Goniec

Register Login

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (51)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

AntczakWojciech         A jakie rodzyństwo ma?

        - Mam. Starszą siostrę, bo brata w łapance chwycili szkopy i nie wiadomo, co z nim... 

        - Oj, to niedobrze... A nie myślisz ty wrócić do rodzicieli, żeby im podporą na stare lata być? Bo jakby nie daj Bóg i ty i brat nie wrócili do dom, to siostra sama nie wydoli. No chiba, żeb, sie jej jaki dobry chłop trafił, a i broń Boże, nie jedynak, ta może by i wydolili na stare lata... No, ta mówi mi tu prawde, ile mu wiosen mineno? Dwanaście, a może aż trzynaście, drogie dziecko?

        - Siedemnaście, siedemnaście skończę na świętego Marcina. 

        - A na któren to rok będzie? 

        - W tym. 

        - A nie breszy mi tu? 

        - Jakże ja bym śmiał panu kłamać... 

        - Napiwszy sie jeszcze wody? - Gdyby pan był tak uprzejmy, to bym jeszcze z pół kubeczka poprosił i co nieco do obmycia się...

        - Ho! Ho! Widze żeś ta kawalir rezorutny, nie powiem... Dam, czemu i miałbym nie dać ty wody do obmycia... Ale dam ty drugi, ty z balii, co to już z jaki tydzień stoi. A nikomu nie mówi, bo by mnie tu straszna rujnacja dotkła... Jak już tak idzie, to dam też kawalirowi troszku na ząb, niewiele tego, ale dam! Tylko – zawiesił głos i spoglądając w prześwit nieba w wąskim podwórzu-studni i unosząc wskazujący palec przypominał teraz „Orkanowi” apostoła, tylko nie wiedział jeszcze którego, Piotra czy Pawła, a może i Jana, ale nie, na Jana ten dozorca nie mógł w żaden sposób wyglądać, za stary był. W grę mógł wchodzić tylko Piotr albo Paweł, bo ich najlepiej zapamiętał z lekcji religii, jeszcze z tej szkoły na Wyścigach, a może już z tej nowszej przy Wałbrzyskiej, kiedy to przeprowadzili się z Wyścigów Konnych, gdzie ojciec był czas jakiś ważną osobą, bo panem administratorem, jak się Wyścigi Konne przeniosły już na dobre z Pola Mokotowskiego aż tam daleko, na sam koniec Warszawy, na Służewiec, aż za pętlę dziewiętnastki. Później tata najął się był do hrabiostwa Ciołków z roczną pensją niczym minister jaki albo i nawet sam prezydent – jak zapamiętał z dzieciństwa, kiedy mówiono o jego ojcu. – A ten dozorca, czego on może chcieć ode mnie? I nie musiał czekać zbyt długo na odpowiedź.

        - Rezorutnego jak ty potrzebuje! Aż sie to wszystko skończy, aż ON odejdzie i znowu będziem mieli trochu spokoju. A więc jak, zgadza sie? Dam jeść, będę kawalira karmił codziennie jak własnego syna, a w zamian będzie mi tu pomagał z temi staremi ludziami co tu som i trza tu dla nich porządek trzymać. Na ciamage mi nie wyglonda! No, da rękę na zgode! A jak na ciebie chłopcze wołają, co?

        - „Orkan”. 

        - Że jak, za przeproszeniem? Orkan? Orkan to dobre na konia wołać, a nie na człowieka i to w dodatku takiego jak ty, młodego... Jeśli mi tu co nie brecha, a?

        - A dlaczego miałbym panu kłamać. 

        - Bo takie czasy i mało kto nie ma nic do ukrycia, jakiej prawdy nie bardzo mu akurat wygodnej. Ta ja wiem? No, już niech mi gada, że przystaje do mnie na pomocnika z wiktem i... opierunkiem!

        - Chętnie bym tu u pana został, ale jestem żołnierzem i zaraz muszę wracać do naszego dowódcy, pana podporucznika „Virtusa”.

        - W tych czasach to żadna sztuka być żołnierzem, kużden nim może być, ale dobrym dozorcą dobrego jak ten domu, to nie kużden sie nada! No, to jak z nami będzie, przystaniesz kawalirze do mnie, za mojego zsatępcę? – pytał z wytrzeszczonymi, szarymi jak jego maciejówka, oczami.

        - Nie mogę, proszę pana, nie mogę choćbym chciał, bo przysięgałem na wierność... naszej Ojczyźnie.

        - Skoro przysięgał i to jak mówi, Ojczyźnie, to, to jest wielka rzecz taka przysięga! Jak musi, niech idzie! Ta, ja siłom nie będę przytrzymywał... Ale, niech jeszcze chwileńkę jaką zaczeka – powiedział znikając w swojej stróżówce, a gdy wrócił wetknął mu połówkę tego okropnego, „kartkowego” i zawsze zakalcowatego razowca z „gruzem”, czyli tynkiem wpadającym do dzieży z ciastem podczas każdego wybuchu przed rozpoczęciem wypieku tego chleba, a także dał mu jeszcze słoik, jak się później okazało, bardzo sfermentowanej „marmelady”. Było to zawinięte także w bardzo brudzącą gazetę.

        - Niech ci będzie na zdrowie, kawalirze i jeszcze niech uważa na NIEGO, na tego Antychrysta, co to tylko dybie na nas! O, właśnie idzie teraz od Zakroczymskiej! – dodał po kolejnym wybuchu pocisku wystrzelonego przez niemiecką artylerię. 

        – A jak by się namyślił to i wraca tu, niech pyta o mnie, Jana Protasiewicza. Zapamięta aby?

XXXIX

        Stojąc w oknie patrzył na sypiący wciąż śnieg i myślał o ostatnim tutaj swoim pobycie, kiedy to osobiście wezwany jednym telefonem przez Stalina zjawił się, nawet nie pytając o powód tak nagłego wezwania go na Kreml. Wtedy, przed kilku laty przyjeżdżał tu z radością i zawsze, kiedy tylko witał się z towarzyszem Stalinem, czuł ogarniającą go dumę, że jeszcze do niedawna będąc tylko szeregowym pracownikiem aparatu partyjnego nawet przez myśl mu nie mogło przejść, że niebawem będzie przywódcą, największego po Kraju Rad, państwa socjalistycznego w Europie! Bezsprzecznie zawdzięczał to Wielkiemu Ojcu Narodów, Józefowi Wissarionowiczowi. Tylko jemu! Witając się z nim, Stalin wstał ze swojego fotela z wysokim oparciem, uśmiechnięty zbliżał się doń wolnym krokiem z nieodzowną fajką w dłoni, wyciągał ręce i gestem, mało że przyjacielskim, wręcz bardzo serdecznym, ściskał go jak brata, jego, do niedawna szeregowego komunistę, nikomu nieznanego towarzysza Biernackiego-Rutkowskiego, a który od tych dwóch nazwisk stworzył sobie nowe, jakże pasujące do niego nazwisko – BIERUT. No i wreszcie imię, BOLESŁAW, jakże do cna polskie, nie mogące w nikim budzić, jak sądził, najmniejszych podejrzeń, że on, z krwi i kości działacz Kominternu, urodzony internacjonalista, mógłby nie być także i Polakiem, a może nawet i Białorusinem czy też Ukraińcem, przedstawicielem niemal każdej nacji, gdyby była tylko taka potrzeba. Teraz pełnił jakże odpowiedzialne obowiązki Polaka... Z krwi i kości, Polaka studziesięcioprocentowego!

        Wtedy, gdy jeszcze „batiuszka” [ojczulek] żył i twardo trzymał w swych krótkopalcych dłoniach władzę, on Bierut i cała reszta wiernych mu towarzyszy, oni wszyscy z ufnością patrzyli w przyszłość. Pamiętał, kiedy widział się z nim ostatni raz, wiosną, a może już nawet latem 52-go roku, kiedy zakamuflowani wrogowie po cichu rozsiewali wredne plotki o jego złym stanie zdrowia, wręcz drążącej go chorobie nowotworowej, w którą i tak, nikt przy zdrowych zmysłach, patrząc na Stalina, nawet nie myślał przypuszczać. I wtedy to, jak zawsze po nadzwyczaj serdecznym powitaniu, Wielki „Koba”( który, nota bene, nie pozwalał się już tak nazywać), po chwili namysłu zapytał, jego, Bieruta spokojnym jak zawsze, głosem: „A co nowego słychać w Przywiślańskim Kraju, a?” I spoglądając mu w oczy uśmiechał się chytrze (co tylko mogło być poczytane jako wyraz niezgłębionej troski o Polskę leżącą teraz u jego, Stalina stóp) ukazując pożółkłe, przeżarte nikotyną zęby, zupełnie inne niż te, które miał na wszystkich portretach i tych monstrualnie ogromnych i tych zwyczajnych, wiszących wszędzie, w każdym niemal publicznym miejscu na terenie całego Związku Sowieckiego, a także i poza jego granicami. Twarz, ospowata z wielkimi jak kratery dziurami.

         – „Musiał się nieźle drapać w czasie choroby i nikt go najwyraźniej przed tym nie powstrzymywał”- myślał wtedy Bierut. Natomiast na zdjęciach i ta jego twarz była gładka, smagła. Nawet uśmiech miał inny na portretach niż w rzeczywistości. Charakteryzatorom i fotografom udało się zatuszować w jego spojrzeniu azjatycką chytrość. A to już samo w sobie było wielkim dziełem... „Nu, charaszo, charaszo... [No, dobrze, dobrze] – mówił cedząc słowa. „Jak się miewa nasz przyjaciel, a wasz Prymas, Wyszynskij, bo nasz Wyszynskij, to ho, ho! Niczego sobie! Nadal dogląda naszych zagranicznych interesów... Ale do rzeczy towarzyszu „Tomaszu”, jak on tam, ten gordyj swiaszczennik [dumny ksiądz] się miewa? Ciągle powtarza to swoje uparte i głupie, łacińskie non possumus?”

        „No, jakby tu wam, szanowny i drogi towarzyszu Stalin powiedzieć, on... ten ksiądz wciąż myśli sobie, że on, znaczy się, jest jak jakiś król, nad całym tym, buntowniczym narodem...”

        „Gadajże zwyczajnie, jołki-pałki, a nie owijaj mi tu w bawełnę, jak to wy mówicie! Wal! Prosto z mostu, jobit’ jewo...” – wykrzykiwał na zdrętwiałego ze strachu, swojego wiernego agenta – namiestnika na Polskę.

        „Znaczy się, powiem krótko. W niedługim czasie my chcemy jego... do więzienia, za kraty! I będzie nareszcie z nim spokój.”

        „Hola! Hola! Bierut czy tobie nie stało się coś przypadkiem w główkę? Puknij się! Ty chcesz z niego polskiego bohatera zrobić? Czyś ty, Tomaszku przestał myśleć po komunistycznemu, po naszemu? Czyżbyś już zapomniał co mówi rosyjskie przysłowie? Wolniej jedziesz...” – powiedział nie kończąc i zaczął nabijać fajkę. A kiedy skończył, Bierut wstał i chcąc mu podać ogień został skarcony: „Siadaj!” Ty durak i ci twoi kompani, co ci tak doradzają! On, ten pierwyj swiaszczennik [pierwszy ksiądz], on musi być nasz! – powiedział Stalin, podkreślając ostatnie słowo. „Zrozumiałeś? N a s z!”

        I zapanowała kłopotliwa wręcz cisza. Bierut czuł jak meleńka strużka potu biorąca swój bieg gdzieś spod włosów za prawym uchem, zaczyna ściekać, niewidoczna i coraz bardziej piekąca, słona, jakże drażniąca cieknie po szyi za wykrochmalony kołnierzyk białej koszuli...

        „Pocisz się, towarzyszu „Tomaszu”- powiedział nagle Stalin przerywając to nieznośne milczenie. „I po co? Zupełnie niepotrzebnie, bo to wszystko można załatwić dyplomatycznie, po przyjacielsku. Tak go przerobić, że będzie jak piesek na dwóch łapkach, będzie nasz. Zrozumiano!!! – wrzasnął nagle Stalin budząc w Bierucie strach, aż się w sobie skulił.

        Wciąż słyszał to „zrozumiano” jak strzał z bata tuż nad uchem i patrząc w śnieżną biel widział w oddali las – cienką, czarną krechę nie dającej się całkowicie pochłonąć tej wszechogarniającej bieli. Otworzyły się dwuskrzydłowe, wysokie drzwi, w których stanął mężczyzna w czarnym, dwurzędowym garniturze w prążki, marynarce o kanciastych ramionach, trochę przypominający tych wszystkich mężczyzn z propagandowych plakatów, a od tamtych różniący się jedynie fryzurą. Zamiast włosów zaczesanych gładko do góry, ten miał przedziałek przez środek głowy, a włosy dodatkowo pociągnięte jakimś błyszczącym lakierem i ta twarz nic nie wyrażająca, dosłownie nic! Twarz jak maska jakiegoś robota. I zaraz usłyszał jak to ludzkie „coś” powiedziało do niego rozkazująco:

        - Pajechali! W wielkiej kremlowskiej sali przyjęć nie byli jedynymi, których witał tego ranka sam gospodarz XX Zjazdu Komunistycznej Partii Związku Sowieckiego, Nikita Siergiejewicz Chruszczow w otoczeniu kilku zupełnie Bierutowi nieznanych towarzyszy oraz marszałka Jepanczyna i jakiegoś generała.

        - Tawariszcz Bierut, nam dałżna bliże paznakomit’sia! [Powinniśmy się bliżej poznać, towarzyszu Bierut] – powiedział Chruszczow wyciągając do niego swoje krótkie łapki i formując usta w ryjek, jak do pocałunku. 

        – Jak tam w Polsce, ciągle jeszcze zima? Bo u nas, w Związku Radzieckim zima już się powoli kończy. No, może niezupełnie, ale... pierwsze lody pękają – zaczął dwuznacznie używając meteorologicznej terminologii. – A jak wasze zdrowie? Słyszałem, że trochę ostatnio chorowaliście.

        - Ja, tak... rzeczywiście, trochę chorowałem pod koniec roku – odpowiedział mocno zdziwiony Bierut.

        - Ale już jest lepiej, a będzie jeszcze lepiej, Nikito Siergiejczu – odpowiedział Berman zdobywając się wobec Chruszczowa na poufałość zwracając się doń z użyciem otcziestwa, skracając je ze swadą.

        - A wy, towarzyszu Berman, jak widzę, jesteście optymistą. I bardzo dobrze, bo ja też jestem optymistą i mam nadzieję, że będę jeszcze czymś więcej niż tylko optymistą.

        - Bez wątpienia, towarzyszu Chruszczow – odpowiedział na to Bierut mając minę wciąż zakłopotaną.

        Wcześniej próbował wysondować, nie tylko wśród swego najbliższego otoczenia, ale i wśród, jak mu się wydawało zaprzyjaźnionych z nim towarzyszy radzieckich, tych jeszcze z dawnego otoczenia Stalina, kim tak naprawdę jest ten nowy ich priedwoditiel [przywódca] postawiony przez partię w miejsce, wydawałoby się nieśmiertelnego Gruzina.

        - A jak tam wasze gardło? – spytał niespodziewanie Chruszczow zaglądając Bierutowi w oczy.

        - W porządku, towarzyszu sekretarzu generalny. - A mnie coś gryzie! Może by tak do bufetu i po szklaneczce czegoś mocniejszego przed śniadaniem, bo potem nie będzie już czasu. Czekają nas ważne sprawy, a może nawet ważniejsze niż się spodziewacie, towarzysze! – zakończył znów zagadkowo Nikita Siergiejewicz Ch.

        Wystąpienie Bieruta na tym historycznym zjeździe było nad wyraz wyważone i zwięzłe, właściwie nijakie, pełne stereotypowych pochwał pod adresem sowieckiej partii i jej „niezbywalnej roli, jako przodowniczki wśród innych bratnich partii niezmordowanie dążących do wyznaczonego celu, którego kolejnym etapem na drodze do komunizmu jest najpierw zbudowanie solidnych podstaw czyli socjalizmu, niejako bazy dla przyszłych pokoleń budowniczych najlepszego ustroju społecznego w historii świata, tworzonych mimo piętrzących się trudności, głównie z powodu kłód rzucanych nam, komunistom pod nogi przez wrogie ośrodki światowego imperializmu. Ale radziecka partia wie doskonale co robi i w końcu wprowadzi ludzkość i nas wszystkich w jutrzenkę świetlanej przyszłości!” – zakończył nad wyraz patetycznie Bierut.

        Wybuchły burzliwe oklaski jak po każdym przemówieniu każdego z uczestników zjazdu. Pozostałe mowy pierwszych sekretarzy bratnich partii także nie wnosiły nic nowego do obrad, wydawałoby się niczym nie różniącego się od poprzednich, kolejnego zjazdu sowieckiej partii. Dopiero referat samego gospodarza, Chruszczowa wstrząsnął wszystkimi obecnymi na sali. Ten, do niedawna nieznany prawie nikomu sekretarz moskiewskiego komitetu partii, a wcześniej, jeszcze przed hitlerowską agresją na Sowiety, będący pierwszym sekretarzem partii na Ukrainie już po Wielkim Głodzie lat trzydziestych, sowietyzował jej zachodnią część zsyłając miliony do łagrów, a po 17 września 1939 roku, po sowieckiej napaści na Polskę ten sam los spotkał prawie milion Polaków i to właśnie on demaskował teraz stalinowskie zbrodnie.

        Słynny referat co to „ruszył z posad bryłę świata” komunistycznego, nosił tytuł: „O kulcie jednostki i jego następstwach”, jest do dziś określany jako tajny, niemniej, w niedługim czasie po XX Zjeździe czytany był w każdej niemal komórce partyjnej na terenie Związku Sowieckiego, a jednocześnie, przez Polskę trafił do zachodnich korespondentów prasowych i dzięki nim z jego treścią zapoznał się już cały świat. Za wszystkie zbrodnie odpowiedzialny był nieżyjący już od trzech lat Stalin i w dziewięć miesięcy po jego śmierci „zlikwidowany” Beria, stojący na czele NKWD. Tylko ci dwaj! Reszta, cała nomenklatura nie była obarczona nawet najmniejszą odpowiedzialnością(!) Nikt, dosłownie n i k t! A powodem tego najprawdopodobniej był sam towarzysz Chruszczow, który w latach 20- tych i 30-ych nie mniej od innych komunistów odpowiedzialny był za zbrodnie stalinizmu. Teraz, w 1956 roku przedzierzgnął się w buńczucznego „gladiatora” „odwilży”! A żeby się w tym uprawomocnić w oczach sponiewieranej przez komunizm Rosji, a i reszty świata, wywalił potem truchło satrapy Stalina z mauzoleum, każąc je najzwyczajniej zakopać pod murem kremlowskim... To była jego zemsta za lata strachu, za niepewność przeżycia kolejnego dnia na służbie u Słońca Rewolucji, kiedy Chruszczow wzywany nagle o róznych porach do „towarzysza Stalina” jechał doń po wypiciu jednego albo dwóch „sztakanów” gorzały podawanej mu przez także wystraszoną żonę, żegnali się za każdym razem, być może już po raz ostatni. Jechał do Stalina zawsze niepewny, co może go spotkać tym razem. A tu nagle okazało się, że batiuszka będąc w wyśmienitym humorze zażyczył sobie, żeby dorogoi drug [drogi przyjaciel] Nikita Siergiejewicz zatańczył przed nim i całym gremium także drogich i także bardzo wystraszonych towarzyszy, trepaka! On, niski, korpulentny i krótkonogi tańczący przed nimi taniec wymagający niezłej sprawności fizycznej. Cóż za wyborne poczucie humoru miał ten Ojciec Narodów! Albo, kiedy po nieprzespanej nocy, spędzonej na jego daczy w dusznej kinowej sali pełnej papierosowego dymu, po obejrzeniu „duszkiem” czterech westernów, które uwielbiał towarzysz Stalin, nie pozwalał im wszystkim na powrót do swoich domów, a sam, jakby nigdy nic siadał w wiklinowym fotelu w ogrodzie i czytał sobie w najlepsze książkę. Chruszczow odważył się przerwać mu czytanie i zapytać czy może wrócić do domu, do żony, wtedy Stalin spojrzał na niego bardzo zdziwiony pytając: „A wy kto taki?!” Po czym z całym spokojem wezwał czuwającą straż każąc wylegitymować „intruza”. A innym razem... Można by tu przytoczyć jeszcze kilka przykładów „poczucia humoru” Stalina, po którym niejednemu na samo tylko wspomnienie, włosy stają dęba. Może dlatego Chruszczow golił sobie głowę, kto wie?

