Goniec

Register Login

Wspomnienia z mojego życia (38)

Oceń ten artykuł
(1 Głos)

Bycs        W grudniu 1938 r. Niemcy ponawiają żądania, domagając się wyraźniej niż kiedykolwiek włączenia się Polski do wyprawy na Rosję w ramach tzw. paktu antykominternowskiego zawartego w roku 1936 między Niemcami a Japonią, do którego następnie przystąpiły Włochy. Z końcem stycznia niemiecki minister spraw zagranicznych Joachim von Ribbentrop przybył do Warszawy, by namówić Polskę do przyjęcia żądań Hitlera i wyrażenie zgody na rolę satelity Niemiec. Dotychczasowy plan przewidywał w pierwszej kolejności pobicie Francji i opanowanie zachodniej Europy, a dopiero potem zniszczenie Związku Sowieckiego z pomocą uzależnionej Polski. Ribbentrop nie żądał udziału Polski w ataku na Francję i Anglię. W tej fazie wojny Polska miała pozostać neutralna, zabezpieczając jedynie III Rzeszę od wschodu, a dopiero po zajęciu Paryża i Londynu uderzyć wspólnie na ZSRS.

        Stanowcze odrzucenie przez Polskę żądań skłoniło Hitlera do gruntownej zmiany powyższego planu. Postanowił najpierw skończyć z Polską, a dopiero potem uderzyć na państwa zachodnie.

        W obawie, że odosobniona Polska może ulec naciskom Hitlera i skapitulować, co skierowałoby agresję w ich kierunku, 31 marca 1939 r. rząd brytyjski zagwarantował nienaruszalność terytorium Polski, a 6 kwietnia, w czasie wizyty min. Becka w Londynie, zawarto układ gwarancyjny brytyjsko-polski. W ślad za Wielką Brytanią poszedł rząd francuski, potwierdzając zarazem ważność sojuszu łączącego go z Polską.

        Tymczasem Hitler był zdecydowany doprowadzić rozgrywkę z Polską do końca. 11 kwietnia podpisał wytyczne do wykonania planu „Fall Weiss”, przewidującego napad na Polskę bez wypowiedzenia wojny i złamanie polskiego oporu przed ewentualnym rozpoczęciem działań wojennych innych państw. 22 kwietnia wypowiedział polsko-niemiecką deklarację o nieagresji.

        W maju wywiozłem całą rodzinkę do Łyśca pod Stanisławów, gdzie brat miał dom z dużym ogrodem nad rzeką. Mieszkali w nim Nowakowie – Szwagier Czesio Nowak był burmistrzem Łyśca. Mając bilet wolnej jazdy I klasą pociągami na wszystkie linie, wsiadałem w każdą prawie sobotę do pociągu i we wczesnych godzinach rannych byłem w Łyścu. To świadczenie ze strony Ministerstwa Komunikacji dla Miasta było rekompensatą za bilety wolnej jazdy autobusami i tramwajami, jakie otrzymywali dyrektorzy tego ministerstwa. Przy końcu lipca przywiozłem rodzinę do Warszawy, a sam pojechałem do Rodziców, by w Rososzycy spędzić urlop.

        Od połowy czerwca 1939 r. sprawa wybuchu konfliktu stała się coraz groźniejsza. W lipcu Niemcy zaczęli fortyfikować wzgórza w okolicy Gdańska, organizują ochotniczy korpus wojskowy, ciągle napadając na obywateli polskich. Nasza postawa jest jasna. Cierpliwie czekamy, gotowi uderzyć na Gdańsk, gdyby tam zdarzył się jakikolwiek akt wewnętrznej czy zewnętrznej aneksji do Rzeszy. Rozpoczynamy też dyskretnie przygotowywać się do obrony na wypadek agresji. Anglia i Francja wciąż oświadczają, że takie nasze wystąpienia to sygnał dla nich do ruszenia na Niemcy.

