X Departamentu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, wobec krążących pogłosek i plotek, nie tylko w samym ministerstwie, władze zdecydowały się ogłosić wersję ucieczki, tego pierwszego, wysokiego oficera MBP na Zachód, jako porwanie go przez amerykański wywiad... I być może sprawa „przyschłaby”, ale pod koniec września następnego roku, ten zdrajca i renegat, za jakiego uważali go jego byli towarzysze (i nie można było im się dziwić), zaczął występować w Radiu Wolna Europa. On, do niedawna zaufany człowiek samego towarzysza „Tomasza” – prezydenta Bolesława Bieruta, podpułkownik Józef Lichtenman, jedyny, który miał dostęp do najpoufniejszych dokumentów Biura Politycznego Partii oraz do akt personalnych każdego członka partyjnej nomenklatury, poza aktami Bieruta, bo te były na Kremlu, ten jakże lojalny dotychczas, dawny agent NKWD, „podpułkownik Lichtenman stał się nagle agentem CIA! Hańba!” – donosił partyjny dziennik.

        „Strzegący do niedawna czystości i jedności partyjnych szeregów, teraz sprzeniewierca, niemal z dnia na dzień przedzierzgnął się w psa amerykańskiego imperializmu”. I żeby tylko uciekł i siedział tam przynajmniej cicho, ale nie, „ta podła kreatura, ten rasowy sprzedawczyk, poza zdradą tajemnic natury państwowej rozgłaszał bezczelnie pomówienia i plotki z prywatnego życia towarzyszy pełniących najwyższe funkcje w aparacie partyjno-państwowym! Mało tego, „ten fagas imperializmu” nie oszczędzał nikogo, nawet swoich dotychczasowych przyjaciół i zupełnie niewinnych towarzyszy niższego szczebla! A z kolei ci, którym się zaprzedał, ci wszyscy jakże wredni imperialiści amerykańscy, „zaplute kreatury reakcji i wszelkiego wstecznictwa, sługusy mamony”, ci wszyscy... poza rozpowszechnianiem tychże brukowych i przez to nikczemnych informacji, zdecydowali się jeszcze na wysyłanie ulotek nad terytorium Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej w specjalnie do tego celu skonstruowanych balonach. Wypuszczano je głównie z terytorium Niemieckiej Republiki Federalnej, ale i z Austrii oraz Danii, a także z terytorium, pozornie neutralnej, Szwecji. „Na szczęście, polskie społeczeństwo dało odpór tym jego podłym, szalbierskim denuncjacjom i stanęło murem w obronie jedynie słusznej drogi, po której kroczy dumnie od dziesięciu już z górą lat, a której to drodze na imię jest Pokój i Socjalizm! I z drogi tej nigdy nie zejdzie!” – grzmiał Centralny Organ Prasowy, a za nim wszystkie gazety ogólnokrajowe i lokalne, a nawet prasa fachowa przeznaczona dla niewielkiego grona specjalistów w danej, nierzadko bardzo wąskiej specjalności.

        Sprawa ta spowodowała ogromne zamieszanie, wręcz panikę, istną burzę, jakiej nie było od czasu przechwycenia władzy przez „awangardę postępowych sił Narodu z prezydentem Bolesławem Bierutem – towarzyszem ‘Tomaszem’ na czele...”. A w rzeczywistości tylko komunistyczną agenturę przywiezioną lub zrzuconą na spadochronach z Sowietów, a wcześniej jeszcze, nierzadko współpracującą z hitlerowskim okupantem, denuncjującą polskie podziemie niepodległościowe...

        Od jesieni 1954 roku wszyscy nasłuchiwali audycji nadawanej w odcinkach przez rozgłośnię Radia Wolna Europa, a zatytułowanej: „PRAWDZIWE OBLICZE KOMUNIZMU – RELACJA CZŁOWIEKA BEZPIEKI, JÓZEFA LICHTENMANA”. A ten, spokojnym, beznamiętnym głosem ujawniał rewelacje z życia partyjnej nomenklatury zaciskającej swoje łapy na gardle maltretowanego od piętnastu lat Narodu Polskiego, najpierw przez nazistowskie Niemcy, a obecnie przez Związek Sowiecki.

