Goniec

Register Login

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (39)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

AntczakWojciech        Tym „czołgiem”, tą „tankietką” – jak stwierdzili po latach historycy i fachowcy w dziedzinie uzbrojenia – bez wątpienia był Funklenpanzer-Schwerer Laudungsträger typ B IV – „stawiacz min” – a inne źródła podają, że był to Sprengstofftrageren – Borgward IV – „pojazd przeznaczony do przewożenia materiałów wybuchowych” używany przez Niemców do niszczenia barykad. A wspomniana skrzynia była właśnie ową miną, która po odczepieniu i oddaleniu się pojazdu na bezpieczną odległość miała wybuchnąć z ogromną siłą, roznosząc zaporę na Podwalu. Powstańcy pokrzyżowali te plany. Czy zatem określenie „czołg-pułapka” jest zupełnie nieprawdziwe?

        – „Ani czołg, ani pułapka. Niemcy podrzucili podpalony stawiacz min. Może liczyli na to, że Polacy zaczną przy nim manipulować i sami wysadzą barykadę” – odpowiada Mariusz Komacki, ekspert od uzbrojenia. – „Stało się inaczej. Powstańcy, którzy jeździli tym pojazdem po Starówce, musieli przy pokonywaniu przeszkody u zbiegu Podwala i Kilińskiego złapać za dźwignię. To spowodowało zsunięcie się ładunku i uruchomienie zapalnika czasowego. I tyle” – pisze Tomasz Urykowski w artykule pt. „Rocznica wybuchu na Kilińskiego” z okazji 61. rocznicy Powstania Warszawskiego.

        A Witold Piasecki, pseudonim Wiktor, będący pirotechnikiem Batalionu „Gustaw” oraz świadkiem tego tragicznego w skutkach wybuchu, „zna niemal każdy szczegół. Godzina po godzinie odtwarza wydarzenia tamtego feralnego dnia, wciąż bada, mimo upływu tylu lat, tamto wydarzenie z niedzieli, 13 sierpnia 1944 roku, by – jak mówi – dać świadectwo prawdzie. I on, Witold Piasecki, ma własną teorię: – Analizowałem zachowanie wroga. Niemcy mogli od razu zniszczyć ten pojazd, np. strzelając do niego z czołgu, i nie dopuścić do przejęcia go przez powstańców. Oni jednak woleli, żeby stawiacz min został wprowadzony na Starówkę. Przerwali ostrzał, by więcej ludzi wyszło na ulice oglądać ‘zdobycz’. W tym czasie celowo zmienili ją w pułapkę”. I tylko z tego powodu zginęło od 200 do 300 osób – jak podają różne źródła.

 

XXXIII 

        – Tak jest, towarzyszu majorze! – przytaknął porucznik Radziejowski. – Oczywiście, natychmiast, według rozkazu! – dodając, przybił obcasami jak rasowy wojskowy i natychmiast po powrocie do swojego „gabinetu” będącego tylko zwykłą celą na drugim piętrze, wezwał do siebie oddziałowego.

        – Boruta, pójdziecie na „siedemnastkę” i przyprowadzicie mi tu tego, jak mu tam, Dzięcioła czy Wróbla...

        – Na „siedemnastce”, obywatelu poruczniku, siedzi tylko Szczygieł... Roman. 

        – No właśnie, o tego ptaszka mi chodzi. 

        – Rozkaz! 

        Zadzwonił telefon. Radziejowski natychmiast podniósł słuchawkę: „Słuchajcie poruczniku, przed skierowaniem go na ‘wyjściówkę’ nie zapomnijcie żeby podpisał wam zobowiązanie o całkowitym zakazie opowiadania komukolwiek tego wszystkiego, co tu widział za swojego pobytu!”.

        – A, przepraszam towarzysza majora, a jakby w razie czego nie chciał podpisać, to co wtedy mam...

        – Tylko idiota by nie podpisał. 

        – Tak, ale on już trzy razy odmawiał... 

        – Poruczniku, czy wy jesteście dzieckiem, czy co?! To sami podpiszecie, a służba wartownicza weźmie go za dupę i odstawi za bramę! Proste?!

