Goniec

Register Login

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (44)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

AntczakWojciech        Zaniepokojenie Księdza Prymasa wzbudziło kolejne powtórzenie tej samej uwagi, znowu powiedzianej niby to mimochodem. Na co odpowiedział jej, że „miejsce biskupa polskiego jest albo przy Katedrze, albo w więzieniu, ale nie za granicą”. Później siostra zaproponowała Księdzu Kardynałowi wystosowanie pisma do rządu, z prośbą o zwolnienie Go do domu... I to wzbudziło w Księdzu Prymasie przekonanie, że usiłowano użyć siostry Leonii do zakulisowego wywiadu. Cóż jednak zamierzali osiągnąć owi „ONI”, zawsze „smutni”, uzurpujący sobie prawo do „kierowania” całym, bez wyjątku polskim narodem! Był przekonany, że siostra Leonia nie dała się im użyć, choć w odruchu swej wrodzonej szczerości mogła „IM” udzielić „niejednej cennej informacji”, ale nigdy nie ze złej woli. A poglądy swoje Ksiądz Prymas odsłonił już nie raz w czasie konferencji z przedstawicielami partii i rządu. „ONI” dobrze wiedzieli, co myśli i na co liczyć n i e  m o g ą!

        Ksiądz prymas Wyszyński wątpił także w „dobranie” księdza Stanisława Skorodeckiego i siostry Marii Leonii Graczyk przez Urząd Bezpieczeństwa, że będą „użyteczni”. Bardzo w to wątpił!

        „Obraz jest ‘prześwietlony’ jak na biało-czarnym filmie. Obaj spowici są w tę wielką nieprzeniknioną, oniryczną ciszę. Żegnają się w hallu ogromnego gmaszyska po bardzo uciążliwej konferencji. Ksiądz Prymas kieruje się ku oszklonym drzwiom, przez które widać w dole ulicę. W dalekiej perspektywie widoczne są sunące bezgłośnie trolejbusy i tłum, niczym mrówki chodzące w różnych kierunkach.

        Nagle dołącza doń prezydent Bierut, z którym się był przed chwilą przecież pożegnał. Wyraźnie chce towarzyszyć Księdzu Prymasowi. Choć pan Bierut nic nie mówi, Ksiądz Prymas wyraźnie czuje, że on tą swoją nachalną obecnością będzie chciał za wszelką cenę osiągnąć upragniony cel. ‘Ale dlaczego wciąż milczy? Przecież jeszcze tak niedawno, bo przed kilkoma minutami pożegnali się, więc dlaczego wtedy... No tak, pan Bierut jest w sumie bardzo nieśmiały, tylko sprawia wrażenie człowieka z tupetem, bo zmusza go do tego rola do której go przeznaczono zupełnie wbrew jego woli’ – dywaguje ksiądz kardynał Wyszyński odczuwając wielkie zaambarasowanie tą całą sytuacją. ‘Co powiedzą ludzie, widząc nas tutaj razem idących Alejami Racławickimi w stronę Krakowskiego Przedmieścia, w samym centrum Lublina’.

        Idą prowadząc ożywioną rozmowę, ale o dziwo, rozmowa ta odbywa się przy całkowitym milczeniu ich dwóch... Stoją teraz przy skrzyżowaniu ulic, czekając na zmianę świateł. Prymas chciał przekazać jeszcze coś bardzo ważnego panu prezydentowi, ale ten, jakby zniecierpliwiony, nie zważając na czerwone światło, ruszył, skręcając czym prędzej w lewo i szedł... po przekątnej skrzyżowania. ‘Jemu wszystko wolno> – myśli ksiądz Prymas. – ‘Nawet gwałcić przepisy o ruchu ulicznym!’ Prymas patrzy jeszcze przez chwilę za nim, znikającym gdzieś w bocznej ulicy, i rusza prosto na przeciwległą stronę jezdni, kiedy na jego drodze stają te Dwa Kozły, groźnie nadstawiające łby z ogromnymi, ostrymi rogami. Mija je bez przeszkód, próbując odnaleźć prezydenta Bieruta. ‘Gdzież zniknął, tak nagle, jakby zwątpił, że jestem w stanie zaradzić jego rozterkom, a może nawet i kłopotom, które mu niechybnie groziły?... Dlaczego tak nagle zwątpił w moją pomoc? Przecież...’ A towarzyszący prymasowi Wyszyńskiemu ksiądz, bardzo podobny do księdza Stanisława, próbuje coś tłumaczyć, czy naprawdę należy się oglądać? Z poczuciem niespełnienia, potrzeby dopowiedzenia wszystkiego do końca, ksiądz Stefan kardynał Wyszyński, przyspieszając kroku, rusza zdecydowanie ku Krakowskiemu Przedmieściu...” I wtedy nastąpiło przebudzenie.

