Goniec

Register Login

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (50)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

AntczakWojciech        Początkowo Francuzi nazywali tę wojnę drole de querre [dziwną wojną], bo niby wypowiedzieli ją Niemcom, ale obie strony unikały ataku. Zarówno Francja jak i Anglia nie dotrzymały umów zawartych z Polską, umów, które miały zagwarantować Polsce odciążenie Jej, najwyżej w przeciągu dwóch tygodni, kiedy to Polska samotnie odpierała niemieckie na Nią ataki, a potem, dodatkowo jeszcze padła ofiarą sowieckiej napaści. Była to typowa felonia – zdrada sojusznika na polu bitwy jak pisze Leszek Moczulski w „WOJNIE POLSKIEJ” (Wyd.III Lublin 1990 s.422). A teraz tu, w Warszawie, stojący za Wisłą Rosjanie najwyraźniej czekali aż obie strony wyrżną się nawzajem i dopiero wtedy, przy minimalnych swoich stratach, zajmą miasto. Ich pomoc dla Powstania ograniczała się do sporadycznego dostarczania amunicji, broni i żywności zrzucanych z samolotów lecących, co prawda na niskim pułapie, ale zrzuty te dokonywane były bez... spadochronów. Cała ta „pomoc” rozbijała się na bruku lub o gruzy i tym samym była, jak na ironię, czymś zupełnie bezużytecznym.

        Jakąż straszną gorycz (nie po raz pierwszy w tej wojnie) przeżywali Polacy na wieść o wyzwoleniu, niemal bezbolesnym wyzwoleniu Paryża czy w dziewięć miesięcy później, Pragi czeskiej, kiedy oni tu, tak strasznie doświadczeni, łudzili się myślą wyzwolenia ich od Niemców, jeśli już nie przez zachodnich aliantów, to chociaż przez wojsko polskie walczące u boku tychże aliantów, albo choćby i przez „Czerwoną Zarazę” – Sowietów stojących tuż za Wisłą.

        Także tego samego dnia na żołnierzy kompanii „Paweł” spadł cios. W czasie inspekcji jednej z barykad poległ kapitan „Gorczyca”. Stało się to tak niespodziewanie, tak nagle... Zginął od pojedynczego strzału, który padł z ruin ulicy Zakroczymskiej. Został trafiony w głowę, akurat w chwili, gdy zdjął hełm, żeby otrzeć pot. A w chwilę po tym nieszczęściu nastąpiło zmasowane bombardowanie kościoła św. Jacka, tam gdzie mieścił się szpital z dziesiątkami rannych i z ukrywającą się tu ludnością cywilną, w większości kobiet i dzieci.

        Ataki lotnictwa i artylerii ustały dopiero przed nastaniem wieczoru. Najwidoczniej Niemcy też mieli już dosyć i łapali kolejny oddech przed mającym nastąpić niebawem zdobyciem Starego Miasta. Zapanowała długo oczekiwana cisza trwająca, o dziwo, przez całą noc. Z początku nie bardzo dowierzano, że potrwa ona choćby i godzinę, spodziewano się dalszych uderzeń, zwłaszcza, że niemiecki pierścień wokół Starówki zacieśniał się coraz bardziej i nadzieje wroga na rychłe zdobycie całej dzielnicy broniącej się zaciekle od dwóch tygodni, stawały się już całkiem realne...

