Goniec

Register Login

Wspomnienia z mojego życia (56)

Oceń ten artykuł
(1 Głos)

Bycs24 stycznia wyruszyłem w kierunku Warszawy. Mróz szczypał w twarz, skrzypiał pod butami, do tego wiał mroźny boczny wiatr. Uratował mnie kaptur futrzany, który wraz z futerkiem dla Maryleczki miałem w plecaku. Żona, wyjeżdżając nagle z Krakowa, zostawiła niewykończone u krawca – teraz je odebrałem.

        Drogą w kierunku Warszawy płynął potok pieszych powracających na gruzy Warszawy. O poruszaniu się szybciej, niż dyktował tłum, mowy nie było. Dla mnie, szybkobiegacza, wlec się w tempie nadawanym przez słabszych piechurów było nerwowo nie do wytrzymania. Przeprawiłem się przez zwały śniegu i zacząłem maszerować dziarskim krokiem polami wzdłuż drogi. Z pól śnieg był zwiany.

        Pierwszy przystanek był w Słomnikach. Tu mój kuzyn, Kazio Paszkowski, wysiedlony z Poznania, osiadł jako ginekolog. Przed niecałą godziną urodził mu się trzeci z rzędu syn. Trafiłem na moment, gdy z oficerem sowieckim, który był przy porodzie, opijali szczęśliwy poród. Przysiadłem się do nich, by się posilić, wypić na każdą nogę, by się lepiej i weselej maszerowało, i w drogę. Zbyt blisko to było Krakowa, aby ulec Kaziowi i przenocować u nich. Założyłem bowiem w swoim planie, że codziennie będę robił 35-40 km. Piechurem byłem dobrym, nogi mnie nigdy nie bolały, zmęczenia nie czułem. W dodatku w przeddzień wyjścia z Krakowa otrzymałem w prezencie od kierowniczki magazynu wujostwa Howilów buty z cholewami, które w pospiechu zostawił gestapowiec zajmujący pokój w mieszkaniu wujostwa. Nie wiem, jak bym bez nich dobrnął do Żyrardowa.

        Zwykle przed wieczorem zaczynało się robić na drodze luźniej, starsi, zmęczeni, obarczeni tobołami wysiadali, szukali noclegu, choćby w oborze, stodole, byle pod dachem. To była tragedia, bo szedł tłum w liczbie kilku tysięcy osób. Nie dla wszystkich mógł się znaleźć nocleg w izbie. Wioski biedne, domki niebogate, zabudowania gospodarcze przeważnie liche, więc gdzie pomieścić tych ludzi. Jak tym wędrującym, tak i tym mieszkającym przy drodze trzeba współczuć – drzwi się do tych domów nie zamykały przez cały dzień. Nie mieli się czym dzielić, a jednocześnie nikt nie miał pieniędzy, żeby w miastach coś kupić, przynajmniej chleba, który był, ale na który można było tylko popatrzeć.

        Pod wieczór droga opustoszała, tylko nieliczni jeszcze mieli siły, żeby iść dalej. I ci byli w lepszej sytuacji, łatwiej znaleźli kącik w jakimś domku. W ciągu siedmiu dni zawsze noc spędzałem w mieszkaniu, raz nawet spałem na sienniku, tak zwykle na siedząco oparty plecami o jeszcze niewystygły piec kuchenny bądź w izbie. Moim całodziennym pożywieniem było „śniadanie” w postaci kilku kartofli w łupinach, które gospodynie gotowały dla inwentarza, i garnuszek zbożowej kawy. O chleb nie miałem śmiałości prosić. Raz tylko na przedmieściu Radomia zostałem poczęstowany chlebem ze smalcem i kawą, ale o tym za chwilę.

        Skoro świt zrywałem się codziennie do drogi, by korzystać z pustej szosy. Do spania nie rozbierałem się, nawet butów nie ściągałem, bo nie było można. Nogi w marszu rozgrzewały się i nabrzmiewały, a buty, kiedy je w Krakowie wciągałem na nogi, były, żeby nie powiedzieć ciasnawe, zaledwie w sam raz. Ponieważ jednak w marszu po śniegu przemokły już po kilku godzinach, rozszerzały się razem ze stopami. Zdawałem sobie sprawę, że gdyby mi się udało nawet je ściągnąć, to rano o wciągnięciu ich nie byłoby już mowy. Jedyna rada, nie chcąc iść boso – nie ściągać butów do samego Żyrardowa, jeśli się nie rozlecą.

