Goniec

Switch to desktop Register Login

Wspomnienia z mojego życia (44)

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

Bycs        W tym samym domu, co Kucharczykowie, mieszkał w suterenie szewc, który ze swoim czeladnikiem należeli do podziemia. Szewc zgodził się na wbudowanie aparatu radiowego w kaflowy piec w swym pomieszczeniu warsztatowym. Wyraził również zgodę na to, byśmy mogli wczesnym rankiem przychodzić i słuchać komunikatów. Było nas teraz dwóch, z tym że ja miałem dyżur co trzeci dzień z uwagi na bezpieczeństwo. Kucharczyk mieszkał na miejscu i wystarczyło zejść z do sutereny, ja musiałem iść pod oknami prawie całej, wąskiej ulicy Lisowskiej i codzienny widok mojej osoby o jednej i tej samej porze musiałby budzić domysły, w jakich celach ja tędy podążam. Wprawdzie znaliśmy się wszyscy bardzo dobrze i każdy gdzieś w czymś palce maczał, ale ostrożność w tych czasach była zawsze konieczna.

        Taka sytuacja trwała do jesieni 1942 r., aż pewnej nocy październikowej obaj szewcy zostali aresztowani przez Gestapo. Padł na nas blady strach. Na wszelki wypadek nie poszliśmy do pracy. Kucharczyk też pracował w ratuszu, w Lombardzie Miejskim. Po dwóch dniach ciszy, kiedy nie przeprowadzano żadnych rewizji w mieszkaniu szewca, nie szukano radia, można było dojść do wniosku, iż aresztowanie nastąpiło na skutek jakiejś innej wpadki. Następnego dnia ten sam zdun, który wmontował aparat, wyjął znowu kafle i po usunięciu aparatu doprowadził piec do pierwotnego wyglądu. Radio zapakowano i zakopano w przydomowym ogródku.

        Kilka dni zastanawialiśmy się, co dalej robić, przecież nie można przerwać podsłuchu, tak ważnej w tych czasach informacji dla społeczeństwa, które żyło tymi wiadomościami. Każdy pracownik przedsiębiorstwa, biura, urzędu rozpoczynał pracę dzieleniem się z towarzyszami ostatnimi wiadomościami komunikatów wojennych bądź przysłuchiwał się temu, co innym udało się zdobyć. Koło południa krążył wśród pracujących Biuletyn Informacyjny Dowództwa Armii Krajowej. Już następnego dnia po przerwaniu przez nas podsłuchu i niedostarczeniu tych wiadomości, zjawił się w moim gabinecie kolega Czesław Michalski, wicedyrektor Wydziału Personalnego, a jednocześnie zastępca naczelnego redaktora Biuletynu Informacyjnego, z pretensjami, że zawalamy pracę.

        Nie widząc żadnej innej możliwości, postanawiamy umieścić aparat u siebie. W czyim mieszkaniu, zdecyduje ciągnienie zapałek. Leon wyciągnął zapałkę z łebkiem. Radio umieszczono w specjalnie do tego przygotowanej skrzyni na węgiel z podwójnym dniem.

        Redakcję prowadziła moja sekretarka, Janka Hankowa, przedwojenna sekretarka dyrektora PAP-u – Polskiej Agencji Prasowej, a więc siła fachowa, odciążająca mnie całkowicie od tej pracy.

        W kilka tygodni po aresztowaniu szewców aresztowano Kucharczyka. Gestapo zabrało go z biura i zawiozło go do domu. Tam zażądano wskazania, gdzie znajduje się odbiornik. Powiedział, że pod węglem w piwnicy. Trzech gestapowców poszło z nim do piwnicy, czwarty został pilnować żony. Siedzieli w kuchni. Pech chciał, że gestapowiec usiadł tyłem do okna, mając przed sobą skrzynię z węglem. Pobyt gestapowców w piwnicy trwał długo, ponieważ Leon musiał wyrzucić na korytarz cały węgiel. Radio było faktycznie w pierwszych dniach października 1939 r. tam zakopane. Gestapowiec w kuchni nie spał. W pewnym momencie zauważył coś wiszącego za skrzynią. Odsunął więc skrzynię i znalazł słuchawki połączone z aparatem. W piwnicy wykopano radio i wszyscy przyszli na górę do mieszkania. Komendant kazał pilnującemu zabierać się do odjazdu, gdy sprawa radia się wyjaśniła, a wtedy ten pokazał skrzynię i w niej schowek z aparatem. Leona zabrano. Dopiero wtedy gestapowcy zaczęli bić i kopać Leona i Jadzię, i tylko płacz trzech małych synków ostudził nieco wściekłość gestapowców i uratował ją przed zabraniem.

