Goniec

Register Login

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (47)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

AntczakWojciech        Buchnął płomieniem i brunatno-czarnym dymem. Najbardziej kopciła się tylna część tego kolosa. Sparaliżowany, buchając gęstym, gryzącym dymem, uniemożliwił dalsze natarcie piechoty. Kilku Niemców położono natychmiast trupem, a reszta wycofała się w pośpiechu daleko za linię ulicy Konwiktorskiej. Po chwili z płonącej maszyny zaczęła wychodzić załoga, machając białą szmatą i krzycząc histerycznie: „Nicht schissen!” [Nie strzelać!]. Czołgiści, ściągnąwszy hełmy, z podniesionymi rękoma stanęli karnie w szeregu, przerażeni, bo jeszcze przed chwilą nie spodziewali się, że tak skutecznie oberwą, czekali cierpliwie na reakcję powstańców, a ci, trzymając ich w niepewności z wycelowaną bronią, także czekali... na rozkaz swojego dowódcy. Dopiero kiedy „Virtus” wyznaczył dwóch do odprowadzenia jeńców do dowództwa kompanii, dopiero wtedy rozkazał piątce szkopów podejść bliżej. Popędzani przez eskortę okrzykami: „Schneller, schneller!!” [Szybciej...], zniknęli za załomem muru.

        Tymczasowe i krótkotrwałe zwycięstwo dość znacznie poprawiło nastroje w plutonie „Virtusa”.

        – Panie poruczniku, po jaką cholerę się było tak z nimi patyczkować. Ja to bym ich, o tak! – powiedział jeden z jego podwładnych, przeciągając palcem po gardle.

        Ale wcześniej, kiedy tylko pojawił się ten czołg, to on był jednym z pierwszych kryjących się za wyłomem muru w sporej odległości od barykady. „Virtus” nic nie odpowiedział, spojrzał tylko na „bohatera” znacząco i zwrócił się do pozostałych:

        – Chłopcy, pamiętajcie, że przy następnym ataku macie dopuścić piechotę jak najbliżej. Bez paniki! Pamiętajcie! – ostrzegał. – Kończy się nam amunicja, kończy się... – przerwał nagle, nie chcąc psuć ich dobrego nastroju po tym ich „zwycięstwie”.

        Od strony szpitala „Jana Bożego” słychać było odgłosy zaciętej walki. Szpital ten był jeszcze do niedawna schronieniem dla tych wszystkich nieszczęśników, psychicznie chorych, którzy wraz z nasilającymi się wokół walkami, porozbiegali się po całej Starówce i ginęli nieświadomi grożącego im niebezpieczeństwa albo łazili bez celu, jak choćby ta młoda, obłąkana kobieta, przedwcześnie postarzała, o popielato-siwych, długich, bezładnie rozpuszczonych włosach i tych strasznych, podkrążonych sińcami oczach. Zjawiała się w najbardziej niespodziewanym momencie wśród wyczerpanych głodem, pragnieniem i chorobami ludzi koczujących w niezburzonym jeszcze kościele Ojców Franciszkanów, którego tylko fronton posiekany był kulami. Ale duża zakrystia, nienaruszona na razie, dawała schronienie wielu ludziom, może stu, a może więcej, obozującym na kamiennej posadzce dającej nieco wytchnienia przez swój chłód, zwłaszcza w nocy, kiedy sierpniowy upał spotęgowany ogniem płonących domów, nie miał już tej mocy co za dnia... Ona, milcząca, żywa zjawa stawała przy kimś, zupełnie się jej niespodziewającym, i przyglądała się temu komuś swoim szalonym spojrzeniem ciężko chorej umysłowo.

        Wśród zgromadzonych tu, ocalałych z pożogi, leżeli ranni od odłamków, od kul-rykoszetów, z ranami wciąż krwawiącymi, a najbardziej chyba cierpieli poparzeni przez pociski fosforowe lub te wypełnione związkami siarki, od których poparzenia były nie do uleczenia w tych warunkach. 

        Dla nich jedynym, chwilowym ukojeniem był chłód bijący od kamiennej posadzki zakrystii kościoła Ojców Franciszkanów. I jeszcze ta bardzo krótka chwila, kiedy udawało im się jakimś cudem przysnąć przed końcem nocy, tuż przed

brzaskiem wstającym od strony Wisły. Ten krótki sen był cząstką ich jakże krótkotrwałej, zbawiennej ulgi.