        Na Dalekim Wschodzie Japończycy nadal prowokują Anglików, głosząc hasła wyparcia interesów europejskich z Chin. Od szeregu dni walki lotnictwa mandżursko-japońskiego z sowieckim kończą się codziennym zniszczeniem kilkunastu samolotów, ale wojny nie ma, to tylko nieporozumienie graniczne. Rosja ciągle zwodzi Anglię i Francję z układem, który miał być już dawno zawarty. Dla wszystkich jest rzeczą jasną, że aranżerem tych wszystkich wypadków jest Berlin.

        Awantury w Gdańsku są coraz silniejsze. Niemcy i gdańszczanie-hitlerowcy – chcą nas zmusić do czynnej reakcji, aby potem powiedzieć, że występują w obronie Gdańska, i na nas zwalić winę za rozpętanie wojny europejskiej. Nasza cierpliwość i spokój dochodzą do ostatecznych granic, a właściwie ta granica została już dawno przekroczona. Napady na Polaków w Gdańsku, katowanie ich i osadzanie w więzieniach, uniemożliwianie pełnienia obowiązków polskim celnikom, niemal oficjalnie tworzenie tam niemieckiej, hitlerowskiej siły zbrojnej – to już dostateczne powody, aby karząca ręka Rzeczypospolitej, jak nie raz za czasów dawnej Polski, spadła na Gdańsk.

        W drugiej połowie sierpnia przygotowania Niemiec do ataku na Polskę zbliżały się do końca. Hitler podjął początkowo decyzję rozpoczęcia działań wojennych o świcie w sobotę, 26 sierpnia. Na odprawie wyższych oficerów dnia 22. tegoż miesiąca Hitler stwierdził, że konflikt z Polską był wcześniej czy później nieunikniony, lecz sądził dotąd, iż zanim to nastąpi, dojdzie wcześniej do rozprawy z państwami zachodnimi. Skoro jednak plan ten zawiódł i stało się jasne, że w razie konfliktu z Zachodem Polska zaatakuje Niemcy, należy przede wszystkim zniszczyć państwo polskie, dodając, że jest mało prawdopodobne, ażeby Anglia i Francja, mimo swych zobowiązań, przyszły Polsce z pomocą.

        W piątek, 25 sierpnia, doszło do podpisania polsko-brytyjskiego układu o obowiązku natychmiastowej pomocy wzajemnej w razie bezpośredniego lub pośredniego zagrożenia niepodległości jednej ze stron. Pod wpływem tego ostatniego wydarzenia Hitler zdecydował się odwołać chwilowo termin agresji, przesuwając go na później. Strona niemiecka próbowała jeszcze raz za pośrednictwem Anglii skłonić Polskę w ultymatywnej formie do zgody na anektowanie Gdańska do Rzeszy oraz do przeprowadzenia plebiscytu na Pomorzu – po uprzednim wycofaniu wojska i policji polskiej z tego obszaru. Gdy to nie nastąpiło, 31 sierpnia 1939 r. Hitler podpisał nowy, ściśle tajny rozkaz, nakazujący wojskom niemieckim rozpoczęcie ataku na Polskę – rankiem 1 września, bez wypowiadania wojny.

        Około godziny 7 31 sierpnia zbudził mnie Ojciec wiadomością o zarządzonej mobilizacji powszechnej. A że miałem w karcie powołania termin stawienia się w pierwszym dniu w Batalionie Stołecznym, a do Warszawy kilka godzin jazdy, zerwałem się na równe nogi, by jak najszybciej przygotować się do podróży. Obok walizki z osobistymi rzeczami miałem zabrać ostatnie dwie skrzynie z sokami wiśniowymi. Wcześniej odwiozłem kilka skrzynek zapraw gruszek, czereśni, wiśni, śliwek. Bagaż dość kłopotliwy jak na przypuszczalny tłok w pociągu w takim dniu. Z drugiej strony, zawartość zbyt cenna i przez dzieci pożądana, by z niej zrezygnować. Kilka minut po 10 podjechał stary Tokarski, młynarz, załadował bagaż, a ja żegnałem się ze swoimi najdroższymi Rodzicami, nie przypuszczając, że zobaczę się z nimi dopiero w grudniu 1944 r.

