Goniec

Register Login

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (46)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

AntczakWojciech        – Psiakrew! – zaklął „Mały Franek”. – Nawet nie zauważyłem naszego domu! A byliśmy tak blisko, tuż koło Wyścigów...

        – A ja widziałem! Wyraźnie widziałem twój dom na Gorzkiewkach... duży, biały dom kryty czerwoną dachówką, stojący najbliżej Torów Służewieckich...

        – Nie mów! Naprawdę widziałeś?! 

        – Oczywiście, że widziałem na własne oczy! Niech ja skonam, niech ja... skonam, panie „warsiawiak”... jak pragne fiknońć! – śmiał się kapitan Witczak, a na koniec zmrużył szelmowsko oko.

        A na to „Mały Franek” poczuł się bardzo, ale to baardzo obrażony! 

       Już na wysokości Montenegro zaczęli obniżać pułap. W pełnym słońcu, zmęczeni do cna, ale radośni szybowali ku błękitnym wodom Adriatyku. Za niecałą godzinę wylądują na lotnisku brytyjskiej bazy w Brindisi, jako jedyna załoga szczęśliwie ocalała po dopełnieniu kolejnej misji pomocy powstańczej Warszawie.

        Lucyna bezwładnie osunęła się na krzesło. Walczyła z przemożną sennością. Tak ona, jak i wszyscy pracujący w tym i innych powstańczych szpitalach, spali co najwyżej po dwie do czterech godzin na dobę, nierzadko z nagła budzeni, niezbędni do nagłych przypadków, do zabiegów niecierpiących zwłoki, dla ratowania, kogo się tylko dało, mimo rażących braków w medycznym zaopatrzeniu, harowali bez wytchnienia, nie wiedząc, kiedy się to wszystko skończy i jak się to skończy! – Przecież nasi sprzymierzeńcy nie mogą nas tak zostawić, bez żadnej pomocy, tak straszliwie cierpiących, nas – sumienie świata, wciąż jeszcze żywe... Amerykanie są już niedaleko Paryża, a Rosjanie tuż za Wisłą, więc powinno się to skończyć lada dzień... Ostatecznie trwamy, nie poddając się już trzeci tydzień... – myślała, jak myślało wtedy wielu warszawiaków, nie zdając sobie absolutnie sprawy, że dla Polaków i innych Słowian, w przeciwieństwie do Anglosasów, istnieje coś takiego jak: „Chcieć to móc!”. Nie. Oni kierują się zasadą wręcz odwrotną: „Móc to chcieć!”. I nic się na to już nie poradzi...

        – Ileż to dni minęło, kiedy ostatni raz widziała się ze Staszkiem? Cztery, pięć, a może to było już ponad tydzień temu, a może wczoraj... po południu, a może rano? Co się ze mną dzieje?... Jak mam sobie przypomnieć?! Wciąż nie mogła uwierzyć, że on jest już jej mężem. – To stało się przecież tak niespodziewanie, wtedy w kościele, na mszy, a w kilka dni potem oświadczył się, a ja głupia chciałam to przełożyć na później, jak już będzie po wszystkim, bo przecież ślub w życiu kobiety... A teraz jest już moim mężem, na dobre i na złe – jak sam to powiedział... Mąż! Jakże dziwnie to brzmiało jeszcze do niedawna, bo ten, którego znała jeszcze sprzed wojny, kiedy oboje byli uczniami gimnazjum, ten chłopaczek teraz tak bardzo zmieniony, taki męski! Po bardzo długim niewidzeniu się, po tych wszystkich przejściach i jej, i jego, kiedy wydawało się, że nie jest im już pisane... zupełnie niespodziewanie i w tak niezwykłych okolicznościach, mimo tylu niebezpieczeństw, nawet tu, na Starówce – został nagle jej m ę ż e m!

        Nie przypuszczała nawet, że spędzi w tym szpitalu aż tyle czasu. Wycieńczona pracą nad siły, jak ci wszyscy ofiarnie ratujący wciąż przybywających tu rannych, potwornie wręcz okaleczonych, z obłędem w oczach, dla których jedynym ratunkiem było umożliwienie im przejścia stąd do... Niewiadomego Tam. I odchodzili, jedni z niesamowitym spokojem, błogim wręcz wyrazem twarzy, jakby zapadali się, mimo strasznego bólu, w kojący sen, a inni oszaleli ze strachu, niepogodzeni, w im tylko widomych koszmarach, odchodzili w COŚ jeszcze straszniejszego niż to, co spotkać ich mogło Tu i Teraz. Umierali w niemiłosiernym cierpieniu. To widać było wyraźnie na ich pośmiertnych maskach zastygłych już z grymasem potwornego lęku, jakiejś niewysłowionej boleści, jakby z żalu przeokropnego, że odchodzą w wieczność bez najmniejszej szansy na choćby tylko chwilowe ukojenie ich cierpienia, że toną w Otchłani Potępienia, w żrącym poczuciu winy. Toną bezpowrotnie...

