Goniec

Switch to desktop Register Login

Wspomnienia z mojego życia (41)

Oceń ten artykuł
(1 Głos)

BycsWieczorem 20 przyszedł do mnie kolega Rokita i zawiadomił mnie, że moja Żona z dziećmi przeniosła się do jego willi na Żoliborzu, ponieważ na Bielanach już za najbliższą ulicą od zachodu zaczynają się okopy, a działa stoją w ogródkach.

        Gdy oddziały rozbitych armii gen.Kutrzeby znalazły się w Warszawie, zamknął się pierścień niemiecki. Musiał nastąpić nieuchronnie akt ostatni działań: regularne oblężenie. Zgasła bezpowrotnie wiara załogi, że dotychczasowa obrona Warszawy była tylko okresem przejściowym, że my też wyjdziemy w pole. Stawaliśmy się coraz bardziej i wyraźniej samotnym bastionem oporu. Cel walki był od tej chwili jasny dla wszystkich: nie dać się.

        Stosunek sił oblegającego do oblężonego po 20 września:

        Na przedmościu warszawskim, strona niemiecka: 45 batalionów, 72 baterie lekkie, 78 – ciężkie, 2 – najcięższe, 300 samolotów. Strona polska: 26 batalionów, 16 baterii lekkich, 10 ciężkich, bez najcięższych, i bez samolotów.

        Na przedmościu praskim, strona niemiecka: 27 batalionów, 27 baterii lekkich, 10 ciężkich, 1 najcięższa, bez samolotów. Strona polska: 20 batalionów, 15 baterii lekkich, 11 ciężkich, bez najcięższych i bez samolotów.

        Przewaga po stronie niemieckiej ogromna. Ale nie to decydowało. Dalibyśmy sobie z nimi radę, gdyby nie inne czynniki. Bardziej istotna dla stosunku sił jest nie liczba batalionów i baterii, ale ilość amunicji stojąca do dyspozycji jednostek. źródła niemieckie podają, że dzienne zużycie amunicji artyleryjskiej wynosiło 1000 ton, a taką właśnie ilość w sumie udało się głównemu kwatermistrzowi, pułkownikowi Hycowi, wywieźć z Palmir w ciągu drugiej dekady działań. Do tego trzeba jeszcze dodać kilkaset bomb lotniczych zrzucanych codziennie na miasto, żeby mieć całkowity obraz sytuacji „twierdzy” Warszawa w ostatnim tygodniu walk.

        22 września w czasie nalotu na Marymont i Żoliborz jedna z bomb spadła na willę Rokitów. Otrzymawszy z Ratusza wiadomość o tym, mając od kilku dni do dyspozycji motocykl z kierowcą (nie wiadomo po co), wskoczyłem na motor i pojechaliśmy na Żoliborz. Gdy podjechaliśmy pod dom, zobaczyłem w ogródku powyrzucane przez wybuch różne sprzęty, pościel, naczynia, a wkoło cisza, żadnego śladu krwi. W budynku olbrzymia wyrwa od dachu do parteru, rozejrzałem się jeszcze w ogródku za śladami krwi czy częściami ciała. Nie było widać. Ale kiedy mijałem prowadzące z ogrodu wejście do piwnicy, zobaczyłem nagle stojącą na dole Maryleczkę, która ujrzawszy mnie, krzyknęła: „Tatuś”. Jednym susem byłem w piwnicy. Wszyscy żywi i nawet nieprzerażeni ani wystraszeni, a przecież naloty trwały dalej i bomby padały. Wyściskaliśmy się, wycałowali i trzeba było żegnać się i wracać na stanowiska ogniowe.

        W ciągu nocy 22/23 dotychczasowy o różnym nasileniu ogień artylerii przerodził się w nieprzerwany grzmot z wyraźnymi punktami artyleryjskiego natarcia dużą ilością amunicji w postaci ognia niszczącego. Punkty ciężkości były widoczne zarówno w Śródmieściu, jak i na pozycjach – na wysuniętych ośrodkach oporu: Bielany i Babice, Wawrzyszew. W mieście można było rozeznać wyraźne skupianie ognia niemieckiej artylerii na gazowni, elektrowni, wodociągach, stacji filtrów. Ogień był tak precyzyjnie prowadzony, że wskazywał na posiadanie przez Niemców dokładnych planów i schematów układu sieci wszystkich urządzeń podziemnych.

