Goniec

Switch to desktop Register Login

Wspomnienia z mojego życia (35)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

BycsSkutek był taki, że Honorka zbladła, a ja, w obawie, że może stracić przytomność, pobiegłam po szklankę wody, zamiast wziąć dziewczynę w objęcia i dobrze wycałować. Byłem mimo wszystko ciągle jeszcze niedoświadczony, nie umiałem obchodzić się z dziewczynami niewinnymi. Na rezultat tego pocałunku musimy kilka lat poczekać.

        Zawiedli się na mnie ojcowie miasta i powiatu, a zwłaszcza mój przyjaciel, gdyż nie przyłożyłem ręki do rozwoju „Wici”. Pozostałem wiernym działaczem Stronnictwa Narodowo-Demokratycznego.

        Życie w tym mieście było nudne, nie było żadnych atrakcji, nawet nie nawiązałem kontaktu z miejscowym kołem łowieckim. Zając czy kuropatwa mnie nie nęciły, a innej zwierzyny tu nie było. Polesie zepsuło mnie, stałem się bardzo wybredny.

        Jedyną atrakcją w ciągu całego roku był dzień imienin Marszałka Józefa Piłsudskiego i zarazem naszego burmistrza Józefa Budzanowskiego – 19 marca. Już 16 marca „Gazeta Rypińska” podała program obchodów. Dla mnie jednak ciekawsze było w tym numerze ogłoszenie: „Niebywała Okazja! D. Blaustein w Rypinie, Ul. Rynek 25, zawiadamia, że Nadszedł Nowy Transport Czysto Jedwabnych Pończoch po cenie 4 zł. Przyjmuje także zamówienia na obuwie podług najnowszych żurnali, które już są na składzie”.

        Oczywiście 19 marca był w całej Polsce obchodzony z wielką pompą: parady, defilady, nabożeństwa, akademie. We wczesnych godzinach rannych pod oknami burmistrza orkiestra Ochotniczej Straży Pożarnej pod batutą pana Kanta rżnęła przez kilkadziesiąt minut wiwaty na cześć czcigodnego Solenizanta. Najciekawsze były takie uroczystości, kiedy solenizantem był któryś z członków orkiestry. Wtedy sam solenizant grał z innymi sobie wiwaty i dopiero po skończeniu występował z szeregów, dziękował orkiestrantom i zapraszał do siebie na poczęstunek. Wtedy nie daj Boże, żeby w mieście wybuch pożar.

        Nie mogę nie wspomnieć o swoim gospodarzu, przemiłym panu Franciszku Zielińskim – niewysoki, szczupły, w marszu zawsze obie ręce złączone z tyłu, tak samo nogawki spodni wychylające się nie do przodu, a do tyłu, człowiek łagodnego usposobienia, zawsze w zanadrzu miał dobry kawał. Lubił dobrze zjeść. Podobno żona była wspaniałą kucharką, o czym w późniejszych latach miałem okazję przekonać się.

        W ostatnich dniach czerwca zorganizowałem wycieczkę młodzieży starszych klas nad morze (do Gdyni) i do Szwajcarii Kaszubskiej – dla odwiedzenia słynnego na Europę garncarza Netzla, wytwarzającego piękne wzory garncarskiego rzemiosła.

        Na tym zakończyła się moja praca w Rypinie i w ogóle w szkolnictwie – ku wielkiej radości mego Ojca, toteż szybko spieszyłem do domu, by o tym zakomunikować Rodzicom.

 

18

Szkoła Główna Handlowa

        Jadąc z Rypina do Rososzycy, wstąpiłem do Warszawy, aby na Uniwersytecie Warszawskim i w Szkole Głównej Handlowej zdobyć programy studiów dla zorientowania się w tematyce przedmiotów nauczania. W grę wchodziło prawo i ekonomia. Na Uniwersytecie Warszawskim prawo i ekonomia były na jednym wydziale, zaś w Szkole Głównej Handlowej ekonomia powiązana była z naukami handlu, przemysłu, gospodarki narodowej, skarbowości i bankowości.

