Goniec

Switch to desktop Register Login

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (5)

Oceń ten artykuł
(1 Głos)

AntczakWojciech– Ach, to pan! Proszę, niech pan wejdzie... Dziękuję, panie Władysławie, wszystko w porządku.

        – Jestem „Virtus”. Przychodzę z rozkazu... – zawahał się znowu, wciąż nie wiedząc, czy rozmawia z właściwą osobą.

        – Och, przepraszam, nie przedstawiłam się panu. Jestem Maryla ...ska – powiedziała specjalnie niewyraźnie, wymieniając tylko końcówkę swojego nazwiska. – Jestem żoną „Wielunia”.

        – Muszę się pilnie widzieć z pani mężem.

        – Tak, oczywiście, ale męża nie ma jeszcze w domu... Proszę, niech się pan rozgości, proszę dalej... – mówiła, sprawiając wrażenie zaskoczonej i skonsternowanej.

        – Czy mąż w ogóle mówił pani, po co chcę się z nim widzieć?

        – Tak, ogólnie, ale do niego ostatnio przychodzi sporo osób, że już sama nie wiem...

        – Czy mąż nie zostawił dla mnie żadnej wiadomości?

        – Powiedział mi tylko na odchodne, że ktoś z Wilna ma przyjechać i gdyby...

        – Gdyby, co?

        – Żeby ten ktoś poczekał, ale ja naprawdę nie wiem, kiedy on wróci... Rozumie pan, ja...

        – Czy pani mąż nie zostawił dla mnie jakichś dokumentów, czy choćby adresu, gdzie mógłbym się z nim spotkać, kompletnie nic?

        – Widzi pan, mąż nie wtajemnicza mnie w swoje sprawy... Ale, on powinien zaraz być. Proszę do pokoju. Niech pan siada – powiedziała, odsuwając krzesło od stołu nakrytego koronkowym obrusem.

        – Może pan głodny? Zrobię panu kanapkę z... pomidorami. Świeżutkie, prosto z działki, dzisiaj dostałam...

        Po kilkunastu minutach sytuacja stawała się coraz bardziej ambarasująca.

        – Proszę pani, a gdyby spróbowała pani podać mi adres kogoś, kto ewentualnie mógłby mnie skontaktować z pani mężem... Proszę zrozumieć, jechałem prawie całą noc, a nie było mnie tutaj od ponad roku. Od tego czasu wszystkie moje kontakty stały się już nieaktualne...

        Patrzyła na niego bezradna, wzrokiem wyrażającym jakąś bezgraniczną bierność, stan, w jakim są te wszystkie istoty, chciałoby się powiedzieć, „wietrzne istoty”, zdane wyłącznie na swego pana i władcę.

        – Wie pan co? Już wiem! – ożywiła się nagle. – Na chwilę zostawię pana samego i skoczę do sąsiadów. Może oni coś na to poradzą. Niech pan zaczeka!

        I zniknęła, a on zaraz po niej także opuścił mieszkanie. Po wejściu na górę, na półpiętro, czekał na nią z odbezpieczoną bronią. Rzeczywiście, wróciła po kilku minutach razem z dozorcą. Stanisław po cichu wszedł za nimi do mieszkania.

        – O Jezu! Ale mnie pan wystraszył! Gdzie pan był? – spytała zaskoczona i kiedy na nią spojrzał, stwierdził, że w niczym nie przypomina mu już Lucyny.

        – Wyszedłem tylko na schody, tak na wszelki wypadek. Sami państwo rozumieją... Takie czasy! – powiedział to głównie do wąsacza.

        – W czem mogie pomóc? – spytał dozorca.

        – Muszę się widzieć jak najprędzej z „Wieluniem”. Przyjechałem z bardzo daleka i boję się ryzykować, zwłaszcza że mam kiepskie papiery i...

        – Rozumie, ale sam pan widzisz, że jego tu nie ma.

