Goniec

Register Login

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (41)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

AntczakWojciech        Po dokonaniu zrzutów nad Warszawą natychmiast wracali do swoich włoskich baz, a gdy zrzut nie dochodził do skutku, lecieli na północ, za miasto i tam po uwolnieniu ładunku nad Puszczą Kampinoską, skręcali na zachód w stronę Pruszkowa i lecąc wzdłuż linii kolejowej, w pewnym momencie odskakiwali na południowy zachód ku Niemcom i Austrii. Po pokonaniu Alp w porannym słońcu docierali do Adriatyku, kierując się ku wschodniemu wybrzeżu Włoch, by około siódmej rano na resztkach paliwa wylądować w swej macierzystej bazie w Brindisi.

        Porucznik Franciszek Białek nie mógł się już doczekać, kiedy zostanie wyznaczony do upragnionego lotu nad swoją ukochaną Warszawę, którą był opuścił przed prawie pięciu laty, a której miał zaszczyt bronić przed niemiecką Luftwaffe we wrześniu trzydziestego dziewiątego. To jemu jako drugiemu udało się z pilotowanego przez siebie samolotu PZL P 11 bardzo poważnie uszkodzić niemieckiego dorniera (Do 17) nad Torami Wyścigów Konnych, niedaleko swojego domu, z czego, oczywiście, przez dłuższy czas był bardzo dumny. Ale prawdziwy powód do dumy z pewnością powinien mieć porucznik pilot Aleksander Gabszewicz ze 113. Eskadry Myśliwskiej, z Brygady Pościgowej, gdy pierwszego września około godziny siódmej rano jako pierwszy zestrzelił niemieckiego heinkla (He 111).

        Pod koniec września, w dzień po kapitulacji Warszawy, „Mały Franek” postanowił opuścić kraj i podjąć walkę poza jego granicami. Przez Rumunię dostał się do Grecji, gdzie przebywał prawie do Nowego Roku. W święta Bożego Narodzenia, uczestnicząc w mszy sprawowanej przez polskich księży w intencji Ojczyzny, gdy chór zaintonował pieśń „Boże coś Polskę”, podniósł się jeden, wielki i potężny śpiew przechodzący potem w zbiorowy płacz tych kilkuset uchodźców tam zebranych. Płakał i on, niczym dziecko oddzielone od matki. Płakali niemal wszyscy zgromadzeni na mszy Polacy. „Boże! Coś Polskę przez tak liczne wieki/Otaczał blaskiem potęgi i chwały/I tarczą Twojej wszechmocnej opieki/ Od nieszczęść, które przygnębić ją miały/Przed Twe ołtarze zanosim błaganie:/Ojczyznę, Wolność – racz nam zwrócić Panie...” – śpiewali, płacząc, a śpiew ich na przemian przygasał i wybuchał z nową siłą. Płakali z wielkiego i niewysłowionego żalu wobec losu, który właśnie ich pokoleniu przyniósł w udziale nieskuteczną obronę i w rezultacie kapitulację Ojczyzny i nową niewolę, klęskę tym bardziej bolesną, że byli przecież pierwszym pokoleniem wyrosłym w odrodzonej Rzeczypospolitej, w wolnej wreszcie, po ponadwiekowej niewoli, Polsce, ale co wcale nie znaczy, że ich orężny trud poszedł całkiem na marne. A teraz, jak wielu Polaków przed nimi, zmuszeni byli do jej opuszczenia, szukając możliwości walki z Niemcami poza krajem zaatakowanym dodatkowo od wschodu przez Sowietów 17 września, w niewiele ponad dwa tygodnie od niemieckiej agresji 1 września trzydziestego dziewiątego roku.

