Goniec

Switch to desktop Register Login

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (37)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

AntczakWojciech        Stanisław był pierwszym, którego tu wprowadzono po tak długim czasie.

        – Jak się pan nazywa? – zapytał go brodaty olbrzym o niespokojnych oczach, zapytał go pierwszy po dwóch dniach jego tutaj pobytu i zaraz dodał, nie czekając na odpowiedź: – Nie słyszę!

        – Bohuszewicz, Stanisław Bohuszewicz. 

        – To mi nic nie mówi.

        – ? 

        – A dalej? 

        – Nie bardzo wiem, do czego pan zmierza? O co panu chodzi? 

        – Mnie chodzi o to, o co chodzi wszystkim – powiedział zatoczywszy ręką krąg. – Kim pan naprawdę jest? 

        – W jakim sensie? 

        – Kim pan jest sensu stricto? 

        – To znaczy? 

        – Chyba wyraziłem się jasno, panie... Bohuszewicz! Czy jest coś niezrozumiałego dla pana w tym pytaniu? 

        – Tak, a mianowicie, co pan ma na myśli, pytając mnie, kim jestem w znaczeniu, czy raczej w pojęciu „sensu stricto”? 

        – Zacznijmy od... tego pierwszego, jeśli pan sobie życzy, czyli od „znaczenia”, jak się pan wyraził, i to „sensu stricto”. 

        – Ciągle nie rozumiem... Chyba przedstawiłem się panom dość wyraźnie, pełnym imieniem i nazwiskiem. Nie wiem, do czego pan zmierza?

        – Pańska odpowiedź, a więc odpowiedź na konkretne moje pytanie, jest odpowiedzią zupełnie mnie i nas wszystkich tu, niesatysfakcjonującą, wybaczy pan. Raz jeszcze chciałbym pana zapytać, czy odpowie mi pan konkretnie na moje pytanie, czy też pan nie odpowie?

        – Odpowiem, jeśli tylko będę uważał to za stosowne, a przede wszystkim, chciałbym usłyszeć to konkretne pytanie.

        – Już je pan usłyszał. 

        – Proszę więc o powtórzenie tego pytania. 

        – Powtarzam więc, kim pan jest sensu stricto? 

        – Odpowiadam: Jestem więźniem – sensu stricto. 

        – Wszyscy jesteśmy tutaj więźniami, panie ten... Boguszewicz.

        – Bohuszewicz – poprawił go Stanisław.

        – Przepraszam pana, ale wciąż nie usłyszałem satysfakcjonującej mnie odpowiedzi.

        – Trudno. 

        – Ha! Sami panowie widzicie, że ten człowiek, który przebywa z nami tutaj od przedwczoraj, jest jak i my wszyscy więźniem... sensu stricto! Bez wątpienia, tego się nie da zaprzeczyć! Ale wróćmy do pańskiego wcześniejszego pytania, kiedy to pan na moje pytanie, kim pan jest „sensu stricto”, zamiast mi odpowiedzieć, zapytał pan sofistycznie: „To znaczy?”. Co pan miał przez to na myśli? Słucham!

        – Chciałem, po prostu, zapytać konkretnie, co też chce pan o mnie wiedzieć, co pana interesuje w związku z moją osobą?

        – Czy jest pan ciągle jeszcze gotów odpowiadać na dalsze moje ewentualne pytania, podkreślam, ewentualne pytania?

        – To zależy, o co ma pan zamiar mnie w dalszym ciągu pytać... Sam pan rozumie – odpowiedział mu bardzo spokojnie.

        Patrzył nań uważnie, próbując odgadnąć, kim właściwie jest ten człowiek, bez wątpienia nietuzinkowy i z pewnością „stuknięty”. Patrzył też na innych, na ich w większości obojętne spojrzenia, jakby już byli znudzeni tą chorobliwą wręcz dociekliwością brodacza, być może spowodowaną bezczynnością, na jaką skazani byli wszyscy, szczególnie ci odsiadujący długoterminowe wyroki, bo ci z wyrokami kilkuletnimi zatrudniani byli bądź to na terenie więzienia, bądź też poza więzieniem, w okolicznych warsztatach lub fabrykach i po ośmiogodzinnej pracy wracali z powrotem do swoich cel.

