Goniec

Switch to desktop Register Login

Tam był nasz dom: Wspomnienia Kresowian (64)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Tacy chłopcy jak Witek byli pod stałą obserwacją władz. Od czasu do czasu z powiatu Mamlutka przyjeżdżało 3 – 3 panów z NKWD, wzywali na rozmowy i zadawali podchwytliwe pytania. To był normalny sposób zastraszania, ażeby ludziom za bardzo nie świtało wolnością. Gdy Witek poszedł do wojska, to miejscowi chłopcy, a szczególnie dziewczęta, pytali mnie, czy były od niego listy. Ale z wojska pisał on bardzo rzadko. A gdy znalazł się na Zachodzie, to już listów w ogóle nie otrzymywaliśmy. Pierwszy list od niego dostaliśmy tuż po wojnie, gdy przez Czerwony Krzyż dowiedział się o naszym adresie w Łobezie. Dlatego też z czasów wojny żadnych zdjęć ani wspomnień przekazanych w listach nie mamy.

      Po mobilizacji odbywał najpierw szkolenie na terenie ZSRR w Uzbekistanie, a potem z armią Andersa przeszedł cały szlak bojowy. Został wcielony do 3. Dywizji Strzelców Karpackich i z nią przebył szkolenie bojowe w Iranie, Palestynie, Iraku. Potem walczył w Egipcie i we Włoszech. Zdobywał Monte Cassino, Ankonę, Bolonię i inne miasta. Po zakończeniu wojny przez pewien czas pozostawał we Włoszech. Jak długo Witek przebywał we Włoszech, trudno mi powiedzieć. W każdym razie w 1946 roku jeszcze tam był.

      Z Włoch miał wiele miłych wspomnień. Był to czas powojennego odprężenia. Do Polski bał się powrócić, tak zresztą jak inni jego koledzy. Zbyt dobrze wiedzieli, co oznacza władza Stalina. Czuł się oszukany przez aliantów. Musiał szukać chleba na obczyźnie. Dlaczego wybrał Wielką Brytanię? Być może ze względu na to, że było to państwo bogate.

      Koledzy rozjechali się po całym świecie: do Stanów Zjednoczonych, Kanady, nawet Australii. W późniejszych latach urządzili kilkakrotnie zjazdy w różnych miastach Polski. W Anglii Witek ożenił się w 1953 roku z Angielką Joanną Haycox. Za namową kolegów pojechali oboje do St. Zjednoczonych z myślą osiedlenia się tam na stałe. Jednakże długo tam miejsca nie zagrzali, rok lub półtora. Nie znieśli zawrotnego tempa życia i pogoni za pieniędzmi. Wrócili do Anglii i zamieszkali w Staurport-on-Severn. Zatrudnili się w przemyśle włókienniczym, w fabryce dywanów. Joanna pracowała w biurze, natomiast Wiktor w dziale udoskonaleń i przeróbek maszyn. Tam pracowali aż do emerytury. Planowali zwiedzić trochę świata, leczy przedwczesna choroba Joanny na bardzo dokuczliwy rodzaj reumatyzmu ograniczyła te plany. Potomstwa nie mieli. Wiktor bardzo tęsknił za stronami rodzinnymi. Nie dane mu było jednak odwiedzenie Brasławszczyzny i rodzinnej Słobódki. Zdaje się, że w latach 1958-60 wystarałem się o wizę i po raz pierwszy odwiedziłem Wiktora w Anglii. Jeździł do niego też Józik, mój młodszy brat. Po roku 1960 Wiktor przyjechał do nas, do Łobezu. Później wielokrotnie nas odwiedzał, również z Joanną. Byli bardzo dobrym, kochającym się małżeństwem. W miarę lat stan zdrowia Wiktora zaczął się pogarszać. W związku z tym my staraliśmy się go odwiedzać. Gdy lekarze nie dawali już nadziei, w kilka osób pojechaliśmy do niego z ostatnią, pożegnalną wizytą. Na wieczny spoczynek odszedł 18 kwietnia 2008 r. Na jego życzenie urna z prochami spoczęła we wspólnym grobie rodzinnym na cmentarzu w Łobezie. Żona Wiktora, Joanna, zapisała w testamencie życzenia, by urna z jej prochami złożona została w Polsce, obok męża.