        Zaraz po Mszy Świętej, ocierając ukradkiem łzy, wstydząc się ich, mimo wszystko, że przecież jako mężczyzna i oficer, nie powinien był tak bardzo dać się ponieść emocjom. Patrzył na grupę chłopców pod ateńskim Akropolem grających w „nogę” dojrzałymi pomarańczami zamiast piłki, pomarańczami, które w jego kraju były bądź co bądź symbolem pewnego luksusu, a tu... grano nimi jak niegdyś on ze swoimi rówieśnikami grał piłką zrobioną ze szmat, „szmacianką”, zamiast piłki, na którą nie było ich stać.

        Tuż przed Nowym Rokiem wsiadł wraz z innymi Polakami na niewielki statek płynący z Pilos przez Morze Jońskie i Tyrreńskie ku Korsyce. Ze względu na sztormową pogodę przez kilka dni pozostali u wybrzeży tej wyspy i dopiero po uspokojeniu się morza z portu Bastia wypłynęli ku Francji. 

        Jeszcze tego samego dnia późnym popołudniem wylądowali w Tulonie, a stamtąd pociągiem pojechał do Lyonu, gdzie już następnego dnia trafił do francuskiego lotnictwa wojskowego w bazie Lyon-Bron. Po trwającym kilkanaście minut „przeszkoleniu” został przydzielony do dywizjonu myśliwskiego. Początkowo latał na dewoitine’ach (D-501), starych gratach niemających prawie żadnych szans z messerschmittami. 

        Samoloty, na których walczyli, miały za zadanie, między innymi, osłaniać stojące w hangarach nowoczesne dewoitine’y (D-520), znacznie szybsze i lepiej uzbrojone, z krytą kabiną, odpowiednie do walki z niemieckim napastnikiem.

        Później przeniesiono go do osłony Tuluzy, ale i tam nie zdążył dorwać się do szatańsko szybkich D-520-ek w porównaniu z „wołowatymi” „pięćsetjedynkami”. 

        Mieszkali w hotelu, w dobrych warunkach, nie czując tu zupełnie, że wokół toczy się wojna. 

        Miasto – jakoby w myśl zasady madame de Pompadour: „apres nous le deluge”... (żyjmy hucznie i wesoło) „a po nas choćby potop” – hulało dniami i nocami. Uspokoiło się dopiero po napłynięciu do Tuluzy sporej liczby uchodźców z północnej Francji i z Paryża, kiedy wojna zaczęła zbliżać się także i tu. Po przejściu przeszkolenia w Montpellier, część z nich trafiła do polskiego dywizjonu „Warszawskiego”, w którym latali na morane’ach-405, a w połowie maja porucznik Białek wraz z kilkoma innymi oficerami dostał przydział, jak na złość, na caudon-cyclone’y (C-714), ulegające częstym awariom i znacznie gorsze od morane’ów.

        W czasie przelotu z lotniska Dreux koło Paryża na lotnisko Bernaby koło Rouen, natknęli się na niemiecką eskadrę dornierów (Do-17), ale nie doszło do walki. Zawrócono ich do bazy, bo właśnie tego dnia, o czym oni jeszcze nie wiedzieli, Francja skapitulowała przed Niemcami. Jedyną teraz szansą dla nich wszystkich, polskich lotników, była Anglia, mająca najsilniejszą flotę morską w przeciwieństwie do lotnictwa, posiadającego niewystarczającą liczbę pilotów, nawigatorów i mechaników. W połowie lipca udało mu się przedostać na Wyspy Brytyjskie w nadziei walki ze wspólnym wrogiem odnoszącym wciąż spektakularne zwycięstwa nie tylko w Europie.

        Stali teraz przed barakiem odpraw i paląc papierosy, czekali na oficerów, majora Williama C. Conleya i kapitana Jerzego Gołębiowskiego („Gola”), a kiedy tylko zjawili się ci dwaj, zaproszono ich do środka, gdzie na ścianie rozpostarta była ogromnych rozmiarów mapa, na której wchodzący do sali odpraw piloci i nawigatorzy zauważyli grubą, czerwoną krechę ciągnącą się od dołu aż do góry mapy.

        – Nieźle – powiedział półgłosem kapitan Wiesław Witczak, wskazując oczyma mapę.

