Goniec

Switch to desktop Register Login

Wspomnienia z mojego życia (36)

Oceń ten artykuł
(1 Głos)

BycsZamierzenia realizowano na wyrost, nie przestrzegano zasady hierarchii potrzeb – budowano pałace, kiedy waliły się chaty wiejskie, budowano instytuty, gmachy szkół wyższych, a wiejska szkoła mieściła się w kurnej chacie.

Wieś polska – poza Poznańskiem, Pomorzem i Śląskiem, była biedna, a w województwach: białostockim, rzeszowskim, kieleckim, częściowo lubelskim, łódzkim, warszawskim i na całym Podkarpaciu – nawet bardzo biedna. Jeżeli zajrzymy do wydawnictw Instytutu Puławskiego – Wydział Ekonomiki Rolnej Drobnych Gospodarstw Włościańskich, zobaczymy przerażająco niskie położenie gospodarstw. W budżetach rodzinnych wydatek na żywność dorosłej osoby wynosił rocznie przeciętnie 156 zł, czyli 43 grosze na dzień. Na mięso wydawano – wszystkie liczby w skali rocznej – w okręgach przemysłowych 11,2 zł, w środkowych okręgach 10 zł, a w pozostałych 8 zł. Na pieczywo odpowiednio: 12, 10 i 3,70 zł. Na masło: 1,30 – 1,10 zł. Podstawowymi artykułami żywnościowymi była mąka – 190 kg, ziemniaki – 230 kg, kapusta, buraki – do 150 kg. Na cukier wydawano od 3-5 zł, na naftę – 2,31 zł, a na sól – 2,21 zł. Przypomnijmy sobie, że biedota wiejska korzystała ze słonej wody, w której bogatsi ugotowali już sobie kartofle, by w tej samej ugotować dla siebie. Zapałki dzielono na dwie i cztery części. To już nie bieda, a nędza.

I w takim położeniu wsi polskiej polski minister rolnictwa w przygotowanym expose prezentuje pogląd niskich cen płodów rolnych, a wysokich cen wyrobów przemysłowych, twierdząc, że nieistotne są rozwarte nożyce cen, że wieś więcej jest zainteresowana w wielkich robotach publicznych, niż w tym, aby podkowy, kosy, gwoździe, sól, tytoń, zapałki, taryfy kolejowe były tanie. Jest to tylko pół prawdy – dotyczy tych najbiedniejszych, którzy mogliby przy robotach publicznych znaleźć pracę i poprawić swój nędzny byt. Ale zapomina pan minister, że kraj, który nie jest samowystarczalny przemysłowo, musi nabywać surowce i wyroby przemysłowe za granicą, a na to potrzebuje dewiz – musi eksportować. Co? Oczywiście produkcję rolną: roślinną, żywiec, mięso i jego przetwory. Stanowi ona 40 proc. globalnej kwoty eksportu.

Nie można też zgodzić się z polityką reglamentowanej gospodarki, tworzenia karteli, jaką prowadzi min. Poniatowski. Gospodarka taka w kraju nie samowystarczalnym przemysłowo, a wywożącym płody rolne, będzie gospodarką wysokich cen przemysłowych i niskich cen rolnych. Polityka reglamentacji jest polityką obniżania standardu życia, oznacza w krajach przemysłowych obniżkę zarobków robotników, zaś w kraju rolniczym – petryfikację nędzy wiejskiej i chroniczne bezrobocie wobec przeludnienia wsi. Co roku bowiem przybywa Polsce ponad pół miliona ludności, z tego 70 proc. na wsi, dla której nie ma zatrudnienia.

Na tym kończę wstawkę, ale radzę sięgnąć po załącznik o krachu z roku 1929, który obrazuje światowy kryzys, jakiego dotąd ani też potem świat nie przeżywał. Przez prawie 50 lat wszyscy uważali, że takie załamanie nie może się już więcej w świecie powtórzyć, a tymczasem od 1980 r. znowu światu grozi.