        Natychmiast po odjeździe Gestapo Jadzia przybiegła do Honorci, żeby ją o tym powiadomić i mnie uprzedzić. Zniknąłem z biura i przez dwa dni nie zaglądałem ani do domu, ani do biura. Na razie cisza, ani tu, ani tam nie ma „odwiedzin” Gestapo. Nie została jednak rozwiązana zagadka, skąd grozi niebezpieczeństwo – czy aresztowanie Leona ma związek z szewcami, czy też z naszą ostatnią pracą.

        W grudniu 1942 r. aresztują młodszego brata Leona, Tadeusza Kucharczyka. Zupełne zaskoczenie. Tadeusz nie udzielał się w żadnej pracy podziemnej, był człowiekiem interesu, miał na Bielanach sklep żelazny, był dostawcą wyrobów żelaznych dla jednostki lotnictwa na Okęciu, dobrze mu się powodziło i nie miał zamiaru bawić się w politykę. A że i dla lotników te powiązania handlowe stanowiły tłusty kąsek, pod naciskiem żony Tadeusza, lotnicy zaczęli chodzić koło tej sprawy. Zdołali się nawet dowiedzieć, o co jest Tadeusz posądzony: o prowadzenie podsłuchu radiowego na ul. Lisowskiej. Zakomunikowali to żonie Tadeusza.

        Pewnego dnia przychodzi do nas Jadzia Kucharczykowa i mówi, że Tadeuszowa chodzi po Bielanach i grozi, że jeśli Tadeusza nie wypuszczą, pójdzie do Gestapo i powie, kto to chodził słuchać radia. Na razie nie wymieniała mojego nazwiska, ale że to była papla i dość prosta niewiasta, można się było spodziewać, że w każdej chwili może moje nazwisko wypowiedzieć.

        Trzeba było znowu zniknąć z powierzchni ziemi i przejść do Hadesu. Na szczęście lotnicy spowodowali to, że Gestapo sprowadziło szewców do Warszawy dla konfrontacji z Tadeuszem. Obaj stwierdzili, że przedstawiony im brat nigdy u nich nie był i nawet go nie znają. Tadeusz został zwolniony. Z kolei przywieźli do Warszawy Leona na nowe „przesłuchanie”, którym chcieli na nim wymusić ujawnienie nazwiska swego wspólnika. Po powrocie do Oświęcimia napisał kartkę, że był w Warszawie, że jest bardzo słaby, że zbił okulary, jest prawie ślepy (Leon w czasach szkolnych bawił się wiatrówką i sam sobie strzelił w prawe oko, tak że widział tylko na lewe).

        Wkrótce przyszło zawiadomienie, że „zmarł”. Jak musieli go katować, że w ciągu kilku tygodni ten potężny mężczyzna „zmarł” od odniesionych ran. Nie chcieli go szybko wykończyć, licząc, że długimi katuszami doprowadzą go do załamania się. Cierpiał i zginął, abym ja mógł żyć. Zapewne wierzył, że zaopiekuję się jego żoną i synami. Nie pomylił się w swym sądzie. Pomagałem im całą wojnę i jeszcze po wojnie.