        Ta, na pozór tak mało, początkowo spektakularna, ucieczka na Zachód wysokiego rangą pracownika Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, przyczyniła się znacząco do mającej nadejść niebawem „odwilży”. Jednak, już po jej nadejściu, nadal wtrącano do więzień Bogu ducha winnych ludzi, nadal wykonywano zatwierdzone wcześniej wyroki śmierci (głównie strzałem w tył głowy), to jednak, mimo wszystko, reżim w Polsce nie czuł się już tak pewnie w siodle, jak się czuł przed ucieczką Lichtenmana.

        Ponadto, będąc na stanowisku „tylko” wicedyrektora X Departamentu Min. Bezp. Publicznego, miał do dyspozycji jakże potężną broń w postaci akt personalnych wszystkich dygnitarzy partyjnych (poza kartoteką samego Gospodarza). Lichtenman był szarą eminencją w państwie i dzięki temu mógł znaleźć „haka” na każdego! Ale i na niego już od dawna miano „haka”. Tym „hakiem” było krótkie, pozornie mało znaczące pisemko podpisane przez niego, zobowiązywał się w nim wobec przedwojennej polskiej Policji Państwowej do zaprzestania „działalności wywrotowej jako członek partii komunistycznej” i na domiar złego podpisał to bardzo wyraźnie pełnym (niezmienionym) imieniem i nazwiskiem! I to właśnie „pisemko” wykradł któryś z jego towarzyszy z policyjnego archiwum. Z czasem trafiło ono do K.R.N.Z. (Komunistycznego Raju na Ziemi) czyli do Sowietów, a stamtąd wróciło jak bumerang do Polski, do towarzysza ministra Bradkiewicza, a ten, jak przystało na „wiernego psa”, zaniósł je do samego towarzysza „Tomasza”. A żeby było zabawniej, to po latach, kiedy podpułkownik Lichtenman, aresztując za „odchylenia prawicowo-nacjonalistyczne” towarzysza „Wiesława” (Władysława Gomułkę) w 1951 roku, znalazł w jego mieszkaniu zaklejoną kopertę, leżącą w korytarzu na podłodze, podniósł ją, nie wiedząc jeszcze, że natrafił na coś bardzo cennego. Znalazł w tej kopercie... skarb! Mało skarb! To był istny cud! To był list Bradkiewicza do towarzysza „Wiesława”, kiedy ten pełnił jeszcze funkcję sekretarza generalnego partii. W liście tym Bradkiewicz, przełożony jego bezpośredniego przełożonego, przyznawał się do tej samej „zbrodni”, którą także popełnił Lichtenman. Zaparł się, jak i on, „Matki-Partii”, podpisując swego czasu identyczne jak Lichtenman zobowiązanie „zaprzestania działalności w partii komunistycznej...”, a tym samym wyrzeczenie się tejże partii. Ale Lichtenman nie wykorzystał tego listu, który dopiero mógł uczynić cud! Zamiast zachować list dla siebie i spożytkować go w odpowiednim czasie, on także wykazał odruch „wiernego psa” i zaniósł ten list, jak Bradkiewicz, prosto do towarzysza „Tomasza” (Bolesława Bieruta)... A później żałował tego, bardzo żałował!

        Dzięki „hakom” Partia trzymała na smyczy tych wszystkich swoich członków, potencjalnych „synów marnotrawnych”, którym zachciałoby się ewentualnie kombinować coś na boku lub tylko za bardzo „brykać”, czyli najzwyczajniej „wybiegać przed orkiestrę” i, co gorsza, jeszcze próbować ukryć ten fakt przed „dyrygentem”. A na nich dwóch, i nie tylko na nich, „haka” miał sam „dyrygent”, czyli Gospodarz (Bierut).

