Goniec

Switch to desktop Register Login

Wspomnienia z mojego życia (48)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

BycsNie mogłem jednak robić dywersji i nie przyjąć tej „nagrody”. Po podpisaniu listy wypłat poprosiłem do siebie prezesa nieistniejącego formalnie związku naszej grupy i poprosiłem, żeby tę kwotę przyjął jako pomoc dla najbiedniejszych dwóch – trzech osób, zachowując w tajemnicy źródło, skąd ona pochodzi. Niestety, jakąś drogą dotarło to do moich kolegów. Nasze stosunki służbowe i koleżeńskie z Ivanką uległy od tego czasu oziębieniu. Pretensje o to mieli koledzy Zawadzki i Niemiec (po wojnie zmienił nazwisko na Niemski), uważając, iż przede wszystkim nam się należała ta pomoc. Nawet Fribolin przy okazji złośliwie zauważył, że „Pan nie przyjął zapomogi dlatego, że od Niemców, prawda? Powinienem się obrazić na Pana”. Ale się jednak nie obraził.

        Natomiast prezydent Kulski, który wymagał bezwzględnej dyscypliny służbowej, w tym przypadku pochwalił moje postąpienie. Z rozmowy wy- wnioskowałem, że musiał porządnie natrzeć uszu Ivance, skoro zaznaczył, że każde działanie poza jego plecami, które wprowadza poczucie niesprawiedliwości w aparacie pracowniczym, musi go zmusić, chociażby z największym żalem, do posunięć aż do zdjęcia ze stanowiska.

        Ivanka widocznie zlekceważył ostrzeżenie, skoro po niedługim czasie ponowił swoje starania u Fribolina o nową zapomogę. Zbiegły się one z krokami, jakie podjął prezydent u nadzoru niemieckiego dla uzyskania zapomóg dla ogółu pracowników miejskich. Kulski w tym wypadku zareagował szybko i ostro: Wezwał Ivankę i oświadczył mu, że dalszą współpracę z nim uważa za niemożliwą. Aby jednak nie dać Niemcom okazji do rozgrywki niekorzystnej dla polskich władz miejskich, zaproponował, żeby powiadomienia o zmianie na stanowisku dyrektora finansowego dokonali wspólnie u Fribolina, podkreślając, że wynika ona z wzajemnego uzgodnienia. Nieobecnego w tym czasie Leista zastępował Fribolin, co nie było korzystne dla decyzji prezydenta Kulskiego.

        W nadzorze wybuchła burza. Fribolin stanowczo odrzucił propozycję zmiany. Zarzucił nawet Kulskiemu, iż zwalnia Ivankę, ponieważ nadzór niemiecki ma do niego zaufanie i uznanie, że proponowany przez niego następca, wicedyrektor Niemiec, nie ma tych kwalifikacji (w tym miejscu miał Fribolin rację) i walorów, jakie ma Ivanka, dzięki którym wiele spraw mogło być załatwione z korzyścią dla interesów polskich. Radził Kulskiemu wycofać się z jego decyzji. „Sam pan zapłaci, jeśli nie zmieni pan swego stanowiska.”

        Prezydent wrócił zbulwersowany. Sytuacja była groźna. Fribolin był najprawdopodobniej nastawiony negatywnie do tej kwestii przez Kunzego. Po południu zadzwonił Kunze, żeby przyjść do niego. W trakcie długiej debaty, podczas której starałem się urobić Kunzego przychylnie do decyzji Kulskiego, Kunze w pewnym momencie spojrzał na zegarek i przeprosiwszy, że musi przerwać naszą rozmowę, ponieważ jest umówiony z Fribolinem, chętnie będzie ją kontynuował za dwie godziny.

        Drugie spotkanie zaczęło się od słów:  „Czy, jeśli jutro Fribolin nie będzie się sprzeciwiał odejściu Ivanki, mogę wtedy wysunąć na to miejsce pańską kandydaturę? Z Kunzem mogłem być zupełnie szczery. Zapytałem go wprost: Czy Pan zdaje sobie sprawę, jak przyjmie polskie społeczeństwo i moja władza, która dotychczas ma do mnie pełne zaufanie, moją nominację na wniosek Niemców?

