Goniec

Register Login

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (40)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

AntczakWojciech        – No, ogólnie, domyślam się, ale jakby towarzysz minister był tak uprzejmy, to... 

        – Słuchajcie Goldstein, otóż mam wam do zakomunikowania wiadomość, że źle się dzieje! A nawet powiedziałbym, że jeszcze gorzej! – ostro wystartował ten przebiegły lis, ciągle jeszcze minister walącego się resortu, to znaczy, walącego się pozornie, raczej odpowiednie byłoby określenie „przewietrzanego” resortu, wobec nadchodzącego „nowego”, bo stare metody nie zdawały już egzaminu. 

        – Tym razem, pułkowniku Strużański, przebraliście już miarkę! I odpowiecie za to wszystko po linii służbowej i po linii, że się tak niezbyt ładnie wyrażę... kryminalnej – Bradkiewicz podkreślił ostatnie słowo.

        – Słu... słu... cham? – pytał, jąkając się. 

        Nieznośny ból w okolicach lewej skroni, niczym rażenie prądem, dawał o sobie znać, jak zawsze w chwilach nagłego i silnego zdenerwowania. Ponadto zaczął się gwałtownie pocić, co nigdy przedtem nie miało miejsca. Na domiar złego ogarniała go jakaś dziwna słabość, jakby za chwilę miał całkiem oklapnąć, właśnie teraz, w takim momencie, kiedy powinien był się bronić...

        – Tak, słuchajcie uważnie! Po pierwsze, dlaczego nie informowaliście mnie o prawdziwym przebiegu tych wszystkich śledztw, tylko mi tu jakieś niestworzone dyrdymały opowiadaliście?! No i te wasze raporty! Na szczęście mam je wszystkie u siebie, jako rzeczowy dowód waszych kłamstw! To są istne androny mające sprawiać wrażenie bardzo dokładnych przesłuchań. Tymczasem wy pozwalaliście sobie, pułkowniku Goldstein... Strużański na... na ordynarne zmyślanie, konfabulacje jakieś! A żeby nie być gołosłownym, to chciałbym wam tylko przypomnieć tę niedawną sprawę przez was osobiście prowadzoną, a mianowicie sprawę Hoffmanowej Wandy, żony tego nieszczęsnego towarzysza Henryka Jotko, który zwariował, a potem powiesił się w piwnicy swojego domu... Nie to jest jednak najważniejsze! Ale to, że wy jako mający nadzór nad śledztwem, po pierwsze, dopuściliście do rozległych obrażeń ciała tejże Hoffmanowej, a co najgorsze, dokonaliście na niej i na tej drugiej, jakże jej tam było... – powiedział, zaglądając w papiery. – Tak, zgadza się, na towarzyszce Reginie Widlińskiej... Dokonaliście na nich obu chamskiego, wręcz zwierzęcego gwałtu, niczym knur na świniach. To z kolei doprowadziło jedną do samobójczego skoku z okna trzeciego piętra placówki powierzonej wam do nadzoru – mówił podniesionym głosem minister. – A drugą do... do... mniejsza z tym! Obie one złożyły oddzielne skargi na piśmie do Kontroli Partyjnej – kłamał Bradkiewicz – a wy nic nawet nie wiedzieliście na ten temat, co?! 

        Ponadto, nie są to tylko te dwa odosobnione przypadki, mam na was niezbite dowody, że dopuściliście się więcej takich wyskoków na drodze płciowej! Mimo że te pozostałe, gwałcone przez was kobiety nie składały żadnych skarg na piśmie jak tamte dwie, to i tak będziecie za to odpowiadać! Gwałt, nie tylko moralny, ale i fizyczny, zadawaliście tym wszystkim kobietom! I coście zrobili z tego więzienia, tam na Mokotowie! Skrzyżowanie burdelu z Gestapo! – krzyczał Bradkiewicz. – Albo jeszcze gorzej! Gwałt, nie tylko moralny, zadawaliście tym kobietom, ale i fizyczny! Czy wy, Goldstein, pomijam już aspekt, że jesteście w Organach nie od dziś i na dodatek jesteście, jak by nie było, człowiekiem żonatym! Nie mogliście korzystać choćby z usług jakichś prostytutek zawodowych czy innych, pospolitych kurew, tylko musieliście się jak zboczeniec zabierać właśnie do żon byłych towarzyszy partyjnych, którzy akurat popadli w niełaskę, nie tylko przez swoje własne błędy! Co?! Pytam się was, co macie mi do zakomunikowania w tej sprawie, a?!!! – zakończył czerwony ze złości Bradkiewicz.