        Pierwszym i zasadniczym powodem „odwilży” prawie we wszystkich „demoludach” była śmierć Stalina, ale na razie nie w Polsce, gdzie wszystko ciągle jeszcze dzierżył w swym ręku B.B. (nie mylić ze słynną francuską aktorką o tych samych inicjałach), zwany też, przez niektórych, pieszczotliwie „Małym Stalinkiem”, a dla którego śmierć swojego mistrza nie miała dużego wpływu na zmniejszenie wciąż panującego terroru. Dopiero wyczyn tego (miejsce na dowolny epitet), nieskromnego teraz, byłego wicedyrektora departamentu, spowodował ogromne zamieszanie, ba! spowodował wręcz panikę w kręgach ministerialnych, co z kolei wpłynęło na poluźnienie „stalowej obręczy” zaciśniętej na gardle całego Narodu Polskiego.

        W 53 roku nie istniał jeszcze Mur Berliński, dlatego wtedy z Berlina Wschodniego łatwo było „prysnąć” na Zachód. Wystarczyło wykupić bilet na U-Bahn do jednej z zachodnich stref okupacyjnych (amerykańskiej, brytyjskiej lub francuskiej) i będąc już tam, poprosić tylko o azyl... Tak też uczynił towarzysz Lichtenman, zostawiając w niesamowitej rozterce (mówiąc oględnie) swojego bezpośredniego przełożonego, dyrektora X Departamentu w MBP, w randze pułkownika, podwójnego towarzysza, bo i partyjnego, i podróży, tylko do Niemiec Wschodnich, będących wtedy sowiecką strefą okupacyjną. Ale z czasem strefa ta zostanie przemianowana na „niepodległe” państwo – Niemiecką Republikę Demokratyczną... Otóż, przełożony Lichtenmana, płk Antoni Purygin (dla przyjaciół „Tosiek”), nie mógł sobie darować, że jeżdżąc z nim kilkakrotnie do zachodniej zony na zakupy, nie domyślił się nawet, co zamierza ten „chytry lis”! Do Kraju wracał więc z duszą na ramieniu.

        Po powrocie Purygina do Warszawy, następnego dnia w ministerstwie huczało już na temat ucieczki Lichtenmana, co też jakiś dowcipniś skwitował słowami: „A to-sie-k... porobiło!”.

        – Siadaj, siadaj – Bradkiewicz zapraszał swojego pierwszego zastępcę generała Tomasza Tomkowskiego, wskazując mu krzesło tuż przy swoim biurku. – I co ty na to?

        – Nigdy bym się po nim tego nie spodziewał. Szybciej po innych, ale nie po nim! 

        – Poszedł na całego z tymi swoimi „występami” w Wolnej Europie. Słyszałeś, że... – mówił, dokładnie obserwując Tomkowskiego, który był najbliższym kolegą, a nawet kimś w rodzaju zaufanego kumpla, zwłaszcza w ostatnich miesiącach spędzali razem sporo czasu, popijając tęgo, ale nigdy publicznie, a raczej na zmianę w swoich mieszkaniach. 

        – Więc może Tomkowski był wtajemniczony w tę jego ucieczkę... cholera wie – rozmyślał Bradkiewicz. – A może by z nim zagrać va banque! Powiedzieć mu wprost, że mój prywatny wywiad doniósł mi już wcześniej o zamiarach tego zdrajcy ujawniającego ich, komunistów, tak skrzętnie skrywaną działalność przed całą Polską, przed całym światem! Ale nie... przecież Tomkowski nie jest w ciemię bity i z pewnością zapyta, dlaczego nie zapobiegłem w porę tej jego ucieczce, i może to ja właśnie wyjdę na współodpowiedzialnego, pakując się mimo woli w niezłą kabałę...