        Od lat przygotowywali się Niemcy do napaści na Polskę. Dopiero podczas Września i następnie w czasie okupacji zorientowaliśmy się, jak precyzyjnie, z niemiecką dokładnością Niemcy montowali sieć swego wywiadu, jak na wszystkich strategicznych punktach rozlokowani byli szpiedzy i wywiadowcy. Mieli ułatwioną sytuację przez rozsiane po całym kraju mniejsze lub większe skupiska Niemców. Niemcy korzystali przecież z pełnych swobód obywatelskich, mieli dostęp do wszystkich zajęć i stanowisk, czy w służbie cywilnej, czy innej. Przy drogach strategicznych, w zakładach przemysłu zbrojeniowego, w urzędach, wszędzie porozstawiani byli oficerowie, podoficerowie Niemcy, którzy jako pracownicy, właściciele restauracji, kowale, stelmachowie, stolarze zbierali skrzętnie wszelkie wiadomości i dane o tym, co mogło się przydać wywiadowi wojskowemu, robili z tego sprawozdania, szkice, a w latach 1938 i 1939 jeździli nawet do Niemiec na przeszkolenie i ćwiczenia wojskowe. Młodzież niemiecka z Polski współpracowała z organizacjami hitlerowskimi i stamtąd otrzymywała instrukcje. Byliśmy więcej niż tolerancyjni, byliśmy naiwni, nie zdając sobie sprawy, dokąd to wszystko zmierzało.

        Wracając do działań 23 września artylerii niemieckiej, widzimy, że skutki nie kazały na siebie długo czekać. Zgasło światło, ustał dopływ wody. Nastąpił najcięższy cios, jaki mógł spotkać milionowe miasto. Tym lawinom ognia artyleria nasza mogła się tylko słabo odgryzać. Już od szeregu dni dzienna racja w dyspozycji dowódcy baterii wynosiła jedynie 20 pocisków na działo.

        24 września Niemcy do reszty zburzyli elektrownię, tak że nie było już mowy o jej naprawie, co wczoraj wydawało się jeszcze prawdopodobne.

        Dziś w południe zginął mój pierwszy żołnierz, kapral Jan Buzek, dowódca 4. plutonu. Przyszedł do mnie na kwaterę z prośbą o zwolnienie, ponieważ źle się czuje. Poleciłem Paskowi podporządkować drużyny komu innemu. Buzek położył się pod ścianą hotelu na pustych skrzyniach amunicyjnych. Ja, jak zwykle, kiedy przebywałem na Senatorskiej, siadałem sobie w fotelu tuż przy chodniku i obserwowałem ruch uliczny. Obok stał wartownik. W pewnym momencie trzask, posypał się tynk, kurz zasłonił widoczność za nami, a spod ściany wydobywały się jęki. Gdy opadł kurz, zobaczyliśmy Buzka we krwi, a obok niego pocisk-niewypał, który ostatnim impetem wyrwał Buzkowi kawał pleców i zatrzymał się na murze. Widać było pracujące płuca. Po chwili wszystko ustało. Buzek skonał. Jak tu nie wierzyć w przeznaczenie.

        Pochowaliśmy Buzka z honorami. Trumnę zrobił stolarz z Opery. Grób wykopano obok stanowisk jego drużyn, a przed zasypaniem trumny cekaemy 4. plutonu oddały po trzy krótkie serie. Na twarzach wszystkich malowało się wielkie przygnębienie. Kiedy nadjechała kuchnia, załoga 4. plutonu nie wyszła po obiad, chociaż wszyscy musieli być bardzo głodni, ponieważ obecne posiłki były nie tylko skromne, ale i rzadko do nas docierały.