        – Czyli, ogólnie, jest pan gotów udzielić mi odpowiedzi na moje pytanie? – kontynuował maniakalnie brodacz.

        – Tak. 

        – Dobrze. Wobec tego, niech mi pan powie... – przerwał nagle i wbił wzrok w jednego z więźniów przy drzwiach.

        Wpatrywał się w niego, jakby chcąc go zasztyletować swoim wzrokiem hipnotyzera rodem z niemych filmów, a tamten stawał się coraz bardziej niespokojny, aż w końcu nie wytrzymał i, wstając, wykrzyknął.

        – Wiem, do jasnej cholery! Wiem Bernard, że winien ci jestem dwa papierosy. Wiem o tym!

        – To dobrze, a nawet bardzo dobrze, że wiesz o tym, ty kosmopolito z Konstantynopola tańczący przez kwadrans kontredansa w pobliżu... kredensu – przerwał nagle i wpatrując się tym swoim intensywnym spojrzeniem z kolei w podłogę, dodał bardzo zmienionym, jakby nie swoim głosem. – W czasie seansu stawiania pasjansa, a widząc za oknem pąsowego szympansa w transie balansowania bilansu dąsów...

        – I alfonsów bez wąsów! – dopowiedział jeden z nich. 

        – Cicho! Nie przedrzeźniaj mnie, ty... ty podły prowokatorze, ty... handlarzu ludzkich złudzeń! Ty... – mówił płaczliwie.

        Ogromne cielsko brodatego Bernarda zaczęło się niespodziewanie trząść, jakby targane jakąś niewidzialną energią. I kiedy, poza Stanisławem, na nikim nie robiło to już żadnego wrażenia, brodacz znieruchomiał i, jakby nigdy nic, nagle powrócił do przerwanej rozmowy z Bohuszewiczem.

        – Panie Bogu... przepraszam, Bohuszewicz, w takim razie, niech mi pan powie, jaka jest różnica między słowem „znaczenie” a słowem „pojęcie”. Zacznijmy od definicji obu tych słów. Słucham pana!

        – Wciąż nie mogę zrozumieć, do czego pan zmierza? 

        – Drogi panie, już wcześniej zwracałem panu uwagę, że pan próbujesz, zresztą bezskutecznie, uciec od meritum, używając w tym celu sofizmatów... Nieładnie, bardzo nieładnie! Żądam od pana rzeczowych odpowiedzi na moje konkretne pytanie, a na początek proszę mi podać szczegółową definicję słów „znaczenie” i „pojęcie”.

        – Otóż... 

        – Bez tego „otóż”, to niepotrzebne, zupełnie niepotrzebne... Słucham pana! 

        – „Znaczenie” w języku polskim... 

        – Wiadomo, że w języku polskim, bo mówimy przecież po polsku, nieprawdaż! – przerwał mu znowu, patrzył wokół, jakby szukając u innych aprobaty. – Teraz niech pan kontynuuje! – polecił mu po belfersku, tonem rozkazującym.

        – Słowo to wyraża treść, której znakiem może być wypowiedź lub to, co dany wyraz znaczy, sygnalizuje... Na przykład: znaczenie dosłowne, podstawowe, realne, przenośne et cetera... Z kolei słowo „pojęcie” jest myślowym odzwierciedleniem... ujęcia w całości istotnych cech przedmiotów, zjawisk... Przykładowo: pojęcie logiczne, moralne... filozoficzne. Co jeszcze? Literackie, fizyczne...

        – Wspaniale! Wspaniale, panie ten, Bohu...  szewicz! Wspa-nia-le! Proszę o pański indeks! Aha, jeszcze jedno, czy pan może jest filologiem... polonistą, a może i filologiem klasycznym?

        – Nie, nie jestem filologiem. Jestem historykiem. 

        – W jakiej specjalności? 

        – Medium aevum... A pan, kim pan jest? 

        Bernard, nie odpowiadając na pytanie Bohuszewicza, mruczał pod nosem. 

        – „Aevum” – „Przeciąg życia” lub też „wieczność”... Ciekawe, ciekawe, panie ten-tego... – powiedział brodacz, popadając w zamyślenie.