        Około godziny czternastej wsiadłem w Skalmierzycach do pociągu warszawskiego, który o dziwo był prawie pusty. Skrzynki ulokowałem w przedziale, w którym siedziała starsza pani, sam usiadłem naprzeciw i rozpoczęliśmy rozmawiać – oczywiście na temat dzisiejszej sytuacji. Jechała do Warszawy do córki, żony zawodowego oficera, który już od dawna był na linii przyszłego frontu.

        W Kaliszu wsiadło dwóch młodych ludzi, którzy rzekomo też jadą do wojska. Mówię „rzekomo”, ponieważ nie wyglądali na to, by mieli ponad dwadzieścia dwa lata. Chodziło im po prostu o darmowy przejazd. Byli to warszawscy cwaniacy, którzy wybrali się w teren, żeby pohandlować na odpustach, jarmarkach, targach tandetą, sprzedawaną jako towar prima sort, z czym się wcale nie kryli, chwaląc się nawet swoim sprytem i oszustwami: sprzedażą zwykłych piór jako złote, wapna jako proszku od bólu głowy, korzeni z Ziemi Świętej, które przez potarcie leczą wszelkie choroby, itp. A że mieli humor i dowcipnie opowiadali o swoich przygodach, czas szybko mijał.

        W pewnym momencie w jednej skrzynce wystrzelił korek. Struchlałem. Czekam, co się będzie dziać. Upływają minuty i nic. Dopiero po dłuższym czasie pani w czerni zaczyna się wiercić, po chwili wyciąga spod siebie „zakrwawioną” dłoń i staje cała w pąsach. Kłopotliwą sytuację przerywa jeden z cwaniaków, wskazując na spływającą z góry po ściance oparcia wąską strużkę koloru wiśniowego. Ja grzecznie przepraszam, tłumaczę się, jak mogę, a jeden z tych młodzieńców wyciąga brudny ręcznik, wyciera ławkę i każe zamknąć okno i drzwi, bo jak się po drodze zwiedzą pszczoły, że tu miód, to nas przepędzą z przedziału. Mieli rację. Natomiast pani w czerni wcale się tym nie przejęła, nie ma pretensji do mnie, przyjmując to jako rzecz, która może się każdemu przytrafić, a plamy po soku wiśniowym łatwo zmywa się zwykłą wodą.

        W wesołym nastroju, zapomniawszy o wojnie, dojechaliśmy do Warszawy. Tu była jednak inna sytuacja. Perony i dworzec zapchane ludźmi. Tłumy odjeżdżających do wojska i odprowadzających. O żadnym numerowym mowy nie ma, a tu taki bagaż. Towarzysze podróży przyszli mi jednak z pomocą – chwycili skrzynki i zapytawszy „dokąd?”, zniknęli w tłumie. Byłem przekonany, że straciłem drogocennych 50 butelek soku. Okazało się jednak, że stali na przystanku tramwajowym, odczekali, aż nadjedzie tramwaj, wstawili skrzynki na platformie i, nie chcąc przyjąć żadnego wynagrodzenia, pożegnali się. W moim przypadku okazali się ludźmi uczciwymi i uczynnymi.

        W domu zastałem swoje niewiasty rozgadane i rozpolitykowane na temat, co robić, czy zostać w Warszawie, czy też jechać na Kresy Wschodnie do Nieświeża, jak namawia Norcię Dzidka (Izabela) Siebielcowa, żona Aleksandra, porucznika ułanów nieświeskiego pułku, późniejsza Kołodziejczykowa, matka chrzestna urodzonego już po wojnie Wojtka, która z taką propozycją przyszła na Barcicką. Wydawało się, że daleko od granic zachodnich, skąd grozi niebezpieczeństwo, powinno być najbezpieczniej.