        Ta czerwona linia prowadziła dokładnie stąd, z Brindisi aż do Warszawy! To wtedy jeszcze raz porucznik Białek poczuł silny przypływ emocji. Wszystko było jasne, jeszcze dziś w nocy, jak wszystko dobrze pójdzie, będzie nad swoją ukochaną Warszawą! A innych, zwłaszcza Anglików, Kanadyjczyków czy Południowoafrykańczyków i Nowozelandczyków, ta trasa, w którą mieli wyruszyć jeszcze tego wieczoru, przyprawiała o mdłości. Przynajmniej dwanaście, jeśli nie więcej godzin lotu, co dla nich, latających przeważnie nad terytorium Jugosławii lub co najwyżej nad południowe tereny Niemiec i Austrii, wyprawa o tak dalekim zasięgu wydawała się im na pierwszy rzut oka jakimś nieporozumieniem, błędem, albo nawet i kpiną z nich. Dopiero, kiedy prowadzący odprawę kapitan „Gol”, mówiący powoli i dobitnie z silnym słowiańskim akcentem, i co jakiś czas uzupełniający jego instrukcje major Conley nie potwierdził tego, co widzieli przed sobą na mapie i jeszcze jedna, bardzo ważna informacja, że zrzuty mają być dokonywane nad płonącym miastem, gdzie na dodatek toczą się zacięte walki... A najniższy pułap przy wykonywaniu zadania to czterdzieści metrów (120 stóp) przy szybkości nieprzekraczającej więcej niż dwieście dwadzieścia kilometrów na godzinę (poniżej 140 mil)... To po prostu lotnicza akrobacja dla pilotujących halifaxy, a zwłaszcza liberatory (B-24) typ Consolidated, gdzie już od startu były przeciążone, zabierając dwa tysiące trzysta galonów paliwa, aby pokonać tę trasę prawie trzech tysięcy kilometrów (ponad 1200 mil) bez międzylądowania, co miało stanowić nie lada wyczyn.

        – No i co, Wiesiu, nie cieszysz się? – zapytał scenicznym szeptem bardzo podekscytowany „Mały Franek”.

        – Niby z czego miałbym się cieszyć, nie wiesz?

        – Jak to, z czego? Lecimy przecież nad Warszawę! – odpowiedział już całkiem głośno drugi pilot, porucznik Białek.

        Za to zostali upomniani jednym, jedynym słowem przez majora Conleya, słowem „gentlemen!” wypowiedzianym z naciskiem, a nawet z wyniosłością, tak bardzo charakterystyczną dla Brytyjczyków, zwłaszcza tych wszystkich oficerów wyższych rangą. Przynajmniej takie wrażenie odnosiło wielu Polaków walczących w RAF-ie pod brytyjską komendą.

        Wraz z podawaniem przez kapitana Gołębiowskiego dalszych danych na temat zagrożeń ze strony samej przyrody, jak letnie burze występujące głównie nad Karpatami i z powrotem nad austriackimi Alpami, zwłaszcza teraz, w sierpniu, wraz z bardzo gęstą mgłą nad obszarem Chorwacji i Węgier. Do tego dochodziło niebezpieczeństwo ataków ze strony mało że niemieckich myśliwców, co było czymś naturalnym, ale i dość częstymi wypadkami atakowania ze strony myśliwców sowieckich. Ostrzegano członków załóg, nawigatorów i pilotów, żeby nie przebywali zbyt długo w strefie na wschód od Wisły, w strefie zajętej przez Rosjan, którzy dla nich mogli być tak samo niebezpieczni jak Niemcy.

