Goniec

Switch to desktop Register Login

Wspomnienia z mojego życia (55)

Oceń ten artykuł
(2 głosów)

BycsByło już ciemno, gdy pociąg wjeżdżał na dworzec w Poznaniu. Tramwaj zawiózł mnie na pl. Wolności (Adolf Hitler Platz), skąd już pieszo w al. Marcinkowskiego pod wskazany numer.

        Wyściskaliśmy się z Kunzem, w prezencie podarowałem mu piękne przedwojenne półbuty, które mi do obozu przysłał mój kuzyn Hieronim Wilgocki z Ołoboka – niestety za małe. Kunze mieszkał u swego kolegi i przyjaciela z Ilmenau, który tu, w Poznaniu, pełnił podobną funkcję, jak Kunze w Warszawie. Zjedliśmy razem przydziałową kolację, dużo skromniejszą niż na moich imieninach w Eilenburgu, pogadaliśmy o sytuacji na frontach – smutny dla nich, a radosny dla mnie temat, i Kunze zawiózł mnie na ul. Grunwaldzką do tzw. Miasteczka Wystawowego. Był to zespół kilkudziesięciu baraków drewnianych, zbudowanych przed tzw. Pewuką – Powszechną Wystawą Krajową w 1929 roku – z przeznaczeniem na hotele dla zwiedzających. Niemcy nazwali je „Ausstelungsdorf” – wieś wystawowa.

        Nim wyruszyliśmy, Kunze zadzwonił do Leista i zameldował mu moje przybycie. Następnie podał mi słuchawkę. Zameldowałem się po wojskowemu i wyraziłem podziękowanie za sprowadzenie mnie do siebie. „Fuer Morgen lade ich Sie zu Mittagessen. Kunze wird Sie bringen” – na jutro zapraszam pana na obiad. Kunze pana przyprowadzi. Próbowałem się od tego wymówić brakiem odpowiedniego ubrania, ale Leist nie chciał o tym słyszeć.

        Kiedy się rano obudziłem, usłyszałem za drzwiami rozmowę w języku polskim. Uchyliłem drzwi. Były to sprzątaczki Polki. Zaprosiłem je do siebie, chcąc się dowiedzieć, gdzie ja jestem. Były bardzo zdziwione, że tu zamieszkałem. Jest to bowiem rodzaj sanatorium dla oficerów bez rąk i nóg, ofiar zimy na froncie rosyjskim. Jest ich tu kilkuset. Nikt nie wie, dlaczego ich tu właśnie trzymają, a nie przy rodzicach. To wszystko młodzież niewiele ponad dwadzieścia lat. Oni teraz pewnie przeklinają chirurgów za to, że im uratowali życie. Byliby tam bezboleśnie zasnęli na wieki, jak tysiące ich towarzyszy broni.

        Tramwaj był pełen pasażerów spieszących do pracy. Nikt nie rozmawiał, chociaż było widać, że nie są sobie obcy. To Polacy, milczą, by nie narazić się Niemcom. Nie chciałem ich też prowokować. Najtrudniej było żyć Polakom na Pomorzu, w Poznańskiem i na Śląsku. Te województwa Niemcy uważali za „rein deutsch” – czysto niemieckie, a Polaków w nich za bydło robocze.

        Miałem czas do godz. 14. Wykorzystałem go na zwiedzenie Śródmieścia. Najpierw udałem się na ul. św. Marcina nr 25, gdzie za czasów studenckich mieszkałem. Nie znalazłem już tam pani Wodowej. Polak dozorca poinformował mnie, że ze wszystkich większych i lepszych mieszkań Polaków wyrzucono i wywieziono albo na roboty do Rzeszy, albo do GG. Natomiast na bocznych ulicach na peryferiach miasta Polacy mieszkają i są zatrudnieni jak sprzątacze ulic, służące, pomywaczki w lokalach czy szpitalach i na innych pośledniejszych stanowiskach, które Niemcom nie odpowiadają.

