Goniec

Switch to desktop Register Login

SPALENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (8)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

AntczakWojciechOd strony koszar dochodziło głośne, nieustanne dudnienie cekaemów. Niemcy byli bardzo dobrze wstrzelani. Na rogu Kazimierzowskiej i Narbutta kilku powstańców próbowało wejść do bunkra, przez który, jak sądzili, mogliby przedostać się dalej podziemnym korytarzem pod budynek szkoły, gdzie byli skoszarowani esesmani. Niestety, mimo zapewnień dowództwa kompanii o wcześniej przeprowadzonym rozpoznaniu, dwóch podchorążych po przeczołganiu się przez ulicę pod zasiekami do bunkra, stwierdziło po wysadzeniu drzwi, że bunkier jest ślepy. Nie ma żadnych korytarzy. „Virtus” wydał swojemu oddziałowi rozkaz krycia się po bramach i podwórzach, gdyż bezpośredni atak na „Basy” z ulic Narbutta i Kazimierzowskiej był bez sensu, groził wysiekaniem całego plutonu, zwłaszcza że poza silnym ostrzałem z koszar, od strony Rakowieckiej na Kazimierzowskiej pojawiły się dość liczne grupki esesmanów. Atakowali, kryjąc się za czołgiem sunącym ku powstańczym pozycjom. Mieszkańcy okolicznych domów z entuzjazmem witali powstańców. Wylegli na balkony, pojawili się w otwartych oknach i wiwatowali na cześć „naszych chłopców”, aż jeden z czołgów zaczął nagle ostrzeliwać bramy i okna, a także balkony pełne wiwatujących, którzy w jednej chwili poznikali w głębi mieszkań. Nie brak było śmiałków, jak tylko czołg przestał strzelać, pojawiających się znowu w chwilę po wystrzale i powiewając biało-czerwonymi flagami, radosnym krzykiem dopingowali powstańców, niczym zawodników swojej ukochanej drużyny piłkarskiej. Kobiety w podwórzach, ściskając i całując, błogosławiły powstańców przemykających w stronę koszar-„Basów”. Lokatorzy okolicznych kamienic informowali walczących o niedostępnych ogółowi przejściach podwórzami i korytarzami z jednej ulicy na drugą. Panował ogólny nastrój zwycięstwa, zwycięstwa za wszelką cenę, w które zresztą nikt nawet nie śmiał wątpić, poza „chorymi na głowę” sceptykami. Tych od razu podejrzewano o antypowstańczą prowokację.

Czołgi, w niewielkiej odległości jeden od drugiego, jechały bardzo wolno, jakby z rozwagą, z chrzęstem gąsienic miażdżyły wszystko, co tylko znajdowało się na ich drodze – porzucony rower, poobtłukiwaną, emaliowaną miednicę, jakąś na wpół otwartą walizkę z wyłażącymi z niej rzeczami... Po każdym wystrzale z okien sypało się szkło, spadały doniczki z kwiatami, płonęły firanki, a mury stawały się coraz bardziej „dziobate”, posiekane kulami, pełne były odprysków i wyrw. Na jezdni i chodnikach leżeli już pierwsi polegli w pierwszej godzinie pierwszego, p r a w d z i w e g o powstania od wybuchu wojny.

– Niedobrze! Cholera jasna, panie poruczniku, niedobrze! Melduję, że drużyna „Leszka”, cała drużyna dostała strasznego łupnia w tym przejściu, wie pan, koło

Zakładów Oczyszczania! – płakał mu wprost do ucha jego zastępca sierżant „Szymon”.

– I co?! Konkretnie! Melduj! – rozkazał „Virtus”.

– Jedenastu poległych, sześciu ciężko rannych w kałużach krwi, i co najgorsze, nie ma do nich dojścia! Nadziali się w tym wąskim przejściu przy rogu Madalińskiego i Sandomierskiej, wie pan, tam przy tym cholernym płocie... zaskoczyli ich... wszystkich!

– Kto ich zaskoczył, mów!