        Przekonanie powszechne, że wojnę wygramy, dobre warunki domowe, małe dzieci, Norcia w piątym miesiącu ciąży, moja obecność w Warszawie – wszystko to przemawiało za pozostaniem na miejscu.

        Wczoraj rano opuścił nasz dom Wiktor Piskadło, nasz przyjaciel i ojciec chrzestny Stasia, który żegnał się podobno ze słowami: „Do zobaczenia za dwa tygodnie”. Biedny, zginął w Katyniu.

        Nastrój w rodzinie, mimo pewnej wojny i mego w niej udziału, jest pogodny, cieszymy się sobą, naszymi dziećmi, przekonani, że będzie nam nadal sprzyjać szczęście, że wrócę z wojny cały. W takim nastroju żegnam rano dzieci i Jadzię, młodszą siostrę Norci, która przyjechała z Rypina, żeby tu chodzić do szkoły. Norcia towarzyszy mi do koszar Szwoleżerów, gdzie formuje się Batalion Stołeczny. Pożegnaliśmy się przy bramie koszar bez łez, z tą wielką nadzieją, że niedługo się zobaczymy.

        Polski plan mobilizacyjny przewidywał wystawienie do wojny z Niemcami 30 dywizji piechoty pierwszej linii, 9 dywizji piechoty w rezerwie, 11 brygad kawalerii i 2 brygad pancerno-motorowych, a więc łącznie 52 wielkich jednostek. Formacje te obejmować miały 1 mln 50 tys. ludzi w jednostkach frontowych, 150 tys. w jednostkach odwodowych i 300 tys. w oddziałach obrony terytorialnej, tj. razem około półtora miliona żołnierzy. Rezerwuar ludnościowy państwa umożliwiał nawet zmobilizowanie dwukrotnie większej siły, lecz nie podołał temu jego stan finansowy. W rezultacie musiano odmówić przyjmowania do wojska licznie zgłaszających się ochotników.

        Roczny budżet państwa nie przekraczał w tych latach dwu i pół miliarda złotych, czyli około 500 mln dolarów. Na cele wojskowe Polska mogła wydawać około 1 mld 300 mln złotych, gdy w tym samym czasie Niemcy wydały 40 mld dolarów. Rozpisana w czerwcu 1939 pożyczka wewnętrzna przyniosła ponad 400 mln zł, czyli 80 mln dolarów. Stanowiła ona wyraz wielkiej ofiarności i patriotyzmu szerokich mas narodu.

        W dodatku armia polska nie zdołała zakończyć powszechnej mobilizacji, którą zarządzono dopiero 31 sierpnia, ponieważ przeciwko jej wcześniejszemu ogłoszeniu protestowała dyplomacja angielska i francuska, wychodząc z założenia, że krok taki może w opinii światowej wywołać wrażenie, iż to Polska jest stroną zaczepną, zmierzającą do wojny.

        Wojska niemieckie miały nad siłami polskimi wyraźną przewagę liczebną i kolosalną przewagę techniczną. Obejmowały one ponad 1,6 mln ludzi, stanowiących rdzeń i zasadniczą siłę ówczesnej armii niemieckiej. Szczególnie przygniatającą przewagą dysponowali Niemcy w broni pancernej i lotnictwie. Rzucili na Polskę około 3000 czołgów i kilkaset wozów pancernych, skoncentrowanych w 6 dywizjach pancernych i 8 dywizjach zmotoryzowanych, oraz szeregu samodzielnych oddziałów towarzyszących niektórym dywizjom piechoty. Polska mogła im przeciwstawić tylko 100 lekkich czołgów i kilkaset tankietek. Po stronie niemieckiej były dwie floty powietrzne liczące 1000 bombowców i 1500 myśliwców, gdy lotnictwo polskie posiadało 400 samolotów zdatnych do walki, i to przestarzałych. Wyraźną kilkakrotną przewagę mieli również Niemcy w broni przeciwlotniczej i co najmniej dwukrotną w artylerii. Niezależnie od tego przeciętne wyposażenie każdej niemieckiej dywizji piechoty w broń maszynową i przeciwpancerną przewyższało tak znacznie wyposażenie dywizji polskiej, że siłę ognia polskiej jednostki szacowano jako mniejszą o 1/3 w zestawieniu z analogiczną jednostką niemiecką. Górowała wreszcie zdecydowanie armia niemiecka nad polską jakością transportu – znacznie większą liczbą samochodów, zdolnych do szybkiego przerzucania jednostek wojskowych.