        – Otóż, towarzyszu mi... mi... nistrze – jąkał się pułkownik. – Ja, jako odpowiedzialny za powierzony mi odcinek mojej dotychczasowej pracy, starałem się wywiązywać jak najsumienniej z powierzonych mnie osobiście obowiązków służbowych. Zaś co do stawianych mi zarzutów gwałtów na tle seksualnym, to spieszę wam wyjaśnić, że te dwie kobiety, znaczy się Hoffmanowa Wanda i Widlińska Regina, to... to one same mnie, że się tak wyrażę, zaproponowały kontakty cielesne, no i ja, jako sprawny ciągle jeszcze mężczyzna, sami rozumiecie, towarzyszu ministrze... nie byłem w stanie wobec nawału zajęć, przy tak wyczerpującym przerobie spraw, poskromić w sobie chęci choćby chwilowego rozładowania napięcia psychicznego, towa... rzyszu mi... minis...

        – Dość tych bzdur, pułkowniku Strużański! W końcu, na was, jako na dyrektorze departamentu pionu śledczego, spoczywała ogromna odpowiedzialność! Nie zaprzeczycie, że was nie raz ostrzegałem, ba, prosiłem, żeby stosować praworządne metody... Ale wy nie słuchaliście moich dobrych rad... Zresztą nie wy jedni, pułkowniku Strużański, no i teraz za swoje błędy, a wręcz kryminalne przewinienia odpowiecie przed sądem! A tymczasem, jako prowadzącego, zdejmuję was ze śledztw, wszystkich! A na okres przejściowy mianuję na wasze miejsce majora Gawrona Władysława. A co dalej, to będziecie poinformowani w najbliższym czasie, bo śledztwo w waszej sprawie zostało już wszczęte! Aha, jeszcze jedno. Nie oddalajcie się zanadto, by mieć was w razie czego w zasięgu ręki. Zrozumiano, pułkowniku Strużański?

        – Tak jest, towarzyszu ministrze – odpowiedział, patrząc niedowierzająco na Bradkiewicza pochylającego się nad papierami i udającego przed nim nagle bardzo zajętego.

        – Możecie się już odmeldować! – dopowiedział minister.

        Jego dni jako ministra bezpieczeństwa były też już policzone, a także i samego ministerstwa w obecnym kształcie, które niebawem przemianowano na Ministerstwo Spraw Wewnętrznych.

XXXIV 

        Z powodu tej wielkiej tragedii, jaka spadła na Stare Miasto w niedzielę, 13 sierpnia, wiele osób włączało się spontanicznie w pomoc udzielaną rannym i tym wszystkim, którzy zostali bez mieszkań, bez jakiegokolwiek schronienia, bez najbliższych. Wybuch silnego ładunku zamocowanego na podrzuconej przez nieprzyjaciela tankietce był strasznym ciosem, szczególnie dla osób cywilnych, niebiorących bezpośredniego udziału w walkach, a i wśród powstańców ta masakra niedzielna wzbudziła ambiwalentne uczucia. Jednych mobilizowało to do stawiania jeszcze bardziej zaciętego oporu, a innych przygnębiło do tego stopnia, że refleksja nad zasadnością i sensem dalszej walki nie dawała im spokoju, zwłaszcza że stojący za Wisłą Rosjanie nie kwapili się do pomocy Powstaniu, a zachodni sprzymierzeńcy, zwłaszcza Amerykanie, też nie wykazywali zbyt wiele inicjatywy jak na swoje imperialne możliwości. 