Zgodnie z podpisaną umową rozwiązanie stosunku służbowego następuje w okresie próbnym po uprzednim dwutygodniowym wypowiedzeniu, które powinno nastąpić na piśmie i być doręczone najpóźniej pierwszego lub szesnastego dnia miesiąca kalendarzowego. Pierwszego więc listopada muszę złożyć wymówienie.

Ministerstwo Skarbu mieściło się w pałacu Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu przy placu Bankowym, którego nazwa pochodzi od okrąglaka na rogu Elektoralnej – siedziby Banku Polskiego za czasów Królestwa Polskiego. Z tychże czasów pochodzi też pałac Komisji Rządowej Przychodów i Skarbu. W tej Komisji pracował kiedyś nasz poeta Juliusz Słowacki, by zarobić na chleb. Środek placu zajmował skwer, wzdłuż którego biegła ulica Rymarska, przy której stały wymienione gmachy, projektu słynnego architekta, autora m.in. budynku Opery Warszawskiej, Antonio Corazziego.

O Ministerstwie Skarbu mówiło się też „Rymarska” – Rymarska sprzeciwia się, na Rymarskiej zapadła decyzja. Forma ta została zapożyczona od pracowników Ministerstwa Spraw Zagranicznych, którzy o swoim resorcie mówili „Wierzbowa”, przy której się ministerstwo mieściło. Ci z kolei naśladowali swoich kolegów z Paryża, którzy swoje ministerstwo zwą „Quai d’Orsay” od jego siedziby.

Skarbowcy pod względem liczebności stanowili istną armię. Liczba etatów władz, urzędów skarbowych, celnych, straży celnej granicznej i Prokuratorii Generalnej – wszystko to należało do Ministerstwa Skarbu – przekraczała 17.000 chłopa, kiedy w nim rozpoczynałem pracę. Oprócz tego istniał liczny aparat finansowy banków państwowych, monopoli, mennicy – podległy również ministrowi skarbu.

Pierwsze moje kroki były w Wydziale Egzekucji, którym kierował naczelnik Galster, trzydziestokilkuletni elegancki, wykształcony, kulturalny i sympatyczny pan, organizator egzekucji w całym państwie, jednocześnie autor bardzo szczegółowych przepisów i instrukcji egzekucyjnych. Cały wydział liczył zaledwie 8 osób, z czego 4 prawników i 4 ekonomistów.

Wszyscy z dyplomami. Ekonomiści po ukończeniu SGH. Nikt z nas nie przekroczył 40 lat. Stosunki koleżeńskie były prawie przyjacielskie, ale sama praca nieciekawa, nie odpowiadała mi.

Po dwu miesiącach udało mi się przenieść do Departamentu Podatków i Opłat, którego prawie cały skład osobowy ekipy kierowniczej został odmłodzony, i to z korzyścią. Poczciwych, ale nieudolnych naczelników zastąpili ludzie młodzi z gruntownym przygotowaniem teoretycznym i poważnym stażem praktycznym. Dostałem się do Wydziału I, zwanego Administracyjnym, w którym koncentrowali się inspektorzy, którzy lustrowali izby skarbowe i urzędy skarbowe. Był to wydział kluczowy w zakresie administracji podatkowej. Rola pozostałych wydziałów departamentu sprowadzała się do załatwiania odwołań w sprawach wymiaru poszczególnych podatków. Praca w Wydziale Administracyjnym była pracą organizatorską, instruktorską, pozwalała gruntownie poznać całość zagadnień podatkowych.

Posłuch, a nawet postrach, leżały u podstaw dyscypliny służby podatkowej. Może dlatego ci w urzędach w jeszcze gorszy sposób odgrywali się na biednych podatnikach. Rola inspektora w tej sytuacji nie była wdzięczna, ale równocześnie mogła wpływać na znaczne łagodzenie niesprawiedliwości władz w stosunku do bezradnego podatnika.