        – Tak jest, towa... 

        Porucznik zapatrzył się w okno, przez które przezierał skrawek ołowianego nieba. Z lubością rozmyślał o czekającej go dziś po południu randce z Marylą, córką, co prawda, przedwojennego oficera, ale jakie to mogło mieć znaczenie, że właśnie ona, a nie inna z bardziej odpowiednim pochodzeniem społecznym, przypadła mu do gustu. Dziś właśnie umówili się na drugą randkę pod kinem „Moskwa” na najnowszy polski film „Warszawska syrena”, film cieszący się dużym powodzeniem, tak dużym, że po bilety ustawiały się kolejki wychodzące aż na ulicę Puławską. Był to bowiem pierwszy polski film „wyłamujący się z kategorii dotychczasowej”, tak zwanej, „twórczości socrealistycznej” lub „produkcyjniaków”, jak je powszechnie nazywano ze względu na tematykę produkcyjną, podnoszenia wydajności pracy jako remedium przyszłego „szczęścia całej ludzkości”. On, jako pracownik „resortu”, nie musiał stać w tych długich kolejkach, bo posiadał, jak się to kiedyś mówiło, carte blanche dla dwóch osób na dowolny film i dowolny spektakl teatralny czy estradowy. Oczywiście, nie wtajemniczał jej co do miejsca i charakteru wykonywanej przez siebie pracy, bo nie był jeszcze pewien tej swojej najnowszej sympatii, przynajmniej na razie...

        – Wejść! – zawołał, słysząc pukanie. Wprowadzono mu tego nieugiętego „Świątka”, jak powszechnie nazywano tu więźnia Szczygła Romana. Aż dziw, że jeszcze tu siedział do tej pory mimo zmian, nie tylko personalnych w całym więziennictwie, ale i w „górze”, skąd odeszło już w polityczny niebyt kilka wysoko postawionych figur... A ten tu wciąż „kiblował”, tak właściwie nie wiadomo, z jakich powodów, czy za pobicie partyjnego dostojnika szczebla powiatowego, czy też późniejszego demonstracyjnego szerzenia tutaj, w mokotowskim więzieniu, „religianctwa” i w ogóle za upartą „klerykalną” postawę. Wciąż odwlekano wypuszczenie go stąd, gdyż ciągle były „pilniejsze” przypadki osób, nierzadko bardziej niebezpiecznych dla władzy niż ten „wiejski przygłup”, za jakiego go brano. A ponadto, władza po dojściu do porozumienia z Kościołem, nie za bardzo miała podstawy do karania tych wszystkich religijnych „fanatyków”, a za takiego bez wątpienia uchodził ten cały Szczygieł.

        – Siadajcie – powiedział „śledź” Radziejowski, wskazując mu taboret. – Bliżej! 

        „Romcio” ociężale podniósł „mebel” i podejrzliwie patrzył na tego paniczyka, który mu wcale nie pasował do żadnej kategorii dotychczas spotykanych „urzędasów”, bo po pierwsze, to już z samego „wyglondu” nie pasował do tych wszystkich „śledzi”, bo i za młody i za bardzo elegancki, i za inteligentny był... ogólnie nijak nie pasował do „tego wszystkiego”, a i ta robota, co ją tu wykonywał, też nijak do niego nie pasowała...

        – Przejdźmy do rzeczy, Szczygieł – powiedział śledczy, spoglądając ukradkiem na zegarek, a potem w jego papiery. 

        – Zadam wam tylko kilka pytań, a wy mi odpowiecie na nie krótko i rzeczowo. Zgoda, Romanie Szczygieł? 

        Więzień odpowiedział tylko wzruszeniem ramion, jakimś takim dziwnym ni „tak”, ni „nie”.

        – Zgoda czy nie? 

        – Zależy. 

        – Zależy, co? 

        – Zależy, co znowu ode mnie chceta. 