        Dla wielu była to wielka próba wiary, nadziei i... miłości.

        Ich noc poślubna, chcąc, nie chcąc, została odłożona na bliżej nieokreślone „później”, gdyż jeszcze tego samego wieczoru, mimo udzielonego mu wcześniej dwudniowego urlopu, Stanisław został pilnie wezwany do dowództwa zgrupowania, a Lucyna w kilkanaście minut po wybuchu znalazła się w „swoim” szpitalu przy ulicy Długiej, niedaleko miejsca, gdzie doszło do tragedii dopełniającej nieszczęść spotykających tę staromiejską dzielnicę niszczonej systematycznie Warszawy. Powstańcze szpitale, i tak przepełnione rannymi ponad swoje możliwości, musiały przyjmować w pierwszej kolejności tych najciężej rannych, dla których brakowało środków znieczulających, bandaży i leków, a także narzędzi chirurgicznych, a wkrótce i bieżącej wody. Lekarze i pielęgniarki oraz cały personel pomocniczy powstańczych szpitali, wszyscy oni byli już u kresu wytrzymałości fizycznej i psychicznej, i gdyby nie ich silna wiara, dla wielu czytających i słuchających na świecie skąpych doniesień z walczącej już drugi tydzień Warszawy, ten opór warszawiaków był wręcz niepojęty! A ich trzymała tylko wiara i nadzieja, że ten cały trud, jeśli tylko przeżyją, nie pójdzie na marne, bo ceną, jaką przyszło im teraz płacić, jest życie w przyszłej, wolnej Polsce! I to właśnie nie pozwalało im wszystkim i tym walczącym, i tym niosącym pomoc rannym, skapitulować, poddać się w tej, bez wątpienia straceńczej walce z siłą o wiele większą niż przypuszczali przed podjęciem tejże walki.

        – Spotkamy się u państwa Brzozowskich na Piwnej – Lucyna powiedziała to bez zastanowienia i zaraz dodała: – A gdyby, nie daj Bóg, było to niemożliwe, umówmy się, że zostawimy wiadomość w katedrze u księdza.

        Oboje wiedzieli, że przecież wobec nacierającej na Stare Miasto niemieckiej nawały z trzech stron i to może być nierealne. Patrzyła na niego ufnie, jak tylko ufnie może patrzeć zakochana niewiasta na swego mężczyznę, który bez wątpienia „wszystko może”. Ale czy na pewno „wszystko”?

        – Staszek! Kochany, uważaj na siebie. Proszę cię! W tym całym zamieszaniu nie podałam ci swojego pseudonimu. Jestem „Sosna” od „Gustawa”, nie zapomnisz?

        – Jakże mógłbym zapomnieć, przecież sosna to moje najukochańsze drzewo! – odkrzyknął.

        A ona poczęstowała go tylko tym swoim uśmiechem-słodyczą i odwróciwszy się, żeby znowu nie okazać mu słabości i nie rozryczeć się jak zwykła, sentymentalna baba, ruszyła żwawo w kierunku Długiej. Patrzył za nią zgrabnie przeskakującą resztki ram okiennych, kawałki muru i inne rzeczy porozrzucane po całej ulicy, a nieuprzątnięte jeszcze po tej straszliwej eksplozji, od której cała Starówka nie mogła ciągle jeszcze dojść do siebie.

