Goniec

Register Login

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (48)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

AntczakWojciech        Pociąg w tumanach pary i śnieżnego pyłu minął z hukiem Dworzec Wschodni i dalej mknął chyżo ku granicy Kraju Rad, Kraju-Przodownika, kraju wciąż jeszcze Świetlanej Idei, pierwszego kraju przeprowadzającego eksperyment na żywym organizmie narodu rosyjskiego i innych narodów budujących socjalizm, a na budowli którego pojawiła się pierwsza rysa od czasu, kiedy do władzy doszedł kołchoźnik przekwalifikowany na ślusarza, Nikita Siergiejewicz Chruszczow, mający wielu, bardzo wielu prześmiewców nierzadko odsiadujących za opowiadanie kawałów długoletnie wyroki w sowieckich łagrach, a którzy mimo to wciąż rozpowszechniają ten stary kawał o zdjęciu zamieszczonym w komsomolskiej „Prawdzie” z podpisem: „Towarzysz Chruszczow wśród świń (trzeci od lewej)”. Bo tylko tam (w Kraju Rad – Raju Krat), „gdzie tak swobodnie oddycha człowiek” – jak powtarzali inni kawalarze, powstawały tego rodzaju dowcipy.

        Towarzysz „Tomasz”, jako sowiecki namiestnik batiuszki [ojczulka] Stalina w Priwisljanskoj Stranie [Przywiślańskim kraju], po raz pierwszy jechał tam niezbyt chętnie z poczuciem jakiegoś wewnętrznego, moralnego kaca. Jechał na spotkanie z tym, który wkrótce ośmieli się tak wyraźnie, publicznie podważyć kierowniczą rolę, ba, nawet całą istotę działalności tego, niezaprzeczalnie największego – jak Bierut święcie wierzył – przywódcy wszech czasów, Wielkiego Towarzysza Stalina, bez wątpienia jednego z Olbrzymów, jakiego w ogóle wydała Ludzkość. – A teraz ten pękaty gnom na krótkich nóżkach, ten wsiowy błazen, któremu wydaje się, że jest kimś, że może, ot tak, stanąć bez obaw na czele całego niezwyciężonego Sowieckowo Sajuza [Związku Sowieckiego], że dorównuje, a może i nawet przewyższa w swej nieokiełzanej megalomanii Wielkiego „Soso”... Do czego zmierza ten łysy tłuścioch o kartoflowatym nosie, ten żałosny krasnal?

        – Czy coś jeszcze podać? – zapytał usłużny kelner, kręcąc tymi swoimi wąsikami, przypominał węszącego gryzonia.

        – Tak. Właśnie skończyły mi się papierosy.                

        – A jakie sobie życzycie towarzyszu? 

        – Jak to, jakie?! Te co zwykle! – odpowiedział poirytowany. – A wy, skąd się tu wzięliście, że ciągle pytacie i pytacie?!

        – Ja? Z czeljabinskoj obłasti, towarzyszu...

        – Nawet wam nie powiedziano, jakie ja palę papierosy! 

        – Nie gniewajcie się na mnie towarzyszu Przewodniczący, ale dopiero od niedawna pełnię tu swoją służbę przy towarzyszach, więc... Jak by to wam wyłożyć, gdyż już jako malczik, ja był... znaczy siem tego... – plątał się ów bardzo usłużny kelner, aż z opresji wybawił go major Stefanek i poczęstował Bieruta papierosem marki „Belweder”, podając mu jednocześnie ogień, a ten z lubością zaciągnął się dymem, po czym zaczął kasłać. Zanosił się kaszlem coraz intensywniej. Czerwieniejąc na twarzy, nie mógł powstrzymać tego ataku, aż wreszcie przyskoczył do niego sam szef ochrony osobistej pułkownik Grzybowski i kategorycznie zażądał:

        – Wasze ruki... Podniestie rency do góry i dychajtie, wot tak: raz-dwa, raz-dwa! 

        I kiedy kaszel nagle ustał, pułkownik rozpromieniony z dumą oznajmił reszcie towarzyszy, udających zaniepokojenie i przyglądających się z zainteresowaniem Bierutowi oraz jego „gorylowi”:

        – Nu wot, praszło. Eto nasz sowietskij mietod! [No i co, przeszło. To nasza sowiecka metoda!] – powiedział i dodał jeszcze, wyciągając ku swemu szefowi palec wskazujący: – A kurit’ wam nie nada! [A palić nie powinniście!]

