Goniec

Register Login

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (45)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

AntczakWojciech        – Pamiętaj Franek, że nawet na największego „kozaka” przychodzi kiedyś kryska... – jak na „Matyska”... A pamiętasz w Anglii, pamiętasz tego Czecha, jak mu tam było, zapomniałem... Chodził jak struty i chlał na umór, płacząc, że zginie nad Kanałem. I co?! I wykukał sobie!... Grunt to nie pękać! „Jeszcze nigdy tak nie było, żeby jakoś to nie było!” – „Mały Franek” zakończył tym dziwacznym powiedzonkiem zasłyszanym jeszcze gdzieś we wczesnej młodości.

        Lada moment wydany zostanie rozkaz zajęcia swoich miejsc w maszynach. Zahuczą włączone silniki i zacznie się ich rozgrzewanie. Załoga kapitana „Dablju-Dablju” [„W-W” – od Wiesław Witczak, nie do wymówienia poprawnie przez Anglików] czekała na rozkaz zajęcia miejsc w swoim halifaksie. Brakowało tylko nawigatora, plutonowego Skotnickiego.

        – Czy któryś z was nie widział Janusza? 

        – Był przed chwilą koło kantyny, panie kapitanie – odpowiedział mechanik pokładowy Walendowski.

        – Jasna cholera! – zaklął kapitan Witczak i ruszył w stronę baraków. 

        Skotnicki, jak gdyby nigdy nic, siedział przy jednym ze stolików, na którym stała szklanka do połowy wypełniona alkoholem o barwie miodu. Siedział nieruchomo wpatrzony nieprzytomnym wzrokiem w blat, a słońce wpadające przez okno rozświetlało tę szklankę. Wokół głowy plutonowego była jakaś taka, jakby nadnaturalna poświata.

        Kapitan znieruchomiał na widok siedzącego tu radiotelegrafisty. W pierwszym odruchu chciał go zrugać, ale w porę się opanował. Nigdy jeszcze nie widział go w takim skupieniu, aż w tak głębokim zamyśleniu. – No i ta szklanka! Cholerny świat! Chyba nie zdążył się jeszcze upić. Na litość Boga, skąd ja teraz wytrzasnę drugiego radiotelegrafistę?! – myślał, zbliżając się do niego.

        – Janusz... co się z tobą dzieje? – powiedział, siląc się na spokój. 

        – Słucham? – odpowiedział, patrząc na swojego dowódcę oczami pełnymi łez. 

        – To ja słucham! Co z tobą, do jasnej cholery! – nie wytrzymał Witczak.

        – Cśśś – powiedział, przykładając palec do ust i dodał po chwili niezbyt wyraźnie. – Nie żyją, panie kapitanie, wszyscy nie żyją...

        – Kto nie żyje?! 

        – Wszyscy moi... nie żyją! 

        – Skąd wiesz? 

        Z kieszeni na piersi wyjął list w niebieskiej kopercie i rzucił go na blat stolika, a drugą dłonią powoli ujął szklankę, którą w porę odebrał mu jego dowódca.

        – Chodź już, Janusz! Wszyscy czekają tylko na ciebie. Zdrzemniesz się trochę na pokładzie. A teraz weź się chłopie w garść! Tak nie można! A to, nie jest żadne rozwiązanie – powiedział stanowczo i chlusnął zawartością szklanki na podłogę.

        W kantynie zrobiło się nagle bardzo cicho. Na szczęście nie było tu zbyt wielu osób.

        – Dopiero byłaby zabawa – pomyślał kapitan Witczak. – Chodź już! Patrzą na nas i zaraz rozniesie się, że Polacy to...

        – Pijacy – dopowiedział Skotnicki, wstając zdecydowanie od stolika. 

        Zasunąwszy jeszcze za sobą krzesło, stanął wyprostowany i wskazał drogę kapitanowi, przepuszczając go pierwszego z należnym mu szacunkiem. Ta odrobina koniaku nie mogła wykluczyć go z lotu, ich pierwszego lotu nad Polskę, nad Warszawę.

        Już druga maszyna, potężny liberator B-24, kołowała do startu, a ich halifax „B” baker – 171, stary grat, w którym po próbie przed lotem bojowym wysunęła się jedna klapa skrzydła, co po wylądowaniu mechanik skwitował tylko machnięciem ręki, teraz ten ich „rzęch” miał wystartować jako ostatni – „last but not least” [„ostatni, ale nie mniej ważny”] – jak zwykli mawiać Anglicy.

        Kiedy wreszcie usiadł za sterami, „Mały Franek” patrzył na niego pytająco. 