        Nawigatorzy zaznaczali na swoich mapach bardzo skrupulatnie wszystkie te miejsca, gdzie operowały niemieckie baterie obrony przeciwlotniczej. Dane o zagrożeniach pochodziły z ostatnich dwudziestu czterech godzin. Zważywszy na to, że już po przekroczeniu Adriatyku zaczynała się strefa zajęta przez Niemców, niejednemu z nich robiło się gorąco na samą myśl, co może ich tam spotkać. Jedyną dobrą stroną dla tych wszystkich mężczyzn było to, że większość czasu spędzali pod osłoną nocy, a drugą dobrą stroną to była ich młodość i wiara, że mimo wszystko musi się udać, zwłaszcza w przypadku „Małego Franka”, który za kilka godzin miał wyruszyć w swoją, pierwszą od pięciu lat, podróż do Polski, nad Warszawę. Nad jego ukochaną Warszawę!

        „Virtus” został wyrwany ze snu, właśnie kiedy śnił ją blisko „ich domu” wracającą ze szpitala po pracy, jakby ta cała przeklęta wojna była tylko jednym z sennych koszmarów, po którym otwiera się oczy z uczuciem niesamowitej ulgi, że to tylko sen... Niestety, było zupełnie odwrotnie. Po zaledwie trzech godzinach wypoczynku, spocony, z niemiłosiernie piekącymi z niewyspania oczami, szarpany za ramię wstał gwałtownie, uderzając głową, zupełnie niechcący, budzącego go strzelca „Matuszewskiego”, jego podwładnego z  j e g o  samodzielnego plutonu, który rozrósł się, o dziwo, z dwóch do dwudziestu trzech osób, co prawda ciągle jeszcze niepełnego, bo tylko „szkieletowego” plutonu. Ale ze względu na coraz bardziej zacięte walki prowadzone na obrzeżach Starówki, to i tak było coś w porównaniu z innymi dowódcami plutonów i kompanii, którzy nieraz, w czasie tylko jednej potyczki tracili nierzadko ponad połowę stanu.

        – Panie poruczniku! Panie poruczniku! – ponaglał strzelec „Matuszewski”. – Pan kapitan „Gorczyca” wzywa pana porucznika do natychmiastowego stawienia się na Rynku!

        – Co się stało? 

        – Jeszcze nic, ale chyba przeniosą nas...

        – Dobrze, już dobrze. Będę gotów za kilka minut. 

        Myślał o Lucynie, którą śnił, jak zawsze, tak i tym razem śnił ją piękną, taką rozpromienioną i radosną, niemal świetlistą... – Boże, żeby tylko nic złego się nie stało... Boże, Jezu... Proszę Cię, Panie – modlił się w myślach i zaraz wrócił mu względny spokój. Dopiął pas, sprawdził jeszcze tego nowego lugera, który przyniósł mu wczoraj „Waligóra” niby to w obiecanym mu wcześniej ślubnym prezencie, a kiedy obdarowany tym Stanisław ze zdziwienia zrobił oczy, „Waligóra” żachnął się, przepraszając jeszcze, że na razie nie ma nic dla „pani porucznikowej”, ale jak tylko znajdzie coś „godnego”, to...

        Stanisław rozstał się z Lucyną trzy, nie, już cztery dni temu i od tej pory miał od niej tylko jedną wiadomość, że jest jeszcze ciągle w tym szpitalu przy Długiej 7, w gmachu dawnego Ministerstwa Sprawiedliwości. Widziała się z nią ich znajoma, łączniczka, której rannego chłopaka przyniesiono aż z pasażu Simonsa, i teraz Stanisław uparcie trzymał się myśli, że jak tylko znajdzie wolną chwilę, pójdzie na Długą... A przedwczoraj, we wtorek, w dniu święta Wniebowzięcia, a jednocześnie w rocznicę „Cudu nad Wisłą”, w czasie uroczystej Mszy Świętej z obydwu tych okazji, szukał Lucyny w tłumie wiernych, ale nie znalazł jej tym razem. Najwidoczniej zajęta była pracą przerastającą nie tylko jej możliwości, ale całego personelu medycznego. Na tej uroczystej Mszy Świętej obecny był „sam kwiat” powstańczej młodzieży, jak mawiali o nich starsi, zwłaszcza ci pamiętający jeszcze tamtą wojnę, a może tylko, też już odległą, obronę Warszawy, Polski, ba, całej Europy przed inwazją bolszewickiej zarazy idącej nań niczym szarańcza w sierpniu dwudziestego roku! Biorący udział w tej Mszy Świętej powstańcy nie byli już tak wystrojeni jak poprzednio. Na ich twarzach wyraźnie widać było zmęczenie i coraz mniej, jeszcze do niedawna obecnego, entuzjazmu. Jakby po cichu przeczuwali, że sprawa zaczyna przybierać zdecydowanie zły obrót.