      O kampanii wojennej Wiktor niewiele i niechętnie wspominał. Wiem, że walczył w artylerii. Zapadła mi w pamięci jego relacja o tym, że gdy na Monte Cassino służba medyczna znosiła z pola bitwy rannych i poległych, na czele której szedł ksiądz z białą chorągwią, Niemcy z broni maszynowej wszystkich zabili. Wówczas wojsko w następnym ataku poszło jak burza i nikt nie zdołał ich już zatrzymać. Pomścili swoich kolegów, klasztor zdobyli, płacąc bardzo wysoką cenę.

***

      Wracam wspomnieniami na Syberię, do Kaługina. Jak już wspomniałem, aby przetrwać, musieliśmy wszyscy pracować. Ojciec powiadał: "Dzieci, my tu nie przyjechaliśmy w gości. Tu trzeba przygotować się na dłuższy pobyt". Od razu zapisał do szkoły nasze młodsze siostry: Jadzię i Tereskę oraz mnie. Teresa uczyła się bardzo dobrze. Gdy wyjeżdżaliśmy do Polski, uczęszczała do piątej klasy, a ja do siódmej. Jadzia siódmą klasę ukończyła wcześniej. Ojciec, mama i Renia pracowali w kołchozie. My, dzieci, po lekcjach wynajmowaliśmy się do kopania ogrodów, ich obsadzania i zbierania plonów. Zapłatą była część plonów: warzywa, owoce, ziemniaki itp. Do wybuchu wojny z Niemcami (1941 r.) można było wytrzymać, bowiem bardzo dużą pomocą były paczki od rodziny mamy ze Słobódki oraz od stryjów Piotra i Antoniego. Paczki przysyłali nawet niektórzy znajomi. W paczkach były kasze, mąka, tytoń. Największy dochód był z machorki.

      Gdy Niemcy wtargnęli w głąb Rosji, było bardzo krucho z pożywieniem. Wszystkie produkty zabierano na front i do miast. Głód zaczął zaglądać ludziom w oczy.

      Ojciec, jak już wspominałem, był bardzo pracowity i pomysłowy, tak że zawsze jakoś mieliśmy zapewnione minimalne potrzeby bytowe.

      W pierwszym roku naszego pobytu udał się piechotą do miasta Pietropawłowsk, odległego o około 30 kilometrów, i kupił tam krowę. Gdy ją przyprowadził pod "izbuszkę", mama od razu wygłosiła taki komentarz: "Józef, coś ty kupił?". Krowa rzeczywiście była bardzo chuda i wyglądała mizernie. Ojciec podkręcił wąsa i odpowiedział, że będzie dobrze. Kto jak kto, ale on znał się na hodowli bydła. Rzeczywiście po paru miesiącach krowa wyglądała wspaniale. Gdy się ocieliła, z każdego udoju dawała prawie pełne wiadro mleka. Było to dla nas wielkim dobrodziejstwem. Mleko, śmietanę i masło mieliśmy swoje. W Kaługinie były zesłane razem z nami żony polskich oficerów wraz z dziećmi. Ojciec zawsze starał się im pomagać. Kazał nam zanosić mleko dla dzieci.

      Pierwsze 2 – 2,5 roku spędziliśmy w ziemiance udostępnionej nam przez siwego staruszka Froła. Była to wspaniała ludzka osobowość. Niech go Pan Bóg ma za to w swej opiece. Ziemianka była marna, ale zabraliśmy się do roboty i ku zdziwieniu tubylców wyremontowaliśmy ją w stopniu nadającym się do zamieszkania. Nasza krowa cały czas stała w zagrodzie dzieduszki Froła. Froł był z nas zadowolony, bo mu we wszystkim pomagaliśmy. Z tej ziemianki Wiktor odszedł do wojska, a ojciec dwukrotnie był aresztowany. Po raz pierwszy, gdy odmówił przyjęcia paszportu rosyjskiego, a tym samym obywatelstwa Związku Radzieckiego. Nie trzymali go zbyt długo, ale jednak było to dla niego i dla nas bardzo ciężkie przeżycie.

      Drugi raz ojca aresztowano, gdy już w czasie wojny z Niemcami odmówił służby w batalionach robotniczych. Osadzono go najpierw w Mamlutce, a później przewieziono do dużego więzienia w twierdzy w Pietropawłowsku. Tam do rozprawy sądowej siedział około jednego roku. Zarzut był poważny. Za taki czyn obywatelowi Związku Radzieckiego groził sąd wojenny i rozstrzelanie, a co najmniej dożywocie. Ojciec potrafił dobrze czytać i pisać po rosyjsku. Na rozprawie bronił się sam. Wykazał bezpodstawność i matactwo aktu oskarżenia. Jego obrona była tak wzruszająca, że sąd złożony z trzech kobiet ukradkiem wycierał łzy.