        – Dostał straszną wiadomość... Wszyscy jego... – „W-W” nie dokończył, odwzajemniając spojrzenie z jakimś strasznym grymasem, ni to żalu, ni złości.

        Porucznik Białek przeżegnał się i nic już więcej nie mówiąc, sprawdził odruchowo wskaźniki, kiedy usłyszeli głos z wieży:

        – What’s going on up there? Are you ready boys? [ Co się tam u was dzieje? Jesteście gotowi, chłopcy?].

        – Yes, we are! [Jesteśmy gotowi!] – odpowiedział kapitan Witczak spokojnie, lecz stanowczo.

        Maszyna nabierała prędkości, najpierw powoli, jakby gromadziła energię do największego wysiłku, jakim bez wątpienia było oderwanie się od ziemi, a potem ostro ruszyła po pasie startowym, żeby za chwilę oddzielić się od niego i pozostawić go z tyłu za sobą. Nieznacznie nabierali wysokości, gdy w pewnej chwili w kabinę chlusnęło słońce, oślepiając obydwu pilotów. Lekkim łukiem, z wyszukaną gracją, skierowali się w prawo ku Adriatykowi mającemu przy brzegu barwę jasnobłękitną, miejscami przechodzącą w zieleń ciemniejącą coraz bardziej, zieleń niemal butelkową, a dalej w miarę wznoszenia się maszyny, morze przybrało już barwę ciemnego granatu.

        Lecieli nad Jugosławię, ku wybrzeżom Chorwacji, gdzie było jeszcze spokojnie, ale im dalej, tym bardziej obawiali się ataku niemieckich baterii przeciwlotniczych, a co gorsza, spotkania z niemieckimi myśliwcami patrolującymi niebo, szczególnie nad Węgrami, ale na razie nic im nie groziło. Wciąż jeszcze nabierali wysokości nad coraz bardziej ciemniejącym morzem.

        Pogoda była wspaniała. Gdzieniegdzie tylko widać było nieliczne chmurki cumulus i altocumulus, kłębiaste i średnio kłębiaste. Po niecałej godzinie lotu wyszli znad Adriatyku i znaleźli się nad Jugosławią. Lecieli w milczeniu, lecieli z determinacją. Monotonne buczenie silników działało na nich uspokajająco.

        – Co z nim? – zapytał Franciszek, przerywając długotrwałe milczenie. 

        – Myślę, że już wraca do siebie. Rozkleił się, całkiem się rozkleił. Pokazywał mi list, w którym ktoś mu donosił, że wszyscy jego zginęli... nagle, podczas bombardowania...

        – Boże, Boże... – westchnął porucznik Białek. – Żyjemy w ciągłej niepewności. Oni tam i my tu. Zresztą, co komu pisane... 

        Po minięciu gór zmniejszyli pułap o kilka tysięcy stóp ze względu na oszczędność paliwa i nagle wpadli w niesamowitą mgłę. Lecąc już na wysokości Nowego Sadu, nie widzieli w ogóle ziemi. Nawet rzeki nie były widoczne. To nawet nie była typowa mgła, a raczej bardzo gęsty opar wodny. Tutaj zdarzało się to dość często, na pograniczu Jugosławii i Węgier, zwłaszcza o tej porze roku, w czasie lata takiego jak to, deszczowego, właśnie osiągającego już swój zenit. Ale miało to także i dobre strony. Przynajmniej nie byli widoczni z ziemi, a poza tym, ten mglisty opar wróżył, że dalej, a i z powrotem – jak wszystko pójdzie dobrze – będą mieli wyśmienitą pogodę.

        Tuż przed południem znaleźli się nad Dunajem. Mgła ustąpiła. Przekroczywszy linię rzeki, skierowali się na północny wschód, w kierunku Karpat. Ostrzegano ich, że tu, w tej okolicy, na wschód od Budapesztu, mogą natrafić na silny ogień zaporowy. Przelecieli ten odcinek niezauważeni. Dalej, nad Karpatami, dopadła ich letnia burza z bardzo silnymi wyładowaniami i o dużej częstotliwości. Spadła temperatura. Na szczęście nie na tyle, żeby maszyna uległa oblodzeniu, ale jednak została oszroniona. Nagle zauważyli, że od łopat śmigieł jakby zapaliły się jakieś dziwne ognie, wstęgi niebieskich płomieni. To samo zjawisko pojawiło się na obydwu skrzydłach. Od ich czubków ciągnęły się jeszcze dłuższe niż od śmigieł, bo na kilkadziesiąt metrów długie pasma takich samych, niebieskich płomieni.

        – Jakbyśmy się palili! Chryste Panie! – zawołał z przejęciem nawigator, plutonowy Skotnicki.

