Goniec

Register Login

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (53)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

AntczakWojciechXL 

        Na „ziemi niczyjej” pojawiło się nagle, nie wiadomo skąd, jakichś trzech w niemieckich kompletnych mundurach, ale z wyraźnie odcinającymi się od czerni ich mundurów, biało-czerwonymi opaskami. A „ziemią niczyją” nazywano kilkunastometrowy pas przestrzeni między powstańczymi a niemieckimi posterunkami. Ci trzej szli sobie powoli, zupełnie się nie kryjąc przed Niemcami, i to od razu wydało się „Virtusowi” podejrzane. Czekał wraz z kilkoma innymi, najbliżej niemieckich pozycji bardzo dobrze zamaskowanych, a powodujących co jakiś czas spustoszenie wśród cywilów przychodzących niedaleko stąd po wodę, ciągle jeszcze tryskającą z pękniętej rury wodociągowej, a tamci paradowali, najwyraźniej udając niezorientowanych. Tymi „powstańcami” zjawiającymi się w neutralnym pasie między stanowiskami obu walczących stron byli najczęściej Ukraińcy. Dlatego Dowództwo zalecało powstańcom zachować czujność wobec nieznajomych z biało-czerwonymi opaskami.

        „Virtus”, mimo wydania wyraźnego rozkazu zachowania całkowitej ciszy, nagle, wraz z innymi, usłyszał głośno wołającego do nich strzelca „Matuszewskiego” i zaraz zobaczyli go, jak wybiega na przedpole:

        – Tutaj, chłopaki! Tu... – nie dokończył, padając rażony krótką serią. 

        Tamci trzej zniknęli w ruinach opodal niemieckich stanowisk. Po chwili od nieprzyjacielskiej strony zagrzmiał ciężki karabin maszynowy, tłukąc długą serią, na szczęście niecelnie.

        – Co go podkusiło, do jasnej cholery! Że też nie zdążyłem go w porę ostrzec... – powiedział i spojrzał na leżącego, chcąc się upewnić, czy nie jest przypadkiem tylko ranny, ale w ciemnościach nie mógł tego rozpoznać i polecił, że jak tylko Niemcy się uciszą, by jeden z nich podczołgał się do tego nieszczęsnego strzelca „Matuszewskiego” i sprawdził co z nim.

        – Panie poruczniku, mam pomysł! – wyrwał się milczący od dłuższego czasu „Waligóra”.

        – Jaki pomysł? 

        – Kilku chłopaków skoczy na prawo w stronę placu, a ze dwóch w lewo bliżej Miodowej i zaczną hałasować prawie w tym samym momencie, a wtedy główne uderzenie pójdzie stąd, czyli z samego s i r o d k a!

        – Dobry pomysł, panie starszy strzelcu „Waligóra”. Aha, proponuję, żebyś to ty z „Orkanem” poszedł tam na lewo i zabrał z sobą ten zrzutowy „bren” i wiadro... Strzelając przez wiadro, narobicie niezłego hałasu, rąbie wtedy jak cekaem! A my uderzymy zaraz po tym, jak tylko zgasną wypuszczone przez Niemców flary. „Malachit”, „Skonka” i „Żbik” pójdziecie na prawo, jakieś sto – sto dwadzieścia metrów i jak się już dobrze ukryjecie, zróbcie zamieszanie, jak najwięcej hałasu, a dopiero w kilka sekund później włączysz się ty „Waligóra” i „Orkan” z „brenem”. Pamiętajcie o wiadrze! Spróbujemy wziąć ich przez zaskoczenie. Do dzieła, chłopcy! Powodzenia! I oszczędzajcie amunicję!

        – Krótkimi seriami! – wyrwał się jakiś mądrala, jakby uzupełniając dowódcę. 

        Pobiegli w przeciwnych kierunkach wzdłuż ulicy Bonifraterskiej, prawie całkowicie leżącej już w gruzach.