        – Cholera! – zaklął Bohuszewicz, bezradnie rozglądając się dokoła. – Czy pan mógłby w jakiś sposób mi pomóc? Skontaktować z kimś, kto... – zawiesił nagle głos i zastanawiał się, czy ten typ nie byłby czasami zdolny zadenuncjować go, choćby tylko dla świętego spokoju. A on jakby znał jego myśli, powiedział:

        – Spokojnie, bez obaw! Jestem „Drzazga”, plutonowy w stanie spoczynku. W kampanii wrześniowej służyłem w pułku łączności... A teraz, sam pan widzisz, d e z o r c a jestem... w stanie czynnym – podkreślił ostatnie zdanie, siląc się na dowcip.

        – Podporucznik „Virtus”. Pochodzę z Mokotowa, mieszkałem kilka ulic stąd, przy Kwiatowej. Od czterdziestego pierwszego w Organizacji...

        – W takim razie, zejdźmy do mnie na dół – zaproponował „Drzazga”. – Musisz pan być nielicho zmęczony i głodny, taki kawał drogi z Wilna do Warszawy.

        – A i owszem, jestem.

        Weszli do mieszkania.

        – Jadziu! – zawołał od progu. – Mamy gościa!

        Z kuchni wyszła pani dozorczyni.

        – Ten pan prosto z Wilna – powiedział, przedstawiając tym samym Bohuszewicza żonie. – Przygotuj panu coś do jedzenia – i zwrócił się teraz do niego. – Dobrze, przejdźmy do rzeczy. Kto pana naprowadził na „Wielunia”?

        – Otrzymałem rozkaz jak najszybszego stawienia się z powrotem w Warszawie, w swoim macierzystym rejonie.

        – Bo Wilno jest już wyzwolone, rozumiem.

        – Przepraszam, ale nic pan nie rozumie. Niemcy zostali przegnani z Wilna, i nie tylko stamtąd, a na ich miejsce weszli Sowieci i zaczęło się robić bardzo niebezpiecznie.

        – To znaczy?

        – Aresztowania. Najpierw zapraszanie naszych oficerów niby to na wspólne narady, a później uwięzienie i... Sybir, a podoficerów i szeregowych wcielają wprost do tej ich, tak zwanej, polskiej armii.

        – No tego, panie poruczniku, nigdy w życiu bym sie nie spodziewał, żeby tak podstępem sie z nami, na naszych własnych ziemiach, obchodzić. No, nigdy w życiu...

        – Niestety.

        – Wyzwoliciele, psiakrew! Najzwyklejsza swołocz! To, można powiedzieć, że jest gorzej niż w dwudziestym roku... A swoją drogą, to miał pan szczęście, panie poruczniku... Ale do rzeczy. Czy mógłby mi pan powiedzieć coś więcej o sobie? Chciałem przekazać panu majorowi t r o c h i e szczegółów, sam pan rozumiesz...

        – Oczywiście, że rozumiem. Niech pan pyta.

        – Wspominał pan porucznik coś o Organizacji...

        – Tak. Należałem do „Huraganu”, pod dowództwem pana majora... „Góry” – odpowiedział nie bez wahania Bohuszewicz.

        – To sie może rozchodzić tylko o pana majora Góralczyka.

        – Zgadza się.

        – A może jeszcze imię pana majora, pan porucznik pamięta?

        - Wiesław.

        – Zgadza sie! Jak to mówią, „góra z górą”... Ale bez żartów. Pana majora poznałem jeszcze w trzydziestym czwartym, w podchorążówce, w Zegrzu. Był u nas wykładowcą taktyki... Nieważne. Ja przepraszam, że tak pana porucznika inwigiluje, ale sam pan rozumie, takie... Muszę przekazać Organizacji trochę szczegółów o panu, a oni już zadecydują co i jak, a teraz słucham pana porucznika jak radia – skończył dozorca, siląc się na wyjątkową uwagę.

        – Jak już wspomniałem, należąc do „Huraganu”, brałem udział w kilku akcjach, między innymi w tym zamachu na Oberführera Schrecka. Potem była wsypa. Siedziałem na Szucha. Stamtąd trafiłem do transportu, z którego udało mi się uciec. Wróciłem z powrotem do Warszawy, ale tutaj byłem już spalony i tylko dzięki pewnej znajomej złapałem kontakt z kimś, kto zorganizował mi przerzut za Bug i przez parę miesięcy walczyłem w partyzantce, za Wyszkowem w Puszczy Białej. Tam dostaliśmy potężnego łupnia...

        – Przepraszam, że przerywam, ale chciałbym jeszcze wiedzieć, w jakiej formacji pan porucznik walczył i jaki był pana pseudonim?

        – Od początku należałem do Narodowych Sił Zbrojnych, później, już po scaleniu, włączono mnie wraz z innymi do Armii, a mój pseudonim to „Virtus”...

        – Rozumie... I co było dalej?

        – Klęska, straty były niebagatelne, bo tylko kilkunastu nam udało się wydostać z okrążenia i dzięki pomocy okolicznych mieszkańców przedostałem się do Grodna, a stamtąd w styczniu tego roku trafiłem do oddziałów wileńskich. Brałem udział w wyzwoleniu Wilna. Cudem, dzięki Bogu, uniknąłem aresztowania, tym razem przez Sowietów. Wraz z Piątą Brygadą udało mi się przedostać w okolice Białegostoku, stamtąd dotarłem wreszcie do Warszawy.

        Niespodziewanie weszła żona dozorcy i postawiła przed Stanisławem talerz gorącego krupniku.

        – Proszę, niech sie pan trochę posili.

        – No dobrze – powiedział po chwili namysłu dozorca i, wstając od stołu, dodał: – Ja na chwilę pana porucznika przeproszę i zobaczę tylko, co się da zrobić w pańskiej sprawie.

        Bohuszewicz zajadał z apetytem. Już nie pamiętał, kiedy jadł tak smaczną zupę, a gdy tylko skończył, znowu zjawiła się dozorczyni.

        – Smakowało?

        – Wyśmienite!

        – To może jeszcze dokładkę?

        – Dziękuję, bardzo pani dziękuję.

        – A pan raczy dziękować na „tak” czy na „nie”? Bo mi sie widzi, żeś pan głodny, mów pan bez krempacji! Co to dla takiego młodego mężczyzny jak pan, taki talerz zupy – powiedziała, znikając w kuchni, i zaraz wróciła, stawiając przed nim repetę, duży, stołowy talerz wypełniony po brzegi, wraz z pajdą chleba. – Pan wybaczy za śmiałość, ale mąż mówił, że pan prosto z Wilna...

        – Tak.

        – No i jak tam teraz jest? Pytam, bo moja młodsza siostra, Krysia, wyszła za jednego wilniuka, czas już jakiś temu i nie daje znaku, więc pytam z ciekawości. Słyszałam, że tam do was już przyszła podobno wolność.

        – Owszem, przyszła... tak jak i tu, do nas, za Wisłą – wskazał w stronę Pragi, skąd od wschodu dochodziło głuche dudnienie ciężkiej artylerii.

        – Ale, pan to mi nie w y g l o n d a s z na kogoś z tamtych stron, przynajmniej z mowy.

        – Jestem z Mokotowa, od dzieciństwa mieszkałem przy Kwiatowej aż do czterdziestego drugiego, a później, sama pani wie, różnie to bywało...

        – Pan jesteś z Kwiatowej, naprawdę?! A spod którego, jeśli można spytać?

        – Kwiatowa trzy.

        – Panie szanowny, to pan musisz znać Walaszków, a może nawet i Glińskich! Stary Walaszek w konkury do mnie uderzał – powiedziała, udając nieco zawstydzoną. – Ale, kiedy to było, mój ty Boże!

        – Pewnie, że znam. Z młodszym Walaszkiem i Ryśkiem Glińskim chodziłem do podstawówki na Różaną, a potem do gimnazjum, do „Rejtana”.

        – A nad Glińskimi mieszkała taka jedna, Gienia, moja koleżanka...

        – Wróblówna, przezywali ją „Stara Panna” – wszedł jej w słowo. – A na policzku miała znamię... zdaje się, że na prawym.

        – Miała! Myszkie! Zgadza sie! Ale pan masz pamięć, niech ja skonam! A ja głupia, wzięłam pana za jakiegoś „sliedika”, albo za kogoś takiego. Ładne rzeczy! – mówiła, trzymając się pod boki, i nagle spojrzawszy na pusty talerz wykrzyknęła: – No, nie mówiłam, że pan jesteś głodny! Dam panu jeszcze chleba ze szmalcem i pomidorkiem, prosto z działki! Prima sort! Dam panu, musowo!

        Trzasnęły drzwi. Do pokoju wtargnął dozorca-plutonowy „Drzazga”.

        – Jadzia! Zostaw nas samych, na moment. – powiedział zdyszany. – W porządku! Ja pana, panie poruczniku, jeszcze raz bardzo przepraszam, za tą moją nieufność, ale sam pan rozumiesz...

        – Takie czasy – dokończył za niego Stanisław.

        – No właśnie! Ale do rzeczy! Wszystko sie wyjaśniło. Potrzebuję tylko pańskie zdjęcie do nowej „kenkarty”, a papiery, „ganc noje”, będą gotowe na jutro wieczór, albo i jeszcze wcześniej. A póki co, zostanie sie pan porucznik tu u nas. Szkoda r e z y k i! W razie co, jest pan moim bratankiem, znaczy sie, młodszym synem mojego starszego brata, Józefa Zycha. Tak że gdyby coś, zostanie pan porucznik, na razie, Grzegorzem Zychem, synem Józefa i Pelagii. Tak tylko, na wszelki wypadek, gdyby co... A jeśli sie rozchodzi o pański przydział, to pan porucznik ma sie zgłosić do pana majora „Burzy”, jeszcze dziś. A tak w tajemnicy, to powiem panu na ucho, ale nikomu ani mru-mru! Czekamy na rozkaz z główny komendy! I jak tylko ten rzeczony rozkaz przyjdzie, to ma sie rozumieć, rozpoczynamy! Szwaby też muszom coś przeczuwać, bo zwiększyli od wczoraj liczbę patroli, a posterunki, skubane, trzymajom na każdym rogu. Pewnikiem, one też czujom, że sie cóś święci. Bo tak pomiędzy Bogiem a prawdom, panie poruczniku – mówił teraz ściszonym głosem – majom sie szkopy czego bać! Raz, panie, że Ruskie tuż-tuż, a po drugie, my tu lada dzień zaczniem ich prać! Nareście! Pow-sta-nie! – wyskandował plutonowy „Drzazga”.

 

VII

„Jeżeli (...) będziecie prawdziwie
moimi uczniami i poznacie prawdę,
a prawda was wyzwoli.”
(J.8,32)

„Jedynie prawda jest ciekawa.”
Józef Mackiewicz

        Po wejściu do celi, gdy tylko strażnik zdążył zamknąć za nim drzwi, zobaczył ich pytające spojrzenia.

        – Czapa! – kapitan „Żar” odpowiedział głośno i wyraźnie.

        Zrobiło się bardzo cicho. O kilka cel dalej trzasnęły drzwi, a potem słychać było odgłos kroków oddalającego się „klawisza”.

        – Na czym tośmy skończyli, panie poruczniku? – zapytał niespodziewanie kapitan „Żar”.

        – Nie rozumiem, pana...

        – Pan, zdaje się, próbował argumentować, że decyzja o wybuchu Powstania była decyzją słuszną, jak się nie mylę.

        – Mówiłem o konieczności, o niemożliwości cofnięcia się już, panie kapitanie.

        – Ach, to zmienia postać rzeczy. Słuszność, a konieczność... A ja nadal stanowczo twierdzę, że nie była to decyzja ani słuszna, ani konieczna w tamtej chwili, na przełomie lipca i sierpnia czterdziestego czwartego. Nie byliśmy przygotowani do tak wielkiego i powszechnego zrywu, zwłaszcza jeśli chodzi o samą stolicę!