        Tym razem w ogóle nie mógł się skupić na słuchaniu mszy, ale bez przerwy rozglądał się po zebranych, wierząc, że tak jak wtedy, tak i dziś spotka tu Lucynę, że może jednak jakimś cudem... ale cuda mają to do siebie, że na pewno nie zdarzają się na zawołanie. Jak i tamten Wielki Polski Cud, kiedy to odrodzona Rzeczpospolita przetrwała w niepodległości jeszcze przez dziewiętnaście lat, tak teraz nic nie wskazywało na to, żeby coś podobnego miało się powtórzyć. A w tamtym czasie zdążyło wyrosnąć jedno pokolenie w wolnej Ojczyźnie. 

        – Czy i teraz los okaże się aż tak życzliwy dla nas, Polaków? – dywagował Stanisław. Jak wielu, tak i on zastanawiał się, dlaczego posuwający się od wschodu z taką prędkością Rosjanie, nagle zatrzymali się tuż przed Wisłą i czekali nie wiadomo na co, a także myślał z rozgoryczeniem o wciąż zbyt małej pomocy docierającej tu z Zachodu w postaci zrzutów broni i amunicji, zrzutów trafiających bardzo często w niemieckie, a nie ich powstańcze ręce... Podobno przylatywali aż z południowych Włoch. Jakiż to kawał drogi! I rozbijali się, jak choćby ostatnio, ten halifax na Miodowej, kiedy zdążył zrobić zrzut przy Cytadeli i po wyjściu na prostą trafiony został gdzieś na wysokości Dworca Gdańskiego, a pilot jakby przeczuwając, że nic już nie może zrobić, skierował maszynę nad ulicę Bonifraterską i próbował jeszcze wylądować na Miodowej i tam też rozbił się, zahaczając o dach jednego z budynków. To byli podobno Kanadyjczycy, a może piloci południowoafrykańscy... Nikt z nich się nie uratował. Zginęła cała załoga... A wcześniej, przed wieczorem, trzynastego, w niedzielę ten straszny wybuch przy Kilińskiego... – targała nim lawina myśli chaotycznych i ponurych. Nachodziły go one coraz częściej, a powodem było z pewnością zmęczenie ciągłym napięciem i strachem i jeszcze raz tylko strachem... 

        Jasna cho... – w ostatniej chwili powstrzymał się od przekleństwa. Zaraz po nabożeństwie wyszedł z kościoła i skierował się w stronę Pałacu Raczyńskich przy ulicy Długiej, gdzie mieścił się największy powstańczy szpital. Spodziewał się zastać tam Lucynę, ale powiedziano mu, że właśnie została pilnie wezwana do jakiegoś nagłego przypadku. Zawiedziony wrócił do swojego zgrupowania, zgłaszając się do pana kapitana „Gorczycy”.

        – Podporucznik „Virtus” melduje się na rozkaz! 

        – Dobrze, że pana widzę, przychodzi pan w samą porę... Mam dla pana kilka spraw, panie poruczniku. Po pierwsze, zauważyłem, że i w pańskim plutonie coraz bardziej zaczyna szerzyć się pijaństwo, no może nie jest jeszcze tak źle jak gdzie indziej, ale powinien pan coś z tym zrobić, poruczniku. Po drugie, nasza kompania przechodzi teraz pod tymczasową komendę pana majora „Roga”. Będziemy bronić dostępu do Świętojańskiej, a szczególnie do Kanonii. Nieprzyjaciel w dużej sile zaczął już obsadzać pozycje w ruinach Zamku i jeśli tylko udałoby się mu... to pan porucznik wie, czym to pachnie. A więc, zabieramy się do dzieła! 