        Przyznał mi rację. Wtedy zadzwoniłem do Jamiołkowskiego i poprosiłem go, żeby w swym urzędowym pokoju pozwolił mi zjeść kolację z Kunzem. Przy kieliszku i dobrej zakąsce łatwiej prowadzić rozmowę i namawiać do ustępstw. Zapewniłem też Kunzego, że po odejściu Ivanki, którego talent i zalety uznaję, nasza współpraca się jeszcze zacieśni i spotkania będą częstsze niż dotychczas.

        Nazajutrz poszedł Kulski do Fribolina wyłącznie ze swoim osobistym tłumaczem, dr. Emilem Kipą, bez Ivanki. Kulski potwierdził swoje niezmienne stanowisko. Fribolin już nie groził, nie sprzeciwiał się, dodał tylko, że następca nie może liczyć na podobny stosunek nadzoru co Ivanka.

        Kim był dr Kipa? Przed wojną docent na Wydziale Historii Uniwersytetu Warszawskiego i wykładowca historii dyplomacji w Szkole Głównej Handlowej, z której przed nim składałem egzamin dyplomowy. Był też długie lata konsulem generalnym w Hamburgu. Miał u Leista wielkie uznanie, który nigdy nie odzywał się do niego inaczej, niż Herr General Konsul. Zawsze towarzyszył Kulskiemu we wszystkich konferencjach i rozmowach z władzami niemieckimi. Kulski bowiem od początku do końca okupacji udawał, że w ogóle nie zna ani nie rozumie języka niemieckiego. Owszem, nie znał go na tyle, by się nim móc posługiwać, ale dostatecznie dobrze, by zrozumieć treść i sens rozmowy. Taka sytuacja była wygodna – miał czas, nim Kipa przetłumaczy mu treść, zastanowić się nad najlepszą odpowiedzią.

        Dyrektorem finansowym został Kazimierz Niemiec, ściągnięty przed kilkoma miesiącami przez Ivankę z Radomia, gdzie był kierownikiem finansowym w tamtejszym zarządzie miejskim. Przed wojną był prokurentem Banku Gospodarstwa Krajowego. Często przyjeżdżał z Radomia do Warszawy, gdzie miał swoje mieszkanie i gdzie stale przebywała żona, odwiedzał wtedy nas i od nas brał wzory organizacji komórek i pracy, które następnie w Radomiu adaptował. To było powodem, że stałem się jego najbliższym współpracownikiem i doradcą, a przede wszystkim wyręczycielem w trudniejszych czy kłopotliwych zagadnieniach z Niemcami. Był to typowy urzędnik, buchalter, bez większego polotu, człowiek nudny do zmęczenia, do tego tchórz, chętnie wysługujący się innymi, gdy trzeba było się przeciwstawić komuś wyższemu, zwłaszcza Niemcom. A jeśli kwestia była groźna, po prostu nie przyjeżdżał do biura i spadała ona wtedy na mnie.

        Ivanka przeszedł na stanowisko naczelnego dyrektora Komunalnej Kasy Oszczędności m.st. Warszawy. Tak się złożyło, że dotychczasowy dyrektor KKO musiał zniknąć i ukrywać się przed Gestapo. KKO była dużą instytucją finansową, posiadała oprócz centrali 5 oddziałów miejskich. Dotychczas Ivanka w imieniu prezydenta pełnił funkcję prezesa Rady Naczelnej KKO, obecnie Kulski mnie tę funkcję zlecił. Zgodnie ze statutem KKO, prezesem Rady Naczelnej KKO był każdorazowy prezydent miasta bądź osoba przez niego delegowana. Było to nie tylko wysokie wyróżnienie, ale jednocześnie nie do pogardzenia uposażenie z kasy KKO. Co tydzień było posiedzenie zarządu, na którym rozpatrywano podania o pożyczki, o spłaty ratalne, prolongaty terminów płatności itp. KKO finansowało przemysł, handel, rzemiosło.

        12 sierpnia 1943 r. Armia Krajowa przeprowadziła wspaniałą akcję, która do historii okupowanej Warszawy weszła pod kryptonimem „Sto milionów”. Była to wielka „operacja ekspropriacyjna” na transport pieniędzy z gmachu Banku Emisyjnego przy ul. Bielańskiej, której rezultatem było zdobycie przez konspirację ponad 100 mln złotych „krakowskich” i kilka milionów ukraińskich grzywien. Akcja rozegrała się na rogu ulicy Senatorskiej i Miodowej, tuż przy placu Zamkowym.