        Dziś rano sam jeden prułem jak czołg suchą szosą przez Góry Świętokrzyskie. Przed Chęcinami dogoniłem grupę jeńców niemieckich, eskortowanych przez czterech towarzyszy radzieckich. Ponieważ szli marszem wojskowym, więc towarzyszyłem im, zamieniając raz z jednym, to znów z drugimi kilka zdań. Droga prowadziła pod górę. Gdy na szczycie po prawej stronie zaczął się las, Sowieci poprowadzili grupę w jego kierunku, nie pozwalając mi się odłączyć. Zrozumiałem, że wzięli mnie za Niemca i zamierzają mnie z jeńcami w lesie rozwalić. Kolumna się zatrzymała, bo nie byłem skory mimo popychania poddać się temu gwałtowi. Widząc w końcu, że to nie przelewki, przypomniałem sobie o legitymacji z obozu i znaczku „P”. Dopiero to pomogło i „starszyna” rzekł: „Idi – paszoł”. Po kilkunastu minutach usłyszałem serie pepesz. Stosowali metody hitlerowskie, odpłacali się im z nawiązką.

        W dwa dni później miałem podobną przygodę. Na drodze wychodzącej z Radomia stały silne posterunki sowieckie. Drogę zamykał szlaban. Zatrzymano mnie i pod eskortą zaprowadzono do stojącej w niedużej odległości zagrody. W otwartej na oścież stodole zauważyłem kilku uzbrojonych żołnierzy. W altanie przed wejściem do wiejskiej chałupy po obu stronach drzwi wejściowych stał posterunek. W sieni znajdowało się również dwóch z pepeszami. W izbie, do której mnie wprowadzono, siedział przy stole, na którym stało kilka aparatów telefonicznych, kapitan. W rogach izby dwóch podoficerów, przed którymi leżały wielkie księgi podobne do naszych ksiąg kościelnych. Zaczęło się przesłuchiwanie: imię, nazwisko, data urodzenia i miejsce, imię ojca i nazwisko matki, stan cywilny, miejsce ostatniego zamieszkania, skąd idzie i dokąd, gdzie mieszka itd. Następnie rewizja osobista, potem mojego plecaka. Zaintrygowała go latarka elektryczna, termos, a przede wszystkim buty z cholewami. „Szpion, wy dajecie latarką znaki samolotom niemieckim”. Mówię, że w Polsce każdy chłopiec miał latarkę. Kto wybierał się w drogę, brał termos z herbatą. Wykpił mnie. Wyście nic nie mieli, boso chodziliście, a nie w takich butach. Do tych ludzi nie trafiało żadne tłumaczenie, żaden rozsądny argument. Po aparatach i liczbie posterunków strzegących tego faceta domyśliłem się, że jestem w rękach enkawude. Nie ma żartów, wiele już się naczytałem i nasłuchałem o stosowanych przez nich metodach. Nie zamierzam się jednak temu dostojnikowi bezprawia poddać. Mówię do niego: „Jak się można zorientować po epoletach i tych kilku telefonicznych aparatach, ma Pan możliwość połączenia się z każdą władzą na terenie Polski. Bardzo proszę zadzwonić do Warszawy do prezydium miasta i powiedzieć, że jest tu Stanisław Zaborowski, który podaje się za byłego wicedyrektora finansowego. Muszą tam już być moi pracownicy i koledzy.

        Zastanawiał się chwilę, potem kazał spakować rzeczy i wyjść. Latarkę jednak zabrał. Żołnierz czy enkawudysta odprowadził mnie do szlabanu i kazał posterunkowi mnie przepuścić. Znowu byłem wolny.

        Po kilkudziesięciu krokach zauważyłem, że jestem bardzo wyczerpany. Wstępuję do najbliższej chałupy, żeby odpocząć. Dzisiaj nie miałem jeszcze nic w ustach. Pięciodniowy wysiłek, krótkie i niewygodne spanie, a raczej drzemanie, przebyte przed chwilą przesłuchiwanie, zrobiły swoje. Wysiadały nie tylko mięśnie, ale i nerwy.

