Goniec

Register Login

Wspomnienia z mojego życia (52)

Oceń ten artykuł
(1 Głos)

BycsLudzi ogarnia podniecenie. Więc oddaje się ich na pastwę rozwścieczonego żołdactwa i na zagładę? Kiedy chcieli przejść z białymi płachtami na stronę nieprzyjaciela, powstańcy nie pozwolili. Wytwarza się nastrój, który by można określić jako zbiorowy szał rozpaczy i zapamiętania.         

        Całe gromady kobiet, dzieci i starców wychodzą z nor i ruin, łączą się w ogromną rzekę i ruszają na powstańczą barykadę przy pl. Krasińskich pod bramę przejazdową pod gmachem sądów w stronę Żoliborza. Zaczynają rozbierać barykadę. Nie odnoszą skutku prośby, a dowódca barykady otrzymał rozkaz utrzymania barykady za wszelką cenę. Dopiero otwarcie ognia do tłumu przerywa tragiczną sytuację. Niemcy zbliżają się do tej barykady, ale chłopcy nie ustępują i zatrzymują jedno po drugim natarcie Niemców.

        Nieustannie nadlatują samoloty nad właz do kanału i sieją bombami. W pobliżu usadowili się wyborowi strzelcy, trzymają dojście do włazu pod nieustannym ogniem. Śmierć jednych nie odstrasza drugich, bo wiedzą, że te hordy zbrodniarzy i tak by im nie darowały życia.

        Około godz. 19 przyprowadza resztki swego batalionu „Gustaw” kpt. Gawrych. Zatrzymują się w podwórzu na Miodowej. Łzy płyną, kiedy patrzę na przybitego sytuacją dowódcę, który trzy razy ranny, ani na chwilę nie opuścił swoich chłopców, i również teraz, z ręką na temblaku, ledwo trzyma się na nogach. Te jego dzieci od 14-18 lat prawie wszystkie z Krzyżami Walecznych na piersiach, brudne, osmolone, pokrwawione, siedząc w kuczki, ściskają swoją broń. Pluton łączników tego batalionu, składający się z chłopców 14-16 lat, z harcerskiego hufca „Śródmieście”, oddał ogromne usługi po nieudanej przed kilkoma dniami akcji przebicia się. Ci chłopcy to specjaliści w dziedzinie wojskowości. Przeszli oni w czasie okupacji wyszkolenie bojowe, które obejmowało służbę łączności przewodowej i radiowej, minierkę, znajomość materiałów pirotechnicznych, służbę sanitarną, technikę przeprowadzania wywiadu terenu. Posiadali też najdokładniejsze orientowanie się w topografii Warszawy – znali cały teren miasta, wszystkie przejścia z jednego domu do drugiego, komunikację po dachach, przez podwórza, piwnice, przejścia podziemne. Dlatego też pełnili oni służbę przy dowództwie.

        Mija godz. 20, godzina rozpoczęcie przejścia oddziałów z bronią. Żegnamy się z Gawrychem. Mieliśmy się spotkać dopiero 1 sierpnia 1957 roku po nabożeństwie w kościele św. Krzyża w Warszawie, pierwszej rocznicy Powstania Warszawskiego, obchodzonej oficjalnie po śmierci Stalina, kiedy odzyskaliśmy trochę swobód.

        Po północy przybywa „Wachnowski” ze swoim otoczeniem. Żegnamy się wszyscy bez słowa. Pozostały już teraz tylko kilku- i kilkunastoosobowe oddziały osłonowe na barykadach, które powoli kolejno wycofują się ku włazowi. Niemcy zbliżają się coraz bardziej. Są oddaleni od nas zaledwie o kilka domów, a raczej szkieletów domów. Od Freta prują cekaemy wzdłuż ul. Długiej. Chłopcy trzymają nacierających w pewnej odległości, by koledzy mogli wejść do włazu i ujść śmierci, nie bacząc na to, że sami mogą zginąć. Wielu z nich leży bez ruchu na jezdni, inni wołają o pomoc. Sanitariuszki, te przecudne bez lęku o swoje życie dziewczęta, ściągają ich do bramy i przenoszą do naszego szpitala. Pomagają im jeńcy niemieccy, którzy z całym oddaniem i narażaniem własnego życia ratują rannych. Widzą przecież, że w szpitalu ranni ich towarzysze są tak samo traktowani i leczeni jak powstańcy.