        – Tak jest, panie kapitanie! 

        – Aha, jeszcze jedno, gdyby w razie czego nie mógł mnie pan znaleźć, to proszę się kontaktować z rotmistrzem „Wilejką” albo z jego zastępcą, porucznikiem „Pogonią”.

        – Rozkaz, panie kapitanie! 

        Kiedy tylko znaleźli się tuż przed katedrą św. Jana, zostali zauważeni przez Niemców atakujących od zamkowych ruin. Na szczęście w porę rozbiegli się na boki i później bardzo ostrożnie przekradając się wzdłuż murów, dotarli do samej barykady. Podobnie było z drugą grupą posuwającą się wzdłuż Kanonii. Tu także nikt nie był nawet ranny. Bez problemu dokonano zmiany na obydwu barykadach. Zjawili się w porę, bo tamci zamiast przepisowych czterech godzin, bronili dostępu do Starówki już prawie od siedmiu godzin. A za kilka dni dyżury na barykadach przeciągały się nawet do kilkunastu godzin, co przy kurczących się zapasach amunicji, granatów i butelek zapalających, a także wody i pożywienia – stawało się istną mordęgą. Tamci z ulgą przyjęli ich nadejście. Szczęśliwi tylko z tego powodu, pobiegli natychmiast Kanonią wprost do podziemi klasztoru Ojców Jezuitów, aby tam wycieńczeni, głodni i spragnieni, bez pożywienia, runąć na byle jakie posłania i przespać się choćby przez chwilę.

        Około południa Niemcy niespodziewanie zaprzestali ataku. Zrobiło się nagle bardzo cicho. Ale jak długo mogła potrwać ta cisza? – zastanawiali się. Niemniej, „Virtus” zdecydował się wysłać „Matuszewskiego” i tego jednego z najmłodszych po więcej amunicji, granatów i butelek z benzyną. Przyszli po półgodzinie ze starszym strzelcem „Grzechem” niosącym nowiuteńkiego piata wraz z niewielką liczbą pocisków. Ponadto „Bronek” przytargał kilka „sidolówek”, a na pytanie „Virtusa”, skąd je wytrzasnął, odpowiedział z całym spokojem, że zrobił takiemu jednemu „hokus-pokus”, no i nim tamten „frajerszczak” siem wzioł i kapnoł, co tu jest grane, rzeczone „sidolówki” były już Bronka... Na co „Virtus” zreprymendował tego dzieciaka, co prawda łagodnie, a ten patrząc bezczelnie w oczy swojego dowódcy, uśmiechał się kpiąco, jakby chciał zakomunikować: „gadaj zdrów, a ja i tak wiem, co robię”.