        Z tymi wiadomościami jechałem do domu, gdzie nasza trójka – Ojciec, brat i ja – miała obmyślić najlepszy wybór szkoły. Właściwie już w drodze zapadła wstępna decyzja, że studiował będę w Szkole Głównej Handlowej, a to po zapoznaniu się z uzasadnieniem, którym władze SGH tłumaczyły odrębność swych programów i metod nauczania w dziedzinie nauk ekonomicznych. Wykształcenie na wydziałach prawa uniwersytetów jest niewystarczające. Poświęca ono zbyt mało miejsca dyscyplinom ekonomicznym w całokształcie swych zajęć, nie mogąc w ten sposób uwzględnić niekiedy najważniejszych zróżnicowanych potrzeb życia gospodarczego dzisiejszego, oraz daje swym studentom inną podstawę metodyczną. Umysł prawnika, nastawiony na obserwacje formalnych stron instytucji i urządzeń społecznych, na badanie normatywnego ich związku, nie sięga w samą treść ewolucji gospodarczych. Przebieg zjawisk gospodarczych, dokonujących się poza normatywnym działaniem prawa, nie jest przez nie dostatecznie uwzględniony.

        Te argumenty mnie – człowiekowi przede wszystkim praktycznemu – bardzo odpowiadają. Jestem przekonany, że i Ojciec, i brat będą tego samego zdania. Nie zamierzam jednak wykładać swoich kart przed usłyszeniem ich opinii.

        Brat był tak wielkim entuzjastą studiów handlowo-ekonomicznych, że a priori wykluczał studia prawnicze, natomiast Ojciec radził dobrze się zastanowić, bo np. zawód adwokata wcale nie jest do odrzucenia. Mnie on jednak absolutnie nie odpowiadał – nie umiem argumentować wbrew swemu przekonaniu, nie umiem nazywać czarne białym. W końcu i Ojciec przychylił się do naszego stanowiska i kwestia została jednomyślnie „rozstrzygnięta”. Głos Ojca, jako finansującego te studia, był w zasadzie decydujący. Ja ze swoich stosunkowo wysokich pensji niewiele odłożyłem. Przez wszystkie ubiegłe lata nie miałem potrzeby oszczędzania, jeśli czasem brakło pieniędzy, kasa Ojca zawsze stała otworem dla „ulubieńca”. Nie odkładając sprawy do końca wakacji, po dwu dniach odpoczynku (Ojciec zwykł był zawsze pytać: „Po czym wy ludzie z miasta musicie odpoczywać?”) wybrałem się do Warszawy i złożyłem swoje dokumenty w kancelarii SGH.

        Kilka słów o samej uczelni. Jej historia jest dość długa, sięga bowiem aż po rok 1875, rok założenia Szkoły Handlowej Leopolda Kronenberga, która przetrwała do roku 1900, kiedy to została rozwiązana przez władze carskie. Wychowankowie tej szkoły założyli w roku 1906 Towarzystwo Wyższych Kursów Handlowych, które w roku 1915 Wydział Oświecenia Komitetu Obywatelskiego przemianowuje na Wyższą Szkołę Handlową, traktując ją na równi z innymi wyższymi zakładami naukowymi. W roku 1919 Ministerstwo Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego zatwierdza statut Szkoły, nadając jej pełnię praw akademickich. Ustawą z 13 lutego 1924 r. przyznano Szkole prawa szkół akademickich państwowych. Ustawę podpisali: prezydent Rzeczypospolitej Stanisław Wojciechowski, prezes Rady Ministrów Władysław Grabski i minister Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego Bolesław Miklaszewski – wszyscy trzej profesorowie Wyższej Szkoły Handlowej.

        Do roku 1927 studia trwały trzy lata. W ciągu pierwszych dwu lat student poznawał 17 przedmiotów obowiązkowych i zwykle dwa wybrane przez siebie przedmioty nieobowiązkowe, po czym zdawał egzamin półdyplomowy. Na trzecim roku student studiował wybrane przez siebie przedmioty specjalistyczne, pisał pracę dyplomową, zdawał egzamin dyplomowy i miał ukończone studia, tzw. zawodowe.