        – Lepiej wypić – uwagę tę zrobił „Cyran”, któremu oczy zaczęły już powoli mętnieć, a Berman spojrzał nań znacząco i zwrócił się do Bieruta ściszonym głosem.

        – Musisz na siebie uważać. Przecież to twoje przeziębienie ciągnie się chyba już od jesieni...

        – E tam, przesada. Dopiero od grudnia. Dam sobie radę... Wanda zaopatrzyła mnie w leki przeciwgrypowe. Mam ich całą aptekę! – powiedział, a po chwili namysłu dodał. – Słuchaj Jakub, jak rozumieć to powiedzenie o rewolucji, która pożera własnych bohaterów?

        – Własne dzieci... A skąd ci to przyszło do głowy? 

        – A tak nieraz sobie myślę o tym wszystkim, co się dzieje, w czym uczestniczymy od dłuższego już czasu, i nieraz zastanawiam się, jak to powiedzenie rozumieć i czy ono naprawdę mogłoby odnosić się do nas...

        – „Rewolucja, jak Saturn, pożera własne dzieci” – tak to właściwie brzmi. Powiedział to któryś z twórców Rewolucji Francuskiej, nie wiem czy to nie bodajże sam Danton... Bo widzisz „Tomaszu”, ja też czasami zastanawiam się, czym my różnimy się od Jakobinów... z ich terrorem, niby to w obronie wartości, wyższych wartości, a te nasze działania, z pewnością słuszne, mogą się w końcu obrócić przeciwko nam samym, jak to się stało we Francji ponad sto pięćdziesiąt lat temu... I to jest moja odpowiedź.

        – Jakub, chyba patrzysz na to zbyt pesymistycznie. Przecież nie robimy tego wszystkiego tylko dla siebie, robimy to dla... sprawy!

        – Naprawdę tak sądzisz? Nie myślę, żebyś był aż tak naiwny... Nie, może nie naiwny, ale nie udawaj Bolesław, że nie wiesz gdzie w koncu zabrnęliśmy... Robimy to głównie dla siebie! Niech przestrogą będzie to, co się w tej chwili dzieje tam, u nich. Ten cały Nikita odgrażał się podobno, że kiedyś wyrzuci trumnę Gruzina z mauzoleum, żeby pokazać światu, jaki to on jest porządny radziecki przywódca w przeciwieństwie do bat’ki, a poza tym, mówił mi to wszystko Filutin, że kiedyś Stalin w przypływie dobrego humoru kazał mu przed całym gremium zatańczyć trepaka. No i jeszcze nie może ścierpeć, że nigdy nie dorastał Wodzowi nawet do pięt i stąd ta wielka jego wściekłość na nieboszczyka „Soso”.

        Pociąg zaczął gwałtownie hamować. Zdawało się, że lada moment wyskoczy z szyn. Przerażeni trzymali się stołu, oparć kanap, a stojący przylgnęli do czołowej ściany salonki. Spodziewali się najgorszego, ale nie doszło do zderzenia. Lokomotywa zatrzymała się kilka metrów przed ostatnim wagonem zwalniającego dużo wcześniej, jadącego przed nimi pociągu towarowego. I nastała cisza, kompletna cisza. Patrzyli po sobie pytająco, jakby któryś z nich mógł już znać przyczynę tak nagłego hamowania. Po chwili zjawił się sam kierownik pociągu wraz z innym bardzo wystraszonym kolejarzem w galowym mundurze.

        – Proszę o wybaczenie! Ja bardzo szanownych państwa, znaczy się tego, państwa... towarzyszy, ja, ja... bardzo przepraszam, ale właśnie z powodu zamarznięcia zwrotnicy, na szczęście uniknęliśmy poważnego wypadku. Maszynista w porę, dzięki Bogu, zauważył jadący przed nami skład towarowy i... gdyby nie ta jego spostrzegawczość to, ja nie wiem, ale... lepiej nie myśleć! To wszystko z powodu awarii zwrotnicy, zbyt duże oblodzenie, tu nie trzeba być ekspertem, ale dlatego, że najpierw padał deszcz, a potem chwycił mróz... to, to... No, ale jest już po wszystkim, dzięki Bogu, panowie... co ja mówię panowie... towarzysze, jeszcze raz najmocniej przepraszam w imieniu swoim i maszynisty i... kogo tam jeszcze! – zakończył swój wywód zdenerwowany kierownik, a asystujący mu kolejarz w galowym mundurze zaczął się, nie wiadomo czemu im wszystkim kłaniać.