        Przed wieczorem zostali zluzowani przez jeden z plutonów wchodzących w skład kompanii dowodzonej przez porucznika „Feliksa” z Kompanii „Paweł”. A oni wycieńczeni, słaniający się z pragnienia i głodu, spoceni i brudni, cuchnący odorem niemytych od wielu już dni ciał, powłócząc nogami, szli z powrotem do „swoich kwater” – piwnic wypełnionych cywilami, którzy już dawno stracili do nich serce, początkowo tylko szemrząc, a teraz już całkiem wyraźnie i głośno wyrażali swoje żale pod ich, powstańców, adresem. To przez nich i tylko przez nich muszą się tak strasznie męczyć, bo nim to wszystko się zaczęło, od biedy dało się jeszcze żyć, ale teraz, niech Bóg broni, a ich, powstańców, niech... szlag trafi! – złorzeczyli.

        A powstańcy, mimo zmęczenia, przygnębienia i głodu nie tracili młodzieńczego zapału, ku zgorszeniu, zwłaszcza starszych niewiast (może i przez zazdrość!), nie zwracając na nikogo uwagi, dawali upust swej pożądliwości, nakryci kocami, pałatkami, kopulowali, wyżywając się na swoich dziewczynach dzielących z nimi powstańczy los, na dobre i na złe... One, sanitariuszki i łączniczki, nie stawiały im najmniejszego oporu, także obojętne na to całe zgorszone, świętoszkowate „towarzycho”. Oddawały się im z przymkniętymi oczyma, aby choć przez krótką chwilę zaznać odrobinę od nich czułości, a może nawet i rozkoszy w tym staromiejskim piekle.

XXXVII 

        Jakby na przekór żonie, żeby dbał o siebie i unikał zimna, stał w otwartym oknie salonki i machał ręką wszystkim tym, zebranym na peronie, tłumowi „warszawskiego ludu”, żegnającego swego „ukochanego” przywódcę wraz z towarzyszącymi mu delegatami mającymi niebawem wyruszyć w kolejną „podróż przyjaźni” do Kraju Przodownika budującego socjalizm, a ściślej do Moskwy. 

        Bierut machał i reszta delegacji machała i cały zgromadzony tłum na zbyt dla niego wąskim peronie też machał. Każdy machał ręką długo i wytrwale, jakby i ci z wagonu żegnali się z Polską, i ci z peronu żegnali delegację już raz na zawsze.

        Pociąg nie ruszał, a oni dalej machali, i jedni i drudzy. Stworzyła się sytuacja patowa. Maszynista lokomotywy, pociągu mającego za chwilę ruszyć z delegacją partyjno-rządową na pamiętny XX Zjazd Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego, czekał na polecenie odjazdu, a zgromadzony tłum wiwatował już coraz mniej entuzjastycznie, głównie z powodu lutowego zimna i nie tylko im, chłostanym dodatkowo wiatrem, ale i samym delegatom na czele z towarzyszem „Tomaszem” – Bolesławem Bierutem, także dokuczał coraz bardziej przeraźliwy ziąb. 

        Niemniej, ten pierwszy przywódca Polski niebędącej już tylko Rzeczypospolitą Polską, ale przemianowaną na Polską Rzeczpospolitą L u d o w ą, która już wtedy zaczynała coraz mniej być polska, pauperyzowana i pospolita w jak najbardziej pejoratywnym tego słowa znaczeniu, a ludowa i mająca z demokracją tyle wspólnego co władze tej Polski z Jej ludem, a wszystko to było z nadania moskiewskiej agentury, i nie tylko moskiewskiej, sprawców jeszcze jednego dziejowego szwindla prowadzącego Polskę niechybnie, wcześniej czy później, do upadku, i ten przywódca, którego nazywano po cichu Małym Stalinkiem, wciąż jeszcze pełen nabożnej czci do nieżyjącego już od trzech lat swojego mistrza, on marzł chyba najbardziej ze wszystkich delegatów, mimo ciepłego futra narzuconego na ramiona. Marzł tym bardziej, bo przed kilkoma miesiącami przechodził ostre zapalenie płuc, a potem nastąpiły jeszcze poważne powikłania, między innymi niewydolność nerek... – Dlaczego nie mogę przerwać tego... tego „entuzjazmu”, tego obłędu wiwatowania, dlaczego jakaś siła każe mi machać tą wiązanką zmarzniętych, biało-czerwonych goździków, dlaczego do cholery! – myślał coraz bardziej poirytowany Bierut, patrząc na nich wszystkich, stojących także w otwartych oknach, machających jak nakręcone manekiny i patrzących na ten tłum w dole z jakimś dziwnym ni to uśmieszkiem, ni grymasem, zwłaszcza Jerzy (Szloma) Morawski...         

        Machali, jakby nikt z nich nawet nie pomyślał o absurdalności całej tej sytuacji, a może nie przestawali machać tylko dlatego, że sam „Gospodarz” też nie przestawał machać, więc... Jeszcze raz spojrzał na nich, stojących, jakby zahipnotyzowanych w coraz bardziej oziębiającej się salonce i nagle... przestał machać! 

        Jeszcze kilku z nich nie zorientowało się, że „Tomasz” już przestał, nawet ten najbardziej od nich odstający, ten „wyszukany inteligent”, a w sumie cwany lis, może nawet najbardziej cwany z nich wszystkich, towarzysz Cyrankiewicz, zwany „Cyranem” (ale nie de Bergerac), mimo coraz większego zimna, stał wyprostowany, bez nakrycia głowy (mimo okazałej łysiny), ciągle jeszcze machał, coraz wolniej i wolniej, myśląc prawdopodobnie o tym samym, o czym myślał „Tomasz” i towarzysz Jakub stojący najbliżej niego, który machając lewą ręką (dlaczego lewą?), uśmiechał się jak aktor przed wiwatującą na jego cześć widownią, trochę jednak znudzony już tym aplauzem swoich wielbicieli. 

        Tylko Olek Zawadzki, ten zamknięty w sobie Ślązak, po którym nigdy nic nie można było poznać, on też machał wolniej i wolniej, może z powodu okularów zachodzących mgłą. A Jerzy Morawski, stojący na samym końcu, nie tylko ścisłego grona towarzysza Bieruta, ale teraz zamykający szereg, on wciąż machał tak samo, bardzo gorliwie, a patrząc na niego, Bierut zastanawiał się, czy Szloma nie zacznie w tej swojej gorliwości wykrzykiwać jakichś haseł, sloganów propagandowych, co byłoby już szczytem tej farsy...

        Długie, stanowczo zbyt długie pożegnanie przerwał przeciągły gwizd lokomotywy. Po chwili pociąg szarpnął i niczym w znanym wierszu dla dzieci czołowego poety, parowóz buchnął parą wprawiającą koła w ruch! Pozamykano wreszcie okna i wielce strudzeni towarzysze spoczęli na wygodnych kanapach. Zaraz też zjawił się kelner. Stanąwszy najpierw przed Bierutem uniżony, z wyciągniętą szyją, poruszając nerwowo małymi wąsikami, wyseplenił przez wąskie usta coś, co miało być pytaniem o kulinarne życzenia samego „Gospodarza”, z którym właśnie dziś miał okazję zetknąć się po raz pierwszy. Dlatego czuł bardzo wyraźnie kłujące go w plecy i tył głowy spojrzenia dwóch „kelnerów”, tego pierwszego – samego szefa osobistej ochrony, pułkownika Faustyna Grzybowskiego (Rosjanina, wcześniej noszącego nazwisko – Gribow), i jego pomagiera, majora Edmunda Stefanka (nazwiska i imienia niezmiennego od urodzenia).

        – Podajcie mi jakąś zupę, ale gorącą, bo sami widzicie, że... 

        – A jaką zupę życzycie sobie towarzyszu? 

        – Jak to, jaką ja sobie zupę życzę, tę co zawsze... znaczy się, najlepszą! 

        – Oczywiście, wybaczcie mi towarzyszu „Gospodarzu”, zaraz podaję – wyseplenił i zgiąwszy się w pas czmychnął do kuchni.

        A „Piękny Józio” (Cyrankiewicz), jak ochrzciła go jedna z dam z jego otoczenia, z haremu wielbicielek (cichych i głośnych zarazem), zamówił koniak.

        – A jaki, jeśli można spytać? 

        – Francuski – odpowiedział z całym spokojem ten były sekretarz generalny Polskiej Partii Socjalistycznej, scalonej, między innymi dzięki niemu, w czterdziestym ósmym roku z PPR-em, tworząc w ten prosty sposób Polską Zjednoczoną Partię Robotniczą, a obecnie premier rządu pozostający na tym stanowisku przez siedemnaście lat, co było absolutnym rekordem w krajach tak zwanego realnego socjalizmu.