        A już wydawało się, że po tylu miesiącach od swojej ucieczki Lichtenman nadal będzie siedział cicho, że powinno mu wystarczyć samo „wybranie wolności”, zaszycie się gdzieś w samym sercu imperialistycznej dżungli, w Ameryce, ale nie, ten parszywiec kąsał teraz z zajadłością wściekłego psa! I było to dla nich tym bardziej bolesne, że występował na antenie rozgłośni nadającej z terenu Niemieckiej Republiki Federalnej, spadkobierczyni wszelkiej maści neofaszystów, siedliska najczarniejszej reakcji we współczesnej Europie pod rządami tego odwetowca Adenauera. Mało, że audycje te szły z Niemiec Zachodnich, i to akurat nadawane były z Monachium, które wydało największego zbrodniarza wszech czasów – Adolfa Hitlera! A Lichtenman, ten chaman, bezczelny sprzedawczyk, obrał sobie na początek za cel swoich ataków samego towarzysza „Tomasza”, Bolesława Bieruta, najwybitniejszego koryfeusza Świetlanej Idei – socjalizmu niosącego pokój i upragnione przez wszystkich szczęście, nie tylko tak umęczonej przez wieki Polsce, ale i innym krajom.

        W związku z tą ucieczką wybitnie wzrosło zainteresowanie Radiem Wolna Europa. W wielu domach organizowano zbiorowe seanse i po wysłuchaniu z wielkim trudem z powodu intensywnego zagłuszania, zwłaszcza tej audycji, dyskutowano potem długo w nocy nad dalszymi losami Ojczyzny. No i jeszcze te balony z ulotkami pojawiające się szczególnie nad terenami zachodnio-północnej Polski, za pomocą których przemycano te same zeznania pierwszego, tak wysokiego rangą, oficera Bezpieczeństwa, od kiedy to reżim na dobre zainstalował się w powojennej polskiej rzeczywistości...

        – Całe ministerstwo nie mówi dziś o niczym innym. Ale co na to „Tomasz”? 

        – Nie wzywał mnie jeszcze. Nawet nie dzwonił... 

        – Dziwisz się mu? Kompletne zaskoczenie! Szok! 

        – Tak, „Tomasz” zawsze był twardym towarzyszem. Z pewnością, po tym wszystkim co ten drań naopowiadał o nim, potrzebuje trochę czasu, żeby się jakoś pozbierać i dać odpór tej gnidzie. Najgorsze, że przynajmniej na razie jesteśmy wszyscy bezsilni...

        – Do czasu. 

        – Gospodarz ciągle jeszcze milczy, co wcale nie musi znaczyć, że jest wobec tego wszystkiego bezradny. Albo, nawet już... – Bradkiewicz tajemniczo zawiesił głos – ma gotowy jakiś plan, kto wie.

        – Wytropienie i odbicie... A w ostateczności tylko... – powiedział Tomkowski, dotykając wskazującym palcem skroni.

        – Gdzie? Tam, w Ameryce?! Czyś ty... To nierealne! Chyba żebyśmy poprosili Centralę, ale oni, jak sądzę, nie są skłonni działać aż tak radykalnie w naszej sprawie, zwłaszcza teraz, kiedy zabrakło Gruzina. Z pewnością będą próbowali poprawić stosunki z Ameryką, zwłaszcza wobec ostatnich informacji napływających z Chin... Zupełnie co innego, gdyby ukrywał się w Niemczech czy w którymś z innych krajów europejskich, to można by było spróbować wyrwać go na własną rękę i ostatecznie... – powiedział, dla odmiany przesuwając wskazującym palcem po szyi.

        – Ba, tylko jak to zrobić tam, w tej całej Ameryce, a przynajmniej unieszkodliwić go na tyle, żeby przestał...

        – Marzenia, na razie to tylko marzenia! 

        – Ciekawe, kogo dziś z kolei weźmie to przeklęte ścierwo na swój język? 

        – No, ciekawe – odpowiedział Bradkiewicz, patrząc zamyślony na Tomkowskiego, swojego pierwszego zastępcę, i nabierał przekonania, że Tomkowskiego należałoby mieć dobrze na oku. Teraz, szczególnie teraz. Być może odgrywa rolę zaskoczonego tym, co się stało. 