        Tak mniej więcej przedstawiała się sytuacja w przededniu wybuchu wojny po obu stronach frontu. Dodać jeszcze by trzeba, że 23 sierpnia niemiecki minister spraw zagranicznych Joachim von Ribbentrop odleciał do Moskwy, by uzgodnić i podpisać akt nieagresji. Stalin, wódz bolszewizmu, zawiera przyjaźń z wodzem walki z czerwonymi w Europie, Adolfem Hitlerem.

1 września 1939 roku

– początek II wojny światowej

        Pożegnawszy się z żoną, poszedłem szukać dowództwa batalionu. Na dziedzińcu koszar było już kilkuset rezerwistów. Część była już umundurowana i tworzyła oddzielne grupy. Przed nimi stały karabiny w kozłach. Widać było też krzątającą się przy nich kadrę podoficerską. Ci przybyli już wczoraj. Idąc wzdłuż pawilonów, znalazłem i swoją kompanię ciężkich karabinów maszynowych. Jakiś plutonowy zajmuje się niedużą grupką cywilów przy wózkach ckm. Podchodzę do niego i pytam, kto jest dowódcą. Odpowiada, że dotychczas taki się tu jeszcze nie pokazał, a on jest z dowództwa i otrzymał rozkaz do chwili przybycia kadry zajęcia się zgłaszającymi się ludźmi – umundurować ich i przygotować do wymarszu w pole. Gdy mu powiedziałem, kim jestem, podał mi numer pawilonu, w którym mieści się dowództwo batalionu, i numer pokoju Kancelarii Batalionu.

        Kiedy wszedłem do Kancelarii z kartą powołania i książeczką wojskową w ręku, jeden z siedzących przy biurkach sierżantów wyciągnął po nie rękę, przeczytał, popatrzył na mnie, po czym wstał i poszedł do sąsiedniego pokoju – domyśliłem się, że do dowódcy. Po chwili wychodzi i ruchem ręki zaprasza do wejścia do dowódcy.

        Patrzę i własnym oczom nie wierzę – zza biurka podnosi się major Wacek Sikorski, mój kolega gimnazjalny, słynny swego czasu napastnik drużyny gimnazjalnej, oficer sztabu 36p Legii Akademickiej, z którym tu, w Warszawie, miałem bliski kontakt. „Stachu, spadłeś mi jak z nieba”.

        Rzucamy się sobie w objęcia. Siadamy. „Jak to się stało, że jesteś tylko w randze sierżanta podchorążego?”

        Musiałem mu opowiedzieć przebieg służby wojskowej po ukończeniu szkoły podchorążych. Sikorski na to „Póki co, obejmiesz dowództwo kompanii, a ja jutro wystąpię o awans na podporucznika, a teraz uciekaj i formuj swoją kompanię do wymarszu. Dla twojej wiadomości wojna się zaczęła, niemieckie samoloty bombardują w tej chwili lotnisko na Okęciu. W nocy zaatakowały Kraków, Katowice, Gdynię, Bydgoszcz, Toruń, Grodno, Jasło, Nowy Dwór, Tczew, Augustów, Kutno i in. Zgłoś się do mojego szefa sztabu, który poinformuje cię o twoich zadaniach. Rób wszystko, żeby około 12-13 wyruszyć”.