        Po chwili usłyszeli wielki rumor z prawej, a zaraz po tym strzały oddane przez Niemców i krzyk „Malachita”:

        – Nicht schissen, kollege! Wir sind hier! [Nie strzelajcie koledzy! Jesteśmy tutaj!] 

        – Gehen Sie raus! Zeigen Sie sich! [Wyjdźcie stamtąd! Chcemy was widzieć!]

        Zaraz rozbłysła wypuszczona rakieta, rozświetlając przez kilka sekund pole walki fosforycznym światłem. I wtedy zadudnił „bren” niczym karabin maszynowy. Z trzech stron powstańcy ruszyli na te dwa niemieckie stanowiska. Nagle „bren” ucichł i „Virtus” pomyślał w pierwszej chwili, że może to właśnie „Waligóra” albo „Orkan” oberwał, i w tym momencie rozbłysła kolejna flara i zobaczyli, że to bliższe stanowisko karabinu maszynowego nie było obsadzone, a dwóch Szwabów próbowało ucieczki. To drugie także umilkło i wtedy dał się słyszeć głos „Waligóry” wzywającego „Orkana”. „Virtus” nawet nie spodziewał się, że się im tak łatwo uda zlikwidować te dwa gniazda z minimalnymi swoimi stratami przy jednym zabitym i dwóch tylko lekko rannych, ale już zastanawiał się, że jeśli w ciągu najbliższych kilku godzin nie będą mieli możliwości ewakuować się do Śródmieścia albo na Żoliborz, albo gdziekolwiek bądź, to przy nacierających coraz bardziej Niemcach i braku jakiegokolwiek wsparcia, cała ta walka zakończy się klęską, nawet gdyby mieli, jak dotychczas, wygrywać kolejne potyczki.

        – Panie poruczniku! Udało się, jak Bozie kocham, udało się! – krzyczał uradowany „Waligóra”. – Kiedy tylko poszła ta rakieta, walnąłem im z „brena” przez kubeł, jak pan porucznik kazał, i udało się, a szkopy tak się wystraszyli, że aż rżnęli w gacie!

        – Chromolisz! Skąd wiesz? – zapytał go któryś z najmłodszych, niebiorący bezpośrednio udziału w tym ataku.

        – To się czuło na odległość, jak pragnę fiknąć!         

        – A gdzie „Orkan”?

        – Powinien tu gdzieś być... Skubany, szedł za mną. Słyszałem nawet wyraźnie jego kroki... Orkan!! – zawołał w ciemność.

        Zjawił się „Malachit” i tych dwóch, także jak „Waligóra” bardzo z siebie dumnych, zameldowali zlikwidowanie stanowiska n-pla, chociaż nie była to ich wyłącznie zasługa. „Waligóra” bez zastanowienia ruszył zdesperowany szukać zaginionego „Orkana”. Po kilkunastu minutach był już z powrotem, sam, bez „pętaka”, klnąc na czym świat stoi, że go nie dopilnował.

        – Szkoda, wielka szkoda – powiedział „Virtus”. – Ale nie traćmy nadziei. 

        Przejście na Żoliborz, o czym jeszcze nie wiedzieli, było zablokowane już przez nieprzyjaciela, pozostała ewakuacja kanałem do Śródmieścia, bo i próba przebicia się tam górą, przez Ogród Saski, udała się tylko niewielkiemu oddziałowi przy sporych stratach własnych... Pozostał wyłącznie kanał, oczywiście o ile uda się im wejść do jednego z włazów, którymi wchodzą powstańcy i nieliczni cywile, ale wyłącznie z rannymi. Włazy do kanałów są nieustannie szturmowane przez zdesperowaną ludność Starówki, a dostępu do nich broni żandarmeria, nierzadko uciekająca się do przemocy wobec najbardziej natarczywych. Coraz szczelniej zaciska się pierścień nieustannie atakującego nieprzyjaciela. Niemcy zajmują już Ogród Krasińskich.