        Znowu nadlatują bombowce. Ciemne kadłuby ocierają się niemal o szczyty ruin. Mury się walą i zasypują właz. Odcięte grupki powstańców czynią rozpaczliwe wysiłki, aby znaleźć inną drogę. Część przebiera się w cywilne ubrania i miesza się z cywilami. Czy uniknęli śmierci? Bardzo wątpię. Zapada na szczęście zmrok i ustają walki i naloty. Do siódmej rano spokój. Tak jest codziennie.

Czas teraz na obchód. Wstępuję po kolei do każdego domu i zapowiadam, że jutro najprawdopodobniej Niemcy wejdą na Starówkę. Ja organizuję koło Kina Miejskiego pochód, który podda się Niemcom. Proszę, by chętni wcześnie rano przeszli do sąsiednich piwnic czy ruin na ul. Hipotecznej i czekali na moje rozkazy. Wracam na Miodową i to samo mówię mieszkańcom i przebywającym tu pracownikom Drukarni czy osobom przygodnym. Uprzedzam, że według moich przewidywań, pierwsze naloty będą skierowane przeciwko naszym budynkom, które jedyne pozostały na Miodowej. Przed siódmą wszyscy powinni je opuścić i schronić się na Hipotecznej. Tam będziemy oczekiwali wejścia Niemców bądź sami wyjdziemy z białymi flagami do nich. Wreszcie udaję się do mieszkania Kaczyńskiego na kolację i przygotowanie się do jutrzejszej „podróży”: albo na tamten świat, jeśli wpadniemy najpierw w ręce oprawców SS-manów, Kałmuków, Ukraińców, Kozaków, albo do obozów, jeśli trafimy na żołnierzy Wehrmachtu, z którymi się dogadam i których przekonam o naszej niewinności i bierności w powstaniu. Posiadam legitymację służbową z wkładką urzędu nadzoru niemieckiego i pieczęcią z własnoręcznym podpisem generała SA, naszego Stadthauptmanna Leista, która powinna budzić zaufanie. Jestem również w otoczeniu kilkudziesięciu pracowników miejskich, czym mogę tłumaczyć zaskoczenie nas w pracy przez wybuch powstania. Wreszcie wierzę w swoją szczęśliwą gwiazdę.

        U Kaczyńskiego, jak zawsze wieczorem, cały babiniec przy aparacie radiowym. Mówię im o moim jutrzejszym zamiarze. Pierwszy Kaczyński nie podziela moich przewidywań, oczywiście za nim wypowiadają się jego pracownice. Tłumaczę im, że jeśli nawet się mylę, każdy może spokojnie po kilku godzinach wrócić na Miodową. I to jakoś dziwnie nie trafia do nich, a przecież poza Kaczyńskim żadna nie ma tu własnego mieszkania ani żadnej rzeczy z wyjątkiem kiecki na sobie.

        Kiedy już poszły spać, oświadczam Kaczyńskiemu, że moje przeczucia nigdy mnie dotąd nie myliły i bardzo go proszę, żeby zechciał pozwolić mi zabrać ze swego majątku jeden dobry koc wełniany i napełnić torbę kostkami cukru, którymi będę się żywił. Błagam go, żeby mnie posłuchał i również się przygotował do podróży w nieznane. Przyjął to z ironicznym uśmiechem. Spakowałem więc wszystkie swoje rzeczy, które miałem w szafie u Kaczyńskiego, tj. kilka par czystych koszul, kalesonów, ręczników, chusteczek i skarpet „nabytych” na Stawkach, naładowałem torbę cukrem i zarzuciwszy na ramię piękny koc, poszedłem do „siebie”. Ostatnim, którego uprzedziłem o jutrzejszym wymarszu, był kolega Niemiec. Od dawna już na mnie czekał. Obawiał się nawet, czy jeszcze żyję. On we mnie wierzył i bez zastrzeżeń zgodził się z moim planem na jutro.

