Goniec

Register Login

Wspomnienia z mojego życia (32)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

BycsSmutne i nudne byłyby wieczory późnej jesieni i zimy w cichym miasteczku poleskim, gdyby nie te miłe dziewczyny, które niczego w zamian od nas nie żądają, ani się nie spodziewają poza spędzaniem miłych chwil z nami. Tu dziewczyna do chwili zaręczyn czuje się wolną, korzysta bez ograniczeń ze swobody, niczym się nie krępuje. Nawet chłopak „tutejszy” śpiewa „Nechaj moja diewczynońka szcze roczok hulaje. Hulaj, hulaj, diewczynońka pokuł moja budesz”.
        

Polowanie na dziki z psami gończymi

        Pewnego styczniowego dnia przy bezchmurnym niebie i niewielkim mrozie brałem udział w polowaniu na dziki w wielkim kompleksie lasów hr. Jarosława Potockiego w Chotyniczach, zaproszony przez znanego nam Henryka Przyborowskiego, inspektora tych lasów. Oprócz mnie do grona myśliwych należał szwagier Przyborowskiego, pan Freitag, oraz komendant powiatowy policji Leon Strusiński. Miało to być moje pierwsze polowanie z poleskimi psami gończymi, o których tyle słyszałem i czytałem w „Łowcu Polskim” – zawsze z niedowierzaniem. Bo czy to możliwe, by ogary mogły same pędzić dzika w gęstym lesie, naprowadzając go pod broń myśliwemu, który gdzieś tam daleko stoi na dukcie, albo żywego przyprowadzić na podwórze leśniczemu. Dziś miałem się naocznie przekonać. Byłem bardzo ciekawy.

        Pierwszy miot wzięliśmy w dzikiej, zaśnieżonej kniei, gdzie było wiele świeżych, wejściowych tropów dziczych. Obstawiwszy najpewniejsze przesmyki na wąskim dukcie, Przyborowski wysłał swoich pomocników z psami na przeciwległą ścianę miotu. Mnie przypadło stanowisko na prawym skrzydle. Szybko zlustrowałem wzrokiem możliwości strzału we wszystkie kierunki, przesunąłem się o kilka kroków w bok. Załadowałem sztucer i oparłem go o krzak tak, by był wygodnie pod ręką. Sprawdziłem naboje w dubeltówce, odbezpieczyłem i zastygłem w bezruchu.

        Daleko zagrała trąbka – krótko, dyskretnie. Głos taki ruszyłby z pewnością wilki w miocie, może też wszystko zaczęło nadsłuchiwać w lesie, bo cisza zapadła jeszcze większa. I w ciszę tę uderzył nagle ostry, wyraźny głos: ah-ah, ahaah, ah-ah. W chwilę potem padł strzał. Nasi pomocnicy mieli w ten sposób zasygnalizować ruszenie czarnego zwierza.

        Jeden z psów szedł w stronę prawego, przeciwległego skrzydła miotu, doszedł do linii, zaczął się znowu oddalać. Gdzieś w środku ostępu rozległ się głos drugiego psa. Podpędzone strzałem dziki lepiej idą w założonym przez myśliwych kierunku: wprost na nich. Pomagają im w tym wytresowane psy.

        Inny pies prowadzi dzika, oszczekiwaniem znacząc jego drogę – w moim kierunku. Jeszcze kilka sekund i Goń jest przy linii, prowadząc dzika w kierunku mojego sąsiada Freitaga. Oparłem dubeltówkę o drzewo, a chwyciłem sztucer. Na linii ukazał się Szumko, który przed chwilą tędy gonił sarny. Widocznie porzucił je i biegnie z pomocą swemu towarzyszowi, Hektorowi, który w niedużej odległości ode mnie wyraźnie walczy z dzikiem, który zbliża się do linii, to znów oddala. Z głosów tych jak z nut można odczytać odległość, walkę psów ze zwierzem, kierunek pędzenia. Po chwili zaczęło się ostre na dwa głosy szczekanie. Hektor z Szumką prowadzą dzika znowu na Freitaga. Widzę, jak podnosi broń. Zmienia nieco stanowisko, strzał, a po nim krzyk: „Pilnuj!”. Jeszcze chwila i ukazał się dzik. Z obu jego stron szły psy, szczekając zajadle. To jeden, to drugi podsuwał się blisko do dzika, dzik odwracał się do psa, ten odskakiwał, prowadziły go tak, zmuszając by szedł cały czas zygzakiem, nie dopuszczając do przejścia przez linię. Dzik defiluje 30 kroków ode mnie, a ja nie mogę chwycić momentu, aby oddać pewny strzał. Dzik znika za krzakiem, potem za pniem grubego drzewa, z kolei zasłonił go Szymko, znów krzak i tak na zmianę. Dzik mija mnie, więc opuszczam sztucer i wybiegam naprzód z dwadzieścia kroków. Psy dalej idą z dzikiem wzdłuż linii przez taki gąszcz, że nie ma mowy o strzale. Podziwiam psy, które nie tylko walczą z dzikiem, ale wiedzą, że nie wolno go przepuścić przez linię, bo wtedy myśliwy jest już bezradny.