        W domu naszym mimo tych trudnych warunków okupacyjnych obowiązywała czystość do przesady. Żona poświęcała dzieciom cały swój czas. Mieliśmy szczęście trafić na młodziutką, szesnastoletnią dziewczynę do dzieci, która również, jak Żona, sama była zawsze czyściuteńka i zadbana i tak samo dbała o dzieci. „Odziedziczyliśmy ją” po pani Zabłockiej, która po zabraniu męża inżyniera do obozu jenieckiego, zmuszona zarobić na utrzymanie swoich dwojga małych dzieci, otworzyła przedszkole. Dochód z niego (10 dzieci – na więcej nie pozwalało mieszkanie) nie wystarczał na utrzymanie dzieci, siebie i dziewczyny. Nasza dwójka, Maryleczka i Staś, chodziła też do tego przedszkola. Szybko dogadały się panie i Żona przejęła Marysię – tak było na imię tej pięknej, rumianej, wesołej, zawsze uśmiechniętej, z długimi, ciemnymi warkoczami Sarulównie. Pochodziła znad łotewskiej granicy, z bardzo biednego domu, ale miała wrodzoną inteligencję, pięknie pisała i czytała, miała wyczucie piękna, rysowała, robiła wycinanki, umiała zająć dzieci, a przede wszystkim kochała dzieci. Miałem teraz w domu dwa aniołki – Maryleczkę i Stasia, a do nich dwa anioły-stróże: Żonę i Marysię.

        Żeby zapewnić dzieciom świeże mleko, wsiadłem na rower, objechałem kilka wiosek, i w Dziekanowie trafiłem do gospodarzy, którzy po dłuższej rozmowie na tematy gospodarcze i polityczne zgodzili się odstępować mi co drugi dzień 3 litry mleka. Nim do rozmowy na ten temat doszło, oglądnąłem całe gospodarstwo: stajnię, oborę, chlewy, wygląd konia i krów, jaki porządek w kuchni, jak ubrana gospodyni, dzieci. Podobało mi się i dopiero wtedy przeszedłem na temat mleka. Dotychczas braliśmy od „bab”, jak popularnie nazywano kobiety roznoszące mleko, śmietanę, ser. Ale zauważyłem, że one w konwie, w których przynoszą mleko, pakują wszelkie resztki, odpadki, kości itp., jakie im dają odbiorczynie mleka. Z punktu przerwałem kupowanie od nich mleka. Wprawdzie do Dziekanowa ładny kawałek drogi – ponad 6 km, ale pięknej, asfaltowej, z wyjątkiem ostatniego kilometra polnej, ale utwardzonej.

        Któregoś majowego popołudnia wybrałem się swoim wspaniałym „Łucznikiem” na balonach w pierwszą podróż po mleko. W Młocinach zatrzymał mnie niemiecki żandarm. Kontrola dowodu osobistego, karty rowerowej i roweru – czy ma hamulce, latarkę, szkło odbłyskowe. Pogawędziłem z nim na temat dawnych czasów – był to stary landwerzysta z Saksonii, rolnik. Zapytałem go, czy nie będzie miał nic przeciwko temu, że co drugi dzień będę tędy przejeżdżał z trzema litrami mleka dla swoich małych dzieci. Odpowiedział, że „gdyby pan spotkał się z jakimiś trudnościami ze strony moich kolegów, proszę się powołać na mnie – Gendarmeriewachmeister Reschke.”

        Podziękowałem grzecznie, dodając, że chyba mnie to nie spotka, bo przecież żołnierz niemiecki czy policjant jest zawsze człowiekiem na miejscu i krzywdy nikomu nie zrobi. Przymrużył wtedy jedno oko. Zrozumieliśmy się.

        Zajączkowscy przyjęli mnie podwieczorkiem – chlebem własnego wypieku i kawą. Zmrok zapadał, kiedy wreszcie mogłem się od nich wyrwać.

        Opowiedzieliśmy sobie wszystko o sobie i od pierwszego dnia stworzyły się przyjacielskie stosunki. Zajączkowski okazał się bardzo inteligentnym człowiekiem. Samo nazwisko wskazywało, że cechy te odziedziczył po swoich przodkach. Już podczas tego spotkania Zajączkowscy zapewnili mnie, że mam u nich zagwarantowane kartofle na całą zimę, świeżą i kwaszoną kapustę, a przy okazji świniobicia i kawał mięsa. Jacy to byli życzliwi ludzie, będę miał jeszcze kilka sposobności, by o tym mówić.

        Te 3 litry mleka wprawiły cały dom w radosny nastrój. Można było znowu prowadzić racjonalne odżywianie dzieci po okresie kilku tygodni dość ograniczonych możliwości.