        Cuchnęło ludzkimi odchodami, krwią i ropą oraz środkami dezynfekcyjnymi. Co i raz zapadała w sen, z którego „ocykała się” w ostatniej chwili, żeby tylko nie stracić równowagi i nie runąć na brudną podłogę. Patrząc na tych wszystkich rannych, leżących tu jeszcze na noszach albo z braku łóżek zwalonych wprost na podłogę, gdzie popadło, patrząc na nich, jęczących z bólu, zmasakrowanych... – odnosiła wrażenie, że już od niej odeszło życie, a to wszystko jest jakimś koszmarnym ni to snem, ni jawą, jakby krążyła po piekle, w które tak naprawdę mało kto wierzy, a które, chcąc tego czy nie, naprawdę istnieje, naprawdę!...

        – Pani Lucyno! – usłyszała nad sobą głos doktora „Bartosza”. – Jest pani proszona do głównego wejścia.

        Nie rozumiejąc jeszcze, o co chodzi, patrzyła na lekarza błędnym wzrokiem. 

        – Pani Lucynko! Niech się pani obudzi! Ktoś czeka na panią przy głównym wejściu, tam od Długiej... z, jak twierdzi, ważną wiadomością.

        – O Boże! Coś ze Staszkiem! Na pewno... Nie daj Chryste! – pomyślała w pierwszej chwili i nie panując już nad sobą, krzyknęła: – Staszek, Staszek!

        Bez opamiętania ruszyła korytarzem pełnym rannych i opiekującymi się nimi, pospiesznie lawirowała między nimi wszystkimi do głównych schodów. Cały hall na parterze pełen był kręcących się w tę i z powrotem ludzi, zaaferowanych mimo tak późnej już nocnej pory. Co chwila wnoszono wprost z ulicy kogoś mniej lub bardziej rannego. Wzywano pomocy lekarza lub siostry. Patrząc po twarzach zebranych, natrafiła na niewysokiego, szczupłego blondyna o dziecięcej twarzy. On także sprawiał wrażenie szukającego kogoś w tym ogólnym zamieszaniu. Tak, bez wątpienia, to był „Orkan”, podwładny Staszka! – stwierdziła pełna powracających obaw.

        – Pani porucznikowo! – wołał w jej stronę uradowany, a więc nie mógł przyjść ze złą wiadomością. – Pani porucznikowa wybaczy, że ją tu na dół fatyguję, ale...

        – Czy coś z moim mężem...? 

        – Nie, nie. Bez obaw, wszystko w porządku. Pan porucznik prosił o przekazanie pani, że teraz, jeszcze tej nocy, mamy wszyscy pójść na nowy odcinek... Proszę tylko nikomu nie mówić – ściszył głos – ale chyba będziemy bronić tej twierdzy, tej Wytwórni Papierów Wartościowych przy Sanguszki, aż za Kościelną. Pan porucznik prosił, żeby się pani o niego nie martwiła, i prosił jeszcze o przekazanie tego – powiedział, wręczając jej mały kawałek papieru złożonego starannie w „kostkę”.

        – Dziękuję ci bardzo... 

        Wróciła po chwili, wręczając mu karteluszkę, na której były tylko te słowa: „Także wierzę, że się niebawem szczęśliwie spotkamy. Najdroższy, kocham Cię nad życie. Zostań z Bogiem. Do zobaczenia. L.”

        – Proszę o doręczenie tego mężowi i proszę mu powiedzieć, żeby się także o mnie nie martwił! Jeszcze raz panu... jeszcze raz ci „Orkan” dziękuję! Bywaj z Bogiem!... Aha, zapomniałabym, powiedz, że będę na niego czekała, jak tylko... – przerwała nagle, rozumiejąc niedorzeczność tego, co chciała jeszcze przekazać. Nikt nie mógł przecież przewidzieć, co się z nimi wszystkimi stanie później, a nawet za chwilę...

        – Dobrze, przekażę, pani porucznikowo – powiedział na pożegnanie i nie wiadomo czemu stanął przed nią na baczność i zasalutował.

        Zaraz po południu trochę się uspokoiło. Niemcy jakby odłożyli swoje ataki na później, jakby zbierali wciąż siły do ostatecznego uderzenia. Od ponad godziny nie nadlatywały już stukasy i nie zrzucały półtonowych bomb, każdy z nich po trzy – bo taka była reguła, a potem jeszcze tłukąc z broni pokładowej, gdzie popadło, z determinacją pewnych swego nad nimi zwycięstwa. Ucichły także „szafy”, których złowieszcze wycie kończyło się zawsze bardzo groźnymi wybuchami, mało, że burzącymi wiele domów, to na domiar złego pociski wystrzeliwane z tych wyrzutni raziły trójtlenkiem siarki, a ten przy zetknięciu z wilgocią zamieniał się w żrący kwas siarkowy. Iluż poparzonych przez te pociski wyło potem z bólu nie do ukojenia, mając popaloną skórę na twarzach, w których widoczne były jedynie białka oczu jakimś cudem niewypalonych przez ów kwas.

