Goniec

Register Login

SpaLENI SKRZYDŁEM ANTYCHRYSTA (9)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

AntczakWojciechX

        Siedzieli tu już ponad dwie godziny. Dochodziła ósma. Głodni, wymęczeni, nie bardzo wiedzieli, co dalej robić. Siedzieli bez słowa zanurzeni we własnych myślach i nagle w tej ciszy, kiedy zarówno oni, jak i Niemcy wyczekiwali na jakikolwiek ruch, doszło ich ciche, jakby nieśmiałe pukanie do zaryglowanych drzwi bramy. „Virtus” z „Szymonem” wymienili pytające spojrzenia. Po chwili przyszedł z dołu jeden z chłopców.

        – Panie poruczniku, melduję, że przy bramie jest łączniczka od pana majora „Burzy”. Czy mamy ją tutaj wpuścić?

        – Dobrze sprawdziliście? Naprawdę łączniczka? I na pewno sama?

        – Pójdę się upewnić.

        Wrócił po kilku minutach.

        – I co?

        – Jest sama.

        – A jak to sprawdziłeś?

        – Poszłem piwnicami, aż na sam koniec budynku i...

        – No, dobra, wpuśćcie ją – rozkazał i na wszelki wypadek odbezpieczył broń.

        Kiedy stanęła już przed nim, spojrzał na jej nogi w zniszczonych trzewikach i porwanych, modnych pończochach z szwem. Ubrana była w elegancką, zwiewną suknię w kwiaty, jakby przyszła tu wprost z wystawnego przyjęcia albo dopiero miała zamiar wybrać się na nie.

        – Porucznik „Virtus”? – zapytała z lekką ironią w głosie, jakby w odwecie na jego zbyt uważne spojrzenie na jej nogi.

        Skinął nieznacznie głową.

        – „Emilia”, łączniczka ze sztabu majora „Burzy”. Ma się pan porucznik stawić przed panem majorem, jak najprędzej, to znaczy jeszcze dziś, przed północą.

        – Ale jak? Wokół pełno Niemców, a poza tym, nie wiem, gdzie się teraz mieści sztab.

        – Tam, gdzie zawsze... Pan porucznik nie wie? – zapytała zdziwiona.

        – Wiem. I jeszcze jedno, „Emilio”, jak się pani udało przejść niezauważoną?

        – Niezauważoną? – zapytała z lekką nutką kokieterii.

        Przez chwilę stał bezradny, nie bardzo wiedząc, co dalej ma robić, jak się stąd wydostać bez narażania swoich ludzi na atak czającego się wokół „n–pla”. Nagle, zupełnie niespodziewanie wpadł na pomysł.

        – „Orkan” i „Chochoł” do mnie!

        – Na rozkaz, panie poruczniku!

        – Wejdziecie na strych. Stamtąd będziecie ostrzeliwać szkopów, a ja w tym czasie spróbuję wyprowadzić pluton w stronę Madalińskiego.

        – Tak jest, panie poruczniku! – wykrzyknął „Orkan” o poważnym, skupionym spojrzeniu niebieskich oczu osadzonych w bardzo jeszcze dziecięcej twarzy, jakby dodając sobie tym powagi, bo rzeczywiście było to jego pierwsze, bojowe zadanie.

        – Aha, jak już skończymy się ewakuować, to damy wam znać wystrzałem racy. I jeszcze jedno, strzelec „Orkan”, czynię was dowódcą, tam na górze.

        – Tak jest, panie poruczniku! – odkrzyknął, przybijając tak mocno obcasami, że o mały włos straciłby równowagę i runął na podłogę.

        – Punkt docelowy – Madalińskiego czterdzieści osiem, ten budynek po prawej stronie, tuż przed Kwiatową. Wychodzimy w odstępach półminutowych, dwójkami. Pierwsi idą „Socha” i „Waligóra, jak tylko tamci zaczną strzelać. Ja wychodzę ostatni z łączniczką – powiedział „Virtus” i w tym momencie ktoś zagwizdał zawadiacko.

        – Który to?

        Odpowiedziała mu cisza.

        – No, co? Zabrakło bohaterowi odwagi?

        – To ja... przepraszam, panie poruczniku, tak mi się jakoś wympsknęło.

        – Nie gwiżdż w domu...

        – Bo nagwiżdżesz w ucho komu – dopowiedział niski grubasek o pseudonimie „Olbrzym”, najmłodszy teraz po poległym „Magnusie”, i ledwie to powiedział, zaraz zakrył usta dłonią. Jemu też się tylko „wympsknęło”.

        – I uważajcie na ten plac przy Melsztyńskiej! – ostrzegał ich jeszcze „Virtus”, kiedy rozległy się pierwsze strzały, na które Niemcy jakby czekali, odpowiadając długą serią z karabinu maszynowego.