        Zabiegam jeszcze jakieś 15 kroków. Tu trochę rzadsze podszycie. Są. Znów podnoszę sztucer, dzik skręca do linii, lecz w dalszym ciągu drzewa i psy uniemożliwiają strzał. Wreszcie o 20 m ode mnie dzik przesadza linię. Szumko jest dość blisko, ale decyduję się na strzał, mając muszkę przed przednią łopatką. Dzik potyka się. Psy do niego. Dzik podnosi się, psy odskakują i mam go wreszcie odsłoniętego. Strzał i dzik pada. Żeby się nie powtarzać, nie będę opisywał następnych miotów, w których obaj z Freitagiem położyliśmy jeszcze po jednym dziku, Przyborowski dwa i Strusiński jednego. Królem został Przyborowski.

 

Mój pierwszy głuszec

        Od marca wolno polować na głuszce – koguty, cietrzewie, bażanty, bekasy, dropie, dubelty, kulony i inne ptactwo wodne – dzikie gęsi, kaczory.

        Kiedy z puszczy poleskiej ustępuje zima, kiedy już ciepło, kiedy miękkie czuć w niej pierwsze tchnienie wiosny i kiedy o świcie tajemniczą swą pieśń miłości śpiewać w niej zaczyna głuszec, urokowi temu nie dorównuje żaden obraz. W nocnych łowach, kiedy wszystko ciszą jest i zagadką, otoczenie samo, nastrój i świadomość, jak wielką rolę odegrać ma zręczność i zimna krew myśliwego, podziałać muszą na każdego. Taka noc wiosenna, zaczarowana, spędzona w puszczy dziewiczej, noc pełna uroku i tajemnicy, pełna zwodniczych szmerów i poszeptów lasu, który czuwa i strzeże się nawet wówczas, kiedy śpi, upoić musi każdego. Sam głuszec wreszcie, ten upragniony cel łowów, ta zwierzyna dziwna, prawie mistyczna, niespotykana nigdy w świetle słońca, zwierzyna czujna, tajemnicza, którą jak senną marę poranka płoszy jeden krok nieostrożny, niezręczny, jeden gest nieopaczny. Kto nie widział obrazów, jakie dają toki, kto nie doświadczył i sam nie przeżył tych wrażeń, komu nie bije serce na samo ich wspomnienie, ten nie zaznał najwyższych wrażeń, jakie myśliwemu może dać knieja. Julian Ejsmond, wielki myśliwy i zarazem poeta, piewca takich obrazów, w swym wierszu „Do moich synów” napisał:

        „Kiedy będziecie już duzi, moi najmilsi łobuzi, Tatuś weźmie Was wtedy w ciemny las o świcie... i po raz pierwszy ujrzycie, jak bór się budzi o świcie... Pierwszy w życiu raz usłyszycie las w słońca blasku zbudzony radośnie. Na leśnym dalekim mszarze głuszcowy tok Wam pokażę... kogut zagra nam, poprowadzę sam do drzewa. Serce uderzy Wam młotem... Staniemy nad leśnym błotem... Boski ranek ten będzie jak sen. Zasłuchacie się, jak głuszec śpiewa. A potem przez całe życie, ilekroć myślą wrócicie w ów radosny czas, opromieni Was wspomnienie... Szumieć Wam będzie rozgłośnie daleka puszcza o wiośnie, tajemniczy las oczaruje Was swym urokiem cudnym nieskończenie”.

        Za kilka dni mają się ziścić moje marzenia, o jakich śniłem od dawna: udział w tokowisku głuszca. Jestem zaproszony na święta wielkanocne do Antonówki, ściśle – do nadleśniczego pana Jerzego Stachowiaka, pana i władcy olbrzymich lasów państwowych w powiecie berneńskim. Pan Jerzy, członek naszego koła łowieckiego, to ojciec nie bardzo zdolnego, za to bardzo miłego, grzecznego i pilnego Piotrusia z kl. IV.

        Jak w Inowrocławiu, tak i tu prowadzę nadobowiązkowe lekcje dla słabych uczniów. Piotruś jest wśród nich. Wdzięczny mi za to ojciec już kilkakrotnie zapraszał mnie na polowania. Odmawiałem jedynie z uwagi na trudną komunikację. Do Antonówki to fraszka, ale stamtąd do nadleśnictwa kawał kiepskiej drogi końmi – 12 km. W taką podróż można się wybrać, gdy się ma przed sobą kilka dni wolnych od zajęć. Taką okazją stały się święta wielkanocne. Zabieram się z Piotrusiem.

        Na stacji w Antonówce czekały na nas konie – mały poleski wózek drabiniasty, wymoszczony grochowiną – bez żadnego siedzenia. Kiedy wyjeżdżaliśmy z miasteczka, było już szaro, powoli robiło się ciemno. Przed nami 3 godziny jazdy. Na miejscu będziemy o północy. Noc pogodna, księżycowa, mrozu nie ma. Cisza. Po godzinnej jeździe ukazuje się przed nami olbrzymie rozlewisko. Droga prowadzi prosto w jezioro. Mam zaufanie do Poleszuków i ich koni, wiem, że nie pobłądzą. Nieraz korzystałem z nich w swych nocnych powrotach z przyjęć u nauczycieli wiejskich.

        Po wyjechaniu z wody kilka kilometrów możliwej drogi, a następnie w bagnistym terenie droga wyłożona drewnianymi dylami, po których jazda nie należy do przyjemności – aż w czaszce trzeszczy. Dalej szeroki piaszczysty trakt, i tak na zmianę.

        Wreszcie odezwało się szczekanie psów, które nas zameldowały. W otwartych wrotach stał z latarką pan Stachowiak. Najtrudniejsze było zejście z wozu – nogi tak ścierpły. Pani Stachowiakowa z matką pana Stachowiaka powitały nas w dużym hallu i poprosiły do pokoju stołowego na kolację. Ogień trzaskał w dużym żelaznym piecu. Było ciepło, jak należało się spodziewać w domu nadleśniczego, w dodatku w puszczy.

        Kolacja była postna: śledzie w oleju i śmietanie na zakąskę pod krzepką wódeczkę, następnie ryby w galarecie, następnie szczuki smażone. Chyba do trzeciej w noc bawiła mnie opowiadaniem osiemdziesięciokilkuletnia staruszka, a miała o czym opowiadać. Pochodziła ze starej rodziny szlacheckiej Kaszowskich. Wychodząc za mąż za ojca pana Stachowiaka, miała 18 lat. Od tego czasu mieszka tu, tj. ponad 60 lat. Mąż też był nadleśniczym. Zdarzyło się kilka razy, że i car tu polował. Kiedyś jej mąż zrobił carowi niespodziankę. Psy przyprowadziły na podwórze odyńca. Car się dziwował i „pamiętał” o swoim Stachowiaku. Po ostatnim polowaniu na dziki z psami gończymi nie było to już dla mnie bajką.

        Ta staruszka wypalała dziennie 2 paczki papierosów i wypijała około 20 filiżanek herbaty ze stojącego w rogu pokoju olbrzymiego samowaru o pojemności chyba 7 – 8 litrów. Twierdzi, że nigdy nie chorowała, a nawet nie ma reumatyzmu, o czym świadczyły jej swobodne ruchy.

        Przy posiłkach, wódeczce i preferansie spędziliśmy całe dwa dni świąt. Gdy się staruszka dowiedziała, że w życiu nie widziałem głuszca, że zamierzam na niego zapolować, natychmiast przystąpiła do udzielania mi wskazówek, opisywania życia tego ptaka, toków, szczegółowo opisała śpiew głuszca z jego kolejnymi częściami. Śpiew ten składa się z czterech części: kłapania, trelowania, tonu głównego, czyli przejścia, oraz szlifowania. Śpiew głuszca to tajemniczy szmer lasu, to cicha jego mowa zrozumiała tylko dla myśliwego, który często ma okazję do brania w tokowisku udziału. I chociaż mało w nim melodii, to jednak ze względu na chwilę, w której daje się słyszeć – w czasie zmartwychwstania natury po śnie zimowym, z pierwszym powiewem ciepłego wiatru, z odgłosem pękających lodów, z szumem wezbranych rzek, z potężnym tchnieniem przebudzającego się życia – tyle piękna i uroku w sobie zawiera, że słusznie mu się należy nazwa „śpiew”.

W przedpołudnie pierwszego dnia po świętach pojechaliśmy z Piotrusiem tym samym wózkiem w daleką puszczę, gdzie miały być głuszce.

Zakwaterowaliśmy się w niskiej, samotnie wśród puszczy stojącej gajówce, pasieką tu zwanej, skąd niedaleka droga do tokowiska głuszców.

        Gajowy Praszko złożył nam pomyślny raport: w rewirze miał zasadzonych pięć głuszców. Po krótkiej naradzie i zjedzonej kolacji, którą przywieźliśmy, położyłem się na spoczynek – na grochowinie posłanej na podłodze. Byłem nieludzko zmęczony i niewyspany, a wstać trzeba przed północą.

        Ciemna i pochmurna noc była jeszcze, gdy nas Praszko zbudził. Spaliśmy w ubraniach. Wciągnąłem swoje rybackie buty, którym Praszko nie mógł się nadziwić, i ruszyliśmy na podchód. Długo idziemy przez sosnowy las. Z trudem odróżniam sylwetkę gajowego w ciemnościach. Grunt staje się coraz wilgotniejszy. Wreszcie czuję pod nogami wodę. Byliśmy już na mszarze, gdzie poprzedniego dnia Praszko zasadził dwa koguty. Odwróciwszy się, Praszko dał mi znak, bym szedł cicho i ostrożnie. Zrozumiałem, że jesteśmy niedaleko celu moich marzeń. Jeszcze kilkadziesiąt kroków zapadania się w bagnie, uciążliwych przejść, skoków z kępy na kępę. Brniemy przez stojące w wodzie torfowisko, pokryte równiusieńką łąką turzycowiska trawiastego. Jakże złudna ta płaszczyzna zieleni. Tworzą ją miliony kęp trawiastej turzycy, trzęślicy, mietlicy. Każda pojedyncza kępa przypomina wetknięty w torfowisko wiecheć, twardy, ukorzeniony, ze zbitymi łodygami słupek, z którego wyrasta bukiet traw. Staniesz na owym słupku – sucho, słupek się przechyli – wpadasz na pół cholewy albo i powyżej. Marsz przypomina ćwiczenia z podnoszeniem kolan. Nasady kępy mają po 30-40 cm długości. Nigdy się nie wie, czy stawia się stopę na kępie, czy między kępy. Jedna luźno przylega do drugiej, tworząc szpary i dziury.

        Naraz Praszko stanął jak wyryty. Stał tak długą chwilę. Serce zaczęło silniej bić, trzęsły się ręce, trząsłem się cały z emocji, starając się uchwycić uchem choć jeden takt pieśni głuszca, który o jakieś sto kroków od nas śpiewał. Zaczynamy skakać „w pieśni”, lecz nogi odmawiają posłuszeństwa. Czynię to niezgrabnie, często potykam się, akompaniuje mi przy tym trzask łamanych gałęzi suchych i pluskanie wody, że Praszko aż ręce rozkłada z rozpaczy. Głuszec musi chyba to słyszeć. Na szczęście gra dalej, nie przeczuwając grożącego mu niebezpieczeństwa. Śpiewa, śląc pieśń za pieśnią hen na puszczę, na chwałę Stwórcy, wiosny i miłości.

        Skaczemy jeszcze jakiś czas, w końcu stajemy. Praszko nieznacznym ruchem ręki wskazał mi miejsce na wysokiej sośnie, gdzie kogut śpiewa. Daremnie wytężam wzrok, by go ujrzeć. Stałem bezradny, a każda chwila wydawała się wiekiem. Dopiero pierwszy świt dnia zdradził mi, gdzie głuszec. Ujrzałem go w całym jego pięknie. Przodem do nas zwrócony śpiewał, klaszcząc i sycząc na przemian. Dużo czasu zeszło, aż się trochę uspokoiłem i zebrałem siły. A kiedy usłyszałem szept gajowego „strzelać”, spokojnie złożyłem się i strzeliłem. Głuszec z trzaskiem łamanych gałęzi spadł na mszanę. Stałem nad nim jak zaklęty. Pierwszy głuszec, którego w życiu zobaczyłem, stał się moim trofeum.

        Wielkim plusem wiosny jest okoliczność, że zdobyte w tym okresie głuszce znajdują się w całej pełni i krasie swego godowego upierzenia.

        Długo prześladowało mnie to morderstwo. Postanowiłem już nigdy nie strzelać ani do głuszca, ani do jelenia w czasie ich godów, największego uniesienia i napięcia miłosnego. Jak można śmiercią przerywać miłość? Wstydzę się swego barbarzyńskiego czynu. Nie będę nigdy chwalił się tym głuszcem. Może bym tego nie zrobił, gdybym był sam. Tu szedłem za wezwaniem Praszki. Jak inaczej będę teraz oceniał te wszystkie „piękne” opowiadania myśliwskie, które tak przyjemnie grają na wyobraźni każdego młodego człowieka, czyniąc z niego potencjonalnego mordercę. Głuszec, ceniąc pieśń i miłość nad życie, nie baczy, że jego wróg – człowiek – krąży dookoła, że go śledzi i nań czyha. Głuszec, jak królewski syn ostępów, jak trubadur ginie na oczach swej wybranki, nie dośpiewawszy ostatniej arii.

        Następnego dnia po północy wyruszyliśmy z Praszką na toki następnego głuszca. Piotruś poszedł do domu, żeby jutro rano przyjechać po mnie końmi. Obie lufy naładowałem nabojami z grubym śrutem – nie na głuszca, lecz na wilka, lisa, rysia, zająca. Praszko dokładnie wiedział, gdzie każdy głuszec opadł, znał też najdogodniejsze do niego dojście, o ile w ogóle takie podejścia się trafiają. Droga dzisiejsza podobna do wczorajszej, z tym że mszara ciągnęła się o wiele dłużej.

        Nie wyjaśniłem dotychczas różnicy między błotem poleskim a błotem w naszym zrozumieniu. Błota poleskie nie mają nic wspólnego z naszymi błotami. Polesie jest prawie całe piaszczyste. Kępy, zarośla, lasy zalane są wiosną wodami, ale noga wyciągnięta z błota szybko wysycha i na cholewie czy spodniach pozostają jedynie ziarnka żółtego piasku. Nierzadko widzi się na Polesiu duże połacie wydm lotnych piasków. Nie ma więc kłopotu wyciągnięcia nóg z błota, a mój pomysł kupna butów rybackich bardzo się udał. Dziwiło mnie, że nikogo nie spotkałem na Polesiu w takich butach.

        Wśród ciszy puszczy, daleko jeszcze, ale już dało się najwyraźniej słyszeć cichutkie „puk, puk, puk”. Nie było żadnej wątpliwości, że słychać korkowanie, najgłośniejszy dźwięk w melodii głuszca. Grał o jakieś sto kroków, jak określił Praszko. Grał jak najęty, prawie bez przerwy.

        Rozróżniałem już całą pieśń – według układu, jak mi wyłożyła babcia Stachowiakowa. Emocja szalona. Praszko jednak twierdzi, że „ni odin pieśniu zrobić nie chodse. Nie stoit, Panie, już dień, szkoda jeho płoszyć, ja eto głuszca znaju. Pojdiem na nieho zawtra”. Jaki ten język poleski podobny do polskiego. Ja jednak nie słucham Praszki, nie ustępuję i idę dalej. Spieszę się, by jeszcze zobaczyć głuszca grającego. Lada moment może odlecieć. Przerwał pieśń. Stanąłem. A tu nad sobą słyszę wyraźnie szum skrzydeł. Oglądam się i widzę jakiegoś innego koguta spadającego na mech. Pierwszy głuszec zaczyna kłapać, z początku rzadko, potem coraz częściej, aż w końcu zaśpiewał całą pieśń, a ja, nie zważając na tego drugiego, posunąłem się kilka kroków naprzód. Ujrzałem go. Siedział na samym wierzchołku niewysokiej sosny. Już wyraźnie dniało. Śpiewał nadal zapamiętale. Odświętnie odziany, z błyszczącym pancerzem na piersiach, strojny i buńczuczny, spada na polanę z hałasem, roztoczywszy czarny wachlarz ogona jak tarczę, powłóczy skrzydłami, i szerokimi kręgi znaczy jakby miejsce do walki – koło. Wtedy dopiero zauważyłem, że na polance pod młodą świerczyną siedzi stadko kur. Teraz zrozumiałem, dlaczego tak wytrwale śpiewał. Po małej chwili cała gromadka powędrowała za nim w gąszcz. Praszko był niepocieszony, że nie strzeliłem. Nie zamierzałem mu tłumaczyć, bo i tak by nie zrozumiał.

 

Polowanie na kaczory z krykuchą

        W Poznańskiem ani gdzie indziej nie stosują tego sposobu polowania na kaczory. Skoro już jestem na Polesiu, pragnę doświadczyć wszystkiego, co daje ta kraina w zakresie sportu łowieckiego, chcę doznać wszystkich wrażeń i przeżyć, gdyż tylko po to tu przyjechałem.

        W pierwszych dniach kwietnia, gdy ziemia jeszcze szara i martwa, a tylko powietrze rozgrzane ożywczymi promieniami słońca pachnie wiosną, rozpoczyna się przelot dzikiego ptactwa z południa na północ i ze wschodu na zachód. Wtedy to właśnie Polesie i Pińszczyzna stają się dla myśliwego ziemią obiecaną, gdyż łąki i moczary po obu stronach rzek i strumieni wpadających do Prypeci, przemieniają się w jedno olbrzymie jezioro, goszczące dosłownie miliony różnego ptactwa: kaczek, gęsi, czapli, łabędzi, żurawi, bąków i innego drobnego ptactwa – ze śpiewakami włącznie. Polesie i Pińszczyzna, jak już zaznaczyłem, stanowią bowiem węzeł przecinających się dróg powietrznych, a zarazem postój wypoczynkowy dla ptaków, które szukają chłodu podczas lata w okolicach podbiegunowych.

        Polowania na rozlewach wiosennych zawierają w sobie pewien czar niespodziewanych spotkań z rzadkimi osobnikami tych gatunków, które tylko w tych okresach u nas spotkać można. W szarugach jesieni lub w światłościach wiosny każdej chwili można się spodziewać zjawy najprawdziwszego rzadkiego ptaka – różowego flaminga, pelikana, różnego gatunku kaczego rodu, które u nas nie gnieżdżą się.

        Po oględzinach zalanych wodą wezbranych rzek okolic błotnistych większe gromady kaczek tu lęgowych rozbijają się na pojedyncze stadka, od stada zaś odlatują jedna po drugiej pary małżeńskie i narzeczeńskie.

        W świecie kaczym upodobania bywają złudne i wymuszenia miłosne krótkie, słowa łatwo dawane, ale rzadko dotrzymywane. Wie o tym myśliwy i z wabikiem w ustach wyczekuje znanej piosenki niewiernego kaczora. Na „Pójdę sobie szukać innej” szybko odpowiada: „Chodź, chodź”. Naiwny kaczor przylatuje i miast z nowym szczęściem spotyka się ze strzałem ukrytego w łozie myśliwego. Jeśli wabiarz jest fachowcem i umie tak operować głosem, że zwabia tylko najbliższych amantów, to na jednym stanowisku może w ciągu godziny zestrzelić nawet kilkanaście kaczorów. Ja takich umiejętności nie posiadałem i nie starałem się ich posiąść.

        Na rogu ulicy prowadzącej do gimnazjum mieszkał inżynier drogowy kolejowy, pan Ochocki, który miał córkę w kl. VI. Często widywał mnie z fuzją. O zapoznanie się nietrudno. Był też myśliwym, ale do Koła nie należał. Do swej dyspozycji posiadał drezynę spalinową jako nieodzowny środek lokomocji służący do poruszania się po torze kolejowym dla kontroli torów, robotników zajętych konserwacją linii kolejowej. Innych możliwości nie było. Tor biegł po wysokim nasypie przez bagna bez żadnej drogi dojazdowej do toru. Od Sarn do Pińska nie było żadnego przystanku kolejowego, żadnej stacji. Były to tereny wprost niedostępne.

        Obojętne, czy z chęci towarzystwa, czy ze względu na swą jedynaczkę, dość, że zaczął mnie zapraszać na swoje wypady łowieckie. Był wspaniałym wabiarzem i miał własne krykuchy. Krykucha to wychowana w domu i odpowiednio wytresowana krzyżówka. W Dolsku na Wołyniu, niedaleko Równego, była nawet szkoła tresowania krykuch. Krykucha wabi amantów, krzycząc rozgłośnie, nie bacząc na zmęczenie. Dlatego powinno się zabierać dwie krykuchy. W Dolsku znaleźli na to sposób za pomocą odpowiedniego dawkowania pokarmu. Krykucha siedzi na wodzie i wabi. Jest przywiązana sznurkiem za nogę, a drugi koniec sznurka jest obciążony ciężarkiem, który rzucony na dno wody uniemożliwia krykusze ucieczkę. Na głos krzykaczki, bo i tak nazywa się taką kaczkę-wabiarkę, kaczory spadają jeden za drugim. Strzały nie odstraszają kaczorów. Baczni tylko na głos zalotnicy głuchną i ślepną w takim momencie. Po kilku wypadach zrezygnowałem jednak z tego sposobu pozyskiwania kaczek, nie odpowiadał mi. Różnił się od strzelania do celu na strzelnicy jedynie tym, że zamiast wyskakującej dziesiątki spadał kaczor. Ponadto z krykuchą tłukło się tych biednych kaczorów po kilkanaście do kilkudziesięciu sztuk w jedno popołudnie, po co? Żeby tylko zabijać? To rzeźnia.

 

Na tokach cietrzewi

        Początki toków cietrzewi przypadają na połowę lub koniec lutego. W tym czasie stadka cietrzewi zasiadają na drzewach, najchętniej na brzozach, a niekiedy na ziemi, a stary samiec, głowa stada, zwany na Polesiu tokowikiem, bełkocze, z początku bardzo cicho i nieśmiało, lecz im bliżej wiosny tym pewniej i głośniej tokuje, zaś reszta stada z uwagą mu się przygląda i przysłuchuje. Stan taki trwa w zależności od wiosny – aż do połowy marca, a nawet niekiedy do kwietnia. Gdy na polach śnieg zupełnie stopnieje, a w lesie tylko w niektórych miejscach się jeszcze zachowa, rozpoczyna się tokowisko właściwe. Najgorętsze toki bywają – znowu zależnie od wiosny – w drugiej połowie kwietnia lub na początku maja, gdy ciecierki już siedzą na jajach i na toki nie przylatują. Toki kończą się, gdy na życie pojawiają się kłosy. „Na źytie kałasok, ciecierluk mauczok” mawiają Białorusini.

        Liczba cietrzewi na tokowisku bywa bardzo różna i dochodzi nieraz do kilkuset sztuk. Rozmaite są miejsca obierane na tokowiska, poczynając od niedostępnych błot i kończąc na suchych polanach leśnych, a nawet na odkrytych polach. Najchętniej jednak tokują na pogorzeliskach leśnych oraz w miejscach suchych porośniętych wrzosem i krzakami. Przylatują na tokowisko, gdy jest jeszcze ciemno, mniej więcej około godz. 2. Przy złej pogodzie – dopiero, gdy jest zupełnie widno. Poluje się albo z budki, albo na wabia. Jak wspomniałem, do miejsca, gdzie tokowały cietrzewie, miałem bardzo blisko.

        Jak sobie czytelnik przypomina, na pierwszym zapoznawczym spotkaniu w Klubie Oficerów Rezerwy państwo Tuszowscy zapraszali mnie do siebie, do Załuża, które, jak twierdzili, a ja nie bardzo w to wierzyłem, jest matecznikiem cietrzewi, jakiego się na Polesiu nie spotka. Przy końcu kwietnia po raz pierwszy, mimo że byłem zapraszany kilkakrotnie, wybrałem się do Załuża.