        – Gratuluję panu – odezwał się po chwili jeden z więźniów, przysuwając się do Stanisława. – Jest pan pierwszy, który tak dobrze z tego wybrnął i nie dał mu się do końca sprowokować.

        – No cóż, mam już jaką-taką więzienną praktykę. Przed Rawiczem siedziałem w Warszawie, na Mokotowie.

        – Pan jest z Warszawy? 

        – Tak. Pan też? 

        – Nie. Pochodzę z Krakowa, a ściślej z dawnej wsi, gdzie słynny pański imiennik umieścił akcję naszego narodowego dramatu.

        – Z Bronowic. 

        – Pan pozwoli, jestem Kaszycki, Jędrzej Kaszycki. 

        – Bohuszewicz, Stanisław. 

        – Na długo pana tu... 

        – Wyrok opiewa na piętnaście lat. Jak dobrze pójdzie, to wyjdę dopiero w sześćdziesiątym czwartym. 

        – Nie myślę. 

        – Sądzi pan, że dłużej... 

        – Odwrotnie... Słyszał pan o tym ich pułkowniku? – mówił Kaszycki ściszając głos. – O tym z Bezpieki, co zwiał na Zachód i teraz wszystko sypie, publicznie sypie!

        – Nie, nie słyszałem.

        – Otóż, ten pułkownik... Lichtenstein czy jakoś tak, zwiał przez Berlin i teraz jest w Ameryce i miał nawet swoją audycję w Wolnej Europie albo w Głosie Ameryki, nie jestem pewien... Bo widzi pan, prawda zawsze zwycięży, mimo wszystko! Pamięta pan, jak w czasie okupacji tak wielu nie wierzyło, że Niemców w końcu szlag trafi. Byli tacy niepokonani, tak im szło! Aż tu nagle dostali łupnia od Ruskich pod Stalingradem, a później i od Amerykanów... Taka potęga! Kto by przypuszczał... I z tymi będzie podobnie. Trzeba tylko wierzyć! Zwłaszcza teraz, kiedy przed dwoma laty skończył ten ich „nieśmiertelny” towarzysz „Słoneczko”! Skończył się tak nagle... A teraz ta ucieczka na Zachód... To wszystko jest nie bez znaczenia, niech mi pan wierzy... – mówił Kaszycki, patrząc na milczącego wciąż Stanisława. 

        – Nie traćmy nadziei! Głowa do góry! Pan Bóg czuwa, panie B!

        – Bez wątpienia, panie K! – odpowiedział, uśmiechając się do niego.

XXXII 

        „Słyszeliście, że powiedziano: Będziesz miłował swego bliźniego, a nieprzyjaciela swego będziesz nienawidził. A Ja wam powtarzam: Miłujcie waszych nieprzyjaciół i módlcie się za tych, którzy was prześladują; tak będziecie synami Ojca waszego, który jest w niebie; ponieważ On sprawia, że słońce Jego wschodzi nad złymi i nad dobrymi, i On zsyła deszcz na sprawiedliwych i niesprawiedliwych. Jeśli bowiem miłujecie tych, którzy was miłują, cóż za nagrodę mieć będziecie? Czyż i celnicy tego nie czynią? I jeśli pozdrawiacie tylko swych braci, cóż szczególnego czynicie? Czyż i poganie tego nie czynią? Bądźcie i wy doskonali, jak doskonały jest Ojciec wasz niebieski.”

        Ksiądz Andrzej Medyński – „Pokora”, wikariusz kościoła pod wezwaniem św. Jacka, zrobił przerwę po przeczytaniu fragmentu Ewangelii według świętego Mateusza i jeszcze przez chwilę patrzył na zgromadzonych wiernych i gości tych dwojga przystępujących do ślubu wyznaczonego na dziś, trzynastego sierpnia, a zarazem trzynastego już dnia Powstania trwającego wciąż, mimo iż tak wiele placówek przestało istnieć...