        Po wyjściu z budynku czuć było swąd spalenizny w wilgotnym i ciepłym powietrzu. Dopiero zanosiło się na deszcz, który jak na złość nie padał. Wtedy mieliby ułatwione przejście przy nieco gorszej widoczności. Szli po kilku, w niewielkich grupkach, niemal przyklejeni do ścian. Najgorsza sytuacja była wzdłuż prawie całej Kazimierzowskiej, gdzie Niemcy jakby urządzali sobie co i raz rajdy, właśnie pomiędzy Rakowiecką a Madalińskiego.

        Przedzierali się „na szagę” prowadzeni przez tych dwóch, lepiej przeszkolonych, a wyznaczonych wcześniej przez „Virtusa”. Obaj znali doskonale ten teren. Mimo to Bohuszewicz zdecydował się wstrzymać pochód i wydał rozkaz ukrycia się przed Szwabami aż do zapadnięcia zmroku.

        – A pani, to chyba wprost z imienin – Stanisław zwrócił się do „Emilii”.

        – A skąd pan wie?

        – Bo taka pani wystrojona, jak na jakąś uroczystość – odpowiedział, patrząc na nią z przesadnym podziwem.

        – Mówiąc prawdę, to nie zdążyłam się przebrać, bo mnie nagle wezwano do komendy sztabu. Najpierw to przyjęcie imieninowe miało być w niedzielę, trzydziestego, ale Julek, znaczy się mój narzeczony, musiał się stawić aż gdzieś pod Warką i wrócił dopiero w poniedziałek wieczorem, więc przełożyliśmy na dziś, akurat w dniu jego imienin. No i masz ci los!

        – Żałuje pani.

        – Trochę tak... Ale ogólnie to się cieszę, że wreszcie się zaczęło. Zresztą, co się odwlecze...

        – To nie uciecze – dokończył Stanisław.

        Nagle zjawił się zdyszany strzelec „Socha”.

        – Panie poruczniku, w jednym domu przy Madalińskiego Szwaby posadzili snajpera, a sami się wycofali.

        – Trudno, poszukajcie jakiejś innej drogi. I zaraz dajcie mi znać.

        Kiedy zrobiło się już całkiem ciemno, a „Socha” nie wracał, „Virtus” zdecydował się poprowadzić ich na własną rękę. W końcu, on też był na „swoich śmieciach”. Nagle usłyszał w ciemnościach głos „Waligóry”:

        – Panie poruczniku! Jest pan tam?!

        – Jestem! Nie drzyj się tak, człowieku!

        – Panie poruczniku, melduję zlikwidowanie snajpera, no i jeszcze ten Władek, znaczy się strzelec „Chochoł”, w czasie wycofywania się z Narbutta dostał w szyję.

        – A skąd to wiesz?

        – Taka jedna mi powiedziała, jego sąsiadka. Rozpoznała go. Straszna masakra! Głowę miał prawie oderwaną, tak mówiła...

        – A co z „Orkanem”? – przerwał mu „Virtus”.

        – Zaraz dołączy, melduję posłusznie!

        Kiedy zbliżali się już do Madalińskiego, od strony Falęckiej ktoś zaczął strzelać, chaotycznie, długimi seriami. Przywarli do ziemi.

        – „Waligóra” do mnie! – rozkazał półgłosem „Virtus”. – Weźmiesz jednego z chłopaków i zrobicie rozeznanie. Nie strzelajcie bez potrzeby, tylko w przypadku bezpośredniego zagrożenia... i dajcie mi jak najprędzej znać, co się tam dzieje!

        – Rozkaz!

        – Niemcy! To na pewno Niemcy! Chowajmy się! – mówiła „Emilia”, coraz bardziej podnosząc głos.

        – Niech się pani uspokoi! Zaraz zobaczymy...

        – Ale ja wiem, że to Niemcy! Poznaję po wystrzałach!

        W chwilę potem znowu odezwała się długa seria, tym bardziej zagadkowa, gdyż nie dochodziło do wymiany strzałów, a jedynie jakby ktoś strzelał bez celu.

        – Naprawdę, nie wiem, co to będzie! Ja już nie wiem... Niech mi pan powie, naprawdę się boję, ja nie kłamię! Nie wiem, co się ze mną teraz dzieje... Pan jest przecież oficerem! Niech pan coś robi! Proszę pana! – mówiła chaotycznie i coraz więcej, mówiła jak nakręcona.

        – Niech się pani uspokoi – zwrócił się do niej jak najłagodniej. – Zaraz się wszystko wyjaśni.

        – Ale ja miałam przekazać panu ten rozkaz od pana majora i po odmeldowaniu się zaraz wracać z powrotem!

        – Spokojnie...

        – Jak mam być spokojna, kiedy tam przy Szustra czeka na mnie Julek! A dzisiaj są jego imieniny! Jak teraz nie zdążę na czas, to już go więcej mogę nie zobaczyć! Ciągle się mijamy w drodze i teraz też! Mam złe przeczucia... Czy pan rozumie?!

        Nic jej nie odpowiedział, bo ponownie usłyszeli te same co przed chwilą strzały, ale seria była o wiele krótsza niż poprzednio. Zrobiło się cicho, a w chwilę potem dały się słyszeć głośne przekleństwa „Waligóry” i nie mniej głośny płacz jakiegoś dzieciaka. Trzymana przez „Virtusa” za rękę, „Emilia” szarpnęła się i pognała na oślep w ciemność.

        – Panie poruczniku, jest pan tam? – zapytał tym razem „Socha”.

        – Jestem – zdążył odpowiedzieć i w tym momencie rozbłysła raca, oświetlając cały teren między Melsztyńską i Madalińskiego. Zaczęła się strzelanina. Szkopy mieli ich jak na dłoni, rąbali świetlnymi pociskami, koncentrycznie. Rozbłysła jeszcze jedna rakieta i wtedy zobaczył kilku leżących na wznak na środku placu. Niemcy przestali na szczęście strzelać, a jemu udało się przedostać bliżej budynku, gdzie mieścił się sztab majora „Burzy”. W fosforycznym świetle kolejnej racy zobaczył skradającego się „Sochę”, a za nim „Waligórę” potrząsającego zdobycznym peemem.

        – Panie poruczniku, melduję, że uciszyłem tego gówniarza! Zabawę sobie urządził, siurek niemyty!

        Jak się okazało, jakiś dzieciak, rzeczywiście, urządził sobie zabawę po wyrwaniu broni jednemu z rannych. Strzelał na oślep, nie bardzo wiedząc do kogo, i gdyby nie szybka reakcja ich dwóch... Zaraz zjawił się kolejny chłopak z meldunkiem, że „ z tą elegantką od dowództwa jest coś nie tak...”

        – Co się stało? – zapytał zaniepokojony Stanisław.

        – Najpierw to biegła jak głupia i ni stąd, ni zowąd, wzięła się i wywaliła, tak z niczego... – kontynuował ten chłopiec – a teraz zaczęło nią tak jakoś dziwnie rzucać!

        I kiedy tylko znalazł się przy niej, w świetle zapalniczki zauważył krew sączącą się z odchylonej na bok głowy. Konwulsje powoli ustawały, a w kącikach ust zebrała się piana. Miała na wpół przymknięte oczy. Wziął ją na ręce i jak najprędzej, nie zważając już na ewentualny ostrzał, przemknął w stronę narożnego budynku przy Kwiatowej. Zostawiwszy ją w jednym z mieszkań pod opieką starszej kobiety, poszedł na trzecie piętro i zapukał do drzwi na wprost schodów. Nikt nie odpowiadał. Spróbował jeszcze raz i zaczął nasłuchiwać. Instynktownie wyczuwał czyjąś tam obecność. Zapukał delikatnie trzy razy i zawołał półgłosem: – To ja, podporucznik „Virtus”, do pana majora „Burzy”.

        Usłyszał kroki kogoś, kto musiał się skradać, stąpać ostrożnie, jak najciszej, ale zdradzała tego kogoś skrzypiąca podłoga.

        – Ja do pana majora, otrzymałem rozkaz...

        – Tu nie ma żadnego pana majora, tu jest prywatne mieszkanie. Proszę stąd odejść, natychmiast, bo pan sprowokuje Niemców – usłyszał kobiecy głos zza drzwi.

        Odwracając się ku schodom, po omacku próbował znaleźć poręcz i wtedy natrafił ręką na lufę peemu.

        – Spokojnie! Hasło!

        – „Jantar”.

        – W sprawie? – zapytał właściciel pistoletu.

        – Podporucznik „Virtus”. Zostałem wezwany przez łączniczkę do pana majora...

        – Jaką łączniczkę? – zapytał drugi głos.

        – „Emilię”.

        – A gdzie ona jest?

        – Na parterze u starszej pani. Dochodzi do siebie po ataku padaczki.

        – Poproszę o pańską broń – powiedział jeden z nich.

        – A jaką mam gwarancję, że ją otrzymam z powrotem.

        – Panie poruczniku...

        Został nieznacznie popchnięty w głąb korytarza, skąd zobaczył nikłe światło w jednym z pokoi, gdzie za stołem siedział major „Burza”.

        – Podporucznik „Virtus”, dowódca drugiego plutonu, melduje się na rozkaz!

        – Proszę, proszę bliżej, niech pan siada, panie poruczniku. A gdzie „Emilia”? Czyżby...

        – Żyje, panie majorze. Tylko w drodze powrotnej dostała, jak sądzę, ataku epilepsji. Ale jest już po wszystkim, teraz śpi na parterze pod opieką staruszki.

        – Biedna dziewczyna, nie wiedziałem, że jest epileptyczką – powiedział major. – Ma narzeczonego...

        – Wspominała mi...

        – Tak? Ale chyba nie powiedziała panu wszystkiego o nim, że to niezły ptaszek. Kombinuje na boku z kilkoma naraz, znany na całym Mokotowie zdobywca kobiecych serc. Typ patologiczny... A ta, zakochana w nim bez pamięci, „na zabój”, jak mówi Warszawa... Ale przejdźmy do meritum.