        Do przewożenia pieniędzy bank używał zwykle samochodów Zakładu Oczyszczania Miasta. Pewnego dnia płk Emil Kumor, który organizował i przeprowadził napad, zwrócił się do wiceprezydenta Pawłowicza z prośbą aby w określonym dniu, gdy bank zażąda samochodu, dał kierowcę samotnego, odważnego i oddanego sprawie polskiej. Bank, w którym Kumor miał oddanych sobie ludzi, zażądał w określonym dniu przez Kumora samochodu. Po załadowaniu worków z pieniędzmi samochód z silną eskortą policji niemieckiej i robotnikami polskimi, którzy załadowali, a potem mieli rozładować samochód, ruszył z Bielańskiej i dalej jechał Miodową. U wylotu Miodowej przy Krakowskim Przedmieściu grupa robotników przy pomocy barierek używanych przy robotach drogowych zamknęła drogę i zaczęła reperować bruk. Byli to „robotnicy” Kumora. Obok nich stał samochód z żandarmerią niemiecką, również ludzie Kumora. Gdy niemiecki komendant transportu zauważył, że ulica zamknięta, polecił kierowcy skręcić w wąską w tym miejscu ul. Senatorską i tą drogą dostać się na Plac Zamkowy, a potem na most Kierbedzia. Gdy samochód wjechał w Senatorską, drogę zatarasował wózek ręczny. Kierowca musiał zahamować. I wtedy z obu stron Senatorskiej rozległy się strzały. Załoga została sterroryzowana. Pieniądze zostały przerzucone na inny samochód i przewiezione do kas AK.

        Następnego dnia ukazało się ogłoszenie szefa policji, który obiecywał nagrodę w wysokości 5 mln zł dla każdego, kto wskaże sprawców bądź naprowadzi na ślad uczestników napadu. W dzień potem wawerczycy przelicytowali szefa policji, nalepiając na jego ogłoszeniu niewielki afisz własny: „10 mln damy każdemu, kto wskaże następny taki transport”.

        Na wielu ogłoszeniach szefa policji pojawił się też inny napis: „Byłem jedynym świadkiem, wszystko widziałem i wszystko opowiem w zamian za pocałowanie mnie w dupę. /-/ Król Zygmunt III, pl. Zamkowy, kolumna”.

        I znów udręczona Warszawa miała okazję do śmiechu z kolejnej porażki okupanta – z nawiązką odebrano obie kontrybucje.

        W trzy dni później, 15 sierpnia, znowu wyszedł szmatławiec, „Nowy Kurier Warszawski”, z nadrukiem wielkimi czerwonymi literami: „Niech żyją Polskie Siły Zbrojne”. U stóp pomników żołnierskich płonęły znicze, dookoła leżały wiązanki biało-czerwonych kwiatów, cokoły były owinięte wstęgami o barwach narodowych. Szczególnie okazale wyglądał Grób Nieznanego Żołnierza. Na płycie grobu na tle czerwonych goździków ułożono orła z białych gladiolusów, poniżej symbol Polski Walczącej – Kotwica. W ten sposób uczczono Dzień Żołnierza.

        Ledwie skończyła się spłata tej drugiej kontrybucji, gdy ukazało się nowe zarządzenie o trzeciej kontrybucji, wynoszącej teraz już 100 mln zł. Kontrybucję nałożył zarządzeniem z dnia 2 lutego 1944 r. dowódca SS i Policji Dystryktu Warszawskiego w związku z udanym zamachem na szefa policji Kutscherę.

        Natychmiast „ciężko zachorował” dyrektor Niemiec. Znowu zostałem kozłem ofiarnym. Nie uchylałem się zresztą od tego, wiedząc, że pomagam prezydentowi dźwigać ten wielki ciężar odpowiedzialności za losy Warszawy i jej mieszkańców.

        Na drugi dzień na ogłoszeniach o kontrybucji widniały napisy, podbite pieczęcią o dużych czarnych literach: „Za Himmlera damy dwieście, tylko nam go tu przywieźcie”.