        – Kochani moi, siostry i bracia w Chrystusie Panu, państwo młodzi, świadkowie, goście... Tematem dzisiejszej homilii jest Chrystusowe przykazanie miłości, a zwłaszcza przykazanie miłości nieprzyjaciół... Bo On, Pan nasz, Jezus Chrystus umiłował nas, „gdyśmy byli jeszcze grzesznikami”. Dlatego my, katolicy oraz wszyscy chrześcijanie, wszyscy bez wyjątku, wezwani jesteśmy do miłości tych, którzy nas krzywdzą i nienawidzą, a nawet tych, którzy nas zabijają z zamiaru antychrysta, zgodnie z jego planem realizowanym z żelazną konsekwencją przez naszego najeźdźcę... Wsłuchajmy się w to, co mówi Chrystus Pan wzywający nas do miłości, przede wszystkim do miłości Boga-Ojca, a także brata swego, bliźniego, którego mamy kochać jak siebie samego, oraz... co jest bez wątpienia najtrudniejsze, zwłaszcza hic et nunc, wzywa On nas do miłości, podkreślam – zwłaszcza miłości nieprzyjaciół.

        Zapyta ktoś: „Jakże mam kochać tych, którzy bezlitośnie zabijają moich braci-rodaków w imię opętańczej ideologii, pełnej pogardy, karmiącej się wręcz szatańską nienawiścią do wszystkiego co niegermańskie z ducha i... ciała. Jakże mam ich kochać?!” – zapyta ktoś... – kaznodzieja zawiesił głos, wpatrując się z przejęciem w wiernych, aby po chwili kontynuować. – Umiłowani moi w Chrystusie Panu, wiem, że to jest bardzo trudne, a dla wielu z nas wydaje się to wręcz niemożliwe, zwłaszcza tu w ruinach, zgliszczach naszego ukochanego miasta, Warszawy! Stolicy naszej, sponiewieranej i tak bardzo umęczonej, jak umęczona jest też nasza Ojczyzna – Polska! Ale nie wolno nam zapominać, że nie my pierwsi i nie my ostatni doznajemy tak okrutnych prześladowań – głodu, niedostatku, nawet zwykłej wody, doznajemy ran i wreszcie męczeńskiej śmierci, tych wszystkich cierpień z pewnością dla wielu niezawinionych, gdyż tu i teraz mamy do czynienia ze zbrodnią dokonywaną na nas z premedytacją! Bo jakże inaczej to nazwać, jeśli giną bezbronni: dzieci, starcy, kobiety, kaleki i wszyscy inni, giną od kul, pocisków... codziennie mrą z głodu, ran i nieleczonych chorób... Panie! Przydaj nam łaski wiary, nadziei i... miłości! Wołamy tacy bezradni, tacy słabi... fizycznie, ale wciąż jeszcze silni duchem, duchem Pana Chrystusowym! I dlatego my, poprzez miłość nieprzyjaciół pokazujemy, że jesteśmy dziećmi Ojca w Niebie. Dlatego prośmy Pana Boga o miłosierdzie wzorem pierwszego męczennika za wiarę, świętego Szczepana, i tych wszystkich męczenników, którzy po nim oddali i jeszcze oddadzą swoje życie w imię Boże, w imię Pana naszego, Jezusa Chrystusa... A ten, pierwszy święty, Szczepan tak się modlił, kiedy go kamienowano: „Panie Jezu, przyjmij ducha mego!”. A będąc już na kolanach, modlił się i za swoich prześladowców tymi słowy: „Panie, nie poczytaj im tego za grzechy”. Aż skonał... Tak i my nie pozwólmy, aby zawładnęła nami nienawiść. „Błogosławcie tych, którzy was prześladują. Błogosławcie, a nie złorzeczcie (...) Nikomu złem za zło nie odpowiadajcie. Starajcie się czynić dobrze dla wszystkich ludzi (...) Jeżeli nieprzyjaciel twój cierpi głód – nakarm go (...) Nie daj się zwyciężyć złu, ale zło dobrem zwyciężaj.” Tak oto woła do nas święty Paweł... „Ale jak to zrobić, wobec tego śmiertelnego nieprzyjaciela, wroga, od którego tyle już ucierpieliśmy i wciąż cierpimy... Jak?!” – zapyta ktoś. Poza orężem, notabene w niedostatku, mamy jeszcze jedną broń, potężną broń, a mianowicie modlitwę! Módlmy się za naszych nieprzyjaciół. Tak, nie pomyliłem się. Powtórzę to raz jeszcze, że modlitwa jest pierwszym remedium na zło. A zwłaszcza codzienne odmawianie Różańca Świętego! Modląc się za nieprzyjaciół naszych, odpłacajmy im dobrem, „tak bowiem czyniąc, węgle żarzące zgromadzisz na głowę jego” – jak mówi Apostoł. Niektórzy mogą taką postawę uważać za postawę słabeusza. O nie, moi drodzy! Wręcz przeciwnie, jest to postawa kogoś, kto ma w sobie Miłosierdzie Boże i dla Pana Boga i drugiego człowieka. A taka postawa jest postawą siłacza! Nasza modlitwa za nieprzyjaciół naszych może okazać się dla nich ostatecznym ratunkiem. Więc będę powtarzał jeszcze nieskończoną ilość razy: módlmy się o łaskę wiary, nadziei i miłości oraz nawrócenie i zarazem zbawienie, co daj im i nam Boże w Trójcy Jedyny! Amen – zakończył tę płomienną homilię ksiądz Andrzej Medyński – „Pokora”.