        Wyspawszy, ogoliwszy i umywszy się, zarzuciłem swój bagaż na ramię i zszedłem na podwórze. Było wpół do siódmej. Kazio Niemiec już siedział na schodkach prowadzących do mieszkania kol. Kality. Stanąłem na środku podwórza i donośnym głosem wezwałem do przygotowania się do wyjścia. Zakomunikowałem, że ja już idę do Kina Miejskiego.

        Najpierw zajrzałem do schronu pod kinem. Tłoczno tu było. Zgromadziły się tu przeważnie matki z dziećmi, starzy, ranni, inwalidzi. Zapewniłem swoich starych znajomych, że nie powinni się ani martwić, ani bać, bo ja ich wszystkich bezpiecznie wyprowadzę z Warszawy. Następnie udałem się do magazynu soli, też pod kinem od strony podwórza. Tu na workach z solą siedzieli sami pracownicy miejscy. Wśród nich był Kaczyński – w rannych pantoflach, bez płaszcza, bez żadnej walizki. Popatrzyłem na niego i mówię gniewnie: „Leoś, nie licz na to, że ci w razie zbombardowania mieszkania zwrócę koc czy udzielę trochę cukru. Żebyś na kolanach błagał, nie dostaniesz”.

        Zbliża się siódma. Z niemiecką dokładnością nisko ciągną bombowce z kierunku południowo-zachodniego i kierują się wprost na zespół zabudowań miejskich na Miodowej. Odrywają się od nich „cygara”. Kilka spada na oficynę od ul. Długiej. Widzimy wszystko jak na dłoni – odległość nie przekracza 100 m. Teraz kurz przesłonił nam widoczność. Po chwili przybiega jeden z drukarzy i wzywa pomocy. Bomby spowodowały zarwanie się stropów w budynku maszyn i przygniotły wszystkich, którzy się tam znajdowali. Z góry trzeba założyć, że stamtąd nikt żywy wyjść nie może. Czego nie zrobiły bomby, dokonały ciężkie maszyny. Teraz dopiero „obudził” się Kaczyński. Biegnie, nie żeby ratować ludzi, ale żeby coś zabrać z mieszkania „na podróż”. Nim doszedł, nadleciała następna eskadra i znowu zrzuciła kilka bomb na ten teren. Nie widać jednak, by trafiły w który z następnych budynków.

        Chwila ciszy. Stoję przed magazynem i obserwuję Miodową. Pył już opadł. Przez otwory okienne można zobaczyć, jak wielkie spustoszenia zrobił nalot. Po niedługim czasie wraca Kaczyński i mówi, że oficyna od ul. Długiej, a więc ta, którą przed godziną opuściliśmy, jest całkowicie wyburzona do piwnic. Kto w niej zginął, nie wiadomo. Na pewno jednak wszyscy, którzy się w niej znajdowali. Nawet niewiasta, która z niej zdążyła wybiec, została na podwórzu zasypana gruzem. Kaczyński nie musiał otwierać swego mieszkania – drzwi stały otworem, zamki wyrwane podmuchem. Kiedy wkładał buty, usłyszał warkot samolotów, zbiegł szybko na dół, nie zdążywszy nic zabrać. Drugi nalot przeleżał w ogrodzie arcybiskupim. Bomby, według niego, poleciały na kościół garnizonowy i ruiny sąsiednich budynków.

        Siedzimy na workach z solą. Kol. Niemiec wyszedł „za potrzebą”. Długo nie wraca. Intryguje mnie to. Wychodzę po pochylni i widzę go stojącego pod murem sąsiedniego domu z podniesionymi rękami, a wokoło w ogrodzie stoi kilku Niemców z automatami gotowymi do strzału. Nie chowam się, lecz odważnie idę w ich kierunku. Zobaczywszy feldfebla kieruje swe kroki do niego. Pytam się, co mamy robić. W schronach jest kilkaset ludzi. Tu nie ma żadnych powstańców, są tylko starzy ludzie, matki z dziećmi, chorzy, ranni, jest też ponad dwudziestu pracowników miejskich, których powstanie zaskoczyło w pracy, są to ludzie moi i tego pana, który stoi z podniesionymi rękami. Jeśli pozwoli, sięgnę do kieszeni i przedstawię swoją legitymację służbową. Jestem wicedyrektorem finansowym zarządu miejskiego, a tamten jest dyrektorem. Poprosił o legitymację. Przegląda i zaciekawia go wkładka z pieczątką, a pod nią podpis SA Brigadefuehrer. Wołam na kolegę Niemca, by podszedł do nas. Proszę, by pokazał swoją legitymację. Feldfebel każe mu opuścić ręce. Widząc, że legitymacja Niemca jest identyczna z moją, mówi: „Alles in Ordnung” – wszystko w porządku. Każe mi pójść do schronów i wyprowadzić wszystkich ludzi.

        Na pytanie, czy możemy zabrać ze sobą nasze tobołki, odpowiada, że tak. Uradowany, że tak się stało, biegam po schronach i piwnicach, każę wychodzić i zabierać wszystkie rzeczy. Jesteśmy w rękach żołnierzy Wehrmachtu. Przy pomocy swoich pracowników formuję jako tako ustawioną kolumną marszową, która znacznie przekroczyła te „kaset”, i po chwili pod eskortą tych kilkunastu żołnierzy ruszamy w kierunku Daniłowiczowskiej. Przechodzimy obok więzienia. Na stopniach wejścia stoi podoficer SS, który na oko szacuje, kto z nas może posiadać coś wartościowego. Nie rewiduje, tylko każe sobie podać zegarek, pierścionek. Obrączkę zdołałem schować, ale zegarka nie. A on właśnie wskazuje pejczem na mnie i każe sobie podać zegarek. Zdejmuję z ręki i grzecznie podaję „Bitte” – proszę. Te rzeczy przestały mieć dla nas jakąkolwiek wartość, chyba tylko użytkową. W obliczu śmierci wartość ma jedynie życie.

        Na rogu Daniłowiczowskiej, Senatorskiej i pl. Teatralnego musimy forsować barykadę, którą przed kilkunastu godzinami opuścił jeden z oddziałów ratusza. Przejście jest bardzo trudne i trwa dość długo. Wielu starych i dzieci trzeba pomóc przenosić. Próbuje przejść o własnych siłach prawie nagi, prosty jak świeca wysoki mężczyzna. Na nim kawałki spodni. Spod resztek zasłaniających część ciała letniego prochowca wyglądają nieobandażowane rany pod obiema pachami. Podchodzę, żeby mu pomóc. Odmawia. I wówczas zauważyłem, że w ranach rusza się robactwo. Nie ma wśród nas nikogo, kto by mógł udzielić mu pomocy.

        Na Dworcu Zachodnim mały odpoczynek. Stąd obserwujemy naloty na Śródmieście. Tam powstanie trwa nadal. Teraz już i nasi chłopcy ze Starówki włączyli się z pewnością do akcji. Pod rosnącym na peronie drzewkiem mój główny kasjer zakopuje swój cały majątek: ciężką złotą kasetę, w nadziei, że odkopie ją, jeśli uda mu się wrócić w te strony. Smoliński wrócił, ale kasety już nie było.

        Na tym kończę wspomnienia o Powstaniu Warszawskim.

 

26

Niewola

        Po małym odpoczynku ruszamy. Przechodzimy przez Włochy. Jesteśmy zdziwieni, że są tu ludzie, którzy chodzą na swobodzie, nikt ich nie pilnuje, dzieci się bawią w ogródkach. A więc jest jeszcze życie, o którym myśmy musieli zapomnieć w piekle ognia i morderstw. Wstępuje w nas otucha i chęć do dalszego życia, nadzieje na przeżycie dalszych czekających nas wydarzeń. Za Włochami pochód nasz zaczyna się rozciągać. Starzy, chorzy i dzieci słabną, zostają w tyle. Niemcy zatrzymują czoło pochodu. Czekamy, aż wszyscy dołączą. Niemcy oddzielają starych, chorych, matki z dziećmi i pozwalają im tu zostać – są już wolni. Wynika z tego, że nas selekcjonują, że my pojedziemy gdzieś dalej, najprawdopodobniej do obozów lub na roboty.

        Dochodzimy do Pruszkowa. Prowadzą nas do Zakładów Inżynierów Amerykańskich, w których Niemcy znowu założyli obóz przejściowy, jak we wrześniu 1939 r. Jestem tu po raz wtóry. Otwierają bramę. Wchodzimy. Z obozu wychodzi sanitariuszka niemiecka. Pytam ją, dokąd stąd wysyłają ludzi. Odpowiada, że to zależy od szczęścia: do Dachau, Gross Rosen, Auschwitz. Pomyślałem sobie, że faktycznie i w tym trzeba mieć szczęście.

        Szybko się zorientowałem, że ona ma rację. W czasie marszu nastąpiła bowiem druga segregacja: niewiasty i resztę starych kieruje się w prawo, w stronę baraków, nas prowadzą wzdłuż toru kolejowego, który biegnie wzdłuż muru odgradzającego teren zakładów od ulicy. Brama się za nami zamknęła. Zatrzymują czoło i pozwalają spocząć. Wszyscy oczywiście natychmiast siadają na trawie pod murem. Ja swoim zwyczajem zaczynam chodzić z jednego końca w drugi, zastanawiając się nad naszą sytuacją, która wydaje mi się być już przesądzoną – obóz koncentracyjny.

        Z daleka widać pawilony i kręcących się obok ludzi. Mężczyzn wśród nich prawie nie widać. To mnie utwierdza, że z nami jest źle. Tamci z baraków to niewątpliwie kandydaci do robót w Rzeszy. Kiedy patrzę na swoich towarzyszy niedoli, spostrzegam, że wszyscy jesteśmy mniej więcej w tym samym wieku, poniżej i powyżej czterdziestki – można nas wykorzystać do każdej pracy, a jeśli nie mają takiego zamiaru, pozostaje tylko komora gazowa. Chodzę i myślę teraz o Żonie i dzieciach. Czy żyją? A jeśli, to gdzie teraz są? Czy znajdzie się kto, co ich przytuli i przyjmie na swój garnuszek? I nagle w odległości około 30 m ode mnie, widzę pod murem trzech mężczyzn w czapkach kolejarskich rozmawiających z uzbrojonym Niemcem w mundurze kolejarza. Po jakimś czasie drugi Niemiec-kolejarz przyprowadza jeszcze jednego faceta w mundurze polskiego kolejarza i udaje się z powrotem w stronę jednego z pawilonów. Wyciągam z tego wniosek, że szukają kolejarzy do pracy, bo gdyby wybierali młodych mężczyzn do obozu, oddaliby przecież ich w ręce gestapowców, którzy nas pilnują, a poza tym chyba kolejarzy nie umieszczają w specjalnym obozie czy nie uśmiercają oddzielnie. Postanawiam więc przyłączyć się do nich. Zaczynam teraz wydłużać tor mojego kursowania. SS-mani nie interesują się nami, stoją razem i rozmawiają, pewni, że stąd im nikt nie ucieknie. Mnie zapewne traktują jako człowieka nerwowego, jeśli w ogóle mnie zauważają.