        – W porządku. A więc, po pierwsze: czy czujecie skruchę za wasze przewinienia wobec władzy ludowej? A po drugie, że jak już stąd wyjdziecie, to macie dożywotni zakaz opowiadania komukolwiek o tym, coście tu w czasie całego waszego pobytu widzieli i słyszeli. Zrozumiano? Odpowiadajcie „tak” lub „nie”! Bo nie mam teraz czasu na żadne wasze sofistyczne, znaczy się, pokrętne wypowiedzi. No więc, czujecie skruchę czy nie?

        – Znaczy sie? 

        – Czy żałujecie tych swoich czynów, za które trafiliście do tego więzienia? Chyba wyrażam się wobec was dostatecznie jasno...

        – To już wiem, że wam się rozchodzi o tego partyjnika, co to z łapami doskoczył do naszego ojca, a może sie panoczkowi rozchodzi...

        – Cholera! Dziad swoje, a baba swoje! Szczygieł... – śledczy przerwał nagle i spojrzał zniecierpliwiony na zegarek. – Żałujesz czy nie?! Odpowiadaj!

        – C h i b a tak. 

        – Chyba czy na pewno?! 

        – Wychodzi na to, że i żałuje, bo żem m ó g mu dołożyć po cichu jak n i k nie widział... Znowuż, jak sie rozchodzi o te moje modlenie sie pod c e l o m, to ani troche nie żałuje! Bo, po prawdzie, każden co zdradza świętą wiare to...

        – Przestań z tą swoją wiarą! Szczygieł, człowieku upominam cię, nie doprowadzaj mnie do szału! Tak na dobrą sprawę, z grubsza mówiąc, to cała ta wiara to jedna wielka dewiacja! A najlepszym przykładem to jesteś ty sam, Szczygieł! – krzyczał porucznik, ukradkiem spoglądając na zegarek. – Powiedz mi tylko jedno! Czy chcesz wrócić do domu, czy wolisz dalej „kiblować”?

        – Ma sie rozumieć. 

        – Co sie ma rozumieć?! 

        – No, że wole iść do domu, bo tu już nijak nie można wysiedzieć. 

        – Dobrze, wobec tego podpiszecie mi tu... o tu, na dole, zgodę, że po opuszczeniu Mokotowskiego Zakładu Karnego zachowacie całkowitą dyskrecję na temat wszystkich aspektów waszego tutaj pobytu...

        – Znaczy sie, żebym dokoła, różnym ludziom nie gadał, czy tak? 

        – Tak! 

        – No, to podpisze, jak se panoczek życzą, ale jakby tak mnie kto ważny zapytał, choćby i taki ksiądz proboszcz Galiński z naszej parafii czy kto inszy... a najbardziej nasz tatulo czy i mamusia, to też mam nie gadać?

        – Nikomu! Jasne?! 

        – No, to ja nie podpisze, bo taka przysięga to wcale nie pasuje, bo ona jest nieżyciowa na mój rozum.

        Radziejowski, bębniąc palcami w blat biurka, patrzył na tego wiejskiego kretyna albo tylko „chłopka-roztropka”, którym to terminem jego dziadowie, a także i rodzice określali wiejskich mędrków spośród wieśniaków zapamiętanych przez siebie z dzieciństwa, kiedy mieszkali w ich rodzinnym majątku na nie tak odległych Kresach, dziś już będących za wschodnią granicą Polski. Spojrzał jeszcze raz na zegarek i skonstatował, że jeśli nie zakończy tej sprawy w ciągu kwadransa, to może nie zdążyć na randkę.

        – Słuchaj Szczygieł, nie mam czasu na dyskusje z tobą. Podpiszesz się tu, na tej kartce u dołu, poświadczając jednocześnie, że śledztwo w waszej sprawie jest skończone, a cały ten pobyt tutaj zostaje wam wliczony w poczet kary i jeszcze dziś zostaniesz zwolniony. Proszę bardzo! – powiedział, podsuwając mu kartkę papieru, kałamarz i pióro o zabrudzonej atramentem obsadce.

        – Ale co ja mam podpisywać, jak tu nie ma co – powiedział „Romcio”, oglądając dokładnie czystą kartkę.

        – Już ty się nie kłopocz za bardzo! Mnie jest potrzebny tylko twój podpis, który zostanie dołączony do akt i sprawa będzie zamknięta raz na zawsze!