Satyra polityczna zareagowała na to skeczem w teatrzyku „Cyrulik” na ul. Kredytowej. Konferansjer Jarossy zapowiada skecz jako pojedynek intelektualny i nerwowy dwu panów: obywatela podatnika i naczelnika urzędu podatkowego. Podnosi się kurtyna: po lewej stronie pokój naczelnika, po prawej korytarz biurowy, po którym chodzi elegancko ubrany, zdenerwowany obywatel – płatnik. Spogląda co chwila na zegarek, wreszcie puka i wchodzi ze słowami: zostałem wezwany w sprawie złożenia zeznań i wyjaśnień. Naczelnik spogląda na zegarek i na wezwanie. Pan został wezwany na godz. dziewiątą, a teraz jest za dwie minuty dziewiąta, pan nie jest człowiekiem dokładnym. Proszę przyjść o wyznaczonej porze. Podatnik wychodzi. „Jeden do zera dla naczelnika” szepce Jarossy.

Obywatel płatnik wchodzi znowu i pomiędzy nim a naczelnikiem toczy się rozmowa na temat źródeł dochodowych i warunków materialnych podatnika w tego rodzaju passusach: Pan ma telefon? Mam, przecież to zupełnie normalna rzecz, odpowiada płatnik. Pan się myli – replikuje naczelnik. W Warszawie nawet 5 proc. ludności nie posiada telefonu. Zgódźmy się, że jest to rzecz nadzwyczajna, luksusowa. W wyniku tego rodzaju pojedynku obywatel podatnik zostaje całkowicie zmaltretowany, jest bezsilny, a wtedy naczelnik wskakuje na biurko, przykuca na nim, reflektor rzuca na niego czerwone światło, co wszystko razem tworzy obraz szatana. W ręku trzyma plik papierów, którymi po kolei zaczyna rzucać w podatnika, sycząc zduszonym szeptem: Nakaz na podatek lokalowy, od luksusu mieszkaniowego, dochodowy, kumulacyjny, obrotowy, 10 proc. powszechnego dodatku do podatków, odsetki za zwłokę, grzywna, koszty egzekucyjne. Wszystko to zapłacisz, a potem zgubisz pokwitowania i zapłacisz jeszcze raz.

Ta satyra niedaleko odbiega od rzeczywistości. Niejednokrotnie zdarzały się takie nadużywania władzy. W dodatku egzekucje bywały bezwzględne. Często niską wyceną wystawionych na przymusową wyprzedaż ruchomości czy towarów doprowadzały płatników do ruiny.

Stanowisko inspektora ministerialnego – owszem, poważne, nawet dobrze płatne, ale jednak o ograniczonych możliwościach wyżycia się – chyba tylko na podwładnych. Nie widzę również dla siebie perspektywy dalszego rozwoju, jak i awansu. Nie zamierzam obrosnąć pleśnią i zestarzeć się na wygodnym stanowisku, mam wielkie aspiracje. Zaczynam się rozglądać za czymś większym.

Rada Miejska i Zarząd Miejski m.st. Warszawy zostały uchwałą Rady Ministrów z dnia 3 marca 1934 r. rozwiązane. Równocześnie Rada Ministrów powołała na Komisarycznego Prezydenta Warszawy wojewodę białostockiego, Mariana Zyndrama-Kościałkowskiego. Tak drastyczne posunięcie wywołane zostało fatalnym stanem finansów miasta. Uchwalony przez Radę Miejską budżet miejski na rok 1934/35 został odrzucony przez władze nadzorcze: Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Ministerstwo Skarbu, jako nierealnie zrównoważony.