        Była to pierwsza jego uwaga, poza ścisłym określaniem pozycji maszyny pilotowanej przez kapitana Witczaka i porucznika Białka, którego nazwisko znało niewielu w przeciwieństwie do pseudonimu – „Mały Franek”.

        – To nic groźnego, to tylko „ognie świętego Elma”. 

        – Kogo? 

        – Świętego Elma. 

        – Pierwszy raz słyszę o takim świętym – skomentował Skotnicki. 

        – I ja też – dopowiedział Franciszek. 

        I znowu nastała cisza, którą przerwał kapitan Witczak. 

        – Chodzi zapewne o świętego Elmo, czyli Erazma... 

        – Z Rotterdamu? 

        – Tamten akurat nie był świętym, a święty Erazm pochodził z Formii... Jest patronem żeglarzy, a te jego ognie to dobry znak. Najwyraźniej święty Elmo ma nas w swojej opiece...

        – Skąd ty to wiesz?! – zapytał z emfazą „Mały Franek”. – O ile sobie przypominam, w Dęblinie nas tego nie uczyli.

        – Uczyli, uczyli, ale nie w Dęblinie, a wcześniej, na lekcjach religii. Mieliśmy bardzo wymagającego katechetę, dlatego... – przerwał nagle, wsłuchując się w przerywany głos w słuchawkach. – Repeat, please! [Proszę powtórzyć!] – zawołał podekscytowany. – What

planes?... O’key! I got it! [Co za samoloty?... W porządku! Zrozumiałem!] Cholera jasna! Zdaje się, że nasi „sprzymierzeńcy – krasnoarmiejcy” chcą nam pokazać swoje sztuczki! Pieprzone mydłki!

        – Kto?! Skąd znowu Ruscy? 

        – Dostałem wiadomość od liberatora, „Tysiąc dwieście czwartego”, że nad Pilicą próbowali im przyłożyć, a wcześniej zmusić do zmiany kursu, na wschód.

        – Psiakrew! Mało, że Szwaby, to jeszcze i te „kacapy”. Strzelec pokładowy na ogonie melduje o zbliżaniu się trzech myśliwców.                                 Nadlatywały od strony Tarnowa. Podchodząc bardzo odważnie na niewielką odległość, dwa z nich próbowały podejść jeszcze bliżej, jeden z prawej, drugi z lewej. Zagrały karabiny maszynowe z pokładu halifaksa, a zabrzmiało to jakby to właśnie oni zostali ostrzelani, takie przynajmniej wrażenie odnieśli siedzący w kabinie. Ten z lewej nie zdążył nawet uruchomić swoich „maszynek”, kiedy otrzymał serię po silniku i kabinie. Puściwszy smugę dymu, poleciał jak kamień, koziołkując ku światłom, różnokolorowym flarom pod chmurami, rozbłyskującymi niczym reflektory. Ten drugi myśliwiec próbował wznieść się ponad nich i zaatakować od strony ogona. Nie zdążył. Krótkie, ale celne serie, jedna po drugiej wystrzelone przez strzelca ogonowego, rozpirzyły śmiałka w strzępy. Odpadł, nie zdążywszy się nawet katapultować, a ten trzeci widząc, co się stało, nie próbował już ataku. Zrejterował w porę, kładąc swoją maszynę gwałtownie na prawe skrzydło, i odleciał w mroczną pustkę.

        Od zachodu widać było jakieś dziwne światła malinowej barwy, jakby światła pozycyjne jakiejś monstrualnej, z piekła rodem machiny. Obaj wytężali wzrok i dopiero kiedy zeszli bardzo nisko nad ziemię, na wysokość około 100 stóp, rozpoznali rozżarzone kominy wiejskich domów, a widoczne z daleka ogniste słupy to były strącane, płonące samoloty. Dla bezpieczeństwa podnieśli pułap, bo nagle rozbłysły tuż koło nich świetlne pociski. Strzelano z dwóch stron. Jedne z nich miały barwę zieloną, a drugie jasnożółtą, jak większość tego typu pocisków. Po chwili zorientowali się, że to nie do nich celowano. Prawdopodobnie była to wymiana ognia artyleryjskiego.