        – Cóś mi toto w y g l o n d a za bardzo nie tak... 

        – Co ci znowu nie pasuje?! 

        – No to, podpisywanie gołej kartki... bo jak potem ktoś cóś wstawi nie tak i tu będzie mój podpis, to nawet jak z tego więńźnia wyjde, to kiedyś znowu sie mogom do mnie przyczepić... A podpis to każden musi szanować. No i dlategoż nie myśle, żeby wam tu podpisywać te kartke niezapisaną.

        Śledczy gorączkowo przerzucał papiery zebrane w tekturowej teczce z napisem: SZCZYGIEŁ, ROMAN s. Józefa i Rozalii z d. Rosiak, aż wreszcie znalazł jeden jedyny jego podpis zrobiony niewprawną ręką półanalfabety. Na formularzu „Zobowiązanie o zachowaniu ścisłej tajemnicy przez więźnia opuszczającego Zakład Karny na podst. Rozporządzenia Ministra Bezpieczeństwa Publicznego, numer... z dn...” naprędce wstawił jego dane i wziął się za podrabianie podpisu, a kiedy miał już to wszystko gotowe, podpiął formularz do akt i zawiązawszy tasiemki teczki wsadził ją do szafy pancernej.

        – Ruszamy – powiedział, rozkazując mu jeszcze założyć, nie wiadomo po co, ręce na kark i iść przed sobą.

        Po przekroczeniu otwierających się przed nimi krat i minięciu strażników-odźwiernych wyszli na dziedziniec. Salutowano mu przepisowo. Obywatel porucznik Radziejowski, pracując tu od niespełna roku, wciąż sądził, że jego powołaniem była palestra, ale z czasem coraz bardziej przyzwyczajał się do roli śledczego, zatrudnionego nie byle gdzie, bo w samym ministerstwie, już teraz przemianowanym na Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Adwokaturę wymarzył sobie jeszcze na początku studiów, ale marzenia marzeniami... są piękne, dopóki nie zostaną zrealizowane, a teraz, jako wciąż jeszcze młody, bo dwudziestoczteroletni pracownik resortu, otrzymawszy stopień porucznika, czuł się kimś ważnym i uwierzył, że mimo wszystko, tu jest na swoim miejscu, jest kimś, z kim się liczą nie tylko podwładni, ale i przełożeni, bo sprawiał na nich wrażenie zasługującego na zaufanie „góry”. A ci ludzie dobrze wiedzieli, na kogo stawiać, żeby system, mimo chwilowych niepowodzeń, zwanych eufemicznie „błędami i wypaczeniami”, mógł dalej funkcjonować. A Maurycy Radziejowski był na tyle inteligentny i na tyle bez skrupułów, żeby przyjąć propozycję (oczywiście nie na zawsze) w „resorcie” lub w „organach”, jak potocznie nazywano Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego, którego nazwę zmieniono, a gdzie on funkcjonował jako oficer dochodzeniowy. Kiedyś, z czasem, być może, zajmie się wymarzoną przez siebie adwokaturą. Z czasem, być może...

        Spojrzał jeszcze raz na zegarek, kiedy byli już nieopodal portierni, a ów przyprowadzony tu więzień stał wciąż z podniesionymi rękoma, trzymając w jednej zszarganą kapotę, a w drugiej nie mniej zniszczone buty z cholewami.

        – Ręce możecie już opuścić! I ruszajcie się żwawiej, bo nie mam czasu! 

        Weszli do ogólnego pomieszczenia portierni, gdzie przystąpiło do nich dwóch strażników. Po dokładnym zapoznaniu się z pismem stwierdzającym „permanentne zwolnienie więźnia, takiego to a takiego, urodzonego, syna...” i po zerknięciu na służbową legitymację śledczego, w asyście jednego z wartowników ruszyli do głównej bramy. Wartownik, przed otwarciem drzwi w ogromnych wrotach bramy, spojrzał w wizjer, a potem uchyliwszy te ciężkie, okute drzwi rozejrzał się jeszcze w lewo i w prawo, jakby sprawdzając, czy ci dwaj, opuszczający więzienie, będą bezpieczni na ulicy. Kiwnąwszy głową, niedbale zasalutował śledczemu.