        Po roku 1927 wprowadzono czwarty rok studiów, zakończony pracą magisterską i dyplomowym egzaminem magisterskim, i przemianowano Wyższą Szkołę Handlową na Szkołę Główną Handlową. Na roku magisterskim dyplomant zupełnie dowolnie, według własnego uznania, wybierał przedmiot czy przedmioty, które zamierzał pogłębić.

        Jak z tego wynika, SGH była jedyną uczelnią, która wyprzedziła wszystkie inne szkoły wyższe o kilkanaście lat, jeśli idzie o metodę nauczania.

        Ważną cechą studiów było połączenie przedmiotów teoretycznych, z przedmiotami praktycznymi, tzw. umiejętnościami, jak księgowość, arytmetyka handlowa, arytmetyka ubezpieczeniowa, arytmetyka polityczna, korespondencja handlowa.

        Co semestr trzeba było zdawać kolokwium z każdego wykładanego przedmiotu. W tym miejscu uczelnia zbliżała się do szkoły średniej, co jednak na dobre wychodziło studentom, którzy bez tego bata nigdy by nie ukończyli studiów.

        Podstawowymi przedmiotami obowiązkowymi były: teoria koniunktur, historia doktryn ekonomicznych, ekonomia polityczna, teoria statystyki, metoda nauk ekonomicznych, statystyka matematyczna, matematyka ubezpieczeniowa, organizacja i technika handlu, encyklopedia prawa, prawo cywilne, prawo handlowe, prawo wekslowe, prawo skarbowe, prawo państwowe, arytmetyka handlowa, arytmetyka polityczna, księgowość, analiza bilansów oraz jeden z języków obcych: angielski, francuski, niemiecki, hiszpański. Tyle na pierwszych dwóch latach.

        Na dalszych latach można było sobie wybrać pewne kierunki: handel, bankowość, skarbowość, spółdzielczość, gospodarka komunalna, ubezpieczenia, szkolnictwo handlowe, monopole i przedsiębiorstwa, oraz dyplomacja z konsularnym kierunkiem, którą wybrałem na III roku studiów. W ostatnim przypadku obowiązywały następujące przedmioty: historia dyplomacji, prawo międzynarodowe, prawo państwowe, -morskie, -kolejowe, taryfy kolejowe, prawo i taryfy celne, organizacja i technika służby konsularnej, korespondencja dyplomatyczna i drugi język obcy. Z tej specjalności pisałem pracę dyplomową i zdawałem egzamin dyplomowy. Nie chwaląc się, jedno i drugie z wyróżnieniem i nagrodą, a uchwała kolegium rektorskiego została odczytana na uroczystej inauguracji roku akademickiego 1934/1935.

        Z powodu zmiany adresu zaproszenie rektora nie dotarło do mnie. Dopiero w kilka tygodni później dowiedziałem się o tym od jednego z kolegów, i zameldowałem się u rektora Miklaszewskiego. Rektor, składając mi gratulacje i wręczając czek na 500 zł, m.in. powiedział: „Jest pan pierwszym od roku 1924, który przed upływem trzech lat studiów ma przyjętą i zatwierdzoną pracę dyplomową, zdane wszystkie egzaminy i przygotowany do wręczenia dyplomu. Było mi przyjemnie usłyszeć tyle miłych słów i pochwał, ale nie zapominajmy, że byłem już po jednych studiach, po czteroletniej pracy w szkolnictwie, po wojaczkach, mogę szczerze powiedzieć, że chyba nawet jednego dnia nie straciłem na darmo w ciągu tych studiów. Zawsze byłem pilny i obowiązkowy, a w tych studiach szczególnie.

        Z tego samego powodu nie doręczono mi zawiadomienia Ministerstwa Spraw Zagranicznych o przyznaniu mi praktyki w Konsulacie Generalnym w Helsinkach w Finlandii. Ale ten wypadek zaliczam do szczęśliwych dla siebie, tak samo jak objęcie posady w Rypinie. Nie wiem, jak by się potoczyło moje dalsze życie. W tej chwili mam je już prawie za sobą i daj Boże, żeby moim dzieciom, wnukom i następnym pokoleniom układało się ich życie podobnie do mojego – szczęśliwie.