        Obeszli wszystkie trzy włazy, dwa przy Długiej i nawet ten przy Hipotecznej prowadzący pod ulicą Bielańską i Senatorską aż do placu Bankowego. Ten właśnie właz stał się pułapką tamtej nocy z 31 sierpnia na 1 września, gdyż wszystkie wyjścia wzdłuż ulicy Elektoralnej prowadzącej do placu Bankowego i przy samym placu zostały obstawione przez Niemców, którzy w ogóle nie wchodzili do kanałów, a ograniczali się jedynie do blokowania ich zaporami z szyn i drutu kolczastego, nierzadko wieszając granaty, jak to miało miejsce na Mokotowie tuż przed jego kapitulacją 27 września. Ponadto Niemcy wrzucali do kanałów karbid i wlewali żrące substancje, a potem siedząc przy włazach, czatowali na przemieszczających się nimi ludzi, którzy bez przewodnika po jakimś czasie tracili orientację i dostawali obłędu, a potem padali z wyczerpania i tonęli w błotnistej, cuchnącej brei. A ci, którzy widząc światło dostające się do kanału przez odkryty właz, decydowali się, bez względu na konsekwencje, wydostać z tego piekła, po wyjściu na powierzchnię zabijani byli na miejscu, inni, którym udało się wydostać na powierzchnię i na razie jakoś przeżyć, ginęli potem masowo w zbiorowych egzekucjach.

        Tych włazów na Starym Mieście było oczywiście więcej, ale mało kto decydował się na wejście do niepewnego kanału, gdyż nie było wiadomo, dokąd dany kanał prowadzi, a z kolei dostanie się do sprawdzonego już kanału, a będącego we władaniu powstańców, dla kogoś postronnego było nieosiągalnym marzeniem.

        „Virtus” wpadł na pomysł pójścia prosto do szpitala w nadziei spotkania tam Lucyny, a także dowiedzenia się, czy jest jakaś szansa ewakuowania się z kapitulującego lada chwila Starego Miasta. Niestety, nie zastał jej. Przed godziną weszła z rannymi do kanału. Zatrzymał się więc u zbiegu Długiej i Kilińskiego z resztą swojego plutonu zredukowanego ponownie do kilkunastu żołnierzy, nie wiedział, co robić w nasilającej się wokół coraz większej panice. Wyższe dowództwo wraz z Komendą Główną już dawno opuściło swoją kwaterę w pałacu Raczyńskich przy ulicy Długiej 7, a teraz ewakuował się stąd szpital, nie cały oczywiście. Pozostali w nim najciężej ranni i większość lekarzy wraz z personelem pomocniczym.

        – Panie poruczniku, panie poruczniku „Virtus”! „Waligóra”! „Waligóra”! – usłyszeli za sobą płaczliwy głos „Orkana”.

        – „Orkan”?! Jesteśmy tutaj! – „Virtus” zawołał w ciemność rozświetlaną nieznacznie łuną płonących domów i ruin.

        Aż wreszcie zobaczyli go w porwanej koszuli z twarzą posiniaczoną lub tylko bardzo brudną, z włosami zlepionymi krwią. Stanął przed nimi wylękniony i rozdygotany, nie mogąc powstrzymać z trudem hamowanego płaczu.

        – Co ci się stało? Gdzie byłeś ofermo?! – pytali jeden przez drugiego. 

        – Na... napadli... mnie, ło... łobuzy – bezradny jąkał się, szlochając, i bił się małymi piąstkami po głowie ze śladami zaschniętej krwi. 

        Nie miał już przy sobie zdobycznego szmajsera, z którego był tak bardzo dumny, i chlebaka wypełnionego tą swoją literaturą książkowo-biuletynową. 

        – Nie... nie daruję sobie, za żadne ska... rby, nie... daruję! – wyjąkał i rozpłakał się głośno, bez skrępowania, jakby dopiero teraz znalazła ujście złość, wręcz wściekłość, że dał się tak łatwo ograbić, bo mimo iż jest żołnierzem, jednym z nich, ciągle jeszcze siedzi w nim ten dzieciak, a od którego wciąż nie jest się w stanie uwolnić, by wreszcie stać się dorosłym jak oni wszyscy, a szczególnie jak „Waligóra”. 