        Tegoż dnia Niemcy zdobyli Wilanów, skąd szło natarcie na Sielce, Mokotów i pośrednio na Śródmieście. Od północy i północnego zachodu Niemcy parli na Bielany i Wawrzyszew. Bielan, najbardziej na północ wysuniętego ośrodka oporu, bronił ostrowski 60. pp pod dowództwem ppłk. Stanisława Wałka (d-ca płk Frydrych poległ nad Bzurą). Pułk ten jako jedyny do ostatniej godziny bojów o Warszawę nie ustąpił ani na krok przed naporem olbrzymiej przewagi wroga. Jestem dumny z moich ostrowiaków, z całej Armii „Poznań”, a szczególnie z dywizji kaliskiej, do której oprócz 60. pp należał 29. pp z Kalisza i 56. pp z Krotoszyna. Te dwa ostatnie również się wsławiły w obronie Warszawy – 56. na kierunku Dworca Zachodniego, 29. pp na kierunku Szczęśliwice – Włochy. Cała ta 25. dp spotkała się z wielkim uznaniem dowódcy armii „Warszawa, jak i dowódcy przedmościa warszawskiego, płk. Porwita, powtórzona jeszcze w jego pracy „Obrona Warszawy”.

        W gruzach leżała już duża część miasta, prawie we wszystkich dzielnicach paliły się domy, a nie było czym gasić. 25 września wzmogły się jeszcze tak działania lotnicze, jak i artyleryjskie. Na szczęście miałem tak wielkie zapasy amunicji, że nie musiałem wprowadzać ograniczeń w jej przydziale. Toteż te 13 cekaemów tak gęstą i silną tworzyły zaporę ogniową, że samoloty nie ważyły się obniżać pułapu i tylko jedna bomba w ciągu tych ostatnich dni spadła na nasz rejon – niestety, trafiła właśnie w Ratusz, w klatkę schodową środkowej oficyny zajętą prawie w całości przez moje agendy. Bomba przebiła dach, stropy aż do samych piwnic. Nie eksplodowała jednak. W jednym ze schronów, do którego wpadła, urządził sobie swoje lokum wiceprezydent Około-Kułak ze swoim sztabem.

        Około-Kułak to jeszcze jeden dowód na istnienie przeznaczenia. Ten schron miał zająć prezydent Starzyński – komisarz cywilny, który uległ prośbie swego zastępcy i oddał go jemu. Zginęło w nim 6 osób. Po nalotach w dniu 25 co drugi dom na Pradze był spalony. W Śródmieściu całe ulice między Marszałkowską a Nowym Światem płonęły bez możliwości ratowania. Bezradni patrzyliśmy na ginące nasze miasto.

        Po trzech dniach bombardowań i przygotowań artyleryjskich Niemcy postanowili natrzeć i wedrzeć się do miasta, ale przed generalnym szturmem 26 września zrzucili jeszcze na Warszawę 1000 ton różnego kalibru pocisków artyleryjskich i bomb lotniczych. Zdobyli Babice, na odcinku środkowym doszli do ul. Częstochowskiej, na południowym – od Pola Mokotowskiego po Wisłę, podeszli pod węgieł pozycji na skrzyżowaniu Al. Niepodległości i ul. Ursynowskiej oraz zdobyli fort Mokotowski.

        Natarcie nie dało przewidzianych wyników, więc Niemcy przeznaczyli na 27 września 1300 ton pocisków. Rozpoczął się dzień drugi szturmu generalnego. Ciężar walk przesunął się na Bielany, na odcinek 60. pp z Ostrowa. Jak już powiedziałem, nie zdobyli tam metra terenu, natarcie SS się załamało. Na odcinku zachodnim kilkakrotne próby natarcia na Dworzec Zachodni i Ochotę zostały odparte przez 29. pp kaliski. Nie pomogły niemiecki czołgi.

        Na odcinku południowym wywiązały się bardzo zacięte walki, zwłaszcza wzdłuż ul. Belwederskiej, gdzie ostatnie uderzenie na przeciwnika w zmasowanym szturmie na bagnety wykonał 3. Batalion 145. pp pod dowództwem ppłk. Smolarza, odrzucając przeciwnika daleko na przedpole i odbierając mu ochotę do powtórki.