        Obiad jadłem w tzw. restauracji generalskiej. Jak sama nazwa wskazuje, goście rekrutowali się z najwyższych sfer oficerskich Wehrmachtu, SS, SA. Każdy miał swój stolik. Czułem się nieswojo: raz ze względu na cywilne ubranie, po wtóre na otoczenie. Polak w otoczeniu samych generałów i pułkowników. Wielu zerkało w naszą stronę i dziwiło się towarzystwu, jakie ma obok siebie SA Brigadefuehrer. Wszyscy i wszystko było wytworne, nakrycia i potrawy wyszukane. Nakrycia były z herbem Nałęcz, pewnie należały kiedyś do Raczyńskich. Leist nawet zapytał, czy poznaję. Najpierw był łosoś wędzony, do niego czysta wódka, następnie grzybki w śmietanie, dalej zając w sosie śmietankowym z buraczkami i kartoflami, do niego czerwone wino francuskie, na koniec melba – czego w niej nie było. Gdzie się ci Niemcy nauczyli jeść tak wykwintnie? Prawdopodobnie twórcami tego byli kucharze Polacy.

        Po obiedzie wszyscy poszli do Herren-Zimmer, a my z Kunzem pożegnaliśmy Leista i poszliśmy do Esplanady – tak przed wojną nazywała się wielka kawiarnia na pl. Wolności – na kolację, do której Kunze się zrujnował i zamówił dla mnie ciastko – na kartki. Tu przypomnieliśmy sobie te nasze „Kontrole podatku od napojów”, kanapki, kołduny litewskie na Wąskim Dunaju na Starówce, której już nie ma, czy zwykłe, ale wytworne śniadania, które przygotowywała nam Janka Hankowa w moim gabinecie.

        Od poniedziałku zacząłem „urzędowanie” w Urzędzie Stadthauptmanna m. Warszawy. Najpierw Leist przeprowadził ze mną w obecności Kunzego długi wywiad. Chciał wiedzieć wszystko, co się działo w Warszawie od swego wyjazdu, co się stało z Fribolinem, cały przebieg moich tarapatów, Kulskiego, Kipy, Niemca. Najbardziej interesowała go osoba Fribolina. Ponieważ zapewniłem Leista, że od powrotu Fribolina na drugi dzień po ewakuacji Urzędu Stadthauptmanna z Warszawy aż do śmierci Fribolina znam życiorys jego dokładnie, Leist poprosił o sporządzenie szczegółowej notatki, aby móc powiadomić żonę jego, która stale zapytuje, czy żyje.

        Gdy Leist przeczytał notatkę, rzekł: świnia. Najbardziej uraziło Leista określenie, jakiego użył Fribolin w rozmowie ze mną, tchórze, zdrajcy w odniesieniu do Leista i wszystkich Niemców z nadzoru.

        Następnie zabraliśmy się z Kunzem do otwierania skrzyń z dokumentami finansowymi, które w ostatnich dniach lipca Fribolin przygotował do ewakuacji. W jednej z nich znaleźliśmy piękną drewnianą skrzyneczkę z różnymi kosztownościami: wyroby ze złota, prawdziwe korale, sznur pereł, a nawet złote zęby. Nietrudno było się domyślić, skąd te skarby pochodzą. Gdyśmy tę skrzynkę zaprezentowali Leistowi, wpadł w szał i nazwał Fribolina „Gassenjunge” (łobuz, oberwaniec), dodając: „Prześlę te żydowskie zęby jego żonie, niech wie, jakiego miała męża”.

        Po uporządkowaniu dokumentów poprosiłem Leista o kilka dni urlopu dla odwiedzenia Rodziców. Natychmiast zatelefonował do dowódcy policji, że się tam zjawi taki a taki z prośbą o uzyskanie zgody na przejazd z Poznania do Rososzycy i z powrotem.

        Następnego dnia przed południem byłem już w Ostrowie. Wstąpiłem do krewnych Wenclów i Kurzejów z wizytą i zapytaniem, w jaki sposób mogę się dostać do Rososzycy, a pieszo nie mogłem ryzykować, bo moje zamszowe pantofelki by nie wytrzymały. Kurzeja wyciągnął z szafy swoje buty narciarskie i wełniane skarpety i ofiarował mi je. Z Rososzycą było połączenie autobusowe. Przywożono z wiosek robotników do pracy i odwożono ich po pracy. Zabrałem się z nimi.

        Szarzało, gdy zawitałem do domu. Rozczulająca chwila, radość ze łzami połączona. Od kilku lat żyliśmy nadzieją, że się zobaczymy, chociaż często ogarniało wszystkich zwątpienie w możliwość przeżycia okupacji.

        Rodzice zajmowali w swoim domu pokój z kuchnią od podwórza, a siostra z chłopcami jeden pokój na piętrze. W roku 1940 udało się siostrze przedostać wraz z ewakuowanymi z Małopolski do Poznańskiego Niemcami. Siostra stała się dużą podporą dla Rodziców. Wykorzystując wrodzone zdolności do krawiectwa, zarabiała szyciem dla miejscowych Niemców, którzy zamiast pieniędzmi płacili jej serem, masłem, jajkami, chlebem. W ten sposób uzupełniały się brakujące kalorie.

        Tydzień szybko minął. Pożegnanie z uwagi na pomyślną dla nas sytuację militarną nie było smutne, raczej pełne nadziei na rychłe spotkanie w znowu wolnej Polsce. Biedę swoją pokryłem teraz futrem otrzymanym od Ojca. Mój prochowiec rzeczywiście nie pasował już do zimowej aury, chociaż jako produkt angielski dodawał elegancji wciąż jeszcze szykownemu „młodzieńcowi”. Siostra zaszyła w futro 500 mk, bym je mógł przeszwarcować do GG – wolno było mieć przy sobie przy przejściu granicy maksimum 200 mk. 500 mk zostawiłem Rodzicom.

        Czym Leist motywował wobec Himmlera swój wniosek o skierowanie mnie do Poznania? Podstawowym argumentem była konieczność uregulowania zobowiązań wobec niemieckich przedsiębiorców, którzy budowali w Warszawie schrony przeciwlotnicze i którzy od dłuższego czasu zgłaszają swoje pretensje do urzędu Stadthauptmanna, który nie ma na to pieniędzy. Dłużnikiem bowiem jest Kasa Miejska, która w swym budżecie ma odpowiednie pokrycie. Pieniądze leżą w skarbcu ratusza i trzeba je stamtąd wydostać. Dokonać tego winien dyrektor finansowy Zarządu Miejskiego pod nadzorem urzędu Stadthauptmanna.

        Wobec mnie Leist postawił zadanie uregulowania również zaległych wynagrodzeń pracowników miejskich i wypłacenie im także zaliczki na następne trzy miesiące. Jak twierdzi, dochodzą do niego wieści, że pracownicy głodują, koczują po stodołach, stogach, są obdarci. „Musi Pan koniecznie tam pojechać i rozwiązać ten problem. Dam Panu na to pełnomocnictwo.” Leist wystąpił już do Generalnego Gubernatora o wyznaczenie pełnomocnika, który będzie obecny przy otwarciu skarbca, przeliczeniu pieniędzy, podpisaniu odpowiedniego protokołu z tej czynność.

Na drugi dzień po powrocie z Rososzycy siedzimy z Kunzem w wieczornym pociągu do Sochaczewa, ostatniej stacji, do której dojeżdżają pociągi. Tu rezydował jeszcze pan gubernator Fischer. Kunze miał mnie zapoznać i zarekomendować szefom wydziałów, z którymi będę miał styczność. Towarzystwo Kunzego jest jednocześnie dla mnie osobistą ochroną przed wszelkimi nieprzyjemnymi niespodziankami. Pamiętajmy, że to okres po powstaniu warszawskim, że za Wisłą na Pradze stoją sowieckie i polskie wojska przygotowane do natarcia. Każdy taki wojażer jak ja budzi podejrzenie. Niemcy zaczynają bać się wszystkiego.

        W dystrykcie przyjmują nas bez entuzjazmu, widać wyraźnie, że są zdziwieni, iż ktoś chce się jeszcze zajmować sprawami nieistniejącej już Warszawy, którą w tej chwili wykańczają do reszty ekipy WeumungsKommando. Nie wolno jednak okazywać, że już nikt z nich nie wierzy w utrzymanie tych terenów, że każdy cywilny Niemiec zastanawia się nad sposobem wydostania się z tej matni, gdy ruszy sowiecka ofensywa. Rzesza na zachodzie już się wali.

        Główną figurą, która decyduje o wielu sprawach, jakie wynikną z mojej działalności, jest szef Wydziału Spraw Wewnętrznych dystryktu, dr von Harbow, bystry hitlerowiec, załatwiający wszystko w rękawiczkach tak, że nigdy nie wiadomo, co przy tym myśli. Ma też na pewno wiele zastrzeżeń do polityki postępowania z Polakami ze strony Leista. Załatwi jednak pozytywnie wystąpienie Leista. Każe się połączyć z Landkommissarzem i nakazuje mu postawić do dyspozycji placówki likwidacyjnej Zarządu Miejskiego Warszawy odpowiedni lokal na biuro i kwatery dla małego sztabu służbowego, a dla mnie, jako organizatora tej placówki, odpowiednie mieszkanie dla 7 osób. Następnie dr Harbow poprosił mnie, bym się jutro pofatygował po odbiór listu do burmistrza Kulskiego. Nikt z Niemców nie wie, iż Kulski od wybuchu powstania tym burmistrzem już nie jest, ja też się z tym nie zdradzam.