        Kolejarzy jest już pięciu. W pewnym momencie, odwróciwszy się, zauważam, że wszyscy gestapowcy odwróceni są twarzami w przeciwną stronę. Zawracam i dołączam do tej grupki. Staję za plecami Niemca i przysłuchuję się. Opowiada, a raczej stara się powiedzieć stojącym przy nim Polakom, że na kolei będzie im dobrze, może nawet zostaną przeznaczeni do robót w Łodzi, skąd przyszło zapotrzebowanie. Postałem kilka minut i wreszcie wtrącam się do tej rozmowy, którą rozumiał chyba tylko sam mówiący. Wtedy ten strażnik odwraca się do mnie i zaczynamy rozmawiać. Mnie interesuje sam fakt, że znalazłem się wśród ludzi, których Niemcy szukają, potrzebują. Mnie wcale nie zależy na tym, czy będę pracował w Łodzi, we Wrocławiu, jak przypuszcza strażnik, czy gdzieś w Rzeszy. Myślę o swoich kolegach siedzących opodal. Pytam więc strażnika, czy dużo kolejarzy potrzebuje kolej. Odpowiada, że setki, a może i tysiące, ponieważ Amerykanie i Anglicy obecnie wyrządzają wielkie szkody, niszcząc przede wszystkim tory i obiekty kolejowe. Nawet tym bombardowaniem mnie nie odstraszał. Takiego piekła, jak na Starówce, nigdzie nie będzie, a jednak wyszedłem cało.

        Podpowiadam mu, że w tamtej grupie siedzi kilkunastu kolejarzy warszawskich. Znam ich, są z tej samej grupy roboczej co ja. Każe mi po nich iść. Tłumaczę mu, że nie mogę, boby mnie do nich włączyli i nie puścili z powrotem. Wtedy wyciągnął swój kolejarski gwizdek i zagwizdnął. Odwrócili się SS-mani. Na migi im pokazał, że posyła mnie do nich. Kiwnęli głowami na znak zgody. Ja w tym czasie poprosiłem jednego z kolejarzy, by mi ukradkiem podał swoją czapkę. Idę odważnie i melduję, że zostałem przysłany, żeby się dowiedzieć, czy wśród tu siedzących nie ma przypadkiem kolejarzy potrzebnych na wyjazd do Rzeszy do naprawiania torów. Każą mi przejść się wśród siedzących i zapytać. Najpierw podchodzę do swoich towarzyszy. Przedstawiam im propozycję, przekonuję, że najbliższym transportem pojadą stąd do obozu koncentracyjnego, za co daję głowę, a na kolei można przetrwać do końca wojny, który jest zresztą bardzo bliski. Podnosi się tylko kol. Niemiec i Kaczyński – tym razem uwierzył moim przewidywaniom. Idę dalej, też się nikt nie decyduje, wszyscy liczą, że wywiozą ich gdzieś daleko poza Warszawę i zwolnią, albo zapędzą do robót, ale na terenie Generalnej Guberni. Trudno. A może mają rację? Każę Kaczyńskiemu i Niemcowi zabrać mój bagaż i maszerować za mną. Do wieczora doszło jeszcze kilku kolejarzy, dwóch nawet z żonami i dziećmi.

        Ulokowali nas na noc w pawilonie III, gdzie już byli „kolejarze” z poprzednich dni. Następny dzień spędziliśmy jeszcze w Pruszkowie, czekając na dalszy nabór. Wreszcie po kilku dniach można się było umyć i włożyć czystą bieliznę – jak ona się teraz przydała. Jest nadzieja, że w nowym miejscu zamieszkania będą warunki do przepierki.

        Kiedyśmy rano się obudzili, naszych dawnych towarzyszy niedoli już nie było. Przed wieczorem zapędzono nas do załadowania starych i chorych, matek z dziećmi do pociągu, który miał ich zawieźć pod Częstochowę, jak zapewnia maszynista. Upchaliśmy tego bractwa pełne wagony towarowe jak śledzie, że trudno było nawet zamknąć drzwi. Trudno sobie wyobrazić, w jakim stanie oni dojechali na miejsce, a podróż trwała kilkanaście godzin. Już następnego dnia mieliśmy tego doświadczyć na sobie.

        Trzeciego dnia, 5 września rano, pobudka do wyjazdu. Uszeregowali nas w czwórki i ruszyliśmy do podstawionego pociągu. „Defiladę” przyjmował przed budynkiem szpitalnym mjr SS z psem i szpicrutą w ręku. Kiedy zbliżyliśmy się do niego, wskazując na dyr. Niemca, zapytał, ile lat ma ten facet – „Wie alt ist der Kerl?”. Szybko odpowiadam, że ma 72 lata i jest ciężko chory. „Austreten” zawołał major. Wręczyliśmy Niemcowi jego neseser i koc i wypchnąłem pana Kazimierza z szeregów, życząc mu zdrowia. Co za szczęście, że tak się stało. Jak bym sobie radził z tym balastem? Jest kompletnie załamany, zachowuje się jak małe dziecko bezradne.

        Wskoczyłem do wagonu i zająłem miejsce (stojące) w narożniku przy tylnym otworze – okienku wagonu, żeby mieć świeże powietrze i móc obserwować mijane stacje, co pozwoli ustalić kierunek jazdy. Byłem pewny, że droga poprowadzi przez Łódź – Kalisz – Ostrów – Leszno, przez moje rodzinne strony, że na torach i przejazdach spotkam polskich robotników, że będzie okazja przesłania Rodzicom wiadomości o sobie. Miałem przy sobie kilka biletów wizytowych z kopertami.

        Pierwszy raz pociąg zatrzymał się w Milanówku na stacji. W ciągu kilku minut perony zaludniły się. I znowu dla nas ze Starówki dziwny wydawał się ten normalny świat: ludzie czysto ubrani, pogodni, uśmiechnięci, zapewne syci, przed Niemcami nie kryją się, nie uciekają. Po chwili ruszamy. Żadnej duszy znajomej.

        Powoli zaczynam myśleć innymi kategoriami. Nikt i nic mi tu nie przeszkadza, więc myśli lecą na Bielany – do Żony i dzieci, tej cudownej piątki, mojej szczęśliwej liczby, do Marysi, niezawodnej opiekunki. Gdzie w tej chwili się znajdują, czy żywi, czy wszyscy cali? Nikt z zapytanych w Milanówku nie wiedział nic o Bielanach.

        Wojna musi się szybko zakończyć. Alianci już oczyścili Afrykę z wojsk niemieckich i włoskich, upadł już we Włoszech reżim Mussoliniego. Sprzymierzeni lądują na Sycylii. Nowy rząd włoski z marszałkiem Badoglio na czele wypowiedział wojnę Niemcom. Przed tygodniem wybuchło powstanie w Jugosławii, kilka dni przedtem nastąpił przewrót antyfaszystowski w Rumunii. Od dwóch miesięcy wojska amerykańskie i brytyjskie walczą już we Francji. Pierwsza polska Dywizja Pancerna, na pomoc której tak czekaliśmy w Warszawie, stoczyła ciężkie boje pod Falaise. Jak tu się martwić, gdy koniec wojny tak bliski.

        Pociąg dudni po szynach, a ja przy lufciku śledzę kierunek jazdy. Minęliśmy Grodzisk, Żyrardów, Radziwiłłów, gdzie prawdopodobnie przebywa z rodzicami Jaś Lewandowski i martwi się o swoją Marysię. Nie wie, że już ma córeczkę Basię. W Skierniewicach zatrzymujemy się na bocznym torze. Tylko „bracia kolejarze” podchodzą do wagonów i wypytują o zbombardowaną Warszawę. Parowóz pojechał po wodę i nasi „bracia” też postarali się o wiadro i przynieśli nam wody. Niestety, nikt nie miał naczynia, by się zabezpieczyć na drogę. Wyjąłem z torby ręcznik i poprosiłem, żeby go zanurzył w wodzie, mogłem przynajmniej wytrzeć twarz i ręce, odświeżyć się trochę.

        Było już szaro, gdy mijaliśmy Lipce Reymontowskie. Stąd jego „Chłopi”. Że to Koluszki, można się było domyślić z liczby torów i bocznic. Tę linię przemierzałem dziesiątki razy, znałem ją jak własną kieszeń. Noc była bezchmurna, ciepła, dzień wstawał wcześnie. W wagonie cisza, wszyscy drzemią, siedząc w kuczki. Tylko ja jeden, którego nogi nigdy nie bolały i nie bolą, ani od chodzenia, ani od stania, czekam przy lufciku na brzask dnia.

        Stajemy w Borszewicach. Stąd prowadzą linie kolejowe na północ, zachód i południe. Jestem trochę podniecony. A teraz w jakim kierunku pojedziemy? Tak bardzo pragnę, by droga prowadziła przez Kalisz, żebym mógł posłać wiadomości do Rososzycy, że żyję i nie jadę do obozu koncentracyjnego. Doszły na pewno do Nich straszne wieści o Warszawie. Martwią się Staruszkowie. Jest Zduńska Wola, skąd można jechać tylko przez Kalisz. Czekam na następny postój, żeby przygotować korespondencję. W czasie jazdy nie ma mowy o pisaniu. Wagon robi wrażenie kolebki, której bieguny tańczą po dziurawej podłodze wiejskiej chałupy. Minęliśmy Sieradz, Błaszki, i dopiero przed Kaliszem, w Opatówku, pociąg zjechał ma boczny tor. Stał przeszło godzinę. Zapisałem w tym czasie wszystkie wizytówki, zaadresowałem koperty. Przez Kalisz przejeżdżamy, nie zatrzymując się. Po Kaliszu słynne Szczypiorno przypomina obóz internowanych legionistów po odmowie złożenia przysięgi na wierność Niemiec i Austrii. Obóz, który w roku 1919 służył za koszary Batalionu Przygranicznego, w którym jako ochotnik odbywałem w styczniu i lutym swoją służbę rekrucką cekaemisty. W rowie między Skalmierzycami a Śliwnikami stała grupka pracowników torowych, którym rzuciłem jeden list. Na pewno niejeden z nich znał Rodziców.

        Jak przypuszczałem, pociąg zatrzymał się na stacji w Ostrowie, jednak na krótko. Nie było tu żadnego robotnika, sami kolejarze w mundurach niemieckich, oraz policja z psami. Widocznie anonsowano wcześniej nasz przyjazd i dla uniknięcia zetknięcia się Polaków z nami, usunięto wszystkich z peronów. Dopiero, gdy pociąg minął zabudowania stacyjne, zacząłem wyrzucać listy, gdziekolwiek zauważyłem jakiegoś robotnika.

        Dwa z nich dotarły do Rodziców. Są obecnie w moim posiadaniu, wklejone do albumu rodzinnego – brązowy z obszywką skórzaną. W roku 1976 znaleziono je wraz z dwiema kartami pocztowymi wysłanymi z Eilenburga i Poznania w ogrodzie Rodziców. Były włożone do butelki i zakopane pod wiśnią, którą w roku 1976 usuwano. Jeszcze wtedy liczono się widocznie z możliwością wysiedlenia do GG. Jeden ze znalazców dołączył taką informację: „Znaleziono tę kartkę przy torze na dworcu w Ostrowie dziś, gdy przejeżdżał pociąg zakratowany – jeden z Polaków”.