Ale nie tylko i nie przede wszystkim względy finansowe czy względy formalno-prawne były pobudką do aktu Rady Ministrów. Krytyczny stosunek władz państwowych miał swój odpowiednik w opinii publicznej, która za synonim nierządnej gospodarki uważała „gospodarkę magistracką”. Szczególnie niepokoiły szerokie koła ludności ustawiczne zatargi władz miejskich z pracownikami oraz dość częste strajki pracownicze i groźby mające podłoże w nieterminowym płaceniu wynagrodzeń, tworzącymi stopniowo poważne zaległości. Zło leżało również w niedostatecznej koordynacji całości gospodarki miejskiej, rozparcelowanej na oderwane działania poszczególnych ugrupowań politycznych, reprezentowanych w Radzie i Zarządzie Miejskim. W tym tkwiło chyba największe zło.

Obóz rządowy był wówczas stosunkowo słabo reprezentowany we władzach stolicy, toteż problem ten miał również ostrą barwę polityczną. Nierozpisanie nowych wyborów do rady miejskiej było spowodowane brakiem nadziei na korzystny dla ugrupowań prorządowych wynik głosowania powszechnego.

Już 29 czerwca nowy prezydent Warszawy został ministrem spraw wewnętrznych, a 2 sierpnia nastąpiło wprowadzenie Stefana Starzyńskiego w urzędowanie na ratuszu przez Kościałkowskiego jako ministra spraw wewnętrznych. Wkrótce po objęciu urzędu prezydenta stolicy przez Starzyńskiego, z końcem września 1934 r., został opublikowany dekret o tymczasowym ustroju m.st. Warszawy, mający obowiązywać do czasu wydania ustawy o stołecznym samorządzie wojewódzkim. Dekret ten ustalał, że prezydent miasta jest powoływany przez Radę Ministrów, a pięciu wiceprezydentów – przez ministra spraw wewnętrznych. Tymczasowa rada miejska, w składzie 36 członków, o charakterze organu opiniodawczego działa pod przewodnictwem prezydenta miasta lub wyznaczonego przez niego wiceprezydenta. Tymczasowy zarząd miejski jest organem kolegialnym, jednak minister spraw wewnętrznych może przenieść wszystkie lub niektóre sprawy do jednoosobowego zakresu działania prezydenta miasta, z reguły zaś do decyzji prezydenta miasta należą wszystkie sprawy niezastrzeżone wyraźnie do decyzji kolegium zarządu miejskiego. Wiceprezydenci podlegają służbowo i personalnie prezydentowi. Skład komisji rewizyjnej ustala minister spraw wewnętrznych.

Jak widać, dekret szedł po linii wzmocnienia autorytetu prezydenta. Starzyński przestał też być prezydentem tymczasowym, otrzymawszy nominację na podstawie tego dekretu.

Już Kościałkowski wprowadził duże zmiany personalne, po nim Starzyński też chciał mieć wokół siebie swoich ludzi i sobie oddanych, sprawdzonych, dobrze znanych z jakości ich pracy, a przede wszystkim wykształconych. Źródłem dla Starzyńskiego, z którego zaczął czerpać, było Ministerstwo Skarbu oraz Szkoła Główna Handlowa, w której Starzyński był profesorem. W krótkim czasie Zarząd Miejski jak i różne wydziały, przedsiębiorstwa, instytucje, znalazły się w rękach tych ludzi. Obsadzone zostały nimi w pierwszej kolejności wydziały prezydialne: Wydział Ogólny i Wydział Personalny, które miały realizować politykę nowego prezydenta.

I znowu mogłem powiedzieć, że szczęście mnie nie opuszcza. W roku 1935 na czele Wydziału Ogólnego stanął profesor Madejski, dyrektor Instytutu Funduszu Pracy, z którym byłem związany od samego początku studiów, a dyrektorem Wydziału Personalnego został mój kolega z SGH, Stanisław Mikiciuk, prezes Legionu Młodych w SGH, wprawdzie mój przeciwnik polityczny, zwolennik rządzącego obozu, ale w życiu prywatnym dobry kolega.