        W kościele zapanowała głęboka cisza przerwana nagle serią strzałów z broni pokładowej samolotów nadlatujących gdzieś znad Dworca Gdańskiego, samolotów, z których po chwili poleciały bomby. Wszyscy poza kapłanem skurczyli się w sobie, oczekując najgorszego. Na szczęście nalot trwał bardzo krótko, a bomby wybuchały w kilkusekundowych odstępach coraz dalej i dalej od kościoła, od ulicy Freta i Nowego Miasta. Po chwili znowu wrócił spokój.

        – Pozwólcie kochani, proszę bliżej, proszę – ksiądz „Pokora” zwrócił się z całym spokojem do nowożeńców i ich świadków, jakby tam na zewnątrz nie było przed chwilą żadnego nalotu, i przystąpił do udzielania sakramentu. 

        Przewiązawszy im dłonie białą stułą ze złotym haftem, spojrzał w górę ku sklepieniu głównej nawy i spokojnie, nad wyraz uroczyście zaczął mówić ślubną formułę:

        – Veni, Creator Spiritus, mentes tuorum visita. Imple suprema gratia quae tu creasti pectora. Ui diceris Paraclitus, Attisimi donum Dei... Stanisławie, czy masz wolną, nieprzymuszoną wolę, tę oto Lucynę za małżonkę sobie pojąć?

        – Mam. 

        – Także i ty Lucyno, czy masz wolną, nieprzymuszoną wolę, tego oto Stanisława za męża sobie pojąć? 

        – Mam. 

        – Podajcie sobie dłonie i powtarzajcie za mną słowa przysięgi: Biorę sobie ciebie Lucyno za małżonkę... 

        – Biorę sobie ciebie Stanisławie za męża... 

        – I ślubuję ci miłość, wiarę i uczciwość małżeńską... 

        – I ślubuję ci – powtórzyli we dwoje zgodnym głosem – miłość, wiarę i uczciwość małżeńską... 

        – Oraz to, że nie opuszczę cię aż do śmierci. 

        – Oraz to, że nie opuszczę cię aż do śmierci.

        – Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący. 

        – Tak mi dopomóż – powtórzyli wzruszeni – Panie Boże Wszechmogący. 

        I w tym momencie, mimo pochmurnego poranka wyjrzało na krótko słońce, a całe prezbiterium zalała jasność. Małżonkowie spojrzeli na siebie z wielką ku sobie czułością.

        – W Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci! Amen – dopowiedział ksiądz, a oni, jakby jednym głosem powtórzyli to za nim.

        – Kochani, życzę wam... wytrwałości we wzajemnym byciu w miłości, w szczęściu i zgodzie. I niech wam Pan Bóg błogosławi... I nie uciekajcie jeszcze, potrzebne mi będą podpisy, wasze i świadków – dopowiedział ksiądz.

        W chwilę później całym kościołem wstrząsnął potężny wybuch. Na szczęście bomba padła gdzieś obok. Echo niosło po całym kościele, a potem dalej – huk i echo odpowiadające po następnych wybuchach. Ale niosło się gdzieś dalej i dalej, aż wreszcie kanonada ucichła na dobre. Było to tylko preludium przed niemiecką generalną próbą zdobycia Starówki.