        Po śniadaniu Księdza Prymasa odwiedziło dwóch księży. Mieli bardzo tajemnicze miny i zaraz od progu jeden z nich powiedział: „Ojcze Prymasie, proszę zgadnąć, co się stało?!”, I nie czekając na odpowiedź, dodali: „Radio podało przed chwilą, że wczoraj, w Moskwie, zmarł Bolesław Bierut!”.

        „A więc ten biedak przekonał się wreszcie, że Bóg jest Miłością. Był pierwszym władcą Polski, który miał odwagę zorganizować walkę państwową i polityczną z Kościołem, na niespotykaną dotąd skalę. To straszna odwaga! Robił to z przekonania czy z politycznej taktyki, pod dyktando moskiewskiego reżimu? – przyszłość na to odpowie!

        Pomimo zawartego ‘Porozumienia’ za jego rządów zniszczono tak wiele instytucji Kościoła. Zniszczono dobroczynność kościelną, wydawnictwa, prasę, księgarnie... Zniszczono katolickie szpitalnictwo. Pozamykano wiele szkół, klasztorów i domów zakonnych...

        Bolesław Bierut zmarł w rocznicę koronacji Piusa XII, którego zezwolił bezcześcić w prasie partyjnej, i mimo zwracanej mu przez nas na to uwagi, pozostawało to bez skutku, już choćby ze względu na swój autorytet w państwie, jako głowa tegoż państwa, a przede wszystkim na jego autorytet w partii, tak wielki, że jeśli tylko chciałby, zaprzestano by natychmiast plugawić papieskie imię. Ale Pan Bóg upomniał się o cześć swego sługi sług w oczach narodów urażonych w swoich uczuciach religijnych.

        Ponadto człowiek ten umarł na obczyźnie, tam skąd szła inspiracja do walki z Kościołem. Wyzionął ducha, właśnie tam, w Moskwie, tam gdzie wcześniej zgodził się na zabór jednej trzeciej ziem polskich. Jakże wyraźny jest tu ‘palec boży’, w śmierci tego, który nie respektował niczego poza siłą... ‘Kto czym wojuje od tego ginie – widoczny znak samego Boga’” – rozmyślał Ksiądz Prymas.

        Jeszcze tego dnia, wieczorem, trzynastego marca 1956 roku, przy kolacji, Prymas opowiedział księżom swój sen. Sanctorium comunio – jednak istnieje owa komunikacja duchów. Nie na darmo była modlitwa księdza kardynała za Bolesława Bieruta w czasie uwięzienia, które być może związało ze sobą tych dwóch ludzi. Może ten prześladowca religii zostanie wkrótce zapomniany, tak jak prędko został zapomniany jego do niedawna mocodawca – Stalin. Może i jego samego wkrótce się wszyscy wyrzekną, „ale nie ja” – myślał Prymas – „bo tego wymaga ode mnie moje chrześcijaństwo”.

        „Pycha moja” – rozważał dalej ksiądz prymas Wyszyński – „tkwiła w tym, że więcej widziałem grzechy moje niż moc i łaskę Najwyższego. Dziś to lepiej rozumiem niż przed laty dziesięciu. Dziś zdaje mi się, że to był ostatni grzech pychy mojej. Dziś zdaje mi się, że odtąd nie grzeszyłem pychą. A może taka myśl jest jeszcze jednym grzechem pychy?”.

        Jak się potoczą dalsze losy Polski, kiedy to jesteśmy świadkami tych wszystkich przemian? „Kocham Ojczyznę więcej od własnego serca i wszystko co czynię dla Kościoła, czynię dla Niej” – powtarzał ten wielki Prymas Polski, który był prawdziwie Mężem Opatrznościowym dla naszego Narodu, a który kiedyś podczas hitlerowskiej okupacji w 1944 roku, w drugi dzień świąt wielkanocnych, idąc przez plac Teatralny w Warszawie, został zatrzymany przez jakiegoś człowieka krzyczącego na cały głos: „Chrystus zmartwychwstał; Polska zmartwychwstanie! Wierzysz ksiądz w to?”. A przechodzący obok niemieccy żołnierze, wyjątkowo spokojni, obojętni na to, co deklarował ów człowiek, nie zwracając uwagi na nich dwóch, poszli dalej. Ale dla przyszłego prymasa Polski było to znaczące doświadczenie. Był to dowód na prawdziwą łączność wiary Polaków z nadzieją narodową. To właśnie TO pozwalało nam wytrwać w najtrudniejszych okresach Historii. Żyć ciągle nadzieją zwycięstwa!

        Kiedy, będąc zaledwie dziewięcioletnim chłopcem, stał wraz z ojcem przy łóżku umierającej tak młodo matki, ta nagle, w ostatnich słowach zwróciła się do swojego synka: „Stefan, ubieraj się!”. Chłopiec posłusznie założył palto, jako że była już zaawansowana jesień, koniec października, i zaraz pomyślał, że ma pójść dokądś, i kiedy zapiął się, poprawiając jeszcze szalik, znowu usłyszał jej głos: „Ubieraj się nie tak, inaczej się ubieraj!”. Spojrzał pytająco na ojca, a ten odpowiedział mu nad wyraz spokojnie: „Później ci to wytłumaczę...”. Wtedy zrozumiał, że matce chodziło o to, iż miał się ubierać w cnoty przygotowujące go do drogi, jaką miał dopiero obrać.