        Płakali nie ukrywając wzruszenia. Kapitan „Gorczyca” był dla nich uosobieniem dobroci, a może, bez przesady i tym, niosącym im na co dzień przesłanie ewangelicznej wręcz miłości! Do niego garnęli się nawet starsi od niego Powstańcy szukając oparcia, pocieszenia i dobrego słowa, które miał dla wszystkich. Nigdy nikogo nie zbył w sposób lekceważący, wymijający lub choćby tylko zdawkowy, jakimś zniecierpliwieniem spowodowanym ciągłym, nie do wytrzymania już dla wielu, zmęczeniem. Mimo utrudzenia, braku snu i niedożywienia, potrafił przygarnąć do siebie tych wszystkich jeszcze dzieciaków w za dużych hełmach opadającym im na oczy, w poszarpanych ubraniach, brudnych i wiecznie głodnych, najbardziej spragnionych miłości lub usłyszenia choćby tylko tych kilku zdań otuchy, podtrzymania ich na duchu. Garnęli się do pana kapitana jak małe dzieci do matki. Nawet kiedy nie miał dla nich ani chwili wolnego czasu z racji pełnienia dowódczych obowiązków, starali się być przy nim jak najbliżej, by choć dotknąć jego munduru, otrzeć się o niego... Nie żył. Leżał na noszach z zakrzepłą we włosach krwią, z pogodnym wyrazem blednącej coraz bardziej twarzy. Patrzyli na to tężejące ciało nie mogąc powstrzymać łez, nie mogąc uwierzyć, że to właśnie ich tak bardzo ukochanego dowódcę musiała spotkać śmierć, a jego twarz wyrażała jakieś niepojęte dla nich szczęście, jakie musiało go spotkać tam, dokąd właśnie dotarł.

        - Panie poruczniku – odezwał się milczący dotychczas „Orkan” – melduję posłusznie, że na Długiej, niedaleko miejsca, gdzie kwaterowała Komenda, będzie odprawiana msza święta, bo dziś jest rocznica, panie poruczniku! Melduję posłusznie...

        - Jaka rocznica? - Melduję, że Ślubów Jasnogórskich. Wielkie święto dla nas Polaków, jakby nie było, panie poruczniku...

        - Słuchaj „Orkan”, skąd ty masz głowę do tego wszystkiego, że tak pamiętasz te daty, każde święto, a nawet kto kiedy obchodzi imieniny... Skąd to u ciebie, chłopcze?

        - No, taki już jestem. Korzystając ze spokoju jaki teraz zapanował, Stanisław postanowił to wykorzystać i ruszył natychmiast w stronę Pałacu Raczyńskich. Spodziewał się, że ten spokój potrwa dłużej i w związku z tym nie będzie miał nic do roboty w swoim Zgrupowaniu. Kiedy wszedł na pierwsze piętro pałacowego budynku pełniącego rolę polowego szpitala, powiedziano mu, że Lucyna ma teraz wolne i powinna być gdzieś na wewnętrznym dziedzińcu pałacu. Cały gmach przepełniony był rannymi do granic możliwości, mimo to ciągle przybywali nowi układani przez personel wszędzie tam, gdzie było choćby odrobinę miejsca. Lekarze i pielęgniarki, nie bacząc na swoje zmęczenie, wciąż podejmowali próby ratowania najpierw tych najciężej rannych, tych najbardziej zagrożonych śmiercią. Dopiero w następnej kolejności udzielano pomocy tym mniej rannym, którzy zaraz szli na swoje stanowiska bojowe i jeśli nie zostali tam zabici, to nierzadko kontuzjowani ciężej niż poprzednio, z powrotem trafiali do szpitala... I ten stan trwał bez przerwy od ponad dwóch tygodni, kiedy to Niemcy na całego wzięli się za Starówkę.

        Niemal wpadli na siebie. Lucyna patrzyła na niego z błąkającym się na jej twarzy wyrazem radości, a jednocześnie jakby niedowierzania. Objął ją przytulając do siebie, zatopił twarz w jej włosach i wchłaniał ten upojny zapach, a ona znowu poczuła się jak mała dziewczynka, znowu bezpieczna jak zawsze kiedy była w jego ramionach. Wyraźnie słyszała bicie jego serca i nieprzytomna ze szczęścia znów, jak poprzednio, bała się zrobić choćby najmniejszy ruch w obawie, że to może być tylko przywidzenie, jakieś halucynacje spowodowane zarówno krańcowym wyczerpaniem i bezgraniczną za nim tęsknotą i tym wielkim strachem, że może go już nigdy więcej nie zobaczyć.

        - Kochana, moja ty kochana – słyszała jego schrypnięty głos. – Jesteś, najdroższa moja...