        Porucznik Maurycy Radziejowski poprawił krawat i ruszył szybkim krokiem w stronę Puławskiej, gdzie pod kinem „Moskwa” z pewnością czekała już na niego Maryla, a Romek Szczygieł stał jeszcze przez chwilę bezradny, oszołomiony tą nagłą odmianą losu, a także oszołomiony rześkim powietrzem pachnącym intensywnie zielenią i wilgocią po przelotnym deszczu. I pamiętał o ostrzeżeniu, które dał mu przed laty kapitan „Żar”, pan Zygmunt, mówiąc: „A, jak już znajdziesz się za murem, na Rakowieckiej, na tej najdłuższej w Warszawie ulicy, to się broń Boże nie oglądaj za siebie, a przedtem nie mów nikomu stąd do widzenia. Pamiętaj Romciu”! A on zapytał jeszcze o tę ulicę, tę Rakowiecką, jak ona musi być długa, że jest najdłuższa w całej Warszawie, i usłyszał odpowiedź: „Bo prowadzi z jednej strony do Moskwy, a z drugiej do Niepodległości”.

        – A na Płochocin to będzie w którą stronę? – zapytał jakiegoś przechodnia, który popatrzył na niego z chwilową zadumą, jak się patrzy na dziwnego przybysza z innej cywilizacji.

        – Tam – pokazał ręką na zachód. 

        – Tam, gdzie Dworzec Zachodni, za Ochotą. Romek, w pasującej teraz na niego, ale niemal rozłażącej się kapocie i butach nieco go uwierających, ruszył we wskazanym kierunku, w kierunku Alei Niepodległości.

        Pułkownik Józef Strużański przeczuwał, że tym razem nie uda mu się tak łatwo wywinąć, albo przynajmniej jakoś udobruchać Bradkiewicza, zwłaszcza że ten sam robił wszystko, żeby utrzymać się jakoś na powierzchni. Na przykład, na ostatnim plenarnym posiedzeniu Komitetu Centralnego zabrał głos w toczącej się dyskusji nad bardziej sprawnym wdrażaniem w życie całego narodu tez i postulatów proponowanych przez Partię, jako przewodnią siłę całego polskiego społeczeństwa, w celu szybszego wprowadzenia socjalistycznych przemian. I choć towarzysz minister swój pomysł-propozycję rzucił tylko „hasłowo”, a w sumie był to bardzo ważny postulat walki z „wodzirejstwem” w ogólności, na co jednak zareagował sam towarzysz Bierut, zachęcając towarzysza ministra do rozwinięcia postawionej tu, na plenum, sprawy, „która mogłaby stać się nawet tezą, kto wie, kto wie...” – zakończył swoją wypowiedź aprobującą, na razie tylko jako wniosek postawiony przez towarzysza Bradkiewicza, i następnie poprosił o rozwinięcie „w tym temacie”. Na co towarzysz minister skwapliwie przytaknął i wyłożył swój pomysł do oceny zgromadzonych tu członków. A sprawa była banalnie prosta i wcale nie taka znowu prekursorska, mająca zastosowanie od dawna w wielu bratnich krajach socjalistycznych, zwłaszcza w wielkim (bez wątpienia) Związku Radzieckim, czyli Kraju Rad – jak się wielu z sentymentem wyrażało o Sowietach... Otóż Bradkiewicz chciał poddać nadzorowi, przez Ministerstwo Bezpieczeństwa Publicznego, każdego osobnika wykazującego choćby nieznaczne tylko cechy przywódcze. Projekt ten obejmowałby wszystkie grupy wiekowe, począwszy od szkół średnich, organizacji młodzieżowych, poprzez wszystkie miejsca pracy, aż po osoby w wieku emerytalnym, lecz wciąż jeszcze sprawne umysłowo i fizycznie – wszyscy oni poddani byliby dokładnej obserwacji.