        „Ciągle was pouczam, że ten 

zwycięża – choćby był powalony i zdeptany – kto miłuje, a nie ten, który w nienawiści depce. Ten ostatni przegrał. Kto nienawidzi – przegrał! Kto mobilizuje nienawiść – przegrał! Kto walczy z Bogiem Miłości – przegrał! A zwyciężył już dziś – choćby leżał na ziemi podeptany – kto miłuje i przebacza, kto jak Chrystus oddaje serce swoje, a nawet życie za nieprzyjaciół swoich. Miłości – nawoływał ksiądz Prymas Wyszyński. – Miłości dla wszystkich, a zwłaszcza miłości dla nieprzyjaciół”.

        – Kazania do Narodu rozpoczynał słowami: „Najmilsze dzieci Boże”, a do diecezjan: „Dzieci moje”.

        – Lubił gdy zwracano się doń: „Ojcze, Ojcze Prymasie”. – Znaleziono szkiełko z wizerunkiem Matki Bożej Częstochowskiej, małe szkiełko z witraża wydobyte z gruzów Archikatedry św. Jana podczas odgruzowywania. I ten wizerunek Matki Boskiej, Matki naszej, ocalały z witraża był zawsze obecny na biurku księdza Stefana kardynała Wyszyńskiego, Prymasa Polski, Prymasa Tysiąclecia...

        – I jeszcze powtarzał: „Res sacra homo” [Człowiek jest święty] „Jego królewska Mość Człowiek”.

        [Źródła: Stefan Kardynał Wyszyński – „Zapiski więzienne” (Wydawnictwo im. Stefana Kardynała Wyszyńskiego „Soli Deo” – APOSTOLICUM, Warszawa – Ząbki 2001); Czesław Ryszka – „Prymas na trudne czasy”, (Wydawnictwo „Święty Paweł”); Ks. Roman Sławeński – „Rekolekcje z... Kardynał Stefan Wyszyński”, (Wydawnictwo „M”, Kraków 2001).

 

XXXVI

        „Lot nocny trwa niby choroba. Trzeba więc czuwać. Trzeba wspierać tych, którzy atakują ciemność i nie rozpoznają już nic (...) Ślepym wysiłkiem ramion usiłują wydostać się z morskiej toni”. Antoine de Saint Exupery – „Nocny lot”

        Do późnego popołudnia czas wlókł się mu niemiłosiernie długo. Dopiero około szóstej wezwano ich na ostatnią naradę, gdzie jeszcze raz kapitan Gołębiowski („Gol”) w asyście aż dwóch, milczących przez cały czas brytyjskich oficerów, przypomniał o ewentualnych niebezpieczeństwach czyhających na nich w czasie tej nowej, zaplanowanej na kilkanaście godzin misji.

        „Małego Franka” – porucznika Białka rozpierały emocje niczym dzieciaka, któremu obiecano pójście do cyrku albo do wesołego miasteczka, a za dobre sprawowanie dodatkowo obiecano jeszcze porcję czekoladowych lodów. W duchu modlił się, żeby ten lot nad j e g o Warszawę odbył się tej nocy, żeby tylko nic nie stanęło temu na przeszkodzie...

        – No, jak tam „panie warsiawiak”, nie masz pan pietra? – zwrócił się do „Małego Franka” kapitan Witczak kładąc mu dłoń na ramieniu.

        – Ja, panie poznaniak, ja miałbym się bać, właśnie teraz, kiedy mamy lecieć nad Warszawę!

        – To kawał drogi, jakby nie było ponad dwa i pół tysiąca kilometrów w tę i z powrotem – dodał kapitan.

        – Wiesiu, damy radę, żeby nie wiem co! Najważniejsze nie pękać! Pamiętasz, ile to było gadania, wtedy, we Francji, jak żabojady płakały nad swoim marnym losem, chowając te wspaniałe dewoitine’y – „pięćsetdwudziestki, a nam przydzielili „pięćsetjedynki”, niby to do ochrony tych lepszych maszyn, a to były zwykłe krowy nawet w porównaniu z morane’ami. I co? Daliśmy radę! Paru szkopom przyłożyliśmy i to nieźle! A później, kiedy Francuziki zorientowali się, że mając te wspaniałe „pięćsetdwudziestki” mogliby dołożyć Niemiaszkom, i to nieźle, właśnie wtedy, akurat wtedy musieli skapitulować! I po herbacie! Zgubiła ich „cykoria”, najzwyklejsza „cykoria”! – podsumował francuską kampanię porucznik Białek.