        Kwota 100 mln była jednak olbrzymia i przewidywaliśmy trudności w jej ściągnięciu. Interwencje naszego nadzoru niemieckiego w dystrykcie dały pewien rezultat: Warszawę obciążono 85 mln, na gminy podwarszawskie przerzucono 15 mln. Mimo to kwota 85 mln zł zmuszała do obciążenia w porównaniu z drugą kontrybucją niektórych grup płatników stawkami dziesięcio- do ponad dwudziestokrotnie wyższymi.

        Wpłaty w Warszawie wpływały wolno i, zgodnie z naszą tendencją, o dotrzymaniu terminu 28 lutego nie mogło być mowy. Niespodziankę zrobiły gminy, które całą kwotę wpłaciły przed terminem. Wywołało to nawet niezadowolenie nadzoru niemieckiego, postawiono nam zarzut sabotowania akcji. Ograniczono się jednak tylko do pogróżek i wyznaczania coraz to nowych terminów. Nie było dnia (dyr. Niemiec dalej „chorował”), żebym nie był wzywany przez Fribolina, od którego musiałem wysłuchiwać przykrych uwag, na odparcie których nie było rzeczowych argumentów.

        Gdy minęły kolejne wyznaczone terminy z niedużymi efektami, a zdenerwowanie i pogróżki, teraz już z urzędu gubernatora, zapowiadały koniec zabawy w ciuciubabkę i przekazanie sprawy w ręce policji, musiałem dla pozoru uruchomić swój aparat egzekucyjny, polecając egzekutorom w pierwszej fazie doręczać opornym płatnikom jedynie upomnienia, w następnej kolejności zajmować ruchomości, w żadnym wypadku nie wolno jednak dopuścić do realizowania postępowania egzekucyjnego i ogłaszać licytacji zajętych przedmiotów. Zaznaczyć muszę, że chodziło tu o płatników, których obciążenie stawkami nie przekraczało w żadnym przypadku ich zdolności płatniczej.

        Dopiero w kilka miesięcy po terminie wyznaczonym zarządzeniem dowódcy SS uzyskano wreszcie całe 85 mln.

        Na marginesie sprawy kontrybucji zanotować trzeba pewien szczegół świadczący o wyrobieniu obywatelskim zespołu pracowników miejskich. Oto obwieszczenie o kontrybucji zwalniało od obowiązku partycypowania w jej spłacie mieszkańców miasta niepolskiej narodowości oraz Polaków pozostających w służbie niemieckiej. Leist był gotów zastosować rozszerzającą interpretację i włączyć do grona osób zwolnionych także i pracowników miejskich, traktując ich jak pozostających w służbie niemieckiej.

        Przedstawicielstwo pracownicze reprezentowane w tym czasie przez Pracowniczą Komisję Samopomocy Społecznej odrzuciło tę propozycję, oświadczając, że nie uważa siebie za pozostających w służbie niemieckiej a służąc interesom ludności polskiej gotowi są wraz z nią ponosić ciężary, jakie na nią spadają. Leist przyjął to do wiadomości.

        Zajęte przez pracowników miejskich stanowisko wpłynęło również na decyzje prawie wszystkich Polaków zatrudnionych w przedsiębiorstwach niemieckich i instytucjach, którzy przy pobieraniu kart żywnościowych dobrowolnie wpłacali należną grzywnę. Grupa ludności nieprowadząca żadnej działalności gospodarczej ani niebędąca wolnym zawodem, obciążona była niewielką stawką kontrybucji pobieraną przy odbiorze kart żywnościowych.

 

25

Powstanie Warszawskie

        W trzeciej dekadzie czerwca 1944 r. wojska sowieckie przystąpiły do natarcia i ofensywa ruszyła z rozmachem naprzód. W pierwszych dniach lipca sowieckie korpusy pancerne Frontu Białoruskiego wdarły się w rejon Mińska i po kilkugodzinnej walce zajęły stolicę Białorusi. Na wschód od Mińska znalazło się w okrążeniu ponad 100.000 żołnierzy niemieckich. Na centralnym kierunku frontu sowiecko-niemieckiego wytworzyła się ogromna luka, której Niemcy nie byli w stanie wypełnić. Wojska 3. Frontu Białoruskiego dotarły w połowie lipca pod Grodno, a wojska 2. Frontu Białoruskiego po zlikwidowaniu zgrupowania nieprzyjacielskiego koło Mińska, wyzwoliły 27 lipca Białystok. Natomiast wojska 1. Frontu Białoruskiego obeszły od północy twierdzę Brześć n. Bugiem, przekroczyły 20 lipca Bug i parły w kierunku Warszawy.

        W tych dniach, kiedy walił się front i Hitler w Obersalzberg ściągnął do „Wolfsschanze” (Kętrzyn), 20 lipca Claus von Stauffenberg dokonał zamachu na Hitlera. Zginęły 4 osoby z jego otoczenia, jednak Hitler ocalał. Z popękanymi bębenkami uszu, kontuzjowanym prawym ramieniem, ogłuszony wybuchem, zemdlał. Ten nieudany zamach, zakończony rzezią „karmazynowego bractwa”, jak hitlerowcy nazywali generałów i członków sztabu generalnego, ujawnił głębokie sprzeczności pomiędzy partią hitlerowską a Wehrmachtem, która przestała uważać swego dotychczasowego wodza za geniusza.

        Resztki armii niemieckiej (25 dywizji zostało całkowicie zniszczonych) cofały się na linię Wisły. Front rozpadał się. Ulicami Warszawy ze wschodu na zachód przeciągały chłopskie furmanki, zwane przez Niemców „Paniewagen”, wioząc rannych żołnierzy. Wśród wielkiego szpaleru tłumów nie było warszawiaka, który by nie chciał zobaczyć na własne oczy odwrotu „panów świata”. Nie była to już armia maszerująca karnie jak jeden mąż, zdumiewająca swą dyscypliną i wyposażeniem.

        Teraz szli ludzie, którzy pragnęli jednego: uniknąć śmierci lub niewoli sowieckiej. Mieszały się mundury – obok zwykłych wehrmachtowców, ubranych w mundury feldgrau, widziało się SS-manów ukraińskich, honwedów węgierskich w oliwkowych mundurach, którzy w postoju na placu Wilsona na Żoliborzu sprzedawali swoje piękne, choć wychudzone gniadosze pełnej krwi za kilka litrów wódki, Kozaków, którzy za grosze sprzedawali broń lub wymieniali ją na gorzałkę.

        Aleja Waszyngtona, Zieleniecka, Zygmuntowska, wszystkie mosty, wszystkie drogi wylotowe ku zachodowi, jak Grójecka, Puławska, Mickiewicza, Słowackiego – przeładowane były wojskiem, rozbitkami z różnych dywizji, zlepkami oddziałów, które czym prędzej pragnęły się dostać za Wisłę.

        Ten odwrót wydawał się nam początkiem prawdziwej klęski III Rzeszy. Przez kilka dni Warszawa żyła jak w cudownym śnie. To już było inne miasto – pełne radości, nawet szaleństwa.

        W związku z tą zmieniającą się sytuacją i niepewnością jutra prezydent Kulski pomyślał o zabezpieczeniu Ratusza i jego zawartości. Przypadł mi w udziale nowy tytuł: „Szef Ochrony Ratusza”. Od czwartku, 20 lipca, stałem się komendantem dwudziestoosobowego zespołu pracowników, który podzielony na dwa oddziały, pełnił dzień i noc wartę, czuwając nad bezpieczeństwem i porządkiem w poszczególnych komórkach organizacyjnych, nad zabezpieczeniem wejść do gmachów i poszczególnych wydziałów, nad właściwym przechowywaniem akt i dokumentów po godzinach urzędowych, jak i nad zachowywaniem się sąsiadów – niemieckich władz nadzoru.

        Posterunek taki wymagał permanentnej obecności w ratuszu, czuwania przez 24 godziny na dobę, przez wszystkie dni aż do odwołania. Mój kontakt z domem był tylko telefoniczny. Nie mogłem jednak przypuszczać, że najbliższe spotkanie z rodziną nastąpi dopiero po pełnych pięciu miesiącach, 20 grudnia 1944 roku. Pracownicy mojego zespołu wartowniczego pełnili dyżury co drugi dzień. Mnie nie miał kto zastąpić, prezydent nie przewidywał zastępcy dla mnie, ponieważ chodziło tu jeszcze o znajomość języka niemieckiego, zwłaszcza w czasie, kiedy agendy miejskie są nieczynne. W dzień też byłem nieodzownie potrzebny, ponieważ dyr. Niemiec ciągle jeszcze „chorował”, a Zawadzki wziął na lipiec urlop i w dodatku nie zostawił nawet adresu, pod którym można by było się z nim skontaktować. Tylko prezydent Kulski „osładzał” mi więzienny stan swoimi odwiedzinami.

        22 lipca przyszedł zastępca intendenta ratusza Marian Mieczyński z meldunkiem, że nasi Niemcy z nadzoru się pakują. W niedzielę rano nowa zmiana warty przyniosła z różnych dzielnic miasta najrozmaitsze wiadomości czy plotki, że wśród Niemców wybuchła panika, że gestapo pali akta w biurach i urzędach, że likwidują posterunki i magazyny, że nawet gubernator Fischer opuścił już Warszawę. Poleciłem więc kilku pracownikom przeprowadzić mały wywiady w okolicach głównych urzędów niemieckich, a sam, przekazawszy zastępstwo Mieczyńskiemu, kazałem założyć naszego deresza do powoziku i jak za dawnych dobrych czasów pojechałem „na spacer w Aleje Ujazdowskie”, gdzie było centrum siedzib najwyższych dostojników hitlerowskich, w al. Szucha, gdzie w gmachu dawniejszego Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego mieściła się siedziba centrali Gestapo, dalej Marszałkowską, Królewską, przez plac Saski, gdzie była siedziba gubernatora dystryktu i policji, z powrotem do ratusza.

        Ślepy by się zorientował, że działo się wszędzie coś nadzwyczajnego, coś, co wskazywało na pośpiech, nerwowość, niepewność. Wokół każdego urzędu, willi, pałacu był niesamowity ruch, stały wozy ciężarowe, w samochodach siedzieli kierowcy.

        Zadzwoniłem więc do Kulskiego, by go poinformować o sytuacji i zapytać, czy nie ma jakichś specjalnych poleceń dla mnie. Odpowiedział, że w takiej sytuacji woli się nie pokazywać na ratuszu, siedzi w domu i jest w każdej chwili telefonicznie osiągalny, gdyby zaszły nowe okoliczności wymagające uzgodnienia z nim. Jest jednak przekonany, że w każdej sytuacji dam sobie radę.

        Dziś wcześniej niż zwykle poszedłem na śniadanie do Langnera. Była to winiarnia przy pI. Teatralnym połączona z restauracją kat. lux. Dziś o godz. 11 nie było nikogo, gdy normalnie o tej porze było pełno gości – dygnitarzy i wyższych oficerów niemieckich. Przysiadł się pan Langner i rozpoczął rozmowę od słów: „Dziś będziemy chyba tylko my dwaj przy obiedzie. Zapraszam pana na kieliszek dobrego wina. Wątpię, by który z moich stałych gości się zjawił. Część, jak wiem, już wyjechała i do obiadu zniknie zapewne reszta. Takiego zdania był mój rozmówca. Zapewniał także, iż tłum podniecony tą ucieczką Niemców w kilku miejscach miasta rzucił się do rabunku mienia niemieckiego – sklepów i magazynów, w czym pomagała „granatowa policja” (granatowa znaczy polska, podporządkowana nie prezydentowi miasta, a szefowi SS i Policji). Z tego by wynikało, że koniec panowania Niemców jest bliski i nieodwracalny.

        Była godz. 16 z minutami, staliśmy z Romanem Dawidowskim, głównym intendentem ratusza, i jego zastępcą Mieczyńskim, przed głównym wjazdem na dziedziniec ratusza, gdy nagle z dziedzińca pałacu Blanka zaczęły wyjeżdżać samochody osobowe, a za nimi ciężarowe. W pierwszym jechał Leist z Fribolinem, w następnych reszta pracowników nadzoru. Kiwali do nas rękami na pożegnanie, odpowiedzieliśmy im skinieniem głowy. Byliśmy „wolni”.