        I musiało się to przytrafić właśnie jemu i na domiar złego nie od Szwabów, ale od swoich... – rozmyślał rozgoryczony.

        – Przestań „Orkan”, ryczysz jak Czerwony Kapturek po zdeboszowaniu przez Wilka! – wyrwał się „Waligóra”.

        – Kto cię napadł i gdzie? Mówże wyraźniej – dopytywał się „Virtus”, przygarniając go do siebie jak młodszego brata.

        – A takich dwóch. Zaszli mnie od tyłu i jeden z nich walnął mnie cegłą, a drugi wyrwał broń... – powiedział i znowu zapłakał.

        – Gdzie to było?! – zapytał z kolei „Waligóra”, nastroszony jak wielki, drapieżny ptak. 

        – Tam, w ruinach przy Miodowej, jak tylko załatwiliśmy tych szkopów, ty pobiegłeś z powrotem, a ja się zaplątałem w jakieś sprężyny czy druty i kiedy próbowałem się uwolnić, poczułem uderzenie w tył głowy i... – zaszlochał, ale zaraz się opamiętał. – I zobaczyłem tych dwóch, to byli na pewno nasi. Jeden wyrwał mi broń, a ten drugi, młodszy, zabrał mi mój chlebak i tyle ich obu widziałem – dokończył, krzywiąc w grymasie rozpaczy tę swoją bardzo jeszcze dziecięcą buzię.

        – No, ku... rza twarz! – wykrzyknął „Waligóra”, podnosząc długie łapska z rozcapierzonymi paluchami przypominającymi teraz szpony. – Ja tego nie daruję, w... kuśkę kopanym! Chodź ze mną! – krzyknął rozkazująco i chwyciwszy go za ramię, pociągnął za sobą tak, że „Virtus” już nie zdążył ich powstrzymać. 

        Oddalali się bardzo prędko, wsiąkając w ciemność. A reszta patrzyła na swojego dowódcę z wyrazem pytającego zdumienia.

        Wpadli do najbliższej piwnicy, sprawdzając, czy tam przypadkiem nie ukryli się ci dwaj rabusie. A potem przeszukiwali dalsze miejsca, gdzie tylko spodziewali się znaleźć kogokolwiek. Po sprawdzeniu kolejnej piwnicy „Orkan” przypomniał sobie, że jeden z nich, taki bardzo jasny blondyn, zwracał się do swojego kompana, wymieniając imię lub tylko pseudonim – Franek.

        – No to już jest coś! 

        Przeszli ulicą Kapitulną, tym wąskim przesmykiem prowadzącym na Podwale, tam gdzie przed dwoma tygodniami stał „czołg-pułapka” oblegany tłumnie i tak bardzo podziwiany przez wszystkich tamtej pamiętnej niedzieli, aż nie ruszył, doprowadzając do tej strasznej tragedii, tam właśnie natknęli się na grupę wyrostków, którym przewodził najwyższy i chyba najstarszy, dryblas o wyglądzie niezłego „urychy”. To do niego zwrócił się od razu „Waligóra”:

        – Chono tu! – rozkazał, kierując na niego swój automat vel „fujarkę” vulgo „rozpylacz”. – Tak, do ciebie mówię, ty piękny pawianie!

        A tamten tylko patrzył na „Waligórę” spode łba, dziwiąc się jego aż tak agresywnej postawie, zwłaszcza że od kiedy został samozwańczym „dowódcą” swojego „oddziału”, nikt się tak do niego nie zwracał.

        – Jak ci dali na chrzcie? – pytał nic a nic nierozumiejącego chłopaka. – O co sie szanownemu panu rozchodzi?                 – Pytam chyba wyraźnie! Odpowiadaj, bo mi sie bataryjka z odrobinkom cierpliwości wyczerpuje!

        – Wicek, a bo co? 