        Załatwiwszy wstępnie nasze sprawy, udaliśmy się z Kunzem do polskiej restauracji, żeby powtórzyć warszawski obiad, na co Kunze od dawna czeka. Jako Vorspeise (zakąska) zamówiliśmy 1/2 l winiaku, śledzia w śmietanie, następnie smażone pieczarki. Danie główne składało się z zupy pomidorowej z ryżem i nogi wieprzowej z grochem pure. Na koniec kawa i tort. Jeden wielki galimatias, ale tu nie Warszawa. Grunt, że żołądek poczuł, że ma znowu coś w sobie. Tego dnia Kunze wieczorem odjechał, a ja poszedłem do hotelu i położyłem się spać. Jutro czeka mnie daleka droga do Kulskiego, który przebywa w swojej posiadłości w Baniosze, daleko za Pyrami.

        Było już ciemno, gdy dobijałem się do bramy ogrodu państwa Kulskich. Gdyby nie alarm psów przyszłoby mi chyba wrócić na stację i przesiedzieć do rana w zimnej budzie. Wtedy ludzie na wsi bali się wieczorem otworzyć drzwi – było niebezpiecznie. Ale ponieważ akurat dziś Kulski otrzymał list od Kunzego, że zostałem zwolniony z obozu i zjawię się u niego z listem od Leista, „tchnęło go coś”, jak później powiedział, że to mogę być ja u wrót, i wyszedł.

        Przy kolacji w składzie Kulski, pani Kulska, dr Kipa i ja, opowiedzieliśmy sobie, jak przebiegły nasze dni od momentu rozstania się w ratuszu do dnia dzisiejszego. Po kolacji przenieśliśmy się do gabinetu, aby omówić taktykę i plan działania. Kulski nie chciał i formalnie nawet nie mógł występować jako prezydent Warszawy. Wojna musi się skończyć za kilka tygodni. Trzeba grać na zwłokę. Miał dostatecznie silny argument: w czasie przechodzenia kanałami na Żoliborz potknął się, poważnie się poranił, przyplątało się zakażenie. Mógł udawać niezdolnego do pracy i do podróżowania. Ja miałem lawirować, jak długo się uda.

        W tym miejscu muszę wyjaśnić, z czym ja przyjechałem z Poznania – poza sprawami pieniędzy i wypłat. Leistowi chodziło o powołanie małego zespołu do kierowania pracami Zarządu Miejskiego m. Warszawy na ewakuacji, konkretnie w Żyrardowie, dokąd się też przeniosłem. Landkommissar przydzielił nam na to dwa piętra w ładnej kamienicy. Pierwsze piętro przeznaczyłem na biuro, drugie na mieszkanie dla siebie. Lokale były puste. Żeby sprowadzić rodzinę, potrzebne były przynajmniej – jeśli już nie łóżka – jakieś materace czy sienniki, kawałek stołu i kilka krzeseł, jakieś naczynia kuchenne i nakrycia. Liczyłem na to, że z momentem przewiezienia zawartości skarbca, wszystko uda się pomyślnie załatwić.

        Tymczasem dni płynęły za dniami, a pełnomocnika GG nie widać. Do- chodzą mnie wieści, iż po Podkowie Leśnej, Brwinowie, Milanówku krążą niemieccy żołnierze z wypchanymi pieniędzmi plecakami i skupują złote dolary, kosztowności, płacąc każdą żądaną cenę. To mnie przeraziło. Zacząłem mieć złe przeczucia. Skąd mogą pochodzić te pieniądze? Jedynie z naszego skarbca, tylko ten był w Warszawie pełen, wszystkie inne instytucje wywiozły swoje walory, a pieniądze ze skarbca Polskiego Banku Emisyjnego i Fabryki Papierów Wartościowych przejęło Dowództwo Armii Krajowej za zgodą Porowskiego. Bez opieki pozostał jedynie skarbiec miejski.

        Wreszcie 13 grudnia powiadomił mnie Landkommissar, że przybył pełnomocnik GG i jutro o godz. 6 wyjazd. Szybko zorganizowałem małą ekipę, która miała zastąpić tragarzy i równocześnie być pewną osłoną. Głównego kasjera nie znalazłem. Zabrałem swego siostrzeńca Kazia Karolewskiego, przyjaciela Jasia Lewandowskiego, i Jasia Jaśkowskiego, pracownika Sekcji Kas.

        Ruszamy wielkim samochodem ciężarowym. Pełnomocnik z jakimiś panami w cywilu jedzie wozem osobowym. Obok kierowcy naszego wozu siedzi jakiś tęgi jegomość mówiący dobrze po polsku i po niemiecku. Prawdopodobnie Volksdeutsch, właściciel ciężarówki. Zatrzymuje się na ul. Chopina w Warszawie. Nasz Volksdeutsch mówi, byśmy poszli pieszo do ratusza, a oni w tym czasie pozałatwiają swoje sprawy i następnie podjadą pod ratusz. Zastanowiło mnie, dlaczego pełnomocnik GG tu się nie zjawił. Czy już jest w ratuszu? Idziemy ze złym przeczuciem. Wszystko wskazuje na to, że pieniędzy już nie ma w skarbcu i oni o tym dobrze wiedzą.

        Weszliśmy środkową bramą. Wejście do skarbca nie wykazuje żadnych uszkodzeń, plomby nienaruszone. Zajrzeliśmy na drugie podwórko, na tyły skarbca. Otwór o średnicy 50 cm wyborowany w silnie uzbrojonym szynami kolejowymi murze prowadzi do skarbca. Pod otworem o mur oparta drabina. Wchodzimy po niej do wnętrza. Po zgromadzonych przeze mnie 20 min zł jak i 19 mln, które już przedtem znajdowały się w skarbcu, pozostały na posadzce 3 paczki dwudziestozłotówek, tylko dlatego porzucone, że były opalone i wszystkim szabrownikom się zdawało, że straciły wartość. Zabrałem je.

        Po chwili w otworze ukazuje się głowa w czapce kapitana. Kto to i w jakim celu? My nie posiadamy żadnych dowodów ani dokumentów, które by nas tłumaczyły. Głupia sytuacja, nawet niebezpieczna. Okazało się jednak, że to jeszcze jeden szabrownik o kilka dni spóźniony. Pochodził po skarbcu, poprzewracał leżące różne emisje pożyczek, wreszcie znalazł na drucie nanizane znaczki dla psów, które robiły wrażenie złotych. Zawiesił je sobie na ręce i wyszedł.

        Poszliśmy wobec tego obejrzeć wypalony ratusz i pałac Blanka. Zajrzałem do swego schronu i tu niespodzianka: schron z całym wyposażeniem nietknięty, wszystko na swoim miejscu. Widać z tego, że nawet powstańcy do niego nie trafili. Zabieramy materace, pościel, naczynia, noże, widelce, łyżki, talerze, szklanki itd. Zdobycz więcej warta od pieniędzy. Mogę teraz spokojnie sprowadzić rodzinę. W pałacu Blanka leżą jeszcze trupy zastrzelonych Niemców. Nikt ich nie pochował. Na podwórzu w śniegu leży dywan perski z sali recepcyjnej, 6x6 m, w połowie złamany. Ktoś próbował go zabrać, ale że był mocno przemarznięty, złamał się. Postanowiłem tę połowę zabrać.

        Zostawiwszy kolegów u bram ratusza, udałem się na pl. Zamkowy. Przez cały czas jest ostrzał zza Wisły – ogień nękający, niepozwalający Niemcom spokojnie spać. Jakieś 3 m wysoka przesłona z desek od kościoła św. Anny do ruin Zamku zasłaniała widok w głąb placu. Kolumna Zygmunta leży w śniegu. Byłem zapewne ostatnim Polakiem, który 16 grudnia 1944 r. chodził po pl. Zamkowym i patrzył na króla Zygmunta, a po chwili przyglądał się niszczycielskiemu dziełu hitlerowców, jak twórca naszego teatru, Wojciech Bogusławski, spadał ze swego cokołu na ziemię, ściągnięty z niego linami. Wojna wojną, a rozkaz Hitlera, że „Warschau muss glattasiert werden”, że Warszawa musi być zgolona na gładko, był wykonywany do końca. Od budynku do budynku szły kolumny, które zakładały materiał wybuchowy, wnętrza polewały benzyną i doprowadzały do wybuchu, który jednocześnie rozpalał ogień. Miała zostać tylko ziemia i popiół. Niewiele do tego już brakowało.