        Teraz należało czekać, co nowego wykombinują Niemcy w kolejnym ataku na samo już centrum Starego Miasta, bo najgorsze miało nastąpić dopiero za niecałe dwa tygodnie, kiedy to nieprzyjaciel zmasowanym atakiem artylerii, czołgów i piechoty poprzedzonym rajdem samolotów, rzuci ostatecznie Starówkę na kolana. Ale to miało nastąpić dopiero później... A tymczasem po paru godzinach względnego spokoju ze strony n-pla zajmującego ruiny Zamku Królewskiego, nie licząc tych dwóch nalotów wściekle wyjących stukasów i zbombardowaniu kolejnych domów, teraz, około czwartej po południu, kiedy mieli już być zmienieni przez ludzi majora „Roga”, teraz właśnie pojawił się, nie wiadomo skąd, czołg z czarnym krzyżem w białych obwódkach, tak bardzo wyrazistym, jakby go przed chwilą namalowano, i na nim właśnie skoncentrował swoją uwagę starszy strzelec „Grzechu”, celując nowiutkim, „zrzutowym” piatem w sam środek tego krzyża. I kiedy wystrzelił już pierwszy pocisk, czołg niespodziewanie wykonał gwałtowny skręt ku barykadzie przy Kanonii, ale mimo to, został draśnięty w skraj wieżyczki, co wywołało popłoch wśród żołnierzy kryjących się za czołgiem. Kilku z nich, jak to było wyraźnie widać po wycofaniu się czołgu leżało martwych lub rannych. I znowu na jakiś czas zaległa cisza, jak zwykle nie wróżąca nic dobrego. A „Grzechu” odkrył, że pozostałe pięć pocisków od piata nie miało zapalników. Być może zapalniki były zapakowane oddzielnie i znowu „ktoś”, najzwyczajniej w świecie o nich zapomniał. Korzystając z przerwania działań, kolejny już raz, „Virtus” postanowił przejść do tej drugiej barykady przy Kanonii i kiedy polecił swojemu zastępcy, plutonowemu podchorążemu „Henrykowi”, przejęcie dowodzenia, wtedy właśnie Niemcy ponowili atak, tym razem już bez czołgu, ale za to w dwa pojazdy opancerzone przy jeszcze bardziej zwiększonej sile piechoty. I wtedy to, niespodziewanie, tych dwóch najmłodszych, „Bronek” i jego nieodłączny kumpel, nieodstępujący go niczym brat bliźniak, jeszcze młodszy od „Bronka”, „Rębajło”, obaj wyskoczyli przed barykadę. Mocno pochyleni przemknęli na boki tych dwóch sunących ku nim pojazdów. Nagle jeden z opancerzonych samochodów zapalił się, a potem nastąpiła eksplozja tego drugiego pojazdu, co spowodowało dezorientację i panikę wśród skradających się za nimi żołnierzy piechoty.

        A te dwa dzieciaki, gdy wszyscy byli niemal pewni, że stało się z nimi, nie daj Bóg, coś najgorszego, te dwa smyki zziajane z osmalonymi buźkami, wróciły, jakby nigdy nic, jakby chodziło tylko o pójście na stronę za potrzebą, i wtedy „Bronek” stanął przed „Virtusem” w pozycji na baczność i salutując przepisowo, zameldował:

        – Szeregowy „Bronek” z Pierwszego Samodzielnego Plutonu Kompanii „Paweł” melduje wykonanie zadania wraz ze swym pomocnikiem młodszym szeregowym „Rębajłą”! 

        – Ku chwale Ojczyzny, panie poruczniku! – wyrwał się ten drugi malec, „Rębajło”, meldując piskliwym głosikiem.

        – Dziękuję wam, panowie! Spisaliście się jeszcze lepiej niż ostatnim razem – chwalił ich. – Jak tylko zobaczę się z panem kapitanem „Gorczycą”, poproszę go o przedstawienie was obu do odznaczenia. Dziękuję wam, panowie! Bardzo dziękuję! – zakończył „Virtus”, zachowując przez cały czas powagę na widok tej dwójki przedwcześnie dojrzewających dzieci rozpieranych niesamowitą wprost dumą.

        Skinął na „Henryka”, a tamten życzył mu tylko „powodzenia”. „Virtus” skierował się w stronę tej wąskiej uliczki, Dziekanii, przebiegającej tuż pod murem katedry św. Jana Chrzciciela, a prowadzącej wprost do Kanonii, gdzie na samym jej końcu usytuowana była ta druga barykada. Uderzyła go fala gorącego powietrza. Z trudem oddychał, odwróciwszy głowę od ognia rozprzestrzeniającego się po prawie całym wnętrzu świątyni. Przyspieszył kroku i kiedy miał już skręcić w prawo, w Kanonię, zobaczył starszego mężczyznę przyzywającego go do siebie.

        – Panie oficerze, proszę pana o pomoc... bo sami chyba nie damy rady. 

        – Dobrze, a w czym mógłbym pomóc?         