        Kilku pilotów z eskadry komandora Arciuszkiewicza nie miało, o dziwo, wyznaczonych na tę noc żadnych zadań bojowych, a latali wtedy najczęściej nad Niemcy, Austrię, czasami nie dalej niż tylko nad Jugosławię... I wtedy wbiegł do kantyny „Mały Franek” i rozradowany jak dziecko, czochrając tę swoją niesforną czuprynę, wykrzyknął: „Panowie! Chłopaki! Warszawa bije Szwabów!”. A oni spojrzeli na niego, jak się spogląda na kogoś, kto właśnie „gdzieś-tam, coś-tam” usłyszał i nim przybiegł, żeby oznajmić to innym, po drodze dołożył od siebie, ze względu na „chciejstwo” dręczące ich wszystkich, walczących od dłuższego już czasu tu, poza Polską, i kiedy wykrzyczał wreszcie tę ważną wiadomość, stojąc nieruchomo z rozdziawioną gębą, teraz czekał na ich reakcje, a wtedy podszedł do niego zwalisty kapitan Śliwiński i patrząc nań, zastanawiał się, czy „Mały Franuś” czasami „nie dał sobie za bardzo w szyję”, zapytał z tym swoim śląskim akcentem: „Chopie, a tobie co to sie w głowa stało?! Nie widza, a i niucham, ale nic nie czuje, żebyś ty choć trocha...”. Na co odpowiedział: „Niech mnie kule... panowie, słyszałem w radio! 

        BBC podawało... przed chwilą, może jeszcze mówią!” – bijąc się w pierś, przysięgał ten ich kolega, porucznik-pilot Franciszek Białek, warszawiak „od dwóch i pół pokolenia”, jak mawiał o sobie, bo prababka ze strony babki jego matki była... – tu się zacinał i jakby ze wstydem dodawał – była... krakowianką, czyli tylko zwykłą „krakuską”.

        Wiadomość o wybuchu Powstania w Warszawie dotarła do nich, pilotów stacjonujących w brytyjskiej bazie w Brindisi, wraz z wiadomościami BBC nadawanymi wieczorem, drugiego sierpnia. A w kilka dni później na polecenie samego Winstona Churchilla, zaczęły się loty z zaopatrzeniem dla walczącej Warszawy.

        Z bazy w Brindisi na południu Włoch i z dwóch innych niezbyt odległych od Brindisi baz, Campo Casale i z Latiano, startowały samoloty, nie tylko z ładunkami bomb przeznaczonych do niszczenia pozycji niemieckich, ale też z pomocą dla powstańczej Warszawy, głównie z bronią i amunicją, żywnością i lekami – tym co niezbędne było do utrzymania walk w... piekle, jakim stawało się z każdym dniem toczącego się Powstania to ponadmilionowe miasto w środku Europy. Ale oni, tu we Włoszech, walczący w brytyjskim Royal Air Force, pod rozkazami Anglików, nie wiedzieli jeszcze o tym. Dopiero, kiedy lecieli ku niej i dopóki z wysokości dziesięciu tysięcy stóp nie zobaczyli ogromnego kotła spowitego kopułą gęstego dymu, w środku którego płonęły domy, dopiero wtedy przekonywali się naocznie o powolnym konaniu Miasta, nazwanego Miastem Nieujarzmionym, a po Jego odbudowie przez cały naród, stało się Miastem Zmartwychwstałym.

        Już z bardzo daleka widać było miejscami płomienie o barwie rdzawej, stonowanej czerwieni przypominające najpierw małe, a potem coraz większe ogniska i tak było prawie do połowy sierpnia, aż wreszcie Warszawa widziana z góry w czasie nocnego lotu, widziana z odległości nawet kilkudziesięciu kilometrów przypominała gigantyczną, krwawą ranę... Tak wyglądała w sierpniu czterdziestego czwartego stolica ich, od prawie pięciu lat niewidzianej, Ojczyzny. Bo później, po upadku Powstania, palona systematycznie przez Niemców zamieniła się już w morze ognia...