        – Pracusie, te nasze „kochane” Szwaby – zauważył z sarkazmem któryś z zaproszonych na ślub gości. – Nawet w niedzielę nie popuszczą!

        Przemykali się pod murami ulicy Freta w stronę Starówki, w stronę ulicy Piwnej, gdzie w jednym z ocalałych mieszkań miało się odbyć przyjęcie ślubne zwane wciąż, mimo wszystko, nad wyraz szumnie – weselem, zważywszy na te, jakże wyjątkowe okoliczności nasilającego się z każdym dniem, a teraz już i z każdą godziną niemieckiego ataku na ciągle jeszcze niezdobytą twierdzę-dzielnicę Stare Miasto. Wylęknieni tym niespodziewanym, tak wcześnie rano, atakiem, opuszczali w pośpiechu kościół. Państwo młodzi, świadkowie oraz kilkunastu zaproszonych gości, niemal przyklejeni do ścian mijanych po drodze domów, podążali w strachu, zarówno o własne życie, jak i o mieszkanie, w którym udzielono im gościny.

        Odległość od kościoła do połowy ulicy Piwnej wynosiła niewiele ponad sześćset metrów. W normalnych warunkach przejście takiej odległości spacerkiem zajęłoby im niecałe dziesięć minut, ale teraz, kiedy Niemcy wznowili atak, dojście do celu trwało niemal pół godziny. Wszyscy dotarli jednak szczęśliwie.

        – Proszę bardzo, wchodźcie! Czym chata bogata... – witała ich stojąca w drzwiach właścicielka mieszkania usytuowanego na pierwszym piętrze domu, lekko tylko naruszonego przez pociski artyleryjskie, domu ocalałego, o dziwo, do końca wojny...

        – Pani Brzozowska, gdyby nie państwo, to nie mam pojęcia gdzie i kiedy byśmy urządzili to nasze wesele. Jak my się państwu za tę całą dobroć odwdzięczymy? – zapytała Lucyna.

        – Kochaniutka, niech cie na razie o to głowa nie boli! Ciesz sie, że masz tera swojego przy sobie! – powiedziała, zanosząc się śmiechem.

        Mimo wyraźnie już odczuwanego braku żywności, na stole znalazły się takie „frykasy”, jak chleb, szynka konserwowa, kawał szwajcarskiego sera, a nawet kilka puszek portugalskich sardynek. Każdy z zaproszonych na ich ślub gości przyniósł w prezencie, co tylko mógł. Jako ostatni zjawił się starszy strzelec „Waligóra” z kawałkiem węgierskiego salami zawiniętego w „Warszawiankę” – dziennik, naczelny organ PPS – WRN ukazujący się regularnie tu, na Starym Mieście. Wojak powitany został okrzykami radości i śmiechem, bo nie wiadomo czemu, ten zawsze taki wielki chojrak, teraz sprawiał wrażenie bardzo wystraszonego, a ubranie i włosy pokryte miał wapiennym pyłem i patrzył na zebranych, jakby się ich tu wcale nie spodziewał.

        – Jeden z moich dwóch najlepszych żołnierzy! – przedstawił go „Virtus” gościom weselnym. – A drugi to „Orkan”, że nie wspomnę już o tych wszystkich, którzy zostali na Mokotowie, no i ...”Szymon”, sierżant „Szymon”, był moim zastępcą i trzeciego dnia Powstania poległ na Woli... Szkoda go, biedaka...

        – Wszystkich szkoda, a bo to dziś kto wie, co go za chwilę może spotkać w takiem strasznem zamiąchu jak ten, tera... Ale póki co, proponuje zasadniczo wzniesienie toastu za zdrowie państwa młodych! – zawołał małżonek pani Anieli Brzozowskiej, pan Wacek zwany „Łapką” ze względu na protezę zamiast lewej dłoni, oprawioną w brązową skórę sprawiającą wrażenie eleganckiej rękawiczki wypucowanej na glanc.

        Stracił tę dłoń jeszcze przed wojną, pracując w Zakładach Mechanicznych inżyniera Borkowskiego na Woli, a potem już jako inwalida dzierżawił kiosk tuż przy placu Zamkowym, blisko kamienicy Johna, w dobrym punkcie i, co najważniejsze, niedaleko od domu.