        – A jak idzie poprawianie i likwidacja akt naszych „pechowców”? – Bradkiewicz zmienił nagle temat, mając na myśli tych najbardziej skompromitowanych, swoich towarzyszy, nacyjnych „braci w nowej wierze”, a teraz wobec wiejącego od Wschodu wiatru przynoszącego „odwilż”, najbardziej narażonych na nie tylko wewnątrzpartyjne nagany, represje – mniejsze lub większe, ale nawet relegowanie z partyjnych szeregów z odsiadką włącznie, jak to później miało miejsce w przypadku pułkownika Strużańskiego. Bo ostatecznie ktoś za to wszystko, „co się porobiło”, musiał odpowiadać, odpowiadać za ten cały obłędny terror stosowany zbyt często na oślep, czasami zupełnie niepotrzebnie, zwłaszcza wobec całego niemal społeczeństwa, którego nie da się zupełnie, tak do końca ujarzmić, i to w tak krótkim czasie, jak by sobie tego niektórzy, zbyt gorliwi towarzysze życzyli...

        – Na moim odcinku, muszę przyznać, idzie całkiem dobrze. Oczywiście, wszystkiego nie da się tak od ręki zlikwidować, ale ja i moi ludzie robimy wszystko, żeby wyglądało to w miarę przyzwoicie...

        – To znaczy? 

        – No, gdzie trzeba robi się uzupełnienia, wypisuje nowe strony... Jednym słowem, retusz na wielką skalę według wypróbowanych wzorów, dokładnie tak, jak to robiliśmy w czasie kampanii wyborczych, dokładnie...

        – Tylko uważaj, towarzyszu „Romanie”, żebyś czegoś nie przedobrzył, bo ja mam takie przeczucie, że tym razem nie wszystko będzie szło tak gładko! Bądź co bądź, narobiliśmy sobie kupę wrogów i nie tylko wśród tej całej bezpartyjnej hołoty, ale i wśród swoich...

        – Swoich? 

        – Tak, „swoich”, pozostałych towarzyszy – „krajowców”, takich jak „Wiesław” czy Cieplak, wiesz, tych wszystkich, którzy nie przeszli szkoły kujbyszewskiej. Oni hartowali się w innym, bo tutejszym piecu. I co oni w ogóle mogą wiedzieć, jak należy prowadzić robotę, żeby któregoś dnia nie runęło to wszystko na głowę. Na naszą głowę! – podkreślił Bradkiewicz. 

        – Cieszę się, Tomaszu, że na ciebie mogę liczyć. A co do tej sprawy, tego Rybickiego, czy jak mu tam... – Bradkiewicz znowu zmienił temat.

        – Rybackiego. 

        – No właśnie, wydałem już stosowne dyspozycje i sam wkrótce dojdzie do wniosku, że upór do niczego dobrego nie prowadzi.

        – Dziękuję ci, Bronisław, bardzo dziękuję. A gdyby wyskoczyło coś nowego w sprawie Lichtenmana, to daj mi natychmiast znać – powiedział Tomkowski, wstając.

        – Bez wątpienia, bez wątpienia.

        Bohuszewicz został przeniesiony do jeszcze innej celi. Tym razem, z kilkoma siedzącymi tu znalazł po czasie wspólny język. Mimo wzajemnego, ograniczonego do siebie zaufania więźniów, wiedziony jakimś trudno wytłumaczalnym przeczuciem, a raczej instynktem samozachowawczym, wciąż jeszcze pilnował się, kontrolując każdą swoją wypowiedź, jak tam, w mokotowskim więzieniu, kiedy wciąż jeszcze czekał na rozprawę „sądową”. Tak i tu, początkowo milczał, przyglądając się bardzo uważnie swoim nowym współtowarzyszom niedoli. A i oni też milczeli, patrząc na niego podejrzliwie, jak na potencjalnego „kapusia”, zwłaszcza że od ponad roku nikogo z nich nie przenoszono do innej celi ani nie wsadzano tu nikogo nowego.