        Szef sztabu Batalionu dał mi wycinek planu sytuacyjnego, mojego miejsca postoju i odcinek obrony przeciwlotniczej. Miejscem postoju miała być polanka pod skarpą parku Ujazdowskiego, mniej więcej w miejscu przebiegu dzisiejszej Trasy Łazienkowskiej, zaś odcinek obrony obejmował pawilony Szpitala Ujazdowskiego – resztki czerwonych ceglanych pawilonów stoją do dnia dzisiejszego – oraz gmachy Sztabu Generalnego Wojska Polskiego w Al. Ujazdowskich.

        Na kilka minut przed dwunastą kompania była już po obiedzie i gotowa do wymarszu. Wskoczyłem na swego gniadosza i podniósłszy rękę, dałem znak do ruszenia. Przy wylocie ulicy Górnośląskiej (obecnie ul. Jazdów) do Pięknej, gdzie dziś Ambasada Francuska, zatrzymałem kompanię i w towarzystwie podoficerów zacząłem wybierać odpowiednie stanowiska ogniowe dla poszczególnych drużyn. Gotowe już do akcji obronnej drużyny oddałem pod dowództwo plutonowego podchorążego Józefa Packa, a sam z resztą kompanii pojechałem na miejsce wyznaczonego postoju.

        Pogoda była jak w pełni lata. Toteż nikt nie zastanawiał się ani chwili nad tym, gdzie będzie spał, czym się nakryje, gdy będzie deszcz. Posłaniem była murawa, dachem firmament niebieski, podgłówkiem hełm. Tylko konie znalazły dla siebie warunki, jakich zapewne dotychczas nie miały: wspaniałą, soczystą trawę. Natychmiast kazałem je wyprząc i puścić na trawę. Komendantem „Obozu” (tak będę nazywał miejsce postoju) mianowałem st. sierżanta Edwarda Lipińskiego. Wydawszy mu odpowiednie rozkazy, wróciłem na stanowiska ogniowe. Kolega Pacek nie próżnował w czasie mojej nieobecności. Zmienił na lepsze kilka stanowisk, zarządził ćwiczenia obsług cekaemów. Nie tak łatwo było znaleźć w tym gęstym zadrzewieniu dobre stanowisko z dobrym ostrzałem.

        W naszym i sąsiednich rejonach miasta jest zupełny spokój. Walki powietrzne toczą się gdzieś na obrzeżu Warszawy. Jeszcze w godzinach popołudniowych słychać było wybuchy bomb i kanonadę artylerii przeciwlotniczej.

        Do obrony Warszawy wydzielona została jeszcze przed wybuchem wojny Brygada Pościgowa w składzie: 3. Dywizjon 2. Pułku Lotniczego, złożony z dwóch eskadr: 111. i 112., 4. Dywizjon – również z dwóch eskadr: 113. i 114., wzmocniony dodatkowo eskadrą myśliwską 123. Personel latający był na bardzo wysokim poziomie wyszkolenia.

        Brygada była rozmieszczona na lotniskach polowych: w Zaborowie, Poniatowie, Radzikowie i Zielonce. Dowódcą Brygady Pościgowej był ppłk pilot Stefan Pawlikowski. Podporządkowana ona była dowódcy Ośrodka Obrony Przeciwlotniczej „Warszawa”, którą dowodził płk Kazimierz Baran.

        Z kogo i z czego składała się moja kompania? Skromnie licząc, kompania w stanie wojennym powinna mieć następujący skład: 4 plutony, każdy pluton po 3 drużyny, w drużynie 8 ludzi – razem 96. Do tego dodać: 4 dowódców plutonu, 12 luzaków do koni, 3 luzaków do wozów amunicyjnych i furażu, 1 dowódca furażu, ordynans, dowódca kompanii, jego zastępca i sierżant szef – razem 24, a więc łącznie 120 osób.

        Jak wyglądała kadra podoficerska? 2 podchorążych świeżo upieczonych z podchorążówki w Ostrowi Mazowieckiej: plutonowy Józef Pacek i kapral Jerzy Horwat, 1 st. sierżant (Lipiński), 3 plutonowych, 6 kaprali oraz 9 st. strzelców.