Staliby tak niewiadomo jak długo przytuleni do siebie, zdumieni tym szczęśliwym spotkaniem zapominając zupełnie o otaczającej ich rzeczywistości, gdyby nie pojawienie się doktora „Bartosza”.

        - Widzę, że wreszcie znalazła pani swój skarb. 

        - Pan doktór pozwoli – powiedziała nieco spłoszona jego nagłym pojawieniem się - że przedstawię panu mojego męża.

        - Męża? A ja myślałem, że... – zdziwiony zawiesił głos i zaraz przedstawił się. 

        - Kaliciński, Mirosław... doktor „Bartosz”- powiedział podając dłoń Stanisławowi.

        - Bohuszewicz, podporucznik „Virtus”. - Jak pan sądzi, panie poruczniku, długo to jeszcze może potrwać? – zadał mu jedno z najczęściej tu zadawanych, a jednocześnie bezsensownych pytań, na które nikt nie mógł znać odpowiedzi.

        - Któż to wie, panie doktorze. 

        - Pytam, bo pan jest najbliżej wydarzeń, a właściwie, w samym środku „teatru wojny”, jak się zwykło mówić... Pani Lucyna, pańska małżonka, mówiła mi, że bierze pan udział w obronie Wytwórni Papierów Wartościowych przy Sanguszki. Jak tam teraz jest? Wytrwamy, panie poruczniku?

        - Mówiąc prawdę, nie za wesoło. Niemcy, a zwłaszcza Ukraińcy i Kałmucy napierają coraz bardziej, ale teraz od jakiegoś czasu przestali. Widocznie zbierają siły, więc korzystając z okazji przyszedłem tu...

        - Oczywiście, panie poruczniku. Niech państwo korzystają, nacieszą się sobą... Korzystajmy wszyscy, póki jest trochę spokoju, bo nigdy nie wiadomo co i jak... A pani, pani Lucyno, jak już pani trochę odetchnie, to bardzo proszę wrócić do szpitala przed północą.

        - Naturalnie, panie doktorze. Dość długo szukali miejsca, gdzie mogliby być tylko we dwoje, a kiedy wreszcie znaleźli się w tym na wpół zrujnowanym mieszkaniu, we wnęce narożnego pokoiku, padli sobie w ramiona. Początkowo stawiała mu nieznaczny opór głównie z obawy, że mógłby ich tu ktoś najść, ale po zastawieniu drzwi dość ciężką komodą i postawieniu na niej rozprutego fotela mogli tu czuć się w miarę bezpieczni.

        - Nie, nie teraz, poczekajmy jeszcze trochę... Boję się, że ktoś tu... – nie zdążyła dokończyć.

        Czując gorący, przyspieszony oddech na szyi, piersiach uwolnionych z bluzki i stanika, zdążyła jeszcze zobaczyć jego płonące pożądaniem oczy o rozszerzonych źrenicach, gdy zaczęła się zapadać w słodkie, niespotykane dotychczas omdlenie przerwane gwałtownie rozdzierającym od wewnątrz, na szczęście krótkotrwałym bólem, a w chwilę potem ogarnęła ją bezgraniczna rozkosz, wydająca się trwać już wiecznie...

        Po zreorganizowaniu obrony Starówki przez pułkownika „Wachnowskiego” dowództwo odcinka północnego powierzone zostaje podpułkownikowi „Radosławowi”, dowódcy Zgrupowania „Radosław”, w skład którego wchodziły: Brygada Dywersji - „Broda 53”, bataliony: „Zośka”, „Czata49”, „Parasol”, „Pięść” i „Miotła” – biorące wcześniej udział w walkach na Woli, a teraz znacznie już przerzedzone brały udział w walkach w rejonie Nowego Miasta. Podpułkownik „Radosław” ranny przy ulicy Stawki dowodził, w dwudziestym już siódmym dniu Powstania, leżąc na noszach.

        Zaraz po wpół do szóstej rano, kiedy szare niebo zasnute dymami płonącego miasta nie zapowiadało jeszcze kolejnego, słonecznego dnia, zaczynało się, jak zwykle, najpierw pojedynczymi strzałami, „pukaniem” strzelców wyborowych obu walczących stron. Później dopiero, kiedy Niemcy zdążyli już wypić swoją poranną kawę, przystępowali do „pracy” zaczynając od „macania” powstańczych barykad lekką artylerią, czekali na swoje lotnictwo, które zjawiało się zaraz po wschodzie słońca. Wyspani i najedzeni lotnicy przystępowali do swoich codziennych, rutynowych już zajęć. Nadlatywali najczęściej od zachodu i każda z maszyn zrzucała na powstańcze pozycje swoje trzy półtonowe bomby, a potem siekła z broni pokładowej tam wszędzie, gdzie zauważyli choćby najmniejszy ruch, a potem odlatywali w spokoju nad południowozachodnią część miasta, ku Okęciu, żeby zabrać kolejny ładunek bomb, wypalić w spokoju papierosa i wrócić z powrotem nad płonące Stare Miasto.

        Słońce – ogromna czerwona kula – dźwigało się gdzieś daleko zza Wisły, próbując daremnie przebić się przez gęsty dym ścielący się nad tym jednym wielkim pogorzeliskiem, w jakie zdążyła zamienić się większa już część Warszawy.

        Głównodowodzący sił niemieckich SS-Obergruppenführer Erich von dem Bach melduje swojemu przełożonemu Reichsführerowi SS – Heinrichowi Himmlerowi o powstańczych kontratakach przy bardzo wysokich stratach własnych. A ten wpadając początkowo we wściekłość, jakby niepomny, że to właśnie on sam w pierwszych dniach Powstania wprowadził niesamowity chaos i dopiero objęcie dowództwa przez von dem Bacha ustabilizowało sytuację w Warszawie i wokół niej, zostawia generałowi wolną rękę.

        Ten dzień – 27 sierpnia był ostatnim dniem regularnych zrzutów alianckich nad Warszawą. Bilans tej operacji, pomocy walczącemu miastu, zamknął się stratami zaginięcia 27 samolotów wraz załogami na 160 maszyn startujących z baz we Włoszech. Na 37 zrzutów 25 zostało potwierdzone przez siły powstańcze. Reszta trafiła w niemieckie ręce. Podobnie miało się stać za trzy tygodnie, kiedy to na bezchmurnym niebie, w samym środku dnia pojawią się amerykańskie Latające Fortece dokonujące zmasowanych zrzutów, które niestety, w większości spadną na niemieckie pozycje. I będzie to już ostatnia pomoc zachodnich aliantów, niczym wieniec złożony na grobie poległych. Jeszcze jeden pusty gest, ukłon w stronę masakrowanej Stolicy.

        - A słyszał pan porucznik ten ostatni kawał? – zaczął „Waligóra” zapalając papierosa „juno” z ostatniej paczki ostatniego kartonu zdobytego na szkopach zaskoczonych jego i „Orkana” furiackim atakiem na ich niemieckim, najdalej wysuniętym w głąb Zakroczymskiej odcinku, by błyskawicznie odesłać ich, niczego nie spodziewających się, w niebyt. 

        – No więc, to idzie tak – kontynuował „Waligóra”. – Pomoc dla Warszawy chwilowo sie zdez – AK – tualizowała! A wie pan porucznik, dlaczego? Bo alianci poprosili naszego generała „Bora” o podesłanie im kilku batalionów naszych, celem pomocy Francuzom w Paryżu i Marsylii! – powiedział i zaraz zaczął się głośno z tego śmiać. Widząc tylko wymuszony uśmiech na twarzy swojego dowódcy spoważniał i zaciągnąwszy się papierosem machnął z rezygnacją ręką.

        - Macie pozdrowienia od mojej żony, ty i „Orkan”. 

        -Teraz to już wszystko kapuje, panie poruczniku, dlaczego pan porucznik jest taki... tego, no... – powiedział „Waligóra” uśmiechając się obleśnie.

        - Że niby jaki? Dokończ, śmiało! - No, tego... Tak ogólnie... Zadowolniony! A słyszał pan porucznik, że teraz my się mamy ewakuować kanałem do Śródmieścia? – odpowiedział zmieniając nagle temat.

        - Coś słyszałem, ale wątpię, żebyśmy wszyscy dostali taki rozkaz. Najpierw mają się ewakuować ranni, a potem ewentualnie ci, co są bez broni i dopiero może na końcu nam się uda. Zobaczymy. A co, „Waligóra”, tęskno ci za Śródmieściem.

        - Jak cholera, panie poruczniku. O niczym innym nie myślę, tylko, żeby „Janeczce” nic złego się nie stało!

        - Musisz wierzyć, bardzo wierzyć... – „Virtus” przerwał, bo odezwał się karabin maszynowy, jakby krztusił się tym swoim basującym rechotem, na co odpowiedziała mu zaraz pojedyncza seria powstańczego PM-u.

        - Niedobrze, kurka wodna... niedobrze! Jesteśmy odcięci! - Spokojnie. A gdzie jest „Orkan”? – spytał „Virtus”.

         - Melduję, że znowu czyta te swoje gazetki. 

        - Ale gdzie on jest?! 

        - „Orkan”! – wydarł się „Waligóra” jak tylko ucichł ten KM. Zjawił się nieprzytomny w przekrzywionym hełmie z dyndającym „smeisserem”, jakby mu już zupełnie niepotrzebnym, a jedynie noszonym „bo kazali”. Stał patrząc zdziwiony to na dowódcę, to na „Waligórę”, nie rozumiejąc, dlaczego znowu oderwano go od tak miłego i uspokajającego zajęcia jakim może być tylko czytanie.

        - Cholera, Szwaby chyba coś kombinują z katedrą! – wykrzyknął odrzucając daleko od siebie niedopałek tego ostatniego, dobrego, niemieckiego papierosa marki „juno”.

        I rzeczywiście, wyglądało na to, że kilku z nich jakby szykowało się do próby zaminowania katedry św. Jana, jakby im było mało, że została już niemal doszczętnie spalona.

        - Pójdziecie za mną – polecił im „Virtus”- ale prawą stroną, może być ich więcej w zakrystii albo za ołtarzem i... nie strzelajcie bez powodu!

        Ku ich zaskoczeniu od strony Kanonii do ataku ruszył któryś z plutonów kompanii „Paweł”. Niemcy nie spodziewając się, że zostaną zaatakowani z dwóch stron, szybko się poddali krzycząc histerycznie, żeby nie strzelać. Nagle z bocznej nawy wyskoczył jakiś ukrywający się Niemiec i licząc chyba tylko na ich chwilową nieuwagę próbował dopaść bocznego wyjścia i wtedy stała się bardzo dziwna rzecz! Urwał się żyrandol wyglądający na zwęglony i z łoskotem spadł na uciekającego. Wszyscy oniemieli i spojrzeli w górę, jakby chcąc zobaczyć tego, który spuścił żyrandol. Wszyscy znieruchomieli w nabożnym lęku. Już żaden z Niemców nie pomyślał nawet o próbie ucieczki. Katedra znowu była ich, powstańców. Osiągnęli zwycięstwo, chwilowe zwycięstwo, co prawda, niewiele znaczące wobec coraz bardziej nacierającego nieprzyjaciela. Ale jednak zwycięstwo!

        Meldunek sytuacyjny Dowódctwa Grupy „Północ” Armii Krajowej donosił: „Brak amunicji, brak żywności i bieżącej wody. Szerzy się czerwonka uniemożliwiająca coraz większej ilości Powstańcom jakąkolwiek walkę. Coraz więcej ludzi z braku wody, środków dezynfekcyjnych oraz leków i pomocy lekarskiej zapada na tę chorobę. Zewidencjonowano dotychczas około siedmiu tysięcy rannych i chorych” – podawano w meldunku Dowództwa. A ile jeszcze pozostawało poza ewidencją? Umierających z ran, ogólnego wycieńczenia, z głodu i pragnienia? „Ponadto, szerzy się także dezercja. Kanałami na Żoliborz uciekają nawet oficerowie. Zarządzono wyłapywanie dezerterów i bezzwłoczne oddawanie ich pod sąd” – tyle mówi lakoniczny komunikat. A w rzeczywistości coraz więcej Powstańców opuszczało swoje placówki, głównie w nocy i nierzadko terroryzując żandarmerię wdzierało się do tego wysokiego, na ponad dwa metry, głównego kanału prowadzącego pod ulicą Bonifraterską w stronę Żoliborza. Z pewnością użycie tej drogi ucieczki na Żoliborz mogło być wybawieniem z piekła, w jakie coraz bardziej zamieniało się Stare Miasto, a stamtąd, z Żoliborza można się było przedostać dalej, aż do Puszczy Kampinoskiej, aby tam ewentualnie przeczekać ten straszny czas. Masowo uciekający ze Starówki, wcześniej czy później zwróciliby na siebie uwagę Niemców i w konsekwencji ci, mogliby zablokować cały kanał przez spiętrzenie wody albo, jak to zrobili, blokując przejście tamą, którą saperski patrol powstańczy wysadził dopiero po upadku Starówki.

        Tego samego dnia, po południu Niemcy zdobywają szpital Jana Bożego przy Bonifraterskiej 12, gdzie dochodzi do rzezi rannych oraz bezbronnej, jak wszędzie, ludności cywilnej. Natomiast Państwowa Wytwórnia Papierów Wartościowych (PWPW) jest jeszcze w powstańczych rękach. Ale i tam mówi się o nieuniknionej ewakuacji przed Niemcami nacierającymi od strony Cytadeli, od parku Traugutta i wdzierających sie coraz bardziej w ulicę Zakroczymską. Jedynym wyjściem z tej twierdzy jest okno piwniczne z przystawioną doń drabiną od południowej strony, od ulicy Wójtowskiej. Tamtędy komendant placówki, podpułkownik „Leśniak”, poleca wszystkim cywilom, a zwłaszcza rannym i ludziom starszym oraz dzieciom, ewakuowanie się, najpóźniej do dzisiejszego wieczora. Wielu z nich korzysta z tej okazji i znajduje jeszcze schronienie w zakrystii pobliskiego kościoła ojców Franciszkanów, gdzie wcześniej skryła się już ponad setka cywili, a inni znaleźli schronienie w i tak już przepełnionych piwnicach domu starców przy ulicy Przyrynek 4. W przedostatnim dniu sierpnia ulica ta stała się miejscem kaźni setek starców, którzy przecież nie mogli stanowić żadnego już zagrożenia dla III Rzeszy. Dlaczego więc mordowano oblewając ich przedtem benzyną? Ich jakże bezradnych, trzymających się za ręce i nic już nie rozumiejących, wręcz nie chcących już nic zrozumieć z tego, co się za chwilę miało z nimi stać. A niektórzy z oprawców uśmiechali się do nich odbezpieczając granaty mające im zadać tylko „dobrą śmierć”, jak po wielu latach będzie mówiło się o eutanazji. Umierali w straszliwych mękach. Co i raz któryś z żołdaków, niby to od niechcenia rzucał granat i patrzył zupełnie spokojny na swoje „dzieło”...

        Ale to wszystko miało nastąpić dopiero za trzy dni. Wciąż jednak pozostaje pytanie bez wyraźnej odpowiedzi – Jaki był cel zbrodni dokonywanych na bezbronnych, niezdolnych nie tylko do walki, ale i do stawiania im najmniejszego choćby oporu? Czyżby miało to swoje źródło we wrodzonym Niemcom poczuciu porządku, dokładnego wypełniania powierzonych im obowiązków, bez względu na rodzaj tych obowiązków? Brak skrupułów wynikający z tępoty, gdy nadrzędnym celem jest wierne posłuszeństwo cesarzowi, a gdy obalono cesarza, Führerowi, dowódcy i wreszcie każdemu kto, w jakikolwiek sposób przewyższa ich władzą i swoją siłą? Czy też z tępoty wynikającej z powodu zabicia w nich wyższych, a może nawet jakichkolwiek uczuć wobec przemożnej potrzeby spełnienia... obowiązku? Aż do osiągania radości z powodu dobrze, według każdego z nich, spełnienia tegoż obowiązku. Czy właśnie dlatego tak bezlitośnie mordowali tych wszystkich starców, kaleki, kobiety i nawet dzieci? Pytanie to długo jeszcze pozostanie bez odpowiedzi, a może nawet już na zawsze pozostanie li tylko w sferze domysłów, jak zawsze kiedy ma się do czynienia ze zbrodnią... 

        O sens tego, co się wtedy stało, pyta w sześćdziesiąt cztery lata później polski poeta – Jarosław Marek Rymkiewicz w „KINDERSZENEN” stawiając tezę o jakimś wręcz tajemniczym, nikomu niepojętym sensie mordowania. A może po prostu hitlerowscy Niemcy wierzyli, że poprzez masowe mordowanie swoich sąsiadów poszerzą sobie przestrzeń życiową – Lebensraum. Na zakończenie swoich rozważań Poeta mówi: „A może być jeszcze i tak, że mordowanie pozbawione jest sensu – w ogóle go nie ma – czyli, mówiąc inaczej, nic nie znaczy – wtedy (jak łatwo zauważyć) wszystko, co istnieje i co dzieje się na tym świecie, byłoby, przynajmniej dla nas, pozbawione sensu.”

        - Pan szanowny w jakiej sprawie, jesli możno wiedzieć? – zapytał wchodzącego do bramy Powstańca ten o wyglądzie typowego warszawskiego ciecia, z wąsami i w zszarzałej maciejówce, ale pytał z nietypowym dla warszawiaka kresowym, silnym akcentem.

        - Chciałem się napić wody. 

        - Toć to wszystkie by, panie chcieli... Jakby tu tak kużden wchodził i mówił jak pan, „chciałem się napić wody”, to wie pan szanowny, co by sie wzieno i porobiło? A?

        - Trudno, przepraszam – odpowiedział mu ów chłopak w zielonej, mokrej od potu koszuli z biało-czerwoną opaską na ramieniu i „smeisserem” niesionym jakby od niechcenia.

        - Ja żartował tylko. Chodź pan, dam panu wody do syta, bo dziś w nocy udało się naciągnąć we dwa wiadra z tych nowych studni, co to je nazywajom niektóre „artejskie” czy jakoś tak, ciort tam, panie ich wie... – mówił ocierając pot z czoła i przyglądając się „Orkanowi”, bardzo uważnie zagadywał dalej: - Słychać, że ON idzie, cora bliży... A nie wie kawalir czy sie nam tu uda od NIEGO uchronić i czy będzie pobit, czy też nie, a?

        - Kogo pan ma na myśli? – zapytał z kolei „Orkan” wypiwszy zachłannie już drugą porcję wody z aluminiowego kubka, zimnej o dziwo i bardzo świeżej.

        - Ta chce jeszcze, niech se pije. Toć sam nasz Pan Jezus nakazuje, żeby spragnionych napoić! Ale co do głodnych, to jakby kawalir prosił, to nie dam, bo dopiero przed wieczorem może sie i da co wykompinować, jak ON sie już zmenczy i legnie, to dopiero wtedy będzie można nawet i trochu pohandlować. Choć z tym handlowaniem, to mówie kawalerowi, że coraz gorzy. Ale, żeby tylko ON przestał!

        - Kto? – zapytał ponownie. - Jak to, kto?! A ON! – z uporem odpowiadał ten warszawski cieć z wileńskim akcentem, a „Orkan” już więcej nie dopytywał się o owego ONEGO.

        - A ile to kawaler sobie roków liczy, jeśli wolno zapytać, bo mi sie widzi, że jeszcze straszny jest dzieciuch i powinien siedzieć u rodzicieli, a nie udawać wojaka, bo to sie może, nie tylko dla ciebie kawalirze źle skończyć, ale jeszcze gorzy dla twoich starych.