        Pukam do drzwi, gospodarze proszą. Nie musiałem mówić, dokąd zmierzam. Gdy im opowiedziałem o swym zdarzeniu z NKWD, rzekli: Miał pan szczęście, rzadko komu udaje się wyjść stamtąd na wolność. Mówią, że wywożą do Rosji do obozów. Poczęstowali mnie chlebem ze smalcem, kawą, napełnili termos herbatą. Podziękowałem za gościnę i poszedłem dalej.

        Nie udało się dzisiaj wykonać założonego planu. Miałem dobić do Białobrzegów, musiałem przenocować w Kamieniu, wiosce odległej o 7 km. Dopiero w trzecim domu przyjęto mnie na nocleg. Gospodarze biedni, dzieci dużo, a w chałupach miejsc mało. Chciałem choćby w oborze, ale nie mieli słomy. Przy kuchennym piecu, który był jeszcze ciepły, przedrzemałem krótką noc.

        Rano zaczął prószyć śnieg. Wiatr wiał z tyłu i pomagał posuwać się w przód. Kilka minut po ósmej stanąłem w Białobrzegach. Zapach świeżego chleba zatrzymał mnie. Stoję i zastanawiam się, za co mógłbym kupić pół bochenka tego pachnącego chleba. Jedyny przedmiot w moim plecaku, który ma wartość rynkową, to Maryleczki kaptur i futerko, ewentualnie jeszcze termos. Pierwsze dwie rzeczy nie wchodzą w rachubę. Wchodzę do sklepu, pokazuję pieniądze, piekarka się śmieje i mówi, że do wyrzucenia. Proponuję, by kupiła ode mnie termos za pół bochenka chleba. Zapytała, skąd idę i dokąd. Przekroiła chleb, dała mi połowę, a termos odsunęła, nie chciała go przyjąć. Stałem i nie wiedziałem, jak się zachować. Co innego od gospodarza skorzystać z poczęstunku, a co innego wejść do piekarni, która sprzedaje chleb, i prawie wymusić, by go darmo otrzymać, chociaż naprawdę nie miałem takiego zamiaru, lecz uczciwie wymienić termos na chleb, a przecież był dużo więcej wart od pół bochenka. Chwilę wahania piekarka przerwała słowami: „Niech panu wyjdzie na zdrowie”. Podziękowałem i wyszedłem, szybko, żeby nie zobaczyła łez. Był to najbardziej gorzki kawałek chleba.

        Gdy następnego dnia przed wieczorem, po przejściu z Grójca do Mszczonowa – 27 km – wyszedłem poza miasto i zobaczyłem wieżę kościelne w Żyrardowie, a na drogowskazie – do Żyrardowa 11 km – nie wróciłem już do miasta, bo i tak bym nie zasnął, lecz powędrowałem dalej. Ta „bliskość” domu i rodziny dodała mi nowych sił. 11 km to niecałe trzy godziny marszu.

        Z myślami o Żonie i dzieciach szybko płynął czas i biegły kilometry. Już pierwszy dom Żyrardowa, potem następny. Po przejściu przez tory kolejowe zauważyłem ślady po stoczonej walce. Na ulicy stały dwa czołgi sowieckie. Cała aleja Warszawska pokryta rowami strzeleckimi. A więc Niemcy przygotowali się do obrony miasta. Nie widać na razie żadnych śladów zniszczeń budynków. Nasz dom cały. Na klatce schodowej pali się lampka. Pukam cicho do drzwi. Otwiera Żona. Wpadamy sobie w objęcia. Wszyscy cali i zdrowi. Żona prowadzi mnie do kuchni, gdzie wszyscy pokotem śpią na materacach na podłodze. „Dlaczego w kuchni, a nie w pokoju?” Jutro ci wszystko opowiem. Teraz rozbieraj się. Jesteś zapewne bardzo zmęczony. Kolacji nie dostaniesz, bo nic nie mamy. Jutro się umyjesz, dziś nie ma gdzie. Zatrważająca sytuacja. Byłem jednak zbyt zmęczony, by móc o tym myśleć. Natychmiast zasnąłem.