        Praktykę wakacyjną za poradą swego profesora Królikowskiego, wykładowcy prawa i taryf celnych, i jego protekcją odbyłem w najlepiej zorganizowanym przedsiębiorstwie przemysłowym w Polsce, w firmie angielsko-holenderskiej Schicht i Lever. Tu można było zobaczyć i prześledzić najnowocześniejszą organizację przedsiębiorstwa przemysłowo-handlowego. Wszystko działało w nim jak mechanizm w najlepszym zegarku szwajcarskim. Bardzo wiele skorzystałem dzięki temu, że dyrektor umożliwił mi zapoznanie się ze wszystkimi działami pracy i całym schematem organizacyjnym.

        Na czwartym roku wybrałem ekonomię. Ekonomia polityczna jako nauka o społecznych prawach rządzących produkcją i podziałem materialnych środków zaspokajania potrzeb ludzkich, jest niewątpliwie nauką najtrudniejszą. Zajmuje się ona nie tylko badaniem prawidłowości w kształtującej się gospodarce narodowej i międzynarodowej, ale badania te i wyniki tych badań mają posłużyć do zastosowania prawidłowej polityki ekonomicznej państwa, do ustalenia prognozy przebiegu koniunktury w gospodarce i zagadnienia stabilizacji gospodarki przez interwencję państwa. By móc wybrać najlepszą z punktu widzenia ekonomicznego, a więc i efektów, metodę działania, trzeba umieć przewidzieć, jaki wpływ wywrą na nią dziesiątki różnych czynników wewnętrznych i zewnętrznych. Jak trudne to są zagadnienia, obserwujemy stale. Mimo wysiłków najtęższych mózgów nie zawsze się to udaje, i raz po raz dochodzi do kryzysów gospodarczych – nawet w całym świecie.

        Dlatego też podstawowym zadaniem SGH było nauczenie nas prawidłowego myślenia ekonomicznego. W moim przekonaniu, szkoła czyniła to z dobrymi wynikami. Najlepszym tego dowodem był fakt, że absolwenci SGH zajmowali liczne, bardzo liczne kluczowe stanowiska w gospodarce, administracji, bankowości, spółdzielczości, skarbowości.

        SGH umiała też wytworzyć atmosferę pracy i koleżeńskości, i to przez cały ciąg swego istnienia – od Szkoły Kronenberga do dnia dzisiejszego. Wszystkim tym szkołom towarzyszy hasło: „O schola mirabilis! Eadem mutata surgo” (O szkoło, podziwu godna. Zmieniana – powstaje taka sama). Mimo zmiany parametrów nie zmieniała swego kształtu.

        My, studenci, stanowiliśmy środowisko koleżeńskie istotnie zżyte i wzajemnie się lubiące. Więź zadzierzgnięta w uczelni była dalej kultywowana w Stowarzyszeniu Wychowanków Wyższej Szkoły Handlowej w Warszawie. Prototyp tej organizacji pochodzi jeszcze od kronenberczyków. Mimo różnic zawodowych, stanowisk, poglądów politycznych, byliśmy i jesteśmy do siebie podobni – zawsze wzajemnie życzliwi i gotowi do pomocy.

        Obok mojego ostrowskiego gimnazjum SGH jest drugą Alma Mater, o której się mówi: „O Szkoło, Szkoło, gdy Cię wspominam, tęsknota w serce się wżera, oczy mam pełne łez...”.

        W SGH, która w moich czasach nie liczyła nawet tysiąca słuchaczy, zarejestrowanych było aż 91 stowarzyszeń studenckich, większość koła regionalne, wśród nich aż 23 stowarzyszenia naukowe. Np. do Koła Ekonomistów należało 600 osób, do Bratniej Pomocy – wszyscy. Świadczy to o czymś.

        Szkoła była droga. Czesne wraz z opłatami za egzaminy wynosiło ca 700 zł rocznie, mniej więcej trzy i pół razy więcej niż w innych uczelniach, ale i sytuacja materialna studentów była w naszej uczelni znacznie lepsza. Prawie 70 proc. było na utrzymaniu swojej rodziny.