        – Słuchaj Wicuś, mam dla ciebie propozycje nie-do-odrzucenia! Albo nam pomożesz, albo zakończysz zara te swoje krótkie i zasrane, jak dziecinna koszulina, życie! Więc, gadka zbędna! Kapewu? To na dziń dobry! A tera mi powiedz, ty w dzyndzel szarpany, przez żadnych zawijasów, że wskażesz mi wszystko o co cie bende pytał!

        – Norrmalnie sie rozumi, ale o co sie tu ma rozchodzić, to ja ani w zomb nie kapuje. 

        – O ten tramwaj co nie chodzi! Na byle jakiego lebiege mi nie wyglondasz, Wicuś, więc składam ci propozycje nie do pogardzenia. Otóż ten tu, mój kolega sie tu zostanie z twoimi gówniarzami, a my we dwóch sie przejdziem po Franka – odezwał się doń jeszcze bardziej zagadkowo.

        – Jakiego znowuż Franka, panie oficerze? Nie znam żadnego Franka, niech ja skonam, niech ja sko...

        – Nie znasz?! A tego Franka co sie koleguje z takim jednym baaardzo jasnym blondynkiem! – powiedział „Waligóra”, decydując się grać z nim va banque.

        – Ach, ten! Że też nasamprzód od razu, pan generał nie wyraził sie tak! Tera to już żem skapował do końca, o jakiego sie panu szanownemu, Franka może rozchodzić. Pewnikiem o tego, co to lata na różne akcje razem z „Albinosem”.

        – No właśnie! Widzisz Wicek, ja też żem od razu skapował, że jesteś człowiek, nie da sie ukryć, charakterny! A teraz prowadź mnie do nich i uważaj, żeby ci do tego twojego baaardzo mondrego baniaka nie strzeliło cóś takiego, jak próba zrobienia mnie w balona czy jakoś tak, w tym stylu. Rozumisz, o co mi biega? A jakbyś tak przypadkiem próbował jeszcze zakompinować na boku, że może, mimo wszystko, uda ci sie jednak zwinąć mnie w rulon, to cie uprzedzam Wicuś, żebyś już tera pożegnał sie ze swojom ferajnom i pomyślał skond wytrzaśniesz dla siebie sosnowe jesionkie! Kapujesz?!

        – Sie, wie panie ten... Po co zara ta mowa! – powiedział i zadumał się z lekka obrażony. – Tak se myśle, że z szanownego pana to musi być całkiem niewąski kizior, ale nie stond tylko dzieś skondś indziej. Bo ja wiem?

        – Jak to nie stond, a ty, w torbe ubogi myślisz, że skond ja mogie być, z Kozi Wólki czy jakiejś innej wsi małoważnej, czy też może...

        – Bez obrazy, panie ten... tego, bo mnie sie legularnie rozchodzi, że pan nie jestreś stond, znaczy sie, z naszy Starówki.

        – Jezdem! Jezdem z Mokotowa! A może masz fetniaku cóś na przeciw?

        – Skądże znowuż, panie kapral, uchowaj co i ten, tego... 

        W ruinach domu przy Ślepej natknęli się na powstańczą czujkę. 

        – Hasło! 

        – To ja, Wicek Kmienieszczak. Nie poznajesz czy co? 

        – Hasło! – domagał się tamten uparcie.

        – Krzysiek, nie wygłupaj sie, jak rany! 

        – A ten drugi to kto? – zapytał ów Krzysiek. 

        – Wujek Nemo, frajerze! 

        – Stójcie! – rozkazał, puszczając na nich światło kieszonkowej latarki. – W porzondelu, ale musicie sie nasampierw zameldować u naszego dowódcy, kapewu?

        – Nie ma sprawy, robi sie! A Franuś „Rąsia” to jest? 

        – Jest. 

        – A „Albinos” też? 

        – Oba som. Ale wprzód idźta do dowódcy. 

        – Sie wie, w morde. Zeszli po osypisku gruzów wprost do obszernej piwnicy, gdzie przy mdłym świetle karbidówek siedziało w kucki kilku chłopaków, a wśród nich krzątała się kobieta, potężna herod-baba. Miała bujne i rozczochrane włosy i spojrzenie starzejącej się, ale wciąż jeszcze żądnej krwi, harpii.