        Tak zaczęły się moje „turystyczne” wyprawy, które miały nieprzerwanie trwać równe cztery lata. Nie było pogody, która by była w stanie odstraszyć mnie od tej jazdy.

        22 czerwca 1941 r. spotkał mnie straszny wypadek podczas jazdy: najechała mnie jadąca za mną wojskowa cysterna. Kiedy na moment odzyskałem przytomność, zauważyłem, że leżę w rowie, cały zbroczony krwią. Stwierdziwszy, że ręce są całe, próbowałem się na nich wesprzeć i podnieść na kolana. Straciłem wtedy ponownie przytomność. Kiedy się znowu obudziłem, zauważyłem stojącą nad sobą dziewczynkę. Widząc, że otworzyłem oczy, zawołała: Proszę pana, niedaleko stąd mieszka doktor. Wyciągnąłem do niej ręce, pomogła mi wstać i, oparty na jej ramieniu, wolniutko szedłem ku laskowi. Po kilkudziesięciu krokach straciłem znowu przytomność. Dziewczynka pobiegła do sąsiednich domków i sprowadziła pomoc.

        Gdy się znowu obudziłem, stały nade mną jakieś niewiasty. Byłem już trochę obmyty, otrzymałem zastrzyk, w szklance jakiś płyn. Długi czas leżałem na otomanie, nim panie zdecydowały się podnieść mnie i posadzić na krześle przy stole, żeby móc przeprowadzić doraźny zabieg. Ostrzygłszy wokół rany włosy, obmywszy jakimś płynem ranę, przystąpiła lekarka do zszywania rany. Trudno jej to szło i długo trwało. Okazało się później, że jest po urodzeniu przed trzema dniami dziecka i nie ma po prostu sił.

        Po tej „operacji” czułem się z minuty na minutę lepiej. Nim jednak przyszedłem do siebie, by móc wstać, trwało kilka godzin. Wreszcie zdecydowałem się wstać, by wyruszyć ku domowi, tzn. dostać się do drogi, za- trzymać jakiś samochód wojskowy i dotrzeć na Bielany. Mimo sprzeciwu lekarki poprosiłem dwie młode niewiasty, by mnie wzięły pod rękę i tak krok po kroku doszedłem do drogi.

        Był to dzień wypowiedzenia wojny Rosji. Sznury ciężkich wozów wojskowych mknęły z zachodu na wschód i ze wschodu na zachód. Któryś z kolei kierowca zareagował na kiwanie niewiast, zatrzymał się i zabrał mnie. Przed Centralnym Instytutem Wychowania Fizycznego na Bielanach kierowca pomógł mi wysiąść. Stąd już było kilka kroków do domu. Przyglądali mi się przechodnie, nawet znajomi, ale nikt mnie nie rozpoznał. Cała głowa obandażowana, koszula zakrwawiona, spodnie również. Nic dziwnego, że gdy zadzwoniłem do mieszkania, a Marysia zobaczyła takiego fagasa, zatrzasnęła z powrotem drzwi.

        Musiałem pukać i przez drzwi się przedstawiać. Powstał krzyk i lament. Musiałem wszystkich uspokajać, że to nic groźnego, tylko trochę krwi pociekło.

        Noc przespałem spokojnie. Rano zadzwoniłem do dyr. Ivanki, by przysłał samochód i załatwił gdzieś sprawę zbadania mojej głowy. Około południa odezwał się Ivanka, że w Szpitalu Maltańskim będzie na mnie czekał kolega Orzechowski, dyr. wydziału z chirurgami.

        Obejrzawszy głowę jeden z profesorów zapytał, kto mi zszywał ranę, a gdy mu odpowiedziałem, że jakaś lekarka, odpowiedział: na pewno świetnie ceruje pończochy, ale o zszywaniu ran nie ma zielonego pojęcia. Okazało się, że nastąpiło już zakażenie. Operacja była długa i bardzo bolesna. Na szczęście nie było wstrząsu mózgu. Rana zagoiła się szybko. Po dwóch dniach zdecydowałem się pojechać do biura na kilka godzin. To nie z nadmiaru obowiązkowości, a po prostu nie widziałem sensu w siedzeniu w domu i udawaniu chorego, skoro mi już nic nie dolegało. Po dziesięciu dniach pojechałem po mleko. Przez czas ubiegłych dni zastępowała mnie Żona, która równie dobrze jeździła na rowerze, i do tego umiała się dogadać po niemiecku w razie zatrzymania przez policję.