        Było kilka minut przed pierwszą, kiedy odbili nieco na północny wschód, w kierunku Lublina, a tam jak na ironię próbowano ich zestrzelić z ziemi ogniem sowieckich dział przeciwlotniczych. Załoga halifaksa zauważyła ich baterie w chwili, gdy właśnie zaczynali strzelać ze znacznie większej odległości, niż wynosił zasięg dział. Znowu podnieśli pułap i przelatując nad nimi, widzieli całą baterię walącą do nich z jakąś zajadłą wściekłością, ale na szczęście nie byli władni, żeby ich dosięgnąć. Skręcając ku Wiśle, uniknęli jeszcze kilku dalszych ataków z ziemi, a jednocześnie spotkania z sowieckimi myśliwcami patrolującymi wschodnie tereny nadwiślańskie. Z lewej mieli Puławy i Dęblin, ich jakże dobrze znany rejon, znany jeszcze ze szkolnych lotów sprzed wojny. W pobliżu Warki przekroczyli rzekę Pilicę, a stamtąd ich oczom ukazał się widok niczym piekielna otchłań płonąca rdzawoczerwonym ogniem. To płonęła Warszawa!

        Znalazłszy się nad Lasem Kabackim, zniżyli lot z dwustu pięćdziesięciu stóp do stu. Wydawało się, że samolot lada chwila zahaczy podbrzuszem o wierzchołki drzew. Lecieli teraz z prędkością nieprzekraczającą dwustu kilometrów na godzinę, aby uniknąć w ten sposób ewentualnego ataku nieprzyjaciela z terenu Wyścigów Konnych albo skądś ze Służewca lub przedmieść dzielnicy Mokotów. „Mały Franek” niespokojnie wiercił się w fotelu, jakby już stąd spodziewał się wypatrzyć swój rodzinny dom na Gorzkiewkach, lub chociaż wieś Wyczółki położoną bliżej Puławskiej, niedaleko muru Wyścigów, gdzie mieszkała jego szkolna miłość – Marysia Chądzyńska...  Przekraczając aleję Sobieskiego, a dalej ulicę Czerniakowską, kierowali się ku Wiśle. Z lewej strony kabiny, kilka kilometrów na zachód widzieli ogromne połacie płonącego miasta z enklawami wolnymi od ognia. Tam mogli znajdować się Niemcy. Sunęli tuż nad samą Wisłą na wysokości nie większej niż sześćdziesiąt stóp, wciąż w obawie przed niespodziewanym atakiem i w rezultacie strąceniem. W ciemnościach panujących nad samą rzeką o mały włos uderzyliby w most Poniatowskiego, ale tylko dzięki przytomności porucznika Białka uniknęli katastrofy. Ich celem był niedaleki już plac Krasińskich. Nad trzecim mostem, jak ich poinstruowano w bazie, powinni skierować się nad lewobrzeżną część miasta. I znowu, tylko dzięki przytomności „Małego Franka” skręcili w lewo tuż za mostem Kierbedzia, gdyż wcześniej, prowadzący maszynę kapitan Witczak nie zauważył tego drugiego mostu, mostu kolei średnicowej, i byliby z pewnością minęli i ten trzeci most. Teraz sunęli nad płonącymi domami. Lecieli coraz niżej nad rdzawopomarańczowymi płomieniami.

        Dobrze oświetlony cel, plac Krasińskich, z kilkoma silnie świecącymi reflektorami zwróconymi ku nawietrznej, był teraz wyraźnie rozpoznawalny. Zniżyli się maksymalnie na wysokość mniejszą niż pięćdziesiąt stóp i redukując szybkość maszyny do mniej niż dwustu kilometrów na godzinę, usłyszeli rozkaz: „Drzwi bombowe otworzyć! Przygotować się do zrzutu!”. Pilot potwierdza: „Drzwi bombowe otwarte” – odpowiada, wahając się jeszcze, czy rzeczywiście są nad samym celem, bo te reflektory co i raz łapią samolot w swoje świetliste, oślepiające nożyce! A jeszcze na domiar złego światło, jakby rzucone zza ich pleców, odbija ich postacie w przedniej szybie. Chwilami nie widzą przed sobą absolutnie nic! Zgroza! Jak rozpoznać cel w tym morzu ognia! „Teraz!!” – krzyczy nawigator pełniący jednocześnie rolę dispatchera. Ładunek poszedł w dół! Odchodząc, obaj piloci widzą jeszcze kładące się czasze spadochronów, widzą przez krótką chwilę twarze zwrócone ku nim. Ktoś macha ręką...

        Po dokonaniu tej iście akrobatycznej operacji halifax, wznosząc się przy zwiększonych obrotach wyjących silników, szybuje w górę. Kapitan zakołysał delikatnie maszyną na znak, że u nich tu wszystko jest w porządku, a jednocześnie jakby oczekiwał odpowiedzi, jakiegoś choćby najmniejszego znaku potwierdzającego przyjęcie zrzutu przez powstańców...