        – Dosyć tej błazenady! Możecie już odejść – Bierut zwrócił się do kolejarzy. – A winnych tego karygodnego bałaganu spotka surowa kara! Osobiście tego dopilnuję! To po prostu z daleka już pachnie mi sabotażem i zamachem na nasze życie!

        – Spokojnie, towarzyszu „Tomaszu”, spokojnie. Przecież nic się ostatecznie nie stało. Ot, trochę emocji. W końcu maszynista uniknął wypadku – powiedział Cyrankiewicz. – A teraz, dla odprężenia, proponuję wznieść toast za pomyślność naszej podróży i... szczęśliwy z niej powrót! Panie ober! – zwrócił się do kelnera o zmierzwionych włosach stojącego w przejściu i patrzącego na premiera wytrzeszczonymi oczami. Stałby i patrzył tak nie wiadomo jak długo jeszcze, gdyby pułkownik Grzybowski nie dał mu kuksańca w bok przywołując go tym do porządku.

        – A ty co, jołki-pałki, durak odin, nie słyszy co towariszcz premier do tiebja mówi, a?! 

        Po niecałej godzinie ruszyli, a po następnej zatrzymali się już przed granicą, gdzie znowu czekał ich postój ze względu na inny niż w Polsce rozstaw torów na terenie bratniego (bez wątpienia) Kraju Rad. W związku z tym musieli czekać, aż ich salonka zostanie zamontowana na inne, specjalne wózki z odpowiednim rozstawem kół.

        Do Moskwy dotarli po północy. Sypał gęsty śnieg. Na dworcu powitali ich prawie nieznani im towarzysze. Nowe twarze, poza dwoma, etatowymi, starymi aparatczykami z referatu do spraw polskich, Nikołajem Iwanowiczem Rybienką i tym drugim, Anatolijem Stiepanowiczem, nomen-omen, Murawiewem. Po krótkim powitaniu wsiedli do czekających na nich czarnych limuzyn i zostali odwiezieni do hotelu, poza towarzyszami – „Tomaszem” i Jakubem Bermanem – dla tych dwóch przygotowano specjalną willę pod Moskwą, gdzie zwyczajowo goszczono wyższych rangą dygnitarzy.

        Życząc im dobrej nocy, zapowiedziano, że punktualnie o godzinie dziesiątej zostaną przyjęci przez samego Nikitę Siergiejewicza, a ten osobiście zaprosi polskich towarzyszy z Boliesławom Wojtiechowicziom Bierutom na czele, na toczące się już obrady XX Zjazdu partii, a oni jako przedstawiciele bratniej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, są szczególnie mile widziani, by obserwować „rodzącą się Odnowę” (a w oczach przeciętnego człowieka to było upudrowane i uszminkowane to samo „od nowa”). „Odnowa w samym łonie ich siostrzanej (i na zmianę matczynej) Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego, orędowniczki”... – dalej już nie byli w stanie słuchać ze względu na zmęczenie spowodowane tak długą, bo kilkunastogodzinną podróżą, więc pełen zapału perorujący, zupełnie nieznany im towarzysz Kicyn spuścił z tonu i łaskawie pozwolił im iść spać.

        Zauważył go na spacerniku. Początkowo myślał, że jest to ktoś tylko bardzo podobny do „Kwiatka”, porucznika Kwiatyckiego, ale nie... bo on także zatrzymał się na widok Stanisława i patrzyli na siebie. Stanisław ze zdziwieniem, niemałym zdziwieniem, a tamten, może nie z przerażeniem, ale z niepokojem, z chwilowym wahaniem, co ma zrobić, i zaraz odwrócił wzrok... Ofiara i jej prześladowca, obaj nie spodziewali się tego, że właśnie tu, w tym więzieniu, spotkają się w tej samej roli, ale o ile bardziej upokarzającej dla tego byłego śledczego w randze porucznika i bratanka przyjaciela pułkownika Strużańskiego, który chyba też musiał spaść z piedestału, a może i nawet samego firmamentu, na skutek tych wszystkich zmian, które chcąc, nie chcąc, nie omijały i tego izolowanego, więziennego świata...

        Spojrzał na niego jeszcze raz, czy to rzeczywiście mógłby być on, czy też ktoś aż tak bardzo do niego podobny. Bez wątpienia ten sam, jego były „śledź” grożący mu, tam, na Mokotowie, „pójściem do piachu” albo „zgniciem w pierdlu, w... najlepszym wypadku!...”, teraz ten sam, tak bardzo, wydawało się, pewny siebie śledczy, porucznik Kwiatycki... – Nie do wiary! Przecież nie mogę się mylić, takich jak ten nie zapomina się tak łatwo... A poza tym, gdyby to nie był on, nie uciekałby, najpierw wzrokiem, a później nie zwracałby się o pomoc do klawisza Celtyńskiego nadzorującego spacerowiczów. Kiedy miał już do niego podejść, żeby się mu przynajmniej przyjrzeć z bliska i całkowicie upewnić, że nie jest to tylko ktoś łudząco podobny do „Kwiatka” i nie zaszła jakaś pomyłka, przywidzenie, tamten po krótkiej rozmowie ze strażnikiem został odprowadzony do samej furtki w siatce okalającej spacernik, a potem został w pośpiechu przeprowadzony przez drzwi prowadzące do pawilonu. I tym samym urwał się ich kontakt już raz na zawsze.

        Po powrocie do celi opowiedział o tym spotkaniu najpierw Kaszyckiemu, a później pozostałym. 

        W chwilę potem ruszyła „stukanka” rozpoczęta przez najlepszego „stukacza” – Władka Bożyma, niespełna dwudziestoletniego górala z Białki Podhalańskiej, któremu przysądzono najpierw wyrok śmierci, a potem zamieniono ten wyrok na dożywocie. 

        Teraz, kiedy wyraźnie dawało się odczuć tę polityczną „odwilż” idącą ze Wschodu po śmierci satrapy, a tu, w Polsce spowodowanej pośrednio ucieczką na Zachód pułkownika UB, Józefa Lichtenmana atakującego przez Radio „Wolna Europa” samego Bieruta, zamieniono mu dożywocie na piętnaście lat. A on, kiedy się tylko o tym dowiedział, zaczął się śmiać i rozpromieniony oznajmił im z niewzruszoną pewnością, tym swoim góralskim zaśpiewem, że jeszcze na jesieni wróci do swojej Białki, do tych piknych gór, „żeby ta nie wim co, wróca, krucyfiks!”. 

        On, który z takim uporem uczył się alfabetu Morse’a na więziennym regulaminie, był teraz pierwszym, najlepszym w „stukaniu”, nie tylko na tym piętrze, ale i w całym budynku, a może nawet i w całym więzieniu.

        Po chwili przyszła odpowiedź, że ów więzień rzeczywiście jest byłym ubekiem siedzącym za jakieś poważne malwersacje, a największym jego przewinieniem wobec swoich niedawnych mocodawców było to, że w swej śledczej nadgorliwości doprowadził do śmierci bliskiego kuzyna któregoś z wysoko postawionych partyjniaków i że teraz ma „przekichane” także i ze strony więzionych tu, w Rawiczu, innych byłych „pensjonariuszy” z Mokotowa, których tenże porucznik „Kwiatek” poddawał swojej śledczej obróbce.

        – No widzisz, nie tylko tobie zalazł za skórę ten „ptaszek” – odrzekł Kaszycki. 

        – „Kwiatek” – poprawił go Stanisław. 

        – Ręczę ci, że wcześniej czy później, oni wszyscy odpowiedzą za te zbrodnie. 

        – Chyba tylko przed Panem Bogiem. 

        – Ale najpierw przed narodem, przed polskim narodem! Co do tego nie mam wątpliwości!

        – A ja mam i to coraz większe. Widzisz, panie Andrzeju, kogo z nich dziś wsadzają, tylko płotki, a ci prawdziwi sprawcy tych wszystkich tragedii, nieszczęść naszych, spokojnie będą dożywać swoich dni. Tak zawsze było. Historia to potwierdza, niestety.