        Tuż przed końcem zjazdu sowieckiej kompartii towarzysz „Tomasz” złożony chorobą i gorączkując, zmuszony został pozostać w łóżku. Na jak długo? Tego nikt nie był w stanie przewidzieć. Początkowo Bierut był dobrej myśli, że choroba niebawem ustąpi, że po przyjęciu leków zaaplikowanych przez lekarzy, profesorów Markowa i Fejgina z pewnością niebawem wróci do zdrowia. Myślał nawet o wstaniu z łóżka i wybraniu się na krótki spacer po parku otaczającym willę, w której mieszkał już prawie od miesiąca, od czasu swojego tutaj przyjazdu. Ale po kilku dniach znowu poczuł się gorzej. W obecności syna, Jana Chylińskiego, Bierut miał się poskarżyć profesorowi Markowowi, że jeden z podanych mu leków powoduje u niego bardzo złe samopoczucie. Profesor obiecał wycofać ów lek, ale nie zrobił tego, jak później sprawdził syn.

        W Polsce przez miesiąc nie było żadnego komunikatu o stanie zdrowia, bądź co bądź głowy państwa, która nagle dla społeczeństwa „została zniknięta”. W tym samym czasie Chruszczow także zachorował i także zmuszony był pozostać w łóżku. Kilkakrotnie dzwonił do Bieruta pytając o jego zdrowie. ”Bierut, bierjut... jewo! – powiedział po odłożeniu słuchawki. Była to ich ostatnia już rozmowa.

Tuż przed śmiercią Bieruta, w Moskwie zjawiła się jego żona, Wanda Górska, która później stwierdziła, że mąż zmarł w jej obecności oraz profesorów Markowa i Fejgina o godzinie jedenastej przed południem w dniu 12-go marca. Natomiast według relacji syna, Jana Chylińskiego, który został nagle wezwany do ojca i przewieziony z hotelu wprost do jego willi, tego samego dnia (12-go marca), w godzinach popołudniowych. Po widzeniu się z Bierutem stwierdził potem, że ojciec „czuł się stosunkowo dobrze, ale był bardzo osłabiony” i nagle powiedział: „Wiesz, wczoraj o mało nie umarłem, byłem o włos od śmierci...” Ich rozmowę przerwało wejście profesora Markowa i natychmiastowe zbadanie pacjenta. Kiedy tylko profesor zdążył ich opuścić, Bierut zwrócił się do syna: „Miałem dziwny sen... Bardzo dziwny – mówił z namysłem, jakby wciąż wahając się czy powinien opowiedzieć synowi ten sen bez narażania się wręcz na śmieszność.

        - Tak, słucham cię. 

        - A nieważne, to tylko głupi sen – zawahał się Bierut. 

        - Słucham cię tato, mów! - Może to niepoważne, ale śniłem jego... prymasa. Miałem mu coś ważnego do powiedzenia. Wychodziłem z dużego gmachu, jakby komitetu, ale nie tego w Warszawie, tylko w jakimś innym mieście.  On stał tuż przed długimi i bardzo szerokimi schodami prowadzącymi wprost na aleję, po której jechały trolejbusy i było dużo ludzi, bardzo się gdzieś spieszących... i kiedy chciałem do niego podejść, nie mogłem.