        Po nakreśleniu ram tego projektu, towarzysz minister otrzymał gratulacje od samego towarzysza „Tomasza”, czyli „Gospodarza”, który uśmiechając się, jak zwykle dobrotliwie, po gospodarsku, zaczął bić brawo. Podchwycono to bezzwłocznie i cała sala biła brawo, nie wyłączając samego obiektu tego aplauzu – Bradkiewicza, stojącego skromnie ze spuszczoną głową i tylko co chwila spoglądającego ukradkiem na towarzysza Przewodniczącego Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, a wcześniej Prezydenta nowej Polski, Rzeczypospolitej Ludowej, kolejnego efektu harców Historii... A gdy po długotrwałym wiwatowaniu Bierut dał nagle znak, że już wystarczy tego „entuzjazmu”, sala zaczęła momentalnie cichnąć, przypominała tym ciszę, jaka nastaje zazwyczaj po gwałtownej a krótkotrwałej ulewie, kiedy słychać tylko pojedyncze oklaski niczym ostatnie krople deszczu. I zrobiło się kompletnie cicho. „Gospodarz” jeszcze raz skinął na Bradkiewicza, co odczytane zostało jako najwyższy dowód uznania, po czym poprosił o przejście do następnego punktu narady plenarnej.

        Tymczasem Bradkiewicz, podbudowany jawnym przecież poparciem samego towarzysza „Tomasza”, był pewien, w stu procentach pewien, że nie padnie ofiarą „czystki” jak choćby jego pierwszy zastępca, towarzysz Tomasz Tomkowski czy towarzysz Antoni Purygin, a także inni, którzy nagle przestali już być towarzyszami i z dnia na dzień stali się nikim, obejmując zupełnie podrzędne stanowiska, co prawda ciągle kierownicze, ale bez żadnego znaczenia, na przykład zatrudniani byli w Państwowych Gospodarstwach Rolnych czy jakichś mało ważnych komisjach do spraw takich czy siakich.

        Od prawie czterdziestu minut pułkownik (Goldstein) Strużański stał pod ścianą w korytarzu, czekając na wezwanie sekretarki wciąż panującego ministra Bronisława Bradkiewicza. Stał, przestępując z nogi na nogę, bojąc się oddalić, pełen złych przeczuć, obaw, że jeśli teraz nie uda mu się uratować własnej skóry, to później może być jeszcze gorzej. Była to dla niego długa chwila zastanawiania się nad swoją dotychczasową karierą. W żaden sposób nie mógł zrozumieć, że po tylu latach, jak by nie było, wiernej służby, nagle przyjdzie mu spełnić rolę kozła ofiarnego. Dlaczego właśnie jemu? Nie mógł tego pojąć w żaden sposób i teraz postanowił zagrać z Bradkiewiczem w otwarte karty. Przynajmniej pozostanie mu, choćby i wątpliwa, ale zawsze satysfakcja... Wreszcie usłyszał wzywającą go zza swojego biurka sekretarkę, wyjątkowo pewną swojej tu pozycji, a teraz wręcz chamską w stosunku do niego, wciąż przecież jeszcze pełniącego funkcję dyrektora Departamentu Śledczego w randze pułkownika, w najważniejszym w państwie Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego...

        – Halo! Jesteście tam?! – wrzasnęła na cały głos, mimo iż stał przy samych drzwiach. – Wołam was i wołam, a wy nic! Towarzysz minister chciał was widzieć!

        Wszedł bez słowa i odruchowo zapukał we framugę drzwi obitych imitacją skóry tworzącej grube poduchy mające za zadanie wytłumienie wszelkich ewentualnych odgłosów dochodzących z korytarza, drzwi gabinetu Bradkiewicza, i kiedy był już w środku, stanął przepisowo na baczność niczym szeregowy przed kapralem.

        – Ach, nareszcie jesteście pułkowniku Gol... Strużański! Dlaczegoż to każecie na siebie tak długo czekać, co? – powiedział na powitanie minister, co z kolei wywołało zdziwienie u pułkownika, wciąż zesztywniałego w postawie na baczność. – Czy chociaż domyślacie się, po co was do siebie wezwałem?