        Przed naszym budynkiem w Żyrardowie czekał na nas pełnomocnik GG. Prawdopodobnie meble antyczne i inne rzeczy w skrzyniach na naszym wozie były dla niego. Gdy koledzy zamierzali ściągnąć z wozu dywan, który z kolei ja wyszabrowałem, pełnomocnik krzyknął: „Derbleibt auf dem Wagen” – ten pozostanie na wozie. Nic nie odpowiedziałem.

        Następnego dnia pojechałem do Grodziska, dokąd ewakuowana została nasza Komunalna Kasa Oszczędności i koledzy wymienili mi te dwudziestozłotówki na całe. Każdy z kolegów otrzymał po 500 zł, po kocu i materacu. Jedynie Jaśkowski zrezygnował, bo mieszkał u ciotki i miał wszystko na miejscu.

        Do Krakowa po rodzinę wyekspediowałem Jaśkowskiego. Wigilię 1944 r. spędziliśmy już razem w Żyrardowie. Pamiętna Wigilia, pierwsza i ostatnia w cudzym domu, u braterstwa Marysi (gdzie, jeszcze w czasie powstania, po wypędzeniu z Bielan, Norcia i Marysia z czwórką naszych pociech odbyły pierwszy, kilkutygodniowy postój przed wyjazdem do Krakowa, do Howilów). Cała sześcioosobowa rodzina mieszkała w pakamerze przy sklepie.

        W pierwszych dniach stycznia zwrócił się do mnie kolega Dawidowski, nasz intendent ratusza, że pragnie się ze mną zobaczyć przedstawiciel Komendy Głównej AK, dobrze mu znany, za którego bierze odpowiedzialność. Ma jakąś ważną i pilną sprawę służbową. 7 stycznia doszło do spotkania. Chodziło o przejęcie zrzutu z Londynu. Związane to było jednak z wyjazdem do Krakowa. Zrzut ma nastąpić 10 stycznia. Do towarzystwa wytypowani zostali: Dawidowski i mój główny kasjer Smoliński.

        Wyjazd nastąpił 9 stycznia. W południe byliśmy w Krakowie. Na stacji oczekiwał nas starszy pan z umówionym znaczkiem na baraniej czapie, hasłem i odzewem. Był bardzo zdenerwowany, ponieważ nie jutro, a dziś w nocy przyleci samolot. Zjedliśmy obiad w restauracji koło dworca i popołudniowym pociągiem pojechaliśmy w kierunku wschodnim. Dokąd, nie wiemy, bo bilety wykupił ten jegomość. W Podłężu zorientowałem się, że jedziemy w kierunku Tarnowa. Nie rozmawiamy z sobą, udajemy nieznajomych, siedzimy nawet oddzielnie. Wysiadamy w Tuchowie. Tu już ciemno na dworze. Dołączają do nas dwaj górale. Z nikim się nie witają, nikogo o nic nie pytają, po prostu idą z nami. Muszą znać naszego przywódcę. W lesie maszerują jako szpica. Od czasu do czasu dołącza ktoś z przodu, to znowu zjawia się ktoś z tyłu i w pewnej odległości kroczy za nami. Wreszcie robi się przed nami jaśniej, widać gwieździste niebo, kończy się las. Kolumna staje. Jesteśmy na miejscu. „Panie kapitanie, melduję posłusznie, że wszystko przygotowane, okolica dobrze obstawiona, placówki wysunięte zgodnie z rozkazem.” Nasz dowódca okazał się dowódcą oddziału partyzanckiego. Dostajemy po kubku gorącej herbaty. Mróz szczypie w uszy, podnosimy kołnierze. Teraz kapitan prosi nas o dowody osobiste. Przegląda dokładnie, każdemu zadaje kilka pytań, z których wnioskuję, że wie o nas bardzo wiele. „Zgadza się” i zwraca nam dowody. My stoimy bez słów i podziwiamy dobrą organizację i wyszkolenie wojskowe ludzi. Wszystko gra jak w zegarku.