        Od wczoraj toczyły się już rozmowy o zawieszeniu broni. Dziś dowództwo Obrony Warszawy wydało zarządzenie, w porozumieniu z dowództwen niemieckim, wstrzymania o godz. 14.00 ognia na całym froncie, nakazując nie zmniejszać czujności, dopóki zawieszenie broni nie zostanie potwierdzone ostatecznym ustaleniem warunków kapitulacji. Wydany tego dnia komunikat dowództwa brzmiał:

        „W ciągu ostatniej nocy i godzin przedpołudniowych toczyły się specjalnie ciężkie walki na zachodnim brzegu Wisły. Natarcie niemieckie z kierunku zachodniego i południowego zostały odparte. W przeciwnatarciu wzięto jeńców, 4 czołgi i 3 działa. Po wielu dniach obrony stolica Polski leży w gruzach. Miasto przeszło nieustające bombardowanie z powietrza, i to w dużej mierze bombami zapalającymi, oraz ostrzeliwanie artylerią. Warszawa płonie od kilku dni, szczególnie w Śródmieściu. Zniszczenie wodociągów uniemożliwia akcję ratunkową. Z tego powodu pożary rozszerzają się na całe ulice. Zniszczenia i pożary objęły również część środków żywnościowych i brak żywności daje się powszechnie odczuwać.

        Ilość rannych według przybliżonych obliczeń wynosi około 16.000 żołnierzy i 20.000 ludności cywilnej. Dokładnych cyfr zabitych i rannych nie ma sposobu ustalić wobec bombardowania szpitali, których część uległa całkowitemu zniszczeniu. Rannych musiano kilkakrotnie przenosić w inne miejsca. W tej sytuacji stan sanitarny musi się pogarszać z dnia na dzień i grozi wybuch chorób zakaźnych.

        Mimo ogromu nieszczęść duch ludności jest nieugięty. Broniący Warszawy żołnierze nie chcą opuścić swoich stanowisk. Wykazują oni stale przewagę nad przeciwnikiem tam, gdzie nie są przygniatani masą technicznych środków walki.

        Dowództwo Obrony Warszawy, nie chcąc powiększać bezgranicznych cierpień ludności cywilnej oraz wobec braku amunicji, zdecydowało się na zawarcie 24-godzinnego zawieszenia broni i wszczęcie rokowań nad warunkami oddania stolicy i Modlina. Rokowania są w toku i mają być zakończone do dnia 29 bm.”.

        Rokowania prowadził gen. Kutrzeba, w ostatniej fazie włączył się komisarz cywilny, prezydent Warszawy, Stefan Starzyński.

        W warunkach kapitulacji ustalono, że oficerowie idą do niewoli honorowej z bronią białą, szeregowi zaś zostaną zwolnieni do domów po załatwieniu odpowiednich formalności. Miasto miało otrzymać natychmiastową pomoc dla rannych w szpitalach oraz żywność dla zdrowych. Ewakuacja kolumn wojska miała być przeprowadzona w kolejnych dniach od 30 września do 3 października.

        27 września po południu kazałem założyć konie do wozu amunicyjnego i pojechałem na Bielany zobaczyć się z Matką, która z młodymi Brodowskimi przyjechała na Bielany. Krótkie przywitanie, niedługa rozmowa i pożegnanie ze łzami w oczach u nas obojga.

        Po powrocie na miejsce postoju kazałem ściągnąć połowę załogi na odpoczynek do Galerii Luksemburga, by ludzie mogli choć częściowo odespać nieprzespane ostatnie noce. Następnego dnia zmiana – druga połowa przyszła na odpoczynek. Ludzie byli tak zmęczeni, że zasypiali, stojąc.

        W naszej przeszklonej siedzibie czułem się spokojny i pewny, że nic złego nie może się stać – wiara w moją szczęśliwą gwiazdę. Jednak było to dziwne, że nic do nas nie wpadło z powietrza. Tajemnica miała się wydać w przeddzień naszego wyjścia do obozu.

        Po podpisaniu kapitulacji powstał problem, czy przebrać się w cywilne ubranie i pójść do domu, czy czekać rozstrzygnięcia. Dałem ludziom wolną rękę. Ciekawe, że tylko jeden zdecydował się opuścić kompanię – rolnik spod Nowego Dworu. Zapytał, czy nie mógłby zabrać tej pary gniadych, którymi jeździł. Oczywiście zgodziłem się i chłop pojechał, ale czy dojechał do domu? Reszta została, czując się widocznie najpewniej w tej wielkiej rodzinie żołnierskiej – w ciągu miesiąca zdołaliśmy się tak zżyć, że stanowiliśmy doprawdy rodzinę.

        Kontakt mój z dowództwem Zgrupowania artylerii przeciwlotniczej był dotychczas prawie żaden, obecnie ustał zupełnie, nawet nie znam jego obecnego miejsca postoju po wypaleniu Nowego Światu. Siedzimy bez żadnej stamtąd wiadomości i instrukcji. Tylko przechodnie dziwili się, że jest jeszcze polski wartownik z karabinem.

        3 października w godzinach popołudniowych stałem przy wejściu do Galerii. Nagle od pl. Bankowego pojawił się oddział Niemców na motocyklach z koszami, który na pełnym gazie przeleciał obok nas, nie zatrzymując się na nasz widok. Był to prawdopodobnie wojskowy rekonesans w przeddzień wkroczenia Niemców do Warszawy, który miał się przekonać, czy Polacy nie knują zasadzki. Pod wieczór podjechał pod Galerię motocykl. Z kosza wysiadł kapitan niemiecki, podszedł do mnie i zapytał, czy wiem, gdzie mieści się „Deutsche Feldpost” – poczta polowa. Na moją negatywną odpowiedź wyciągnął z torby mapę, odszukał ul. Senatorską i upewniwszy się jeszcze raz u mnie, że to rzeczywiście ul. Senatorska, wziął mnie pod rękę i kazał się zaprowadzić do piwnic. Otwieramy jedno po drugim pomieszczenie i rzeczywiście natrafiamy na ślady mogące świadczyć, że była tu zainstalowana poczta polowa – na stole leżały jakieś druciki, szpule, kable. Uśmiechnął się pan kapitan, a ja pomyślałem sobie: o, naiwniaku. Wtedy sobie wszystkie zdarzenia skojarzyłem: kapitana przesiadującego z panią pułkownikową Millerową w recepcji Hotelu Oficerskiego, dalej rzekome uciekinierki z Bydgoszczy, które przyprowadził jakiś major z polecenia jakiegoś generała, by je umieścić w piwnicy – dziwiliśmy się nawet, że dźwigały duży kosz z zapasami żywności, nie podejrzewając, że pod kiełbasami mogą być aparaty telefoniczne. Wreszcie ten przydzielony mi motocyklista, który znikł w dzień przerwania ognia. Teraz zrozumiałem, dlaczego nie byliśmy ani bombardowani, ani ostrzeliwani.

        Po wyjściu z piwnic, kapitan kazał zdjąć posterunek, pozostawił swoich dwóch sierżantów, którzy z nim przyjechali, by nas pilnowali, a sam wsiadł na motor i odjechał.

        Wieczór i całą noc przegadaliśmy z sierżantami. Byli to Bawarczycy, chłopy ze wsi, zachowujący się poprawnie, nawet grzecznie. Kazio, widząc, że nastrój nie jest wrogi, postarał się o butelkę wiśniówki i kieliszki. Alkoholowe zaplecze mieliśmy w sąsiedztwie. Mieścił się tu z wejściem od ul. Niecałej ekskluzywny nocny lokal braci Fromm, w którym zbierała się elita piłsudczykowska z min. Beckiem, Wieniawą-Długoszowskim i innymi generałami na czele. Z tej racji moja znajomość z panami Frommami jako płatnikami podatku od napojów i widowisk: były tam występy kabaretowe. Kazio umiał wykorzystać moją z nimi znajomość i na mój rachunek fundował sobie od czasu do czasu butelczynę.

        Rano zjawiło się kilku żołnierzy pod dowództwem gefrajtra, który dobrze mówił po polsku. Pochodził z wioski spod Torunia, w wojsku polskim dosłużył się starszego strzelca, potem przeszedł przeszkolenie polityczne w Niemczech. Poprowadzono nas do Pruszkowa, gdzie na terenie tzw. Zakładów Inżynierów Amerykańskich był punkt zborny. Byliśmy chyba ostatnią jednostką Obrony Warszawy, która tu przybyła. Podobno było nas tu ponad 20.000, wszystkie olbrzymie hale produkcyjne zapchane wojskiem do ostatniego miejsca. Podjeżdżał pociąg za pociągiem i wywoził jeńców do obozów w Rzeszy.

        Dla nas nie było już suchego miejsca w hali, do której nas skierowano. Piszę „suchego”, ponieważ cała posadzka cementowa była zabrudzona smarami, olejami, ani usiąść, ani położyć swoich rzeczy. Wyruszyliśmy więc na poszukiwanie czegoś, co można by pod siebie podłożyć. Wkrótce każdy z czymś wrócił – ten z kawałkiem deski, inny z tekturą, ten znowu pod pachą niósł trochę słomy czy trawy. Chodziło o to, by móc plecak położyć na posadzce i na nim usiąść, bo o płożeniu się nie ma mowy. Każdy usiadł na swoim plecaku i drzemie.

        Była chyba godz. 3, gdy zerwał nas na równe nogi gwizdek i krzyk: Alarm! Alarm! W pierwszej chwili wydawało się, że nalot lotniczy. Wydałem więc komendę: Narzucić plecaki na grzbiet i za mną w dwurzędzie marsz. Podoficer niemiecki wskazał nam plac zbiórki. Na placu stał niemiecki pułkownik, który wskazał ręką, gdzie mamy się ustawić. Ustawiwszy kompanię w dwuszeregu, zrobiłem przegląd, jak każdy wygląda, czy ma zapięte wszystkie guziki, czy plecak w porządku, a następnie poderwałem kompanię na baczność i odlicz. Ustawiłem się teraz na prawym skrzydle i czekam, co będzie dalej. Pokazałem Niemcowi, że nie tylko potrafimy się mężnie bić, ale mamy we krwi dyscyplinę wojskową, nawet tu, w niewoli. Niestety, na resztę towarzyszy z hali trzeba było długo czekać, a kiedy już się zebrali, robili wrażenie maruderów, a nie wojska. Było wyraźnie widać, że im na niczym nie zależy, że ich nikt nie jest w stanie popędzić. Minęło chyba pół godziny, nim ostatnia grupa przybyła na plac zbiórki. U pułkownika widać było zdenerwowanie. W pewnym oddaleniu wolnym krokiem ze spuszczoną głową spacerował, zastanawiając się zapewne, jak takie wojsko mogło narobić tyle kłopotów wielkim dywizjom pancernym.

        Kiedy się wreszcie wszyscy zebrali i jako tako ustawili jak wojsko, pułkownik przeszedł wzdłuż szeregów bez zatrzymywania się i bez słowa. Wracając z lewego skrzydła, zatrzymał się przed jednym z dowódców i zabrał go z sobą. Nie dochodząc do lewego skrzydła mojej kompanii, zatrzymał się i dał swemu podoficerowi jakieś polecenie, a sam w towarzystwie polskiego podpułkownika artylerii konnej podszedł do mnie i zapytał, czy mówię po niemiecku. Otrzymawszy odpowiedź, że tak, polecił mi kierować po kolei wszystkich żołnierzy do stolika, przy którym usiądzie pan podpułkownik i będzie wypisywał świadectwa zwolnienia z obozu. „Ostatni podejdzie pan, a otrzymawszy też takie zwolnienie, zamelduje się pan u mnie.”

        Kiedy pierwszy żołnierz wrócił od stolika, wziąłem otrzymane zaświadczenie i czytam, oczom własnym nie wierząc. „Niniejszym zaświadcza się, że taki i taki zwolniony z obozu przejściowego w Pruszkowie dnia... wraca do swego stałego miejsca zamieszkania... Uprasza się wszystkie komendy wojskowe i władze, żeby nie stawiały przeszkód w dotarciu do domu.” Pieczęć, przy niej podpis: Komendant Obozu w Pruszkowie Oberst – podpis nieczytelny.

        Po odebraniu takiej bumagi zameldowałem się u pułkownika. Pierwsze pytanie: skąd tak dobrze znam język niemiecki, a dowiedziawszy się, że kończyłem szkołę powszechną i gimnazjum pruskie, rzekł: „Das war noch heute zu sehen” – jeszcze to dzisiaj widać. Na pożegnanie podał mi rękę, życząc szczęśliwego powrotu do rodziny.

        Kompania w czwórkach opuściła obóz. Za bramą zrobiłem postój dla ostatniej z towarzyszami broni rozmowy, która trwała długo i była inna od wszystkich dotychczasowych. Nastrój był serdeczny i przyjacielski. Pożegnanie było wzruszające. Większość kierowała się na Łódź, reszta na Warszawę. Droga nie była wcale taka gładka, co krok to posterunek, nie każdy przyjął dokument za wiarygodny, posyłano nas do dowódców odcinków. Niektórzy głowami kiwali, czy to w ogóle możliwe i dopuszczalne, żeby jeńców zwalniać. Mnie ratowała moja dobra znajomość języka niemieckiego. W późniejszych latach dowiedziałem się, że większości towarzyszy niedoli odebrano zaświadczenie i skierowano do obozów.

        Po południu 5 października znalazłem się w objęciach swojej wspaniałej i jakże kochanej rodziny. Radości nie było końca. Wszyscy cali i zdrowi, ale bezradni, bo w oknach nie ma szyb, nie ma wody ani światła, chleba też nie ma. Ale co to wszystko jednak znaczy wobec pewności, że nie grozi nam w każdej chwili śmierć. Jesteśmy dobrej myśli i jak zawsze wierzymy, że szczęście nas nie opuści, z głodu też nie pomrzemy, bo w przedpokoju stoją dwa worki żyta, które Psary (Brodowscy) zostawiły.

        W domu nie doznaliśmy żadnego uszczerbku w naszych szafach, nawet zapasy w spiżarni nie zostały uszczuplone, ponieważ nasi poznańscy uciekinierzy z takim przyjechali zaopatrzeniem, że połowę wieźli jeszcze z powrotem.

        Długo Żona zwlekała z zakomunikowaniem mi, że czekają na mnie na Ratuszu. Była pewna, że skoro mi to powie, zostawię wszystko i pobiegnę do pracy. Natychmiast się ogoliłem, umyłem, przebrałem w cywila i znowu przez te same doły, wyrwy, rowy wróciłem na plac Teatralny, który wczoraj opuściłem.

 

20 Powrót do Ratusza

        Objęcie Warszawy okupacją niemiecką przypieczętowuje parada wojsk niemieckich, przyjmowana 5 października przez tryumfującego w tym stadium wojny Hitlera. Urzęduje już niemiecki komendant miasta gen. Cochenhausen i komendant zarządu cywilnego niemieckiego, von Craushaar. Na Ratuszu jest nadal prezydent Starzyński. Znowu, jak w momencie wrześniowych zarządzeń ewakuacyjnych rządu, przed Starzyńskim staje po kapitulacji stolicy zagadnienie, pozostać w Warszawie, czy ją opuścić.

        Pytanie tym razem narzuca się znacznie ostrzej. Nie chodzi już bowiem tylko o odmowę posłuchu swej legalnej władzy zwierzchniej (premiera Składkowskiego), nie chodzi jedynie o ocenę własną, że władza nie ma racji. Tym razem chodzi o wyraźne i bezpośrednie niebezpieczeństwo osobiste, o zagrożenie własnego życia przez żądnego zemsty, a nieliczącego się z niczym wroga. Chodzi o poddanie się wyrokowi śmierci, jaki zapewne już na niego wydał ów wróg w odwecie za nieugięty opór, za ujawnienie przed światem we wrześniowych przemówieniach radiowych barbarzyństwa niemieckiego.

        Tak widzi rzeczy otoczenie i namawia prezydenta Starzyńskiego do opuszczenia Warszawy, do ukrycia się, do przejścia do walki podziemnej. Gen. Rómmel proponuje mu odlot przybyłym właśnie po siebie samolotem poza teren Polski. Sam nie skorzysta z tej możliwości, pragnąc dzielić ze swymi żołnierzami ich los, ale nakłania do wykorzystania sposobności byłego komisarza cywilnego swej armii. Radzą Starzyńskiemu przyjaciele nie rzucać życia na stos, lecz oddać je dalszej pracy dla narodu.

        Starzyński traktuje jednak wszystkie życzliwe rady i prośby jednakowo: postanawia wytrwać wbrew wszystkim i wszystkiemu. Konsekwentny, jak zawsze, odrzuca wszelkie sugestie. „Tu zostanę, nie zejdę z posterunku, nie będę dezerterem”. Wybrał sobie Starzyński w stanowisku prezydenta miasta po prostu posłannictwo, i misję swą pełni z poświęceniem. Osobiście  znajdowałem na ten postępek tylko jedno wytłumaczenie: Starzyński nie miał dzieci, w dodatku ukochana i uwielbiana przez niego żona Paulina z Chrzanowskich zapadła wiosną 1939 r. na ciężką, nieuleczalną chorobę i już 29 maja zmarła. Tak bardzo odczuł tę bolesną stratę, że nawet wyjechał wtedy z Warszawy. Nie mógł się uspokoić.