– Schutzpolizei! Spory oddział! Dostali całkiem z bliska, zupełnie niespodziewanie. Ale skąd oni się tam wzięli?... Tak się dać zaskoczyć... Jezu kochany! – sierżant skończył swój meldunek-lament.

– A co z „Domem Wedla”? Jest łączność?

– Melduję, że wysłałem patrol.

– Kiedy?

– No, już będzie trochę czasu.

– I co?

– Odcięci! Szwaby odcięli im odwrót przy Melsztyńskiej. Tam jest otwarty teren, więc... Niedobrze! Panie poruczniku, bardzo niedobrze!

Trzeci pluton pod dowództwem podporucznika „Kiljana” jeszcze raz próbował zaatakować budynek szkolny przy Narbutta – bezskutecznie. Cała ulica została zamknięta silnym ogniem cekaemów. Coraz więcej trupów na jezdni i chodnikach. – Klęska, kompletna klęska – myślał bliski paniki „Szymon”, patrząc za oddalającym się „Virtusem”, który szedł w stronę ogródków, szedł tam, żeby sprawdzić, co się dzieje z drużynami dowodzonymi przez kaprali „Górskiego” i „Strojana”. Obie drużyny atakowały kamienicę przy Narbutta. Po chwili udało im się wedrzeć do środka, a „Virtus” znowu stanął na czele swojego Drugiego plutonu. Po wykurzeniu Niemców cały pluton wtargnął do budynku. Zabarykadowano bramy i zajęto stanowiska w oknach na pierwszym piętrze. Już niemal cała ulica Narbutta była w niemieckich rękach, a oni gotowi do przyjęcia ataku wierzyli, że się im uda, zwłaszcza że jest z nimi ich dowódca. Wierzyli w zwycięstwo, mimo iż pozostało im tylko kilkanaście granatów i kończyła się amunicja.

Nagle, tuż koło ich stanowisk, przez ulicę próbowało przebiec kilku Niemców. Dwóm się udało, a następny otrzymał celny strzał. Zaraz po tym, przez okno na parterze wyskoczył ten szczeniak „Magnus” i zupełnie jakby zapomniał, że wokół są Niemcy, biegł prosto do tego, jeszcze rannego leżącego na wznak z rozkrzyżowanymi rękoma. Miotany konwulsjami, konał. „Magnus”, zwinny jak kot, zdążył chwycić broń odrzuconą przez trafionego i niepomny ostrzeżeń wykrzykiwanych przez kolegów, chcąc zabrać jeszcze ładownicę, patrzył przez chwilę jak zahipnotyzowany w gasnące i jednocześnie błagalne spojrzenie Niemca...

I kiedy „nasycił” się był już tym widokiem, ocknął się nagle i słysząc krzyki, niemal wrzaski nawołujących go do natychmiastowego odwrotu, spojrzał jeszcze raz w martwe już oczy zaledwie o kilka lat starszego ode niego chłopaka i dopiero wtedy wyrwał z powrotem. Będąc już prawie w połowie drogi do bramy, gdzie kilku z nich czekało na niego z wyciągniętymi rękami, poczuł w plecach straszliwe szarpnięcie i pomyślał ze zdziwieniem, że to jakaś „żelazna łapa” musiała wbić się mu w plecy, i usłyszał jeszcze jakiś dziwny „trzask” w głowie, a potem coraz szybciej i szybciej leciał w przepastną, nieogarnioną jasność...

 

IX

Romek prowadzony przez „klawisza” do „gabinetu” śledczego czuł na przemian zimno i gorąco. Tuż przed wejściem zaczął paraliżować go strach, nagle jakaś niemoc nie pozwalała mu się ruszyć. Zupełnie taką samą niemoc czuł wtedy, w dzieciństwie, kiedy w ciemnym lesie zobaczył biegnącego wprost na niego „wilka” i gdyby nie Marcin, jego najstarszy brat, „wilk” rzuciłby się na niego, pięciolatka całym swoim cielskiem. Na szczęście obronił go wtedy Marcin.