        – Panie chorąży, to ja, Kamieniewski, znaczy sie Wincenty Kamieniewski, czyli Wicek...

        – Widzę! – odburknął facet mniej więcej czterdziestoletni w rozpiętym mundurze z baretką.

        Zalatywało od niego kwaśnym odorem przetrawionego bimbru i potu, a na zaimprowizowanym „stoliku” zrobionym z drzwi położonych na cegłach, stała pusta butelka po wódce i puszka napoczętych konserw.

        – Słucham – zwrócił się do „Waligóry”. 

        – Starszy strzelec „Waligóra melduje swoje przybycie. 

        – Słucham. 

        – Sprawa jest, panie chorąży, że się tak wyraże, gardłowa... 

        – Mów! 

        – Ale, już powiedziałem, że sprawa jest... 

        – To wiem – przerwał mu. – Ale nie wiem, w czem jest sprawa?! 

        – Rozchodzi sie o to, panie chorąży – „Waligóra” mówił z wyraźną przekorą jeszcze ciszej – że chciałem sie widzieć z dwoma pańskimi ludźmi, a mianowicie, z Frankiem zwanym „Rąsią” i z niejakim „Albinosem”. Mam dla nich do zrobienia interes niecierpiący zwłoki. Rozchodzi sie o broń.

        – A to ciekawe! Tylko czemu tak cicho o tym gadasz? 

        – Bo sprawa, jak żem już zaznaczył, jest gardłowa. Wzglendem tej wzmiankowanej broni, to chciałem panu chorążemu zaznaczyć, że została ona w sposób bandycki zrabowana jednemu z moich ludzi przez tychże dwóch rzeczonych ludzi pana chorążego...

        – A skąd ta pewność synu – przerwał mu chorąży – że to właśnie oni są tymi rabusiami?

        – A bo, widzi pan p o d chorąży, że właśnie doniósł mi o tym mój własny wywiad – odpowiedział nad wyraz kpiąco.

        – Słuchaj ty andrusie niemyty, zmiataj mi stąd natychmiast! Zmiataj pókim dobry i nie zawracaj mi głowy jakimiś swoimi insynuacjami! Zrozumiano!? – wrzasnął chorąży.

        – Panie chorąży, ja tylko chciałem pana grzecznie prosić, żebyś pan zasadniczo, dał mi w drodze wyjątkowej z nimi porozmawiać na osobności, a sie okaże...

        – Aha, porozmawiać, porozmawiać sobie możesz chcieć, ale ja swoich żołnierzy i siebie nie pozwolę ci tu obrażać! Najpierw musisz udowodnić im ich winę! No i jest jeszcze jeden mały drobiazg, taki mianowicie, że ja śmiem przypuszczać czy ci dwaj, których ośmieliłeś się nazwać, tak bez pardonu, bandytami, czy właśnie będą mieli w ogóle ochotę z tobą rozmawiać... bardzo, ale to bardzo w to wątpię!

        – Wobec tego, sprawa przestaje już być, jak żem powiedział, gardłowa, a staje sie sprawom oczywizdom, panie chorąży! – powiedział ściszonym głosem, z determinacją przykładając mu broń do piersi. – Ja nie żartuje, wiesz o tym ty smętny ciulu, ty... drobny pijaczku! Dawaj mi ich tu natychmiast.

        – No dobrze, już dobrze – powiedział blatująco bardzo wystraszony. – Franek, „Albinos”! Chodźcie tutaj! 

        Z mroku wyłoniły się dwie postacie. Jeden z nich był najprawdziwszym albinosem, o skórze całkowicie pozbawionej pigmentu i białych włosach, jeszcze jaśniejszych od najjaśniejszego blondyna, o włosach prawie śnieżnobiałych i takich samych brwiach i rzęsach, teraz zupełnie niewidocznych. Na pierwszy rzut oka sprawił na „Waligórze” nieprzyjemne wrażenie.