        Już z wyglądu i podtatusiałej tuszy z dobrze wyhodowanym brzuszkiem wynikało, że najstarszy rangą, st. sierżant Lipiński, nie nadaje się do służby liniowej. Miałem nosa – z dokumentów wynikało, że zawsze siedział w kancelariach. Powierzyłem mu więc wszystkie funkcje kancelaryjne, personalne, finansowe, w ogóle nadzór nad gospodarką. Zadania mimo wojny bardzo ważne i odpowiedzialne. Miał do tego pełne kwalifikacje i dobrze to robił. Mnie spadł cały ciężar z głowy, mogłem spać spokojnie.

        Walki powietrzne pierwszego dnia wykazały, jak zresztą należało się spodziewać, że przeciwnik góruje szybkością swych samolotów i uzbrojeniem. Samoloty nasze nie mogły dopędzić nawet niemieckich bombowców, a wobec myśliwców były wprost bezradne. Mimo to brygada strąciła tego dnia 14 samolotów niemieckich, tracąc własnych całkowicie 10 i mając uszkodzonych aż 24. Pozostało ich już tylko 20 zdolnych do dalszych akcji. Miarą wysiłku bojowego była liczba 150 pojedynków powietrznych stoczonych pierwszego dnia przez 4. Dywizjon, i 80 walk przez 3. Dywizjon. Lotnicy nasi nie żałowali krwi ani życia.

        W skład artylerii przeciwlotniczej weszły dywizjony 101., 102. i 103. – każdy po 4 baterie dział 75 mm (bateria – 2-6 dział), 11. Dywizjon Artylerii p.lot. o 3 bateriach, następnie baterie 156. i 157., oraz 6 plutonów przeciwlotniczych ciężkich karabinów maszynowych, do których od 7 września zaliczona została również moja kompania, o czym później.

        Sytuacja moja jest dziwna. Należę do Batalionu Stołecznego, ale z nim nie mam żadnego powiązania, nawet nie wiem, gdzie on się znajduje, na żadnej odprawie dowódców jeszcze nie byłem, Sikorski na ten temat nie wspomniał dotąd ani słowem, więc milczę i czekam, co będzie jutro, pojutrze.

        Przed wieczorem ucichły detonacje i huk armat. Przerwałem zajęcia i ogłosiłem przerwę. Ludzie wyciągają z chlebaków chleb, konserwy i żują na sucho, bo kawy nikt nie przywiózł. Przed wyruszeniem z koszar każdy otrzymał suchy prowiant na trzy dni: 3 bochenki chleba, 3 puszki konserw, 3 paczki sucharów, 9 kostek kawy prasowanej zbożowej, jak i bieliznę na zmianę, przybory toaletowe itp.

        Pomyślałem sobie, że skoro bronimy obiektów szpitalnych i chorych, to i administracja szpitala powinna pomyśleć o swoich obrońcach. Udałem się do intendentury i przedstawiłem naszą sytuację. Kapitan – intendent bez słowa rozkazał natychmiast przygotować kawę, bo tylko o nią prosiłem, a mnie zaprosił na kolację i posłuchanie radia. Obiecałem przyjść po przeglądzie i zorientowaniu się, co dzieje się w Obozie.

        W Obozie zastałem zupełnie inną sytuację. Panie z sąsiedztwa zorganizowały doraźną pomoc dla żołnierzy i nie tylko przyniosły kawy, i to prawdziwej, ale także dobrą kolację. Nie muszę się o tych na dole martwić. Podczas tej wizytacji podszedł kolega Lipiński i zapytał, czy już mam ordynansa, bo przecież ktoś musi dbać o moje sprawy – o posiłki, o wierzchowca, o czyste buty itd. Rzeczywiście, nie pomyślałem o tym. „A czy ma pan kogoś, kolego Lipiński?”.

        Nie mam, odpowiedział, ale na pewno kandydat się znajdzie.