        Natychmiast poleciłem Mieczyńskiemu, by udał się do pałacu Blanka i zabezpieczył swoje gospodarstwo przed rabunkiem – Mieczyński był intendentem tego obiektu, znał możliwie język niemiecki. Należało natychmiast zamknąć bramę i postawić posterunek. Pracownicy Volksdeutsche pozostali, nie zabrał ich Leist.

        Nie minęła godzina od odjazdu Leista, gdy przed bramę nadjechała czarna limuzyna i wysiadł z niej szef kadr w urzędzie Stadthauptmanna, Hans Tkotsch. Podszedł do mnie, przywitaliśmy się po przyjacielsku, i zameldował (po polsku, pochodził z polskiej rodziny, która po plebiscycie optowała na rzecz Niemiec), że z polecenia dr. Fribolina ma mi zaproponować ewakuację z całą rodziną do nowego miejsca postoju urzędu Stadthauptmanna. Jeżeli się zgadzam, przyjedzie po mnie i moją rodzinę wóz osobowy, a po rzeczy – wóz ciężarowy. Proszę podziękować panu dr. Fribolinowi za okazaną życzliwość i chęć zaopiekowania się mną i moją rodziną, ale ciążące na mnie obowiązki służbowe, zwłaszcza po wyjeździe panów, wobec mieszkańców i pracowników, nie pozwalają mi opuścić posterunku. Jak dr Fribolin wie, jestem w tej chwili jedynym obecnym w Warszawie członkiem dyrekcji finansowej i nie może powstać sytuacja, że jutro kasy miejskie będą nieczynne z powodu braku dyspozycji – podpisu na czekach i innych dokumentach wypłat. Tkotsch przyjął moje oświadczenie do wiadomości, a przy pożegnaniu rzekł: „Ja bym też nie ryzykował jazdy w nieznane”.

        W poniedziałek, 24 lipca, bezpośrednio po rozpoczęciu pracy przybył kolega Galster, mój dawniejszy szef, naczelnik Wydziału Egzekucji w Ministerstwie Skarbu, w czasie okupacji pracownik niemieckiego Inspektoratu Finansowego na Krakowskim Przedmieściu, z wiadomością, że Finanzinspekteur Hufsky ładuje wszystkie pieniądze i rejestry podatkowe wraz z wszystkimi dowodami do skrzyń, i za dwie – trzy godziny wyruszy z całym bagażem w nieznanym kierunku. W Warszawie były dwa inspektoraty podatkowe niemieckie, które wymierzały i ściągały podatki państwowe, w których, jak już była wcześniej mowa, miasto miało duży udział. W inspektoratach tych większość pracowników stanowili Polacy, starzy fachowcy skarbowi, wielu z nich z Ministerstwa Skarbu. Były to nasze wtyczki w aparacie niemieckim.

        Wezwałem więc kierownika Kas Smolińskiego, by zabrał pieczątki i udał się ze mną, a Dawidowskiemu kazałem mieć w pogotowiu samochód, który na moje telefoniczne wezwanie pojedzie natychmiast na Krakowskie Przedmieście.

        Po drodze zastanawialiśmy się z Galsterem nad taktyką, jaką należy obrać wobec Hufsky’ego. Ponieważ dokumenty są już w skrzyniach, część nawet załadowana na samochód, i najprawdopodobniej nie będzie chciał Hufsky ich otwierać, bo się spieszy, by nie wpaść w ręce Sowietów, koledzy z centralnej księgowości, jak i nadzoru wymiaru podatków, muszą zgodnie podać Hufsky’emu przybliżone kwoty należnych miastu podatków. Określamy je na 20 mln zł za pierwsze półrocze.

        Teraz Galster pobiegł do swoich kolegów, by uzgodnić z nimi nasze porozumienie, a ja czekam pod gmachem na wynik. Rezultat uzgodnień był pozytywny, wszyscy podajemy plus minus 20 mln.

        Zameldowałem się w sekretariacie Hufsky’ego. Przyjął mnie natychmiast. Był to już nie ten hardy i opryskliwy Szwab, a uprzejmy pan, który przypuszczał, że mnie sprowadzają względy kurtuazyjne, że przyszedłem go pożegnać.