        – Chodzi o figurę Pana Jezusa. Szybko! Bo ksiądz prałat nie może sobie poradzić, a ja, w moim wieku... rozumie pan...

        W pośpiechu weszli do kaplicy Baryczków. Wokół płonęło już niemal wszystko. Zabytkowe stalle ufundowane przez króla Jana III Sobieskiego płonęły wraz z nawą główną, a drzwi odgradzające zakrystię od prezbiterium topiły się, jakby wykonane były z wosku, a nie ze stali! A inne, żelazne konstrukcje właściwie już nie paliły się, a parowały w tym straszliwym, wprost niewyobrażalnym żarze! Zniszczeniu ulegały bezcenne zabytki oraz eksponaty Muzeum Archidiecezjalnego złożone tu z nadzieją przetrwania wojennej nawałnicy.

        Ksiądz prałat Wacław Karłowicz (pseudonim ks. Andrzej Bobola) – kapelan batalionów „Gustaw” – „Antoni” – zaalarmowany przez pewną dziewczynę, w pośpiechu dotarł wprost z powstańczego szpitala, z ulicy Długiej, gdyż dowiedział się, że płonie nie tylko katedra, ale i jego mieszkanie przy Dziekanii 4. W chwilę po jego tu przybyciu zjawił się i pan Bolesław – zakrystian. Obaj po krótkiej naradzie zdecydowali, że mimo nasilającego się pożaru zdejmą ukrzyżowanego Cudownego Pana Jezusa. Nie było to łatwe. Kiedy stojący na ołtarzu ksiądz, nie mogąc zdjąć całego krzyża, próbował ratować jedynie postać Chrystusa, wtedy z wysokości runął płonący żyrandol, ocierając się tylko o jego plecy. Na szczęście zakrystian, jakby tknięty jakimś przeczuciem, odszedł był właśnie w stronę bocznego wejścia w celu przywołania pomocy.

        Delikatnie ujęli we dwóch, ksiądz i podporucznik „Virtus”, figurę Pana Jezusa, nie tak jak byłby to tylko byle jaki metalowy posąg, ale prawdziwe Ciało Jego. Powoli, mimo coraz bardziej rozprzestrzeniającego się ognia, w wielkim skupieniu skierowali się ku wyjściu, a wokół nich kręcił się niespokojny pan Bolesław, nie bardzo wiedząc, co dalej robić.

        I kiedy tylko znaleźli się na Kanonii, podeszła do nich jakaś starsza niewiasta trzymając złożoną białą płachtę, która okazała się być ogromnym i drogim obrusem, miejscami ręcznie haftowanym i z misternie szydełkowaną koronką na obrzeżach. Oddalili się nieco od katedry, od tego straszliwego żaru bijącego od płonącej budowli, gdzie nagle z wielkim hukiem i trzaskiem runęło sklepienie naruszone podczas bombardowania jeszcze we wrześniu trzydziestego dziewiątego roku. Wydawało się, że lada moment cała konstrukcja kościoła legnie w gruzach. Poza niewiastą zjawił się jeszcze jeden ksiądz i dwóch zakonników w białych dominikańskich habitach.  Figurę Zbawiciela ułożono na rozpostartym obrusie-całunie, po czym mężczyźni wzięli ją na swoje ramiona i ruszyli w stronę starego Rynku. Szli, bardzo ostrożnie omijając rumowisko, zwały gruzu, wśród których można się było natknąć na niewypały, omijali niepochowane ciała bliskie już rozkładu, straszliwie cuchnące w tym upale spotęgowanym jeszcze bardziej gorejącymi murami. Szli niczym pogrzebowy kondukt, w kierunku ulicy Jezuickiej, aż dotarli do klasztornej bramy, a potem zeszli w podziemia kościoła Matki Bożej Łaskawej, gdzie w głębokich i przez to w miarę bezpiecznych piwnicach kościoła i klasztoru Ojców Jezuitów znajdowało schronienie bardzo wielu spośród mieszkańców Starówki oraz tłum uchodźców, głównie z Woli.