        Z początkiem sierpnia, dokładnie z 4 na 5, odbył się pierwszy lot z Brindisi do Polski samolotów 1586. polskiej, niezależnej Eskadry do Zadań Specjalnych dowodzonej przez pana majora Eugeniusza Arciuszkiewicza. Lecieli wspólnie ze 148. Eskadrą składającą się z halifaksów i liberatorów. Z siedmiu samolotów zginęło aż 5 załóg RAF- u, a jeden z liberatorów, pilotowany przez polskiego kapitana, tylko cudem nie uległ rozbiciu i wylądował dziesięć metrów od morskiego brzegu z nieczynnymi dwoma silnikami i bez podwozia...

        A w tydzień później Churchill wraz z brytyjskim marszałkiem Smutsem doszli do wniosku, że most powietrzny pomiędzy Brindisi i Warszawą miał niewielką wartość pod względem wojskowym. Podobnie myślał też generał Mark Clark z amerykańskiej Piątej Armii stacjonującej we Włoszech. Dzięki naciskom polskiego rządu w Londynie, wręcz żądaniu zorganizowania pomocy walczącej Warszawie, premier Winston Churchill po konsultacjach z marszałkiem lotnictwa Slessorem, mimo wręcz pasywnej postawy Rosjan (Stalina), a na domiar złego niezgadzających się na lądowanie alianckich samolotów w swoich bazach celem uzupełnienia paliwa – Churchill osobiście podjął bardzo trudną decyzję – jak twierdzą niektórzy – dalszej pomocy Polakom walczącym w kraju, głównie z udziałem polskich ochotników i angielskiego sprzętu.

        Samoloty z brytyjskich baz we Włoszech w dniach 4-27 sierpnia 1944 roku wykonały w sumie osiemnaście nocnych lotów do Warszawy.

        W pierwszym dniu sierpnia lotnicy polskiej 1586. Eskadry do Zadań Specjalnych odpoczywali, a w kilka dni później ruszyli na pomoc Warszawie. Z końcem sierpnia przeżyła tylko jedna załoga!

        Od dziewięciu już dni trwały loty stąd, z Brindisi, nad Warszawę. Do pokonania w jedną stronę było ponad tysiąc trzysta kilometrów. Wylatywali tuż przed zachodem słońca ze względu na bezpieczeństwo, gdyż całą tę trasę i z powrotem zmuszeni byli pokonać nad terytorium opanowanym przez Niemców, a i tak nie było pewności, czy bezpiecznie dotrą nad Warszawę.

        Z Brindisi lecieli wprost nad Adriatyk, kierując się w stronę Chorwacji, w promieniach zachodzącego słońca, będąc już nad Węgrami, po przekroczeniu linii Dunaju, szerokim łukiem omijali Budapeszt od strony wschodniej ze względu na gęstą obronę przeciwlotniczą oraz patrolujące niemieckie myśliwce i dalej, wznosząc się w górę na wysokość do trzydziestu tysięcy stóp, lecieli na północny wschód nad Karpaty, gdzie zazwyczaj wpadali w letnie burze z nierzadko bardzo silnymi wyładowaniami atmosferycznymi. Wtedy za samolotami ciągnęły się bladobłękitne wstęgi płomieni idące od czubków skrzydeł i łopat śmigieł. Te niebieskie płomienie to były „ognie świętego Elma” – jak je powszechnie nazywano.

        Po pokonaniu gór, zniżając nieco lot, po zejściu poniżej dziesięciu tysięcy stóp, lecieli nad Kraków, jednakże omijając samo miasto. Narażeni byli na spotkanie myśliwców z Ośrodka Szkoleniowego Nocnych Pilotów Luftwaffe. Najwięcej zestrzeleń było w okolicach Tarnowa. Dalej lecieli już wzdłuż Wisły, kierując się wprost nad Warszawę. Dodatkową „niespodzianką” były sowieckie samoloty zwiadowcze, na które także trzeba było bardzo uważać, gdyż rosyjski „aliant” nie tolerował na „swoim” terenie innych niż swoje samolotów. Rosjanie byli nie mniej niebezpieczni od Niemców, co wprawiało w zdumienie i zakłopotanie Anglosasów, kiedy zazwyczaj było już za późno na jakikolwiek ratunek.