– Bliżej – powiedział śledczy siedzący za biurkiem.

– Podejdź bliżej, nie bój się.

To nie był ten sam śledczy co poprzednio. Ten przypominał mu z wyglądu doktora Grunsztajna z Płochocina. Nawet miał podobny głos, taki jakiś miękki, miły. I nie wydzierał się na niego zaraz na początku, jak tamten „śledź”.

– Klapnij sobie – powiedział, podsuwając mu taboret, na którym miał oparte przed chwilą nogi.

Romek zaczął nabierać do niego zaufania, myśląc, że może ten pan, to nawet jakiś kuzyn doktora Grunsztajna.

– Nie bój się – powtórzył. – Siadaj i mów, coś przeskrobał. Mów jak na spowiedzi, a krzywda cię nie spotka. Możesz mi wierzyć – powiedział ten sympatyczny pan.

– Ja? Ja to żem nic złego nie zrobił, a ino żem naszego tate bronił od jednego takiego, co chcian go skrzywdzić.

– A, kto to taki chciał skrzywdzić waszego tatę?

– Ano, taki jeden, „sekreciarz” czy jak tam na niego wołajom, bo sie wzion i zamachnoł na tatula, to żem nie zdzierżył... A we śledztwie w Ożarowie, to mi gadali, żem renkie na władze podniós, ale ja nie na władze był zły, ino na tego partyjniaka co on chcian tatula...

– Dobrze, dajmy temu spokój. Powiedz mi... – śledczy spojrzał w jego papiery – powiedz mi Roman, czy ty jesteś wierzący?

– A jakżeby inaczej!

– No właśnie, tak też i myślałem... I ty, jako wierzący, możesz kłamać?

– No... nie...

– W takim razie obiecaj mi, że na wszystko o co cię tutaj zapytamy, ja czy inni, odpowiesz zgodnie z prawdą. Zgadzasz się?

– Tak, ale...

– Co, „ale”?

– Ale chyba, że nikogo nie skrzywdze.

- A kogo ty miałbyś skrzywdzić? I za co?

– Bo, dla przykładu, ten co był przed panem, to on chcian, żebym powiedzał, znaczy sie zaświadczył nieprawde przeciwko innym, że my razem, rozchodzi sie, że nie tylko ja, ale i inne chłopy z naszy wsi, a i baby... chcom wszystkie obalenia tej ichniej władzy co tera nastała i że chcemy bić tych wszystkich partyjniaków, niby z nienawiści do rzondu, co to jest w samy Warsiawie...

– A daj sobie spokój z tymi bzdurami! Mnie to wcale nie interesuje, wierz mi... Ja chciałbym tylko usłyszeć od ciebie prawdę na temat tego, o czym rozmawiają pod celą. Na przykład ten cały „pan hrabia” – wyzyskiwacz, imperialistyczny krwiopijca żyjący głownie kosztem chłopów-biedniaków, takich jak twoi rodzice i ty...

O innych też chcielibyśmy się dowiedzieć, co knują, jak choćby taki Bohuszewicz, który w czasie wojny mordował wraz z hitlerowcami naszych patriotów...

– To nieprawda! – wykrzyknął „Romcio”.

– Nieprawda? Przecież sam się do tego przyznał, sam nam powiedział, że należał do Narodowych Sił Zbrojnych! A ty wiesz chociaż, co to była za organizacja?

– Nijak.

– To była organizacja faszystowska, to były zwyczajne bandy, ten cały NSZ-et! Byli gorsi od Niemców, bo mordowali Polaków walczących z Niemcami... – powiedział śledczy, uważnie obserwując chłopaka.

Siedział pochylony i bardzo smutny, rozmyślał intensywnie nad tym, co mu przed chwilą powiedział ten nowy „śledź”, tak bardzo podobny do doktora Grunsztajna z Płochocina co mu kiedyś całkiem wyleczył zołzy...

– Nad czym tak dumasz?

– No, o tym cośta mi tu tera nagadali względem pana Stasia i pana hrabiego... Bo pan Stasiu i pan Zygmunt, znaczy sie pan kapitan Kalinka, to oni sami mówili, że we wojne z Niemcami walczyli, a pan Stasiu, pan porucznik to uciek szkopom z transportu. Samem go przecie znalaz wedle torów... A jeśli rozchodzi sie o pana hrabiego, to nie może być, żeby on taki straszna kanalia był wzglendem swoich chłopów, bo jak żem raz wzion od niego jego własne szkarpety do prania, bo jemu od ty zimny wody już rence rumatyzm powykrencał, to chłop jak baba sie wzion i rozryczał nade mno... To mi sie widzi, że to co tu mi gadata, to nijak prawdy w tym nima.

– Mówimy o dwóch różnych rzeczach. Po pierwsze, oni siedzą tu za politykę, czyli za nieposłuszeństwo wobec ludowej władzy, a po drugie, przy okazji świetnie się maskują, oni tylko udają, wobec ciebie i innych, takich dobrych ludzi...

– Nie, nigdy! Ja od razu rozpoznam kto dobry, a kto zły człowiek!

– Pozory mogą mylić, i to nie wiesz jak bardzo! A kto według ciebie jest zły, tam pod celą? – zapytał chytrze śledczy.

– Z poczontku, to żem myślał, że Kizdrzyński, bo mu tak czasami źle z oczów patrzy, ale jak mi potem powiedzieli, że mu kacapy żone z dzieciami na Sybir wywieźli, a jeszcze potem go Niemce zamkli, a i tera też siedzi, to i ja bym był rozeźlony na cały świat...

– Dobrze, ale wracając do naszej sprawy, to wiesz, o co mi chodzi.

– Żebym kapował jak ten Kizdrzyński.

– A skąd ty wiesz, że on jest donosicielem, przecież przed chwilą sam powiedziałeś o jego krzywdach, więc...

– Jak to, nie jest kapusiem, kiedy on na wszystkich gada... Sam żem na własne uszy słyszał jak nazwał pana Stacha, zwyzywał go, takiego człowieka, co on sam nim jest!

– Nie przejmuj się! To co, umowa stoi między nami.

– A uchroń Bóg, ja tam nie bede na innych kapował!

– Kapował, kapował... Źle mnie zrozumiałeś Romku. Po prostu chciałbym, żebyś nam, w pewnym sensie, ułatwił zadanie. I nie pożałujesz. Potrafimy się odwdzięczyć. Na przykład lepszym odżywianiem. Po przesłuchaniu, podkreślam po pomyślnym przesłuchaniu, dostaniesz, na przykład, prawdziwej grochówki na boczku i może jeszcze kapusty z mięsem. I nie tam, u siebie w celi, ale na osobności. Co ty na to?

Przełknął ślinę i spojrzał na śledczego wzrokiem zabiedzonego psa.

– No to, tak naprawdę, to o co się panu rozchodzi?

– Żebyś zapamiętał rozmowy, zwłaszcza te prowadzone w nocy, i mówił nam, a głównie mnie, o czym to oni najwięcej gadają...

– To, to moge wam od razu powiedzieć, wcale nie musze czekać do nocy!

– Mów! Słucham.

– Najwięcy gadajom o tym paskudztwie co to nas tu, we więźniu karmita, drugie znowuż to o dupie, o babskiej dupie – poprawił się Romcio.

– Nie o to mi chodzi! – powiedział zirytowany śledczy. – Masz zapamiętywać wszystkie te rozmowy, które dotyczą spraw wagi państwowej, co mówią, dla przykładu, o polityce rządu i naszej partii, takie i tym podobne masz zapamiętać i dokładnie nam przekazać, a będzie to z pożytkiem dla nas i dla ciebie. Przecież my chcemy dobrze! Chcemy, żeby jak najwięcej ludzi było naprawdę szczęśliwych! – śledczy powiedział to niemal z upojeniem. – Widzisz, Romku, tacy chłopcy jak ty, z gruntu dobrzy i uczciwi, tacy właśnie powinni żyć inaczej, godniej, a nie tylko być narzędziem w czyichś rękach... Być wykorzystywanymi i być tylko popychlami przez całe swoje życie. Dlatego właśnie ta nowa władza, pierwsza niejako w historii, czyli my, chcemy, żeby świat stał się bardziej ludzki, sprawiedliwy. Wiesz co mam na myśli?! – śledczy, kończąc swój wywód, zapytał raz jeszcze. – Wiesz czy nie?

– Że co? – spytał z kolei Romek, patrząc na niego nieprzytomnym wzrokiem.

– Ty mnie w ogóle nie słuchasz! – stwierdził fakt oczywisty. – O czym ty myślisz?!

– O zupie – odpowiedział szczerze i zgodnie z prawdą więzień Szczygieł Roman.

Po powrocie do celi stał się bardzo osowiały. Opuściła go chęć pomocy innym, jak choćby zmywanie naczyń, nie tylko swoich, ale i „pana porucznika” i „pana hrabiego”, bo im się przecież należy szcunek, tylko za to, że są tym, kim są, a teraz nagle ma być inaczej. Koniec ze „starym porządkiem”. A najbardziej nurtowała go myśl, a właściwie wątpliwość zasiana przez śledczego, że on jako „z gruntu dobry i uczciwy chłopak” jest tak bezczelnie wykorzystywany nawet przez najbliższych i używają go jak narzędzia, a narzędzie to wiadomo, że ma tylko służyć, aż się wysłuży... A przecież on, najmłodszy z rodziny Szczygłów, też chciałby mieć „coś z tego życia”, a nie tylko wysłuchiwać przez cały czas... „zrób to, zrób tamto” i te niekończące się pretensje o to, że nawet jak zrobił coś, to zrobił to nie tak jak powinien.

Wciąż był markotny i osowiały. I tylko przed zaśnięciem modlił się jeszcze bardziej żarliwie, prosząc o pomoc samego Pana Boga z Nieba, z Góry, Gdziekolwiek-By-On-Nie-Był oraz Matkę Pana Jezusa Chrystusa – Najświętszą Maryję Pannę, żeby go tylko chcieli wysłuchać i pomogli rozstrzygnąć ten dylemat, z jednej strony, donoszenia „tylko tego o czym rozmawiają inni, zwłaszcza w nocy”, a z drugiej strony, męczyła go aż do bólu pokusa lepszego jedzenia... Kończył właśnie odmawianie kolejnej dziesiątki Różańca, Tajemnicę Bolesną, tę drugą, w której zupełnie niewinny Pan Jezus, decyzją ponckiego Piłata zostaje skazany na biczowanie. Odmawiał tę Tajemnicę zawsze bardzo starannie, może tylko nieco szybciej niż inne, bo wierzył, że w jakiś sposób szybsze odmawianie przez niego tej Tajemnicy przyniesie choćby odrobinę ulgi Umęczonemu Ciału Zbawiciela.

– „Romcio”! Co się stało? – usłyszał głos „pana porucznika Stasia” – jak go w myślach pozwalał sobie nazywać. – Słyszysz mnie?

– Słyszę – odpowiedział słabym szeptem i bardzo niechętnie.

– Jakaś krzywda ci się stała? Poowiedz mi.

– E, tam... Tylko nie wiem, co robić po tym ostatnim przesłuchaniu

– Tym razem chyba cię nie bili? Więc...

– Bo, widzi pan porucznik, tera to mnie inny „śledź” wypytywał, zupełnie inny niż ten wcześniejszy. Nie krzyczał jak tamten, a rozmawiał ze mną jakoś tak po ludzku. I był podobny, nawet bardzo podobny do dochtora Grunsztajna z Płochocina, co mnie kiedyś wyleczył z wrzodów, co to mi sie w samej gembie porobiły. Wyleczył mnie taką maścią specjalną, całkowicie... Nawet żem myślał czy to nie jest jakiś brat jego, tego znaczy sie pana dohtora...

– I o co cię wypytywał?

– Specjalnie o nic, ale... chcian, żebym mówił jemu i innym też, jak zapytajom na śledztwie, o czym wy wszyscy gadata, specjalnie w nocy... No i powiedział mi, że jak bendom ze mnie zadowolnione, znaczy sie on, ten nowy „śledziu”, to dostane lepsze jedzenie... Na przykład, grochówke z miensem abo kapuste z kartoflami i... z miensem też... I dlatego nie wiem, co tera robić... – przerwał nagle.

– A jak byś chciał zrobić?

– No, właśnie nie wiem, panie poruczniku.

– Słuchaj Romek, teraz nic nie wymyślimy, ale w ciągu dnia porozmawiam z innymi i wspólnymi siłami coś się postanowi i powiemy ci, o czym masz „donosić” temu twojemu nowemu „śledziowi”. A teraz spróbuj zasnąć. Tak będzie najlepiej – powiedział Bohuszewicz, uspokajając nieco sumienie chłopca.

Tego rana pobudka była znacznie wcześniej, bo zaraz po czwartej do ich celi wrzucono zmasakrowanego więźnia. Wywołało to wielkie poruszenie, bo tym kimś był sam major Władysław Skaliński, legendarny pilot biorący udział w Bitwie o Anglię, ten, który miał największą liczba zestrzeleń wśród polskich pilotów. To jego nazwisko było najczęściej wymienianym nazwiskiem w towarzyskich rozmowach Anglików: „Słyszałeś o wyczynach tego Polaka, jak mu tam... Vlad Salysky, podobno strzela do Fryców jak do kaczek...” – mówili o nim na przełomie czterdziestego i czterdziestego pierwszego roku. A w Kraju wielu chłopców marzyło, żeby jak on, bohaterski pilot polskich dywizjonów walczących nad Anglią i Niemcami, móc jak i on, walczyć w mundurze przeciw hardemu i butnemu wrogowi niszczącemu z germańskim okrucieństwem wszystko co polskie. I tacy właśnie, jak major Skaliński, byli natchnieniem ciemiężonych i nadzieją, że „jeszcze Polska nie zginęła”... A teraz, w rok po tym, kiedy zdecydował się wrócić do Kraju, został podstępnie aresztowany pod absurdalnym zarzutem szpiegostwa na rzecz, jeszcze do niedawna wojennych sojuszników, Anglii i Stanów Zjednoczonych. W ciągu czterdziestu ośmiu godzin wyaresztowano w całej Polsce wszystkich jego kolegów, którzy zdecydowali się, mimo wszystko, wrócić do Kraju w nadziei, że przecież komu jak komu, ale im, niedawnym bohaterom, nie może nic grozić. A jednak...

W ciemnościach, po omacku próbował znaleźć miejsce, gdzie mógłby chociaż przykucnąć i przeczekać tę godzinę, do piątej, do oficjalnej pobudki, a potem po apelu, kiedy oficer dyżurny z oddziałowym otworzą drzwi i sprawdzą stan celi, mieć jeszcze tę chwilę na przynajmniej pobieżne zorientowanie się, z kim przyszło mu „kiblować”, i później na zwyczajowe już zapoznanie się z innymi współwięźniami.

– Pan major pozwoli, że się przedstawię – powiedział kapitan „Żar”, stając przed Skalińskim na baczność i salutując, mimo iż zamiast mundurów mieli na sobie postrzępione więzienne łachmany.

Nastąpiła prezentacja wszystkich więźniów.

– A to jest nasz „Romcio” – na końcu kapitan przedstawił najmłodszego i skinął nań, żeby ukłonił się panu majorowi.

– Szczygieł Roman... melduje sie na rozkaz! – wykrzyknął niespodziewanie ten chłopak w buciorach i w za długiej na niego, postrzępionej marynarze-kapocie.

– Spocznij! Cześć kolego – przywitał się z nim pan major Skaliński. – A ciebie synku, za co goszczą w tym „sanatorium”?

– Melduje, że za obrone naszego tatula! – odpowiedział z dumą Szczygieł.