 

21

Rola Wydziału Finansowego
– Budżet – Podatki i Daniny

        Wydział Finansowy był centralną jednostką, której dyrekcja inicjowała i realizowała politykę finansową miasta, będąc jednocześnie dyrekcją Wydziału Finansowego i dyrekcją finansową Zarządu Miejskiego. Dyrektor i wicedyrektorzy mieli tytuły nie dyrektora – wicedyrektora Wydziału Finansowego, a dyrektora – wicedyrektora finansowego Zarządu Miejskiego.

        W skład wydziału wchodziły działy Budżetowy, Kredytowy, Centralnej Księgowości, Podatków i Opłat, Urząd Egzekucyjny oraz Kas. Na czele stał dyr. Ivanka, któremu podlegały sprawy ogólne i kredytowe. Zastępcy: Aleksander Zawadzki kierował działem Budżetowym i Centralną Księgowością, a Stanisław Zaborowski - działem Podatków i Opłat, oraz Urzędem Egzekucyjnym, a po wydzieleniu Dzielnicy Żydowskiej w końcu 1940 r. – także Oddziałem Podatkowym na obszar Dzielnicy Żydowskiej. Cały Wydział Finansowy liczył ponad 450 pracowników, z czego 82 proc. stanowili zatrudnieni w podległych mi jednostkach.

        W czasie okupacji Zarząd Miejski nie przejawiał, ze zrozumiałych względów, inicjatywy fiskalnej, reprezentując linię ochrony finansowej ludności zniszczonego miasta i dążąc do uzyskiwania brakujących środków w postaci dotacji z Generalnego Gubernatorstwa. Formalnie przeto inicjatywa fiskalna, o ile nie była przedmiotem zarządzenia w skali Generalnego Gubernatorstwa, wychodziła z Urzędu Stadthauptmanna. Praktycznie były to sprawy omawiane wcześniej z nami (Kulski, Ivanka, Zaborowski) przez Kuntzego.

        Dwa posunięcia miały zasadnicze znaczenie dla finansów miejskich:

        1. wprowadzenie w połowie 1940 r. dopłat do cen biletów tramwajowych na rzecz opieki społecznej oraz dopłat do opłat za gaz i elektryczność,

        2. wprowadzenie w końcu 1941 r. podatku od napojów.

        Ustanowienie dopłat na rzecz opieki społecznej w przedsiębiorstwach miejskich stanowiło wyjście naprzeciw podwyżce taryf przedsiębiorstw miejskich i zakotwiczenie tego dodatkowego wpływu właśnie na rzecz opieki społecznej, co tym samym stwarzało element umożliwiający podwyższenie wydatków na ten cel.

        Podatek od napojów urodził się w konsekwencji naszych z Kuntzem peregrynacji na „kanapkes”, jak to nazywał Kuntze. Praktycznie sprowadził się on do podatku od napojów alkoholowych, fiskalnie i społecznie uzasadnionego wielkim rozwojem w owym czasie w Warszawie wszelkiego rodzaju barów, knajp itp.

        W wyniku wojny samorząd polski znalazł się wobec zwiększonych potrzeb w zakresie tzw. wydatków zwyczajnych, przede wszystkim w dziedzinie opieki społecznej. Okupant nie uzupełniał jednak systemu finansowego w sposób dostateczny. Takim uzupełnieniem środków gmin komunalnych w skali całego GG (Generalnego Gubernatorstwa) miała być wprowadzona w 1940 r. Danina od Mieszkańców – Inwohnerabgabe – będąca kombinacją pogłównego i podatku dochodowego. W skali potrzeb warszawskich wpływy z tego tytułu wynosiły nieco ponad 3 proc. wydatków zwyczajnych, wprowadzenie w Warszawie tej daniny miało jednak, obok strony dochodowej, ważne znaczenie społeczno-polityczne. Pracochłonna, chociaż nieskomplikowana procedura tego podatku pozwoliła na uzasadnienie potrzeby licznej obsady dodatkowej.