        Noc, choć trwała ponad sześć godzin, była za krótka dla człowieka, który po raz pierwszy po siedmiu dniach wielkiego wysiłku spał rozebrany i w pozycji leżącej na materacu i pod kocem, chociaż w opłakanych warunkach. Obudziły mnie dzieci, które tuliły się do mnie. Żona z Marysią nie pozwoliły mi jednak zażywać tego błogiego stanu. Zaczęły myć i ubierać dzieci i wynosić materace do przedpokoju, żeby stworzyć warunki do normalnego bytowania. Ja jeszcze leżałem, żeby nie robić tłoku, przyglądając się mojej roześmianej czwórce, która sobie na szczęście nie zdawała sprawy z naszego położenia. Pięknie ubrane, czyściutkie, jak za najlepszych czasów. Nikt by nie powiedział, że to dzieci rodziny bez środków do życia, bez kawałka chleba na śniadanie, bez grosza w kieszeni. Nawet nastrój Żony i Marysi nie zdradzał tego, nie było widać żadnego przygnębienia, rozpaczy, załamywania rąk.

        Nareszcie umyłem się, ogoliłem, zmieniłem bieliznę, a nawet włożyłem elegancki garnitur, na gwoździu wisiało moje wspaniałe palto. Skąd się to wszystko wzięło? Znalazły się też półbuty z grubej skóry juchtowej, na grubej, podwójnej podeszwie wodoszczelnej. Jak w żydowskim dowcipie, krawiec mówi do klienta, który przymierza ubranie: „Gdzie ten cham sze podział, ja sze pytam? Ja tu pana hrabiego widzę!”.

        Okazało się, że przed opuszczeniem domu na Bielanach w czasie powstania ta pomysłowa Marysia przy pomocy Leszczyńskiego (dozorcy) zamurowała w piwnicy wnękę pod schodami, w której schowała część rzeczy. Kiedy Sowieci wyparli Niemców z Warszawy, Marysia udała się natychmiast na Barcicką, gdzie zastała nietknięty schowek, mimo że wszystko inne zostało rozszabrowane. Zostało tylko pianino, kredens i duży wieszak w przedpokoju. Podarowałem te rzeczy Jadzi Kucharczykowej.

        Moje samopoczucie znacznie się poprawiło. Strój ma wielkie znaczenie. W takich warunkach szczególnie. Niemcy mają rację, że „Kleider machen Leute” – ubiór czyni człowieka.

        Toteż pierwsze kroki skierowałem do banku, żeby wymienić stare 3,5 tys. zł na nowe. Było za co kupić chleba. Nie groził nam już głód. Znajoma lekarka z Bielan ulokowała Maryleczkę u swoich przyjaciół na obiady, a Stasia u siebie w szpitalnej kuchni. O gotowanej strawie nie mogliśmy jeszcze marzyć. Żyło się nadzieją, że lada dzień powinno się coś zmienić. Przede wszystkim trzeba się starać jak najprędzej dostać do Warszawy. W obcym środowisku, w dodatku tak „czerwonym” jak Żyrardów, nie ma czego szukać, chociaż ze znalezieniem pracy nie byłoby kłopotu, gdyż burmistrzem Żyrardowa został mój pracownik, nauczyciel żyrardowski Janusz Stępień, którego w czasie okupacji „przechowałem” w swoim dziale podatkowym. Jednak nie odpowiada mi małe miasto, nawet na krótko.

        Trzeciego dnia wybrałem się do Warszawy, by się zorientować w ogóle w sytuacji dzisiejszej, w możliwościach otrzymania pracy i warunkach życia z tak liczną rodziną. Wstąpiłem do Wydziału Finansowego Zarządu Miejskiego, który się mieścił na Marszałkowskiej pod nr 8. Nowe kierownictwo w osobie jednego faceta, który nie miał zielonego pojęcia ani o finansach, ani o podatkach, żyło już w stadium idyllicznym komunizmu,  gdzie każdemu z sufitu spadają środki zaspokajające jego potrzeby. Wyobrażali sobie całą strukturę finansową na opak. Gdy się przedstawiłem kierownikowi, zapewne w obawie, że może przyszedłem zagrozić jego stanowisku, natychmiast zaczął tłumaczyć, że obecnie, to nie jak przed wojną, nie będzie żadnych dyrektorów, żadnych setek pracowników, tylko skromny zespół, który będzie wykonywał polecenia władz w zakresie finansowania, właściwie dostarczania pieniędzy różnym agendom. Na pytanie, skąd się te pieniądze będą brały, odpowiedział, że z banku. A bank skąd? Z drukarni. Wierzyć mi się nie chciało, że takiego durnia można było postawić na tym stanowisku. Że tak w tej chwili jest, potwierdzić miał za chwilę konkretny fakt. Wszedł jegomość i mówi: „Towarzyszu, potrzebuję 80.000 zł na zakup materiałów”. Pan X wypisał na kartce polecenie do kasy wypłaty tej kwoty. Na tej kartce był tylko podpis bez żadnej pieczątki, bez wskazania w ciężar jakiej pozycji budżetowej, na co, itd. Po tej „operacji kasowej” szybko pożegnałem faceta, nie próbując szukać zatrudnienia w takiej instytucji, w której droga do więzienia może być w każdej chwili możliwa.