        Podstawowym przedmiotem studiów była ekonomia polityczna, którą wykładał prof. Edward Lipiński, człowiek o nieprzeciętnej inteligencji, nieprzeciętnej wiedzy i wdzięku osobistym. Nigdy nie korzystał z żadnych notatek, książki – jego wykład zaczynał się na pierwszej godzinie wykładów na początku roku akademickiego, a kończył się na ostatnim wykładzie na końcu roku. Logika rozumowania była zdumiewająca. Ponieważ mówił powoli, wciągał nas jednocześnie do śledzenia, a nawet wyprzedzania swoich myśli, co dawało możność sprawdzania siebie. Byłem urzeczony tak jego metodą, jak i jego sposobem nauczania. Takimi wykładowcami byli w Warszawie jedynie dwaj jeszcze profesorowie Uniwersytetu Warszawskiego: Kotarbiński i Tatarkiewicz, na wykłady których starałem się w miarę wolnego czasu uczęszczać.

        Nasze zajęcia na IV roku magisterskim miały charakter seminariów, a nie wykładów. Na seminarium można było zauważyć, że profesor celowo zwykle czekał z podaniem rezultatu swego rozumowania, by usłyszeć z ust któregoś z nas właściwej odpowiedzi. W seminarium ekonomii politycznej brało udział 5 dyplomantów: Kurt Hendrikson, Władek Dołęga-Mostowicz, Tadeusz Kowalewski, Zdzisław Deutschman i ja. Seminarium odbywało się dwa razy w tygodniu w godzinach przedwieczornych. Byliśmy już wszyscy na posadach.

        Przy końcu lipca 1934 r. otrzymałem z sekretariatu uczelni krótkie pismo, w którym sekretarz SGH, pan Marian Kotarski, powiadamia mnie, że „Minister Rolnictwa i Reform Rolnych zwrócił się do Pana Rektora Miklaszewskiego z zapytaniem, czy nie mógłby wskazać absolwenta na objęcie stanowiska referenta polityki zbożowej. Pan Rektor Miklaszewski podał Panu Ministrowi Poniatowskiemu Pańskie nazwisko i upoważnia Pana do powołania, się na siebie. Gdyby Pan jednak nie reflektował na propozycję, proszę mnie natychmiast powiadomić”.

        Skorzystałem z oferty i zostałem przyjęty jako referendarz w Instytucie Ekonomiki Rolnej. I ekonomika i rolnictwo leżały bardzo blisko moich zainteresowań. Po upływie ulgowych 10 dni naczelnik Wydziału Polityki Zbożowej dla zapoznania się z poglądami na kierunek polityki agrarnej nowego ministra (Poniatowski został ministrem w rządzie Leona Kozłowskiego dopiero przed miesiącem -28 czerwca) – dał mi do wglądu przygotowane expose ministra, które minister zamierza wygłosić na najbliższym posiedzeniu rządu, a następnie na forum sejmowym. Oczywiście naczelnik był przede wszystkim ciekaw, jakie w tej kwestii ma zdanie nowy referent – nie zamierzał posyłać wyżej mojej opinii.

        Po kilkakrotnym przestudiowaniu poglądów ministra Poniatowskiego na kierunek polityki rolnej, jaką ma zamiar realizować, doszedłem do wniosku, że w żadnym przypadku nie zbiegają się one z moimi (i nie tylko moimi) poglądami w zakresie polityki zbożowej. Tak się złożyło, że w marcu i kwietniu 1933 roku miałem okazję szczegółowo poznać ten problem. Z protekcji prof. Lipińskiego zaangażowany zostałem przez redaktora-ekonomistę pana Konrada Wrzosa, który otrzymał od Ilustrowanego Kuriera Codziennego zlecenie poznania nastrojów i sytuacji w kraju, wywołanych ciężkim kryzysem światowym (patrz załącznik pt. Krach 1929).

        Ze swymi zastrzeżeniami i wątpliwościami zgłosiłem się pewnego dnia do swego naczelnika, Wiktora Chojnackiego, starego urzędnika c.k. Franciszka Józefa, pracującego przede wszystkim, jak jego koledzy „Galileusze”, w oparciu o przepisy prawne, a więc o Dziennik Ustaw, zgodnie z trafną obserwacją Tuwima:

        „A on nie Konrad, on nie Gustaw, Ni Króla Ducha dalszy ciąg. Jemu wystarczy ‘Dziennik Ustaw’, Najmistyczniejsza z polskich ksiąg”.