Kiedy w połowie roku 1935 nowy dyrektor finansowy Zarządu Miejskiego, dr Stanisław Kirkor, endek, siostrzeniec słynnych profesorów Grabskich, wybitny ekonomista i finansista, dyrektor Departamentu Obrotu Pieniężnego Ministerstwa Skarbu, przystąpił do porządkowania finansów stolicy, musiał zacząć od szukania źródeł dochodów w podatkach i opłatach komunalnych. Przyszła kolej na skarbowców, którzy mieli te zadania spełnić. Wtedy Mikiciuk (później jeden z pierwszych kierowników Radia „Wolna Europa”), odszukał mnie w Ministerstwie Skarbu i zaproponował mi objęcie stanowiska zastępcy szefa Działu Podatków i Opłat. Dotychczasowy zastępca przechodził na emeryturę z dniem 1 lutego 1936 r. Oferta była zachęcająca. Poprosiłem, żeby mnie zapoznał z kierownikiem tego działu. Osoba przełożonego to sprawa najważniejsza. Mikiciuk zaprosił nas do siebie po godzinach pracy, zapoznał nas, po czym oddał mnie w ręce naczelnika Sautera, który zabrał mnie do swego gabinetu na rozmowę.

Był to absolwent SGH, kilka lat od nas starszy, syn dyrektora gimnazjum z Lublina, który po studiach też kilka lat był belfrem. Dwie bratnie dusze szybko doszły do porozumienia, zwłaszcza że Sauter miał o mnie opinię od Mikiciuka.

15 stycznia 1936 r. „wszedłem w urzędowanie”. Sprawy podatkowe miałem w jednym palcu, byłem wysokiej klasy specjalistą od tych zagadnień, przewyższałem swego szefa. Zabraliśmy się energicznie do ustawienia przede wszystkim organizacji całego działu, schematu komórek, a następnie statutów podatkowych. Kilka miesięcy od rana do późnego wieczora prawie nie wychodziliśmy z gabinetu. Nie miałem nic więcej na głowie, egzamin i praca magisterska były za mną.

Zakres gospodarki miasta był duży: 12 wydziałów administracyjnych, 8 zakładów opieki zamkniętej, 11 przedsiębiorstw, 15 szpitali, 9 ambulatoriów. Realizowało tę gospodarkę 23.000 pracowników miejskich, nie licząc sezonowych robotników, których w pewnych okresach było kilka tysięcy.

Ponadto z budżetu miejskiego pobierało emeryturę ponad 7000 osób. Łącznie więc, licząc średnio 3 osoby w rodzinie pracowniczej i 1,5 w emeryckiej, dawało to 80.000 ludzi żyjących na garnuszku miejskim – liczba równa liczbie mieszkańców Radomia, Kielc czy Piotrkowa Trybunalskiego – bez mała było to miasto w mieście.

Żeby przygotować dla tej armii pieniądze na miesięczną wypłatę poborów, i to po kilkuletnim chaosie, jaki panował w Magistracie Warszawskim, oraz pustym skarbcu, potrzebna była nie lada, wprost karkołomna, gimnastyka dyrektora finansowego i jego pomocników z Wydziału Finansowego.

Dla ilustracji poprzedniej gospodarki, a raczej niegospodarności, podam jeden tylko przykład. Przedsiębiorstwa miejskie nie miały zupełnie ustalonych etatów, tak że liczba pracowników rosła nie według potrzeb przedsiębiorstwa, lecz wedle konieczności przyjmowania osób protegowanych. W dodatku na podstawie statutu emerytalnego z roku 1932 można było przyjąć pracownika na dzień jeden, po czym zwolnić go, przyznając mu emeryturę z funduszu miejskiego choćby za 30 lat pracy (w poprzednich zakładach). Ze wstydem muszę się przyznać, że na Ratuszu warszawskim rządziła wówczas endecja z innymi ugrupowaniami popierającymi ją. Smutne to.