        Rozpatrzywszy się w całości warunków bytowania w Warszawie i wziąwszy pod uwagę nasze małe dzieci, postanowiłem szukać wyjścia lepszego, niż mogła dać Warszawa, w Poznańskiem. Pojechałem do Rososzycy, odwiedziłem Ostrów, gdzie mi zaproponowano objęcie stanowiska profesora łaciny po poległym we wrześniu 1939 r. Bohdanie Chrzanowskim – nie zamierzałem jednak wracać do tego zawodu. Odwiedziłem przy okazji mojego serdecznego przyjaciela Barczaka, u którego bawiła jego siostra Jadwiga Kulińska. Od słowa do słowa wyszło na jaw, że chcę opuścić Warszawę. Podchwyciła to i zaproponowała objęcie administracji Gościejewa, majątku pod Koźminem, który dobrze znałem i dziesiątki razy tam bywałem, a który obecnie został Kulińskim zabrany, jako obiekt liczący powyżej 100 ha. Dlaczego Kulińska była zainteresowana, żeby administrację jeszcze w tej sytuacji prowadził znajomy? Otóż właściciele majątków ciągle jeszcze liczyli na to, że wszystko wróci do stanu przedwojennego, że władzę przejmą ludowcy, a nasz rodak z naszego powiatu, obecny premier nowego rządu Mikołajczyk, przepędzi komunistów. Tak rzeczywiście wyglądała wówczas sytuacja polityczna w kraju, a zwłaszcza w zachodnich województwach i południowo-wschodnich.

        Propozycja Kulińskiej wydawała się bardzo ponętna, chociażby ze względu na dzieci, i przede wszystkim na dzieci, które miałyby tam idealne warunki. Do Gościejewa czułem sentyment: położenie przepiękne, dworek obszerny i w dodatku całkowicie umeblowany. Toteż szybko się zdecydowałem, pojechałem z Kulińską do Krotoszyna i załatwiłem sprawę od ręki. Kierownikiem Urzędu Ziemskiego, któremu podlegały wszystkie zajęte przez państwo majątki, był mój starszy kolega z gimnazjum, Józef Chełkowski, do niedawna właściciel Dzierżanowa, Kuklinowa, Lipowej, Staregogrodu i Rzemiechowa w pow. krotoszyńskim. „Siadaj, pisz życiorys i podanie, ściągaj do Gościejewa rodzinę i gospodarz” – to były całe formalności.

 

29

Gościejew

        W pewien piątek marca, w piękny słoneczny dzień wygrzewaliśmy się w słońcu na Dworcu Zachodnim, czekając na nadejście pociągu. Śnieg ginął w oczach i w klinie między dwoma nasypami kolejowymi zaczęły wyłaniać się nagie ciała niemieckich żołnierzy, rozstrzelanych przez Sowietów po uprzednim obrabowaniu ich nawet z mundurów, bielizny i butów. Wykop był bardzo głęboki, mogło leżeć w nim kilkaset ciał. Makabryczny widok.

        Najpierw z Ostrowa pojechaliśmy do Rososzycy, by Dziadek zobaczył swoje wnuczęta. Matka, niestety, zmarła nagle w dzień wejścia czy przechodzenia przez Rososzycę wojsk sowieckich, tj. 20 stycznia. Sobotę i niedzielę spędziliśmy z Ojcem, siostrą i jej synkami.

        W południowych godzinach 15 marca wysiedliśmy w Krotoszynie. Na stacji żadnej dorożki ani furmanki, która mogłaby nas zawieźć do Gościejewa. Wyszedłem na szosę prowadzącą w kierunku Gościejewa i po jakimś czasie nadjechała wielka „hela” (poznański duży wóz), zaprzężona w woły. Zatrzymałem ją i poprosiłem, żeby nas zawiózