Goniec

Switch to desktop Register Login

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (42)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

AntczakWojciech        Na widok najświętszej figury ludzie klękali. Z wielu piersi wydzierał się żałosny jęk i szloch. Do pochodu, na czele którego szedł ksiądz Karłowicz, dołączało coraz więcej osób. Niosący na swoich barkach postać Syna Bożego szli bardzo ostrożnie, jakby w obawie sprawienia Umęczonemu Ciału Chrystusa Pana najmniejszej choćby boleści.

        Ten niecodzienny widok niosących postać Pana Jezusa Ukrzyżowanego z cierpieniem na Jego obliczu, z wykrzywionymi ustami w bolesnym grymasie, a także ciężkie, jakby nabrzmiałe, przymknięte powieki i Jego długie włosy zlepione potem i krwią okalane koroną uwitą z ciernia; cała ta relikwia była teraz egzemplifikacją cierpiącej coraz bardziej Starówki, dającą asumpt do bezgranicznego zaufania Panu Bogu, do zawierzenia Mu swojego losu i losu całego Starego Miasta.

        Ludzie, padając na kolana, całowali Jego święte, a wykonane ze spiżu Ciało, wołając wśród szlochu i ciężkich westchnień: „Chryste, Chryste... Ratuj! Panie Jezu, Panie nasz... Ratuj!”. Aż ktoś zaintonował tę starą, pobożną pieśń „Kto się w opiekę odda Panu swemu”. Szli teraz wzdłuż wschodniej ściany Rynku, wzdłuż strony Barssa, nękani niemieckim ostrzałem z ruin Zamku, zwłaszcza od Kanonii. Orszak żałobny prowadzony przez zgarbionego księdza prałata Wacława Karłowicza, potykając się o przeszkody – gruz, porozbijane meble oraz różne inne domowe sprzęty – szedł coraz wolniej, rozciągnąwszy się na kilkadziesiąt metrów. Czoło konduktu szczęśliwie dotarło do Krzywego Koła, a stamtąd bezpieczniejsi nieco, bo odgrodzeni od ostrzeliwanego Rynku, podążali ku ulicy Nowomiejskiej i dalej do Mostowej, skąd przeszli na ulicę Starą, wprost do kaplicy Sióstr Szarytek, a tam już bezpieczny Cudowny Pan Jezus zostaje złożony na ołtarzu.

        Jedna z sióstr zakonnych obmywa figurę Odkupiciela wilgotną gąbką, robi to powoli, dokładnie i z wielkim namaszczeniem. Tak i tu, jak wcześniej, słychać płacz i szlochanie zarówno niewiast, jak i zgromadzonych w kaplicy mężczyzn. Tutaj wydaje się być bezpieczniej. Spiżowe Ciało zdjęte z krzyża, owinięte w ten biały obrus, niczym w całun, spoczęło wreszcie wśród Jego służebnic.

        W ostatnich dniach sierpnia, tuż przed kapitulacją Starówki, kaplica ta i cały klasztor Sióstr Szarytek zostały spalone, a figurę Cudownego Pana Jezusa przeniósł ktoś do podziemi kościoła Świętego Jacka przy Freta, gdzie znajdował się powstańczy szpital. Tam też spowiadał rannych ksiądz prałat Henryk Cybulski, pseudonim Czesław, będący kapelanem Zgrupowania „Chrobry I”. I kiedy kończył już swą posługę, udzielając ostatecznie rozgrzeszenia „in articulo mortis” [w obliczu śmierci] tym wszystkim, których nie był już w stanie wyspowiadać i udzielić każdemu z osobna rozgrzeszenia, zobaczył – jak się domyślał – ciężko rannego leżącego w samym rogu piwnicy, tuż przy ścianie. Był przykryty żołnierskim płaszczem. Nagle księdza Cybulskiego opuściło zmęczenie i te wszystkie koszmarne sny na jawie, gnębiące go zwidy, postaci-majaki nacierające na niego, jakby pragnęły mieć go już wśród siebie... 

        – Synu – odezwał się ochrypłym głosem przez zaciśnięte gardło. – Czy chciałbyś się wyspowiadać? – zapytał, dotykając leżącego. Ale dlaczego to ciało jest tak twarde, jakby z kamienia czy stali? I skonstatował ku swemu zdziwieniu, że ten ktoś nakryty płaszczem już nie żył. 

        Ksiądz Henryk kazał sobie poświecić. Nikłe światło rozjaśniło mrok. Kapłan, klęcząc, poznał w nim... Cudownego Pana Jezusa z kaplicy Baryczków, z katedry Świętego Jana Chrzciciela, która od prawie dwóch tygodni była już bardzo poważnie zniszczona. Patrzył na Jego ciężkie, przymknięte powieki, na usta wykrzywione bólem agonii. – Cudowny Pan Jezus jest wciąż wśród nas – swoich żołnierzy – pomyślał ksiądz prałat, popadając w zadumę.

XXXV 

        Z zamyślenia wyrwał go brzęczyk telefonu.

        – Tak, słucham. 

        – Na linii jest towarzysz Mazurski. Czy mam... 

        – Połącz – polecił sekretarce.

        – „Tomasz”! To ja, słuchaj... – mówił jak zwykle chaotycznie. – Wszystko jest już przygotowane w sprawie tego biskupa... nawet pewien jestem, że jeszcze tej nocy pęknie...

        – Przyjedź do mnie. Natychmiast! Mam dla ciebie coś bardziej ważnego! Przyjedź, bo sprawa nie na telefon. Mogę ci tylko powiedzieć, że chodzi o Centralę! Czekam.

        Czuł się dziś jakiś taki rozkojarzony. Znowu bolała go głowa. – Żeby nie było ponownego zapalenia płuc, albo oskrzeli, bo to, zwłaszcza teraz, pod koniec zimy, nie wróżyłoby niczego dobrego. A tu masz ci los! Ten ich nowy sekretarz, ten łysy tłuścioch wraz z tym drugim, tym... Malenkowem, najpierw ogłasza nowy kurs, bardziej liberalny, co podobno wcale nie znaczy, że ugodowy wobec tych wszystkich wrogów, i tych wewnętrznych, i tych z zewnątrz, ale tylko podobno, natomiast faktem jest, że kroją się wielkie zmiany. Tylko jak wielkie? To jest dopiero pytanie! Bo dopóki żył „nieśmiertelny” towarzysz Stalin, wiadomo było, czego się trzymać, choć nie zawsze, przecież taka indywidualność jak Wielki Soso Dżugaszwili, jak każdy wielki człowiek, też miał swoje chimery! Ale przynajmniej trzymał całe to „gospodarstwo” w ryzach, bo inaczej wszyscy wszystkim zaczęliby skakać do gardeł, psiakrew! A ten tu, ten, jak mu tam... Kruszcziow, Nikita Siergiejewicz, obierający nie wiadomo jaki kurs, jak sam o sobie mówi, wielki zwolennik rządzenia wyłącznie metodami leninowskimi, zapowiada, od teraz Partia będzie kierowana kolektywnie, a nie jak była kierowana przez towarzysza Stalina. Nie ma co, nadchodzą „ciekawe” czasy! Bez wątpienia wrócą walki frakcyjne tak bardzo osłabiające samą Partię, a co za tym idzie, także osłabiające pozycję każdego Jej kolejnego przywódcy... Z pewnością nie raczy brać tego pod uwagę ten, jakiś tam dotychczas mało komu znany sekretarz moskiewskiej organizacji partyjnej, ten cały Nikita... To o nim się mówi coraz głośniej, że jakoby pomógł zejść z firmamentu Wielkiemu Soso. Może to tylko jedna z wielu plotek, może... chociaż, jak powiadają, w każdej plotce jest trochę prawdy. Wzorem swojego poprzednika pozbywał się potencjalnych przeciwników, a także i popleczników, wszystkich, których tylko podejrzewał, że wcześniej czy później mogą stanąć na przeszkodzie pełnienia przewodniej roli... Najpierw należało zrobić porządek z Berią. Zrobiono to tuż przed rozpoczęciem posiedzenia Biura Politycznego. Berię najpierw zmuszono do oddania osobistej broni przed wejściem na salę obrad, a potem iście azjatycką metodą, przez zaskoczenie, zaatakowano go od tyłu, zaciskając mu na szyi drut czy szpagat... Pocharczał chwilę i już go mieli w saku! Nawet nie pofatygowali się, żeby zawieźć go choćby na Łubiankę, tylko tam na Kremlu, załatwili go na miejscu, jak świniaka... Na szczęście tu jest Polska, więc raczej mało prawdopodobne, żeby te ich metody miały szanse się tu utrwalić. Chociaż – wzdrygnął się na samą myśl. – Ostatecznie, trzymam wszystko w swoim ręku z żelazną dyscypliną i jak na razie, poza sporadycznymi wypadkami, próbami ataku jakichś kilku dewiantów i tego jednego desperata, żołnierza KBW strzelającego do mnie, na szczęście, z dużej odległości... Oczywiście spudłował... No i ten drugi, furiat z siekierą, który tylko poranił porucznika Dołasiewicza i zaraz został zastrzelony na miejscu... Podobno był synem zecera składającego tekst mojego przemówienia i to on, żartowniś jeden, przerobił słowo „zbiorowy”, opuszczając, niby to przez pomyłkę, „o”, tworząc „zbirowy wysiłek Partii”. Typowo tutejsze, nadwiślańskie poczucie humoru. A na domiar złego, cenzura, jak gdyby nigdy nic, puściła to aż w dwóch wydaniach gazety, niby przeoczyli... Dobre sobie! Może liczyli na to, że i ja mam takie samo błazeńskie poczucie humoru. Najważniejsze, żeby ich kretyńskie zapędy ucinać u łba! Ten zecer miał dostać za to dłuższą odsiadkę, zwłaszcza dla odstraszenia innych, ewentualnych kawalarzy, ale nie wytrzymał w śledztwie. Podobno kiedyś razem pracowaliśmy w jakiejś drukarni. Miał pecha! A ten jego synalek, nie mniej dowcipny od swojego tatusia, ale trochę bardziej porywczy, przybiegł tu, do samego Belwederu, z siekierą i gdyby nie elektrycznie ryglowana brama, może nawet i dotarłby do samego budynku... Zarąbał na śmierć interweniującego oficera, a tego młodego porucznika z korpusu, tego Dołasiewicza drasnął tylko nieznacznie...

        W słuchawce usłyszał bardzo poirytowany głos Wandy:

        – Słuchaj Bolesław, dzwonił Jakub, dzwonił już po raz trzeci i pytał o ciebie, jakby chciał coś przede mną ukryć, a w końcu powiedział, że to nic ważnego, i odłożył słuchawkę... I co ty na to?

        – Nie wiem, kochanie. Może jesteś trochę przewrażliwiona na jego punkcie... 

        – Może zazdrosna? Czy to miałeś na myśli? 

        – No wiesz... to gruba przesada. 

        – Uważaj na niego, radzę ci dobrze, uważaj... i nie tylko na niego! 

        – Myślę, że jesteś jednak przewrażliwiona. W końcu Jakub jest, jak by nie było, moim pierwszym zastępcą, mam do niego największe zaufanie...

        – A ja, na twoim miejscu, zaufałabym bardziej kobiecej intuicji! 

        – Pomyślę nad tym. 

        – Aha, zapomniałam ci jeszcze powiedzieć, że dziś na szóstą umówiona jestem z krawcową. Dzwoniłam przed chwilą do transportu, do Szymaniuka, a ten mi mówi, bęcwał jeden, że wszystkie samochody są już rozdysponowane! Czy ty sobie wyobrażasz coś takiego?!

        – Najwyżej weźmiesz mój, co za problem...

        – Nie, Bolesław! Tu chodzi o zasadę! Ostatecznie, nie jestem tylko twoją sekretarką i wymagam więcej respektu, zwłaszcza od takich jak ten cały Szymaniuk! A w ogóle, to interesuje mnie, skąd on się wziął na tym stanowisku?!

        – Nie wiem. Nie o wszystkim jestem w stanie tutaj decydować. Wybacz mi, ale czekam teraz na Mazurskiego i...

        Jednak one wszystkie są w jakiś sposób podobne do siebie. No, może tylko Janina była inna, bardziej powściągliwa w swoich reakcjach, ale za to po mistrzowsku potrafiła dotknąć człowieka do żywego, uderzyć w najbardziej czułe miejsce i to w najmniej oczekiwanym momencie... I zaraz pomyślał też o Irinie, wyrafinowanej, pełnej temperamentu i przebiegłej lisicy, ale tu trafiła kosa na kamień... Przynajmniej dawała mu jako mężczyźnie satysfakcję i zadowolenie... Ale nie była to idealna kobieta na dłuższą metę, choćby dlatego, że poza wykazywaniem skłonności do perwersji, była, co najgorsze, niezłą intrygantką, stawiającą go często w bardzo niezręcznych, wręcz ambarasujących sytuacjach. Na pewno nie popełnił błędu, że się z nią był definitywnie i w porę rozstał. A swoją drogą ciekawe, co ona teraz porabia? Na pewno dobrze wyszła za mąż, może za jakiegoś dyplomatę i jeżdżąc po świecie, korzysta z życia... A Gosia? Z nią rzeczywiście czuł się naprawdę szczęśliwy, gdyby nie ta jej wpadka, a potem śmierć... Aż poznał Wandę, zawładnęła nim, to fakt i chyba już z nią zostanie, kto wie czy nie do końca...

        W drzwiach pojawił się Alfred Mazurski.                         – Jak się masz, towarzyszu „Tomaszu”?

        – Nie najgorzej. Jest trochę ciekawych wiadomości... Pójdźmy na mały spacer, bo się zasiedziałem, a poza tym sam rozumiesz, mam do ciebie kilka takich spraw, że lepiej byłoby nie tu... – powiedział Bierut, robiąc bliżej nieokreślony ruch ręką, jakby odganiał od siebie muchę, a kiedy znaleźli się już na korytarzu, kontynuował ściszonym głosem: – Po pierwsze, ten dotychczasowy moskiewski sekretarz, ten cały Nikita Siergiejewicz...

        – Chruszczow.

        – Tak, tak, oczywiście. A więc on i Malenkow, wyobraź sobie, tak głośno teraz mówiący o kolektywnym, iście leninowskim kierowaniu Partią i tak dużo mówiący o zbiorowej odpowiedzialności, otóż, ten cały Nikita ma zamiar zwołać w najbliższym czasie zjazd. Rozumiesz? On sam, na przekór innym decyduje o zwołaniu czegoś tak ważnego jak Zjazd Partii! Nawet nie słucha co mądrzejszych i bardziej od niego doświadczonych towarzyszy odradzających mu to, zwłaszcza teraz, kiedy nastroje wśród innych bratnich partii, jak choćby w Czechosłowacji, a zwłaszcza na Węgrzech, wykazują niepokojące tendencje mogące prowadzić nawet do wzburzenia partyjnych dołów. Teraz, kiedy właściwie powinno się wyciszać wszelkie nastroje buntownicze, ten filut bawi się w odnowiciela-reformatora, jak mi donoszą stamtąd zaufani towarzysze. I on zaczyna robić jakąś bardzo niebezpieczną politykę! Właśnie o tym chciałem z tobą porozmawiać, a zwłaszcza chciałem usłyszeć twoje na ten temat zdanie.

        – Moje zdanie? Jakie to ma znaczenie... Jaki w ogóle my możemy mieć na to wpływ tu, w Warszawie?

        – Jak to jaki? Nie wiem jaki! Ale jedno jest pewne, że nie może nas tam zabraknąć na tym ich zjeździe... Którym to już? Chyba dwudziestym... Nieważne! W końcu jesteśmy po nich najliczniejsi!

        – Zapomniałeś o Chinach. 

        – Chiny, Chiny! Na szczęście to jeszcze nie nasz problem – powiedział Bierut. – Teraz musimy się skoncentrować na tym ich nowym człowieku, bo w sumie niewiele o nim wiadomo.

        – A kogo proponujesz w składzie delegacji poza nami dwoma? -

        – Na pewno pojedzie Jakub, Cyran, Oleś Zawadzki, no i Szlomo... Morawski. A ty zostaniesz na razie na miejscu, ze względu na sprawę tego biskupa Rymarka. Musicie to z Wolskim i Piwowarem doprowadzić do końca – powiedział, zakręcając nagle w stronę swojego gabinetu.

        – Nie rozumiem... Przecież zawsze jeździliśmy razem po... instrukcje, jeszcze do niedawna, jak żył Gruzin!

        – Ale Gruzina, jak się wyraziłeś o, mimo to wciąż jeszcze wielkim Soso, co prawda już nie ma, ale jesteśmy my, którzy mu tyle zawdzięczamy, więc choćby z tej racji trzeba trzymać rękę na pulsie, towarzyszu Mazurski! I tam, i tu! Zwłaszcza że jak zauważyłem nie tylko ja, klechy zaczynają znowu podnosić łby! A tak w ogóle, to sprawdź, czy tam z Komańczy nie ma jakichś przecieków od „Proroka”. Dobrze ci radzę, bo licho nie śpi, pamiętaj Alfred! – zakończył Bierut i szybkim krokiem ruszył z powrotem do gabinetu, pozostawiając swego kumpla zdziwionego nagłą troską „gospodarza” o sprawy powierzone jemu i jego ludziom, a do których Bierut nigdy się nie wtrącał, chyba że coś zasugerował mu sam towarzysz Stalin.