Wiosną 1935 r. spotkałem przypadkowo na placu Zbawiciela swoją byłą uczennicę z Rypina, pannę Honoratę Kijanowską, która po ukończeniu Instytutu Wiedzy Handlowej otrzymała posadę w znanej firmie warszawskiej Ludwik Spiess i Syn, specjalizującej się w produkcji leków z własną wytwórnią w Tarchominie, prowadzącej sklepy perfumeryjno-drogeryjne, a nawet zajmującej się handlem nawozów sztucznych. Przypomnę, że Honorata to ta, którą pocałowałem, kiedy przyszła do mnie po odbiór materiałów do referatu na zebraniu szkolnym. Była wtedy w kl. VII. Był to maj 1931 r. W ciągu tych czterech lat Honorka, jak ją w szkole nazywano, zmieniła się całkowicie – z dziewczątka małomiasteczkowego wyrosła śliczna, zgrabna panna wielkomiejska.

Tak się jakoś składało, że, bez umawiania się, zaczęliśmy się coraz częściej spotykać. Zacząłem w niej zauważać nie tylko wdzięki niewieście, ale przede wszystkim ważne zalety charakteru, inteligencję, wesołe usposobienie, głęboką moralność, jednym słowem cechy, jakie powinna posiadać kandydatka na żonę. Mając już wszystko za sobą – dyplom jeden, drugi, trzeci, ustabilizowane, jak mi się wydawało, stanowisko, czas się zastanowić, czy nadal żyć w stanie kawalerskim, czy też założyć rodzinę. Lata też zbliżały się już do Jezusowych. Na razie, jak wspomniałem, przez kilka pierwszych miesięcy w Zarządzie Miejskim, praca wypełniała mi cały dzień od rana do późnego wieczora, a jeśli była chwila wolna, najprzyjemniejszym miejscem do odpoczynku była nie kawiarnia, a przepiękna czytelnia w gmachu Biblioteki Szkoły Głównej Handlowej z jej zbiorami z interesujących mnie dziedzin, jak również setkami czasopism z całego dosłownie świata na tematy ekonomiczne, gospodarcze, polityczne.

Powoli zacząłem jednak ulegać urokowi tej cudownej dziewczyny. Stawała się potrzebną w moim życiu. Zaczęliśmy się umawiać na spotkania – na spacery, nad Wisłę na plażę, czasem do kawiarni Lardellego przy ul. Mokotowskiej (gdzie dziś stoi dom studencki Riviera), pod kwitnące i owocujące drzewka pomarańczowe, w której koncertowała wspaniała orkiestra. „Bo to się zawsze tak zaczyna, sam nawet nie wiesz jak i gdzie, po prostu wzięła mnie dziewczyna, a potem? Oddałbyś za nią cały świat”. I tak było ze mną. Powoli Łucja ustępowała miejsca Norci, jak ją zacząłem nazywać. Z dnia na dzień życie moje stawało się radośniejsze.

Kiedy od 15 stycznia 1936 r. rozpocząłem pracę w Ratuszu, mój kontakt z Norcią stał się codzienny. Pracowaliśmy zaledwie w odległości niecałych stu kroków od siebie. Siedziba dyrekcji, w której Norcia pracowała, była na tyłach Ratusza przy ul. Daniłowiczowskiej. Nasze godziny pracy też się pokrywały. Razem wracaliśmy po pracy do domu. Norcia mieszkała przy ul. Kruczej pod nr 7, na III p. u pani Józefy Muklanowiczowej, zajmującej ładne mieszkanie trzypokojowe. Po jakimś czasie przeniosła się do „Babci Lewickiej” na parter poprzecznej oficyny tego samego domu. Babcia Lewicka była białą Rosjanką, przybyłą do Polski ze swoją córką, zięciem Polakiem i dwojgiem wnucząt. Zięć, pan Werbski, był znanym już lekarzem i szybko stworzył w Warszawie dostatnie warunki bytu dla swojej rodziny. Teściowa była jednak bardzo ambitna i nie chciała korzystać z „jałmużny”, chciała być samodzielna, na własnym garnuszku. Wynajęli jej więc małe mieszkanie – pokój z kuchnią przy Kruczej – gdzie zaradna Babcia utrzymywała się z wydawania obiadów. Zwykle były to dwie, najwyżej trzy osoby. Patrząc ze swego okna na powracającą codziennie po pracy młodą, śliczną blondynkę, Babcia przygruchała ją sobie na lokatorkę do swego jednego, ale dużego pokoju. Babcia była w Norci zakochana. „Zosieńka maja” mawiała.