      Przy odczytywaniu wyroku ojciec nie bardzo wiedział, o co chodzi, był bardzo zdenerwowany i wzruszony. Wówczas sędzina doniosłym głosem powiedziała: "Został pan uniewinniony. Proszę jak najszybciej jechać do domu, pilnować swoich dzieci". Pamiętam, że był to okres wczesnej jesieni. Bawiłem się przed domem, gdy podszedł do mnie mężczyzna całkowicie zarośnięty. Wyglądał tak, jak gdyby nigdy w życiu nie golił się. Stał chwilę i uśmiechał się. Dopiero gdy przemówił, poznałem ojca. Zachwytu i radości nie było końca.

      Gdy ojciec siedział w więzieniu, po wiosce szemrano, że może dostać dożywocie lub karę śmierci. Byłem jeszcze za młody, żeby ocenić sytuację, ale starsi musieli to głęboko przeżywać.

      Mężczyźni i podrostki, a nawet kobiety, byli powoływani do wojska. Liczyła się więc w kołchozie każda para rąk, również takich dzieciaków jak ja. W wieku 8 – 9 lat, jak już pisałem, pracowałem z Witkiem przy wyrębie lasu. Gdy miałem 9 – 10 lat, pracowałem już w kołchozie. W czasie letnich ferii szkolnych woziłem zboże do miasta rejonowego Mamlutka, odległego o 20 km, w konwoju złożonym z 8 – 10 wielkich wozów zaprzężonych w woły. Każda para wołów musiała mieć swego poganiacza i na poganiaczy wyznaczano chłopców takich jak ja. Wyjazd następował zawsze wieczorem, by na miejscu być rano. Każdy z nas musiał specjalnym czerpakiem rozładować ziarno. Ojciec zawsze mnie upominał: "Uważaj, nie zaśnij!". Konwój jechał leśną wąską, błotnistą i bardzo wyboistą drogą. Było niebezpiecznie, bo w ciemności wilki świeciły oczami. Tym sposobem wszystkie plony kołchozowe przesyłane były na front. To był bardzo trudny okres ze względu na brak pożywienia. Chleb był tylko w marzeniach. Ziarna, jakie zdobywało się, chodząc po polach i zbierając kłosy lub przynosząc ukradkiem w kieszeniach, mielono na ręcznych żarnach, a mąka służyła do zakraszania zup lub innych kombinowanych potraw.

      Nasze warunki bytowe uległy znacznej poprawie, gdy ojciec załatwił dla siebie i Reni pracę w mleczarni, odległej od Kaługina. Gdy zrobił rozeznanie, załatwił tam pracę także kilku Polakom. Można tam było pożywić się wyrobami z mleka, no i zawsze coś przynieść do domu. Aby zdążyć na czas do pracy, musieli wstawać o czwartej rano; gdy były zawieje śnieżne, dojście do pracy i z powrotem stawało się gehenną.

      Miałem taką przygodę: obok wsi Kaługino było spore jezioro, a w nim dwa gatunki ryb. Plotłem specjalne kosze "morduszki", do których wkładałem przynętę i ryby same właziły. Wystarczyło kosz wyciągnąć. Dzięki temu mieliśmy latem często ryby, a i na zimę je suszyliśmy. Jak na chłopca w tym wieku samotne pływanie łódką po jeziorze było nieco ryzykowne. Przekonałem się o tym, gdy pewnego razu wypłynąłem, by sprawdzić, co też złapało się do moich koszy. Gdy uniosłem kosz nieco ponad wodę, zobaczyłem, że jest w nim dużo ryb. Musiałem mocno szarpnąć, by kosz wciągnąć do łodzi. Nieduża i wąska łódź zakołysała się na wodzie. Gdy ja z tym koszem przechyliłem się do tyłu, wpadłem do wody, ale jakoś wgramoliłem się z powrotem do łodzi.

      W naszej ziemiance zbierały się dzieci polskie z całej wioski. Przychodziła pani Kemska z synkiem Tadziem i uczyła nas czytać i pisać po polsku. Zadawała dużo wierszy do nauczenia się na pamięć. Niektóre z nich do dzisiaj pamiętam. Być może pani Kemska i jej syn są w rejestrze Sybiraków.

Ostatnio zmieniany sobota, 02 czerwiec 2012 17:15