        Gros wyższych urzędników w centralnych urzędach pochodziła z byłego zaboru austriackiego, z Galicji, ponieważ tam Polacy mieli dość swobodny dostęp do stanowisk w urzędach państwowych, czego nie mieli absolutnie Polacy w Niemczech czy w byłym zaborze rosyjskim.

        Tych galicyjskich urzędników cechowała sumienność, pracowitość i fachowość, z tym że cały styl pracy zamykał się w legalizmie i formalizmie. Od ustalania przesłanek merytorycznych dla nowych przepisów czy projektów była władza wyższa. Dlatego też, kiedy próbowałem panu naczelnikowi przedstawić swój „koncept”, jak ci Galileusze nazywali projekt, nie wysłuchawszy moich argumentów do końca, polecił mi z tym zgłosić się do wiceministra Lechnickiego, któremu podlegał Wydział Polityki Rolnej, w myśl zasady, że od myślenia jest góra.

W tej sytuacji postanowiłem swoje poglądy skonfrontować ze swoimi przyjaciółmi: Mostowiczem, Deutschmanem, Kowalewskim. Zaprosiłem ich do siebie na kolację. Teraz, uzbrojony w mocne argumenty, zameldowałem się u wiceministra, który zgodnie z hierarchiczną zasadą wezwał na tę rozmowę również mojego szefa. Po wstępnym zreferowaniu sprawy Lechnicki polecił mi złożyć to na piśmie „od dziś za dwa tygodnie”. Miałem więc jeszcze dwa tygodnie na pogłębienie swoich studiów nad tym zagadnieniem. Będąc w Klubie Gospodarki Narodowej na referacie kolegi Czesława Bobrowskiego na temat polityki rolnej, doszedłem do przekonania, że jednak muszę skorygować niektóre swoje wnioski, i dopiero teraz mogę twardo stać na zajętej pozycji.

        Na dzień przed upływem dwutygodniowego terminu złożyłem w gabinecie wiceministra swój memoriał. Po kilku dniach zostałem wezwany na rozmowę. Lechnicki podzielił mój pogląd na kierunek polityki zbożowej, ale jednocześnie zapytał, jak sobie wyobrażam dalszą pracę w ministerstwie, bo „przecież nie może pan reprezentować innego kierunku niż pański minister”, a gdy mu odpowiedziałem, że Wydział Polityki Zbożowej podlega jemu, a on się zgadza ze mną, odpowiedział: „To też ja odchodzę – właśnie z powodu różnicy poglądów ze swoim ministrem”. Dodał, że nie muszę przecież odejść, mogę być wykonawcą polityki ministerstwa – wbrew swoim poglądom. Zależy to od ambicji. Zwrócił też uwagę na trudności w znalezieniu pracy po niedawnych dużych redukcjach w aparacie centralnym i w ogóle w administracji państwowej. Gdybym się jednak zdecydował odejść mimo to, radził mi zabezpieczyć sobie nowe miejsce, służył nawet swoją pomocą. Przechodził bowiem na ministra bez teki w Urzędzie Rady Ministrów.

        Podziękowałem i wyszedłem zadowolony, że moje racje znalazły uznanie. Co do nowej posady nie miałem obaw. Nie tak dawno prof. Lubowidzki z SGH, dyrektor Departamentu Podatków i Opłat, proponował mi posadę u siebie. Właśnie na skutek nowej ustawy o redukcji i nowych zasad obliczania emerytury, bardzo wielu starszych pracowników, nie chcąc podlegać nowym, mniej korzystnym przepisom, przechodziło na emeryturę.

        Lubowidzki radził mi zgłosić się do wiceministra Grodyńskiego, który jest w trakcie zestawiania nowego zespołu ze swoich słuchaczy w swoim resorcie, do którego należał też departament Podatków i Opłat. U prof. Grodyńskiego pisałem pracę ze skarbowości w ramach egzaminu półdyplomowego po dwu latach studiów.