        Polecieli kierując się w stronę płonącego Dworca Głównego. Witczak otarł spoconą twarz. Kabina i całe wnętrze samolotu wypełnione były gryzącym dymem. Wszyscy łzawili. Niektórzy także ze wzruszenia, szczególnie „Mały Franek” był tak podekscytowany, a jednocześnie ukontentowany z dobrze wykonanego zadania, że nie bacząc na cieknące po policzkach łzy, bił się rękoma w kolana krzycząc: 

        – Udało się! Chłopaki, udało się! Niech mnie dunder świśnie! Widzieliście? Udało się, jak pragnę...

        I kiedy już wyrównali poziom lotu, ostro ruszyli wzdłuż linii kolejowej prowadzącej do Pruszkowa i dalej ku Skierniewicom, gdzie porucznik Białek miał rodzinę, stryjostwo, których ostatnio widział po skończeniu dęblińskiej szkoły, kiedy to przyjechał do nich aby się pochwalić swoim mundurem... – Stare, dobre czasy – pomyślał, patrząc na jadący w dole pociąg podobny z tej wysokości do zabawki. Z tej „zabawki” nagle bluznęło świetlnymi pociskami, które przeszły obok, a to skłoniło ich do gwałtownego odskoku w lewo od torów przy jednoczesnym podniesieniu pułapu. Wysłano do nich jeszcze jedną serię świetlistych „paciorków”, bardziej dla wiwatu, niegroźnych już strzałów, gdyż stali się już nieuchwytni dla strzelających szkopów.

        Po spełnieniu swojej misji skierowali się jeszcze bardziej na zachód z początkowym zamiarem lotu nad Czechosłowacją i Austrią ku Adriatykowi, ale po otrzymaniu ostrzeżenia, że pomiędzy Łowiczem a Łodzią Niemcy zastawili pułapkę w postaci silnego ognia artylerii przeciwlotniczej oraz pojawienia się kilku dörnierów i heinklów w asyście osłony złożonej z messerschmittów w rejonie między Wieluniem a Opolem, zdecydowali się nie ryzykować i schodząc niżej, skręcili bardziej w lewo, na południe, decydując się wracać tą samą trasą, którą przylecieli nad Polskę. Aby jak najprędzej do Jugosławii, a stamtąd pozostanie im skok przez Adriatyk i... po herbacie!

        W milczeniu pokonali odcinek ponad dwustukilometrowy, kierując się na Kraków. Pomni ataku myśliwców z ośrodka Szkoleniowego Nocnych Pilotów Luftwaffe koło Tarnowa, minęli Kraków od wschodu i w okolicy Bochni, na wzgórzu zobaczyli płonący halifax z ich 1568. Samodzielnej Eskadry do Zadań Specjalnych. Musieli być strąceni przed chwilą albo mieć jakąś poważną awarię, bo maszyna paliła się wielkim płomieniem, oświetlając ogromną połać terenu, a przy okazji i ich, bo w kabinie zrobiło się na chwilę bardzo jasno. Nie mogli im w żaden sposób pomóc, zresztą jak, nie wiedząc nawet, czy ktokolwiek z nich miał szanse przeżyć... W ponurym nastroju lecieli ku Czechosłowacji i Węgrom w całkowitej ciemności przy milczącym migotaniu gęsto rozsianych na nieboskłonie gwiazd podobnych do dziur wygryzionych przez mole w czarnej materii oświetlonej od wewnątrz, przy nielicznych światełkach tam w dole, znakach ludzkiej obecności. Żeglowali ku swemu przeznaczeniu w tę ciepłą sierpniową noc. Wsłuchani w miarowe buczenie silników, czuli, jak ogarniała ich zdradziecka senność i gdy usłyszeli w słuchawkach najpierw jakieś trzaski i szumy, a po chwili kobiecy głos, niczym perlisty, dźwięczny głos tej dziewczyny z radio zapowiadającej zaraz po porannych wiadomościach koncert życzeń dla tych wszystkich naszych dzielnych chłopców walczących „na kontynencie, a także w Afryce i gdziekolwiek tylko docierają nasze audycje” – zaraz się ożywili. Ale z pewnością to nie była ta sama dziewczyna, niemniej sprawiła im radość, dziękując za doskonałe wykonanie powierzonego im zadania: „Gentlemen, you did excellent piece of work! Congratulation Flight Lieutenant „Łitzak” and Flying Officer „Bialik”! And all of you... [Panowie, zrobiliście wspaniałą robotę! Gratulacje kapitanie Witczak i poruczniku Białek! I wy wszyscy...] i tu nastąpił koniec pochwał ze względu na zaburzenia spowodowane wyładowaniami atmosferycznymi.