        – Duchu Boży, który zaprowadziłeś mnie na tę puszczę, Ty który uchroniłeś mnie przed zgorszeniem, a wskazałeś mi inną drogę, tę drogę, na której mam raczej mądrzeć, abym nie był kuszony „od diabła” – pomyślał Ksiądz Prymas, powracając do czytania Ewangelii według św. Łukasza: „Gdy przyszli na miejsce zwane ‘Czaszką’, ukrzyżowali tam Jego i złoczyńców, jednego po prawej, drugiego po lewej Jego stronie. Lecz Jezus mówił: ‘Ojcze przebacz im, bo nie wiedzą co czynią’. Potem rozdzielili Jego szaty, rzucając losy. 

        A lud stał i patrzył. Lecz członkowie Wysokiej Rady drwiąco mówili: ‘Innych wybawiał, niechże teraz siebie wybawi, jeśli On jest Mesjaszem, Wybrańcem Bożym’. Szydzili z Niego i żołnierze, podchodzili do Niego i podawali Mu ocet mówiąc: ‘Jeśli Ty jesteś królem żydowskim, wybaw sam siebie’. Był także nad Nim napis”... Ksiądz Prymas przerwał czytanie, słysząc odgłosy dochodzące z korytarza. Po chwili zapukano do drzwi. Minęła właśnie godzina pierwsza po południu, a więc godzina, po której wolno było odwiedzać tak znaczącego więźnia lub tylko „internowanego”, jak Go nazywali komuniści.

        – Proszę – odpowiedział na ponowne pukanie ksiądz Stefan kardynał Wyszyński. 

        W drzwiach ukazał się oficer, który, mimo iż sprawował nadzór nad Księdzem Prymasem już prawie od pół roku, nie raczył się jeszcze przedstawić, poza zdawkowym, że „pełnić tu będzie służbę z ramienia rządu Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej i że jest oficerem Organów”. 

        „I nic, jakby żadnego nazwiska ani imienia, ani nawet stopnia ni tytułu ten pan nie posiadał” – jak pisze Ksiądz Kardynał w swoich wspomnieniach pt. „Zapiski więzienne”, gdzie tegoż oficera nazywa po prostu „Komendantem”. To głównie on kontaktował się z „Internowanym”. 

        „Poza nim służbę pełnili tu tak zwani dyżurni – pracownicy Urzędu Bezpieczeństwa noszący się po cywilnemu, w garniturach. Niektórzy nie czuli się w nich zbyt dobrze, nawykli do innego stroju, chłopskiej koszuli wkładanej przez głowę i portek przewiązanych sznurkiem i do innych narzędzi pracy, i do innej niż ta pracy”... – jak ich wspomina Ksiądz Prymas. A ponadto była też tu „rodzina” żołnierzy Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego (KBW) – tylko na zewnątrz „obiektów”, jak nazywano klasztory, zarówno w Stoczku Warmińskim, w Prudniku Śląskim oraz w ostatnim miejscu uwięzienia księdza prymasa Wyszyńskiego – w Komańczy.

        – Witam księdza. Czy nie przeszkadzam? Bo może... – powiedział „Komendant”, zawieszając głos i w dobrze udawanym geście uniżenia patrzył na Księdza Prymasa z uśmieszkiem błąkającym się po jego obliczu.

        – Proszę, niech pan wejdzie – odpowiedział Prymas siedzący przy koślawym biurku. – Uzgodniliśmy przecież, że po trzynastej mam czas nie tylko dla pana.

        – Oczywiście, oczywiście... Otóż, przyszedłem do księdza, żeby, po pierwsze, poinformować księdza w sprawie memoriału księdza do władz. Przekazałem, ale jak na razie bez żadnej odpowiedzi ze strony rządu. Chciałbym od razu też zaznaczyć, że nie miałem na to wpływu i nadal nie mam, rozumie ksiądz.

        – Rozumiem. A po drugie? 

        – Za przeproszeniem... Co po drugie? 

        – Powiedział pan na początku „po pierwsze”, a teraz spodziewam się usłyszeć od pana o następnej sprawie, jaką pan do mnie ma.

        – No jasne! Rozchodzi się o to, że jak ksiądz jest na spacerze z tym drugim księdzem, to obaj panowie rozmawiacie w obcym języku, myślę, że po włosku...

        –Też. Ale głównie po łacinie. Ponadto czasami rozmawiamy po francusku i po... niemiecku.

        – A przepraszam, dlaczego rozmawiacie panowie po niemiecku? Pytam, oczywiście, przez ciekawość, bo to język, bez wątpienia, naszego największego wroga.

        – Rozmawiamy po niemiecku, bo się uczymy tego języka. Może trochę poniewczasie, ale jak pan wie, na naukę nigdy nie jest za późno. A co do Niemców, jako naszego wroga, wybaczy pan...