        Lubowidzki nie chciał pośredniczyć w mojej sprawie w biurze personalnym, nie miał tam dojścia, mimo że był dyrektorem departamentu. Od niedawnego czasu ze względów politycznych wprowadzono w państwowych urzędach i przedsiębiorstwach biura personalne o wielkich kompetencjach. Było to państwo w państwie. Wylatywali z posad bądź byli przenoszeni na wcześniejszą emeryturę pracownicy o odmiennych poglądach politycznych od panującego kursu. Wprowadzenie tych biur zwiększyło zależność osobistą pracowników, zwłaszcza że wobec kryzysowego bezrobocia zwolnienie ze służby równało się katastrofie życiowej.

        W tych warunkach konflikt, nawet na płaszczyźnie rzeczowej różnicy poglądów, jak w moim przypadku, mógł, oczywiście nie musiał, mieć dla pracownika przykre następstwa. Tak zwane „przeniesienia dla dobra służby” były stosowane powszechnie, zwłaszcza w resortach, które miały agendy w całym kraju, jak np. Ministerstwo Skarbu, Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego, Sprawiedliwości, Spraw Wojskowych. Wystarczyło, że dyrektorowi nie podobała się twarz pracownika, a już pojechał na „Syberię”, kończąc swoją karierę w zapadłej dziurze. Takie przypadki były na porządku dziennym – najliczniejsze z powodu przekonań politycznych.

        Ciasnota na rynku pracy, centralizacja spraw osobowych w aparacie administracyjnym, wreszcie autokratyzm w rządzeniu, musiały spowodować w konsekwencji protekcjonizm w zawodzie urzędniczym. Po Warszawie kursowała taka anegdota: Do urzędu skarbowego przychodzi wezwany płatnik, który zwraca się do młodego urzędnika z zapytaniem, w jakiej sprawie został wezwany. Urzędnik odpowiada: Wykąp się pan.

        Płatnik idzie do naczelnika ze skargą. Naczelnik wzywa pracownika i pyta, jak on mógł tak odpowiedzieć płatnikowi. Na to pracownik: Wykąp się pan. Naczelnik mówi do interesanta: musimy pojechać do dyrektora izby skarbowej i tam sprawę wyjaśnić, bo to jakiś wariat. W izbie naczelnik referuje dyrektorowi, dyrektor wzywa pracownika, a ten na postawione zarzuty odpowiada dyrektorowi: Wykąp się pan. Trzeba go natychmiast zwolnić, decyduje dyrektor i każe przynieść akta osobowe tego pracownika. W aktach dyrektor znajduje na podaniu o przyjęcie do pracy notatkę służbową: „przyjąć na polecenie marszałka Rydza-Smigłego”. Dyrektor składa akta i powiada do obecnych: Nie wiem, jak panowie, ale ja idę zaraz do łaźni. Takie to w latach trzydziestych panowały stosunki.

        Na szczęście wiceminister Grodyński mógł decydować sam o doborze pracowników. Zaangażował już dwóch moich przyjaciół: Hendriksona i Cynkutisa. Polecił mi złożyć podanie, z tym że zostanę przyjęty dopiero od 15 listopada, jeśli chcę koniecznie pracować w departamencie dyrektora Lubowidzkiego, jeśli w innym – mogę wcześniej. Wybrałem jednak Departament Podatków i Opłat.

        Mając zapewnioną posadę, spokojnie nadal pracuję, nie walcząc już o swoje racje, których dotychczas Czytelnikowi nie zdradziłem. Jak zaznaczyłem, o światowym kryzysie szeroko mówię w załączniku „Krach 1929”, tu jednak muszę w skrócie przedstawić sytuację samego rolnictwa polskiego, wsi polskiej. Okresem wielkiej koniunktury w Polsce były lata 1927–1929 i właśnie te lata stały się ważnym czynnikiem pogłębiającym kryzys. Ten okres dla gospodarczego podniesienia kraju został praktycznie zmarnowany. Dominowała w nim tendencja życia ponad stan, nazwana słusznie, „radosną twórczością”, którą cechowały: brak przemyślenia, brak umiaru, brak poczucia rzeczywistości.