        Leżeli ci nieszczęśnicy, jęcząc z bólu, a na domiar złego żarły ich całe roje much zwabione krwią i cieknącą z ich ciał ropą. Dopiero w nocy, kiedy robiło się nieco chłodniej, wstawali i chodzili wśród śpiących niczym zjawy...

        Zajęli pozycje po wystrzelanym, niemal całkowicie, plutonie podchorążego „Zalewy” z Drugiej Kompanii i wtedy, jak na komendę, jakby tylko na nich czekali, Niemcy ponowili atak. Od strony parku Traugutta sunęła „pantera” w kolorze piaskowopustynnym, a za czołgiem skradała się spora grupa pochylonych postaci piechoty SS-mańskiej Oberführera Oskara Dirlewangera. Zaczęto też bić z tego potężnego działa kolejowego umieszczonego na pociągu poruszającym się ruchem wahadłowym od Dworca Gdańskiego aż do Wisłostrady, tuż do mostu i z powrotem ku Gdańskiemu, waląc bezustannie. Niemcy całe swoje uderzenie skoncentrowali teraz na Starówkę, zwłaszcza że od ponad dziesięciu już dni Wola była spacyfikowana, więc i zasięg poruszania się pociągu ograniczony został zaledwie do krótkiego odcinka długości mniej niż kilometra od dworca do rzeki.

        Od strony wschodniej atakowano zza Wisły, gdzie na wysokości Ogrodu Zoologicznego Niemcy porozwieszali na drzewach, a także poukładali na trawnikach ogromne biało-czerwone płachty, mające za zadanie wprowadzenie w błąd Rosjan sporadycznie tylko atakujących niemieckie pozycje, jakby od niechcenia. Sowieci najwidoczniej czekali, aż Giermańce i Paliaki wytłuką się nawzajem, a wtedy dopiero wielikaja i niepobiedimyja armia sowiecka z rozkazu „genialnego ojca narodów – towarzysza Stalina”, ruszy dalej na Berlin, a tymczasem czekano, jakby w myśl rosyjskiego porzekadła, mówiącego – jak na ironię – wolniej jedziesz, dalej zajedziesz.

        Natomiast Niemcy ciągle jeszcze kontrolowali teren bezpośrednio przylegający do Wisły, po obydwu stronach rzeki. Wzdłuż Wybrzeża Gdańskiego, na zachodnim brzegu patrolowali Wisłostradę czołgami i pojazdami pancernymi. Dodatkowo ostrzeliwali Starówkę z kanonierek pływających po Wiśle, a już od 6 sierpnia do ostrzału włączono działa „105-ki” po praskiej stronie będące poza zasięgiem i tak bezsilnych powstańców. Zasoby broni, nawet ręcznej, kurczyły się z każdym dniem i były nieproporcjonalnie nikłe w porównaniu z zasobami wroga. A mimo to, stosunek zabitych Niemców do rannych powstańców był jak jeden do jednego, jak to ktoś potem, po wojnie, wyliczył na podstawie statystyk. A wynikało to głównie z powodu brawurowego prowadzenia walki przez Polaków, wśród których obowiązywała zasada: „jeden nabój, jeden martwy Niemiec”. Dlatego obsada barykad „pozwalała sobie” na dopuszczanie atakujących szkopów na odległość co najmniej strzału, a nierzadko, żeby nie spudłować, na odległość tylko kilkunastu metrów. Miało to swoje dobre i złe strony... A inne statystyki mówiły, że na każdego zabitego Niemca przypadało dziesięciu zabitych powstańców i sto osób spośród ludności cywilnej... I to chyba było najbliższe prawdy. Niestety!

        – Pamiętajcie! – ostrzegał ich „Virtus”. – Spokój i tylko spokój! Pozwólcie im dojść do samej barykady i wtedy dopiero...

        – Panie poruczniku, melduję przybycie tych brakujących zapalników i jeszcze kilka pocisków do mojego piata – pochwalił się starszy strzelec „Grzechu”.

        Ale Niemcy, jakby na coś jeszcze czekali, wciąż nie ponawiali ataku. Dopiero kiedy zjawiła się, ni stąd, ni zowąd trójka nurkowców i po zrzuceniu bomb, na szczęście niecelnie, zarazem zrezygnowawszy z powrotu i ostrzału z broni pokładowej, samoloty wzbiły się w niebo i odleciały na południowy zachód, wtedy dopiero Niemcy ruszyli do natarcia. Zaczęli od potężnego wystrzału czołgowego, niszcząc koniec barykady, a oni, bez żadnych na razie strat ludzkich, czekali, chcąc mieć ich nieco bliżej, i dopiero wtedy to starszy strzelec „Grzechu” przymierzył się i posłał im bardzo celny strzał, gruchocząc gąsienicę. Czołg wykonał pół obrotu i znieruchomiał, a po chwili poleciały na niego butelki z benzyną.