        Nagle zapalają się na polanie ogniska, znak dla lotnika. Między tymi ogniskami ma wylądować. Po kilku minutach warkot samolotu. Nadchodzi. Ogromne napięcie. Nie widać go, bo nie zapala świateł, ale dochodzący dźwięk silnika mówi, że krąży nad nami i zniża lot. Wokół polany migają światła elektrycznych latarek. Wylądował. Do samolotu podchodzi tylko kapitan. Ogniska zostały już wygaszone. Rozmowa kapitana z lotnikiem trwa dość długo. Zapalają się reflektory, samolot podjeżdża pod sam skraj lasu, rozpoczynają wyć silniki i samolot na pełnych obrotach wzbija się w przestworza.

        Kapitan z przewieszonymi przez ramię dwoma workami prowadzi nas do stojących w ukryciu sań. Zawiozły nas do leśniczówki, miejsca postoju dowódcy oddziału. Gospodyni przygotowała skromne śniadanie: chleb, ser, masło, grzybki w occie i jako antygrypinę litr bimbru, który się bardzo nam przydał.

        Po śniadaniu otwarto worki, przeliczyliśmy zawartość, którą podzielono na cztery równe części po 25 tys. dolarów w różnych odcinkach. Każdy zapakował swój przydział do brudnego, wytartego worka, jakie noszą w tych okolicach robotnicy jadący do pracy. Myśmy też byli ubrani w stare kurtki. Ja miałem swoją burkę z obozu, którą mi przysłał mój przyjaciel Barczak. Tak wyekwipowani udaliśmy się w drogę powrotną. Nieumyci, nieogoleni, robiliśmy wrażenie prawdziwych robotników z tych okolic. Chodzi o to, by nie zwrócić swoim wyglądem na siebie uwagi.

        W Krakowie było jeszcze ciemno. Wysypał się tłum ludzi pędzących co sił w swoim kierunku, my wśród nich z takimi samymi workami, tylko z inną zawartością. Bez przeszkód dobrnęliśmy na ul. Szewską. W oficynie na II piętrze było mieszkanie, do którego kapitan posiadał klucze. Tu doprowadziliśmy się do ludzkiego wyglądu.

        Moim zadaniem było odszukanie jegomościa, który hurtowo handlował walutą. Wiedziałem, że taki przeniósł się z Warszawy do Krakowa przed powstaniem. Był dobrym znajomym Bogusia Howila, od którego trzeba zacząć. Boguś dał mi adres i zaprosił do zamieszkania u nich. Udałem się do tego waluciarza, przypomnieliśmy sobie siebie i omówiliśmy szczegóły „transakcji. Był zaskoczony sumą. Umówiliśmy się, że podzielimy całość na transze. Pojutrze pierwsza partia. Musiał mieć czas na zorganizowanie sprzedaży, nie mógł czekać, aż klient sam się zgłosi. Ze mną transakcja musiała się odbywać w trymiga. Nie mogłem ani czekać, ani kilka razy dziennie pokazywać się u niego. Będę przychodził w godzinach bardzo wczesnych, kiedy ludzie biegną do pracy.

        Osobiście byłem przeciwny tej sprzedaży. Lada chwila należy się spodziewać ofensywy, która nie wiadomo jak wpłynie na wartość złotówki, a dolar zostanie dolarem. Niestety, dowództwo okręgu nie chciało się z tym zgodzić. Musiałem wykonać polecenie. Moje przewidywania miały się w najbliższych dniach sprawdzić.

        W dniu, w którym wymieniłem ostatnią partię 20 tys. dolarów, wojska sowieckie ruszyły do natarcia. Wszystko było stracone.

        Żałowałem, że się podjąłem tego zadania, że brałem udział w z góry przegranej sprawie, że znowu mnie los rozdzielił z rodziną, i ponownie nie wiem, co się z nią dzieje.

 

28

Przejście frontu

        17 stycznia wojska polskie zajęły Warszawę, a już 18 wojska sowieckie wkroczyły do Krakowa. Dotychczasowe pieniądze straciły wszelką wartość. Na rynku pojawiły się złote wydane w Lublinie przez Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego. Wolno było teraz wymienić jedynie 500 złotych starych na 500 nowych. Klapa kompletna. Jak teraz wybrnie Komenda AK ze swoimi zobowiązaniami. Nawet nie poszedłem do nich pożegnać się. Nikt nie może mieć do mnie pretensji, że jako dyrektor finansowy, nie zwróciłem przedtem uwagi, że taka sytuacja może wyniknąć, bo od samego początku ich przed tym przestrzegałem, ale nie chcieli mnie słuchać.