Latem tegoż roku Norcia podsunęła mi myśl, bym się stołował u Babci – wyśmienite obiady. Dotychczas jadałem w Szkole Kucharek w Al. Jerozolimskich – nie znosiłem restauracyjnych zapachów, miałem zawsze zastrzeżenia co do czystości. Skorzystałem chętnie z propozycji i już w kilka dni później byłem stołownikiem Babci, jako „Stasieńka maja”. Babcia gotowała rzeczywiście smacznie, co dla mnie, francuskiego pieska, jak mnie w domu nazywano, miało istotne znaczenie. Oprócz mnie stołowało się tu dwóch młodych prawników, pracowników Dyrekcji Poczt. Wszystko się powoli stabilizowało w moim kawalerskim stanie.

Ta skromniutka, niewinna Norcia wszystko sprytnie obmyśliła, za co jestem jej niezmiernie wdzięczny. Była okazja do częstszego spotykania się, chociaż przeważnie na krótko, ponieważ praca zawodowa absorbowała mnie prawie zupełnie. Babcia, która ze swych okien miała wgląd w całe podwórze łącznie z bramą wejściową aż do chodnika ulicznego, prędko zauważyła, że regularnie wracamy z pracy razem. Stała w oknie i czekała na nasze pojawienie się, a gdyśmy się pokazali, kiwała nam ręką na powitanie, czyniąc zawsze znak krzyża – jakby na błogosławieństwo. Kochała nas jak własne dzieci. Gdy się zdarzyło, że przyszedłem sam, wtedy Babcia zaczynała zachwycać się „Zosieńką”, wyliczać jej zalety. Było wyraźnie widać, że pragnęłaby nas skojarzyć. Siwiuteńka Babcia przypominała Mickiewiczowskiego białego gołębia, którego „po panieńskie serduszko” posyłano w swaty.

Późnym wieczorem 19 kwietnia 1936 r. wracaliśmy oboje z Teatru Osterwy ze sztuki „Pierścień Wielkiej Damy” Norwida. Przytuleni do siebie rozprawialiśmy po drodze o co dopiero przeżytych wrażeniach. Nie wiem, może pod wpływem tej sztuki, dość że w Alejach Jerozolimskich, niedaleko Kruczej, oświadczyłem się. Mało tego.

Nim doszliśmy pod numer 7 ul. Kruczej, ustaliliśmy nawet datę ślubu naszego na 4 czerwca, w przeddzień moich urodzin i skończenia 33 lat, nie zastanawiając się nawet, który to będzie dzień tygodnia. Dlaczego właśnie ta data? Otóż moje założenie były następujące: o ile nie ożenię się przed skończeniem 33 lat, to nie popełnię tego czynu już nigdy, ponieważ Pan Jezus, przekroczywszy te lata, wolał umrzeć na krzyżu, niż się ożenić, do czego, podobno, namawiała go piękna Magdalena. Mimo że od tego momentu do terminu ślubu pozostały tylko 44 dni na ściągnięcie dokumentów z urzędów zamiejscowych stanu cywilnego, na danie na zapowiedzi, na odczekanie ogłoszenia ich z ambony w trzy kolejne niedziele etc., mojej Norci termin ten nie odpowiadał, wydawał się za odległy. Dopiero autorytet byłego profesora rozstrzygnął spór.