        Powstał więc kilkudziesięcioosobowy referat, który stał się wentylem wprowadzającym takich ludzi do Działu Podatków i Opłat, których należało przechować na przyszłość. Mówię „przechować”, bo jak wiemy, legitymacja pracownika miejskiego chroniła go przed wieloma niespodziankami.

        W składzie nowo przyjętych pracowników znalazło się kilku wybitnych profesorów, że wymienię tylko: światowej sławy matematyk Wacław Sierpiński, któremu powierzyłem magazyn materiałów piśmiennych. Umieściłem go w maleńkim pokoiku na antresoli, aby mógł dalej prowadzić naukową pracę. Cały magazyn mieścił się w jednej dwudrzwiowej szafie. Co ciekawe, temu wielkiemu matematykowi nigdy nie zgadzały się rozchody z przychodami i co kwartał trzeba było albo tworzyć fikcyjny przychód, albo też po prostu zabierać posiadane nadwyżki magazynowe. Był wśród nich anglista Uniwersytetu Warszawskiego, prof. Andrzej Tretiak, aresztowany później w jakiejś akcji, posłany do obozu koncentracyjnego, gdzie zginął. Trzecim był procesor UW Adam Krokiewicz, filolog klasyczny, który w okresie „pracy” w Dziale Podatków i Opłat przetłumaczył „Enneady” filozofa greckiego Plotyna. Gdyby nie ta posada, byłby najprawdopodobniej umarł z głodu, a przy nim żona i obie córki głuchonieme. Załatwiłem mu bezpłatne obiady dla całej rodziny z naszej kuchni wydziałowej, i to takie porcje z chlebem, żeby mogły wystarczyć na co najmniej dwa posiłki dziennie dla każdej osoby. Był jeszcze czwarty profesor, mój wykładowca greki na Uniwersytecie Poznańskim, u którego pisałem pracę magisterską, Witold Klinger. Nie pracował wprawdzie, ale też otrzymywał dla siebie i żony obiady.

        Największą grupę nowo przyjętych do pracy z okazji wprowadzenia daniny od mieszkańców stanowili moi koledzy z Ministerstwa Skarbu, wysokiej klasy specjaliści z różnych dziedzin skarbowości. Było ich ponad dwudziestu. Część skarbowców udało się też ulokować w inspektoratach podatkowych niemieckich.

        Była też grupa pedagogów szkół średnich, które zostały zlikwidowane. Znaleźli się wreszcie i wojskowi – oficerowie z pułkownikiem Karolem Ziemskim, byłym dowódcą 36pp Legii Akademickiej, na czele. By Ziemski mógł pełnić swoje „podstawowe” zadanie w czasie okupacji, mianowałem go szefem zespołu kontrolerów podatkowych, którzy mieli prawo wstępu do wszystkich zakładów polskich i niemieckich (z wyjątkiem wyłącznie wojskowych i policji) prowadzących jakąkolwiek działalność gospodarczą. Ziemskiemu wyrobiłem nie tylko legitymację pracownika miejskiego, ale również specjalne zaświadczenie podpisane przez szefa Abteilung II Finanzen, upoważniające go do poruszania się po mieście w godzinach nocnych i wstępu do nocnych lokali. Mógł więc prowadzić obserwacje w niemieckich przedsiębiorstwach gastronomicznych.

        Zafundowałem mu nawet czapkę z tak szerokim otokiem złotym, że, jak twierdził, nawet podczas łapanek nikt nigdy nie odważył się go zatrzymywać. Był też dowódca jednej ze szkół podchorążych, kolega z Ministerstwa Skarbu, Witold Perczyński, współpracownik w podziemiu płk. Ziemskiego, który, niestety, podczas ćwiczeń, zetknąwszy się z oddziałem SS, zginął w walce.

        Przechowywałem u siebie swego dawnego ucznia z gimnazjum pyzderskiego, Ludwika Gawrycha, dowódcę batalionu oddziałów wojskowych Stronnictwa Narodowego, późniejszego dowódcę Batalionu „Gustaw” w Powstaniu Warszawskim. Znalazł się wśród nich mój przyjaciel i kolega uniwersytecki, Edmund Kutzner, wykładowca w Szkole Kadetów w Rawiczu. W Urzędzie Egzekucji pracował mój szwagier, Czesław Nowak, były burmistrz Łyśca. Można by tę listę dalej mnożyć nowymi nazwiskami ludzi, którzy się uchowali i przetrwali okupację.

        Specyficzną dla okupanta cechą zmian w systemie podatkowym samorządu było wyłączenie Niemców spod obowiązku podatkowego wobec polskich gmin. Niemcy nie płacili danin od mieszkańców, w kasynach i kantynach niemieckich nie pobierano podatku od napojów, w tramwajach płacili 15 groszy zamiast 25. W odniesieniu do podatku od psów wprowadzono podwyżkę z 20 zł na 100 zł, z tym że psy trzymane przez Niemców „dla ochrony osobistej” nie podlegają opodatkowaniu, co w praktyce sprowadzało się do uchylania się Niemców od płacenia tego podatku.

        To uchylanie się Niemców od opodatkowania wystąpiło jaskrawie w zakresie kin. Kina były opodatkowane samoistnym podatkiem miejskim od publicznych zabaw, rozrywek i widowisk. Stawki były stosunkowo wysokie, dochodzące do 30 procent ceny biletu. Było to dość pokaźne źródło dochodowe miasta. Na początku okupacji wszystkie kina zostały objęte powierniczym zarządzeniem niemieckim. Treuhaender kin – powiernik – sprawę opodatkowania kin uregulował na początku 1940 r. własnym okólnikiem, ustanawiając podatek w wysokości 5 proc. ceny biletu. Na tę niewłaściwość zwróciłem uwagę w Hauptabteilung Finanzen GG. Przyznano nam rację i sprawa w rok później została uregulowana zarządzeniem o wprowadzeniu podatku filmowego. Kina jednak i tych 5 proc. nie płaciły, zaległości rosły. Po wprowadzeniu podatku filmowego Treuhaender nadal nie pozwolił kierownikom kin odprowadzania do kasy miejskiej należnego podatku. Zirytowała mnie ta jego bezczelność. Udałem się więc do niego osobiście, ale ta jego stanowcza postawa, że nie będzie Polakom płacić podatku, doprowadziła mnie do ostateczności. Przygotowałem w oparciu o obowiązujące przepisy odpowiednie pismo do szefa kontrolerów Karola Ziemskiego, polecające w najbliższą sobotę i niedzielę przeprowadzić egzekucję należności podatkowych przez zajęcie wszystkich wpływów kasowych w kinach.

        Z tym pismem udałem się do zastępcy Stadthauptmanna, dr. Fribolina, który od niedawna objął ten urząd i u którego cieszyłem się osobistą sympatią – o czym później. Fribolin nie miał ochoty wyrażenia akceptacji, uważając taki zabieg za zbyt drastyczny. Zapytałem więc, co na to miejsce proponuje, bo ja osobiście się pofatygowałem do Treuhaendera, a on się wyśmiał z mego żądania. Na pewno przy najbliższych naszych staraniach o dotację w GG spotkamy się z uzasadnionym sprzeciwem: od nas to chcecie, a swoich pieniędzy nie umiecie ściągnąć.

        Tym przekonałem Fribolina – zgodził się na egzekucję. Teraz poprosiłem o asystę niemieckiej policji. „Po co?” – zapytał. Bo nie chcę, aby moi kontrolerzy pojechali do Oświęcimia. Zastanowił się chwilę, po czym rzekł „Dobrze, niech pan zorganizuje ekipę kontrolerów, a ja zapewnię udział policji”. Na pożegnanie dodał: „Sie sind ein schwerer Mensch, Herr Zaborowski” – jest pan, panie Zaborowski, twardym człowiekiem.

        Jako egzekutorów wyznaczyłem swego szwagra, Czesia Nowaka, i swego przyjaciela, Munia Kutznera. Obaj mówili perfekt po niemiecku i poprawniej niż większość Niemców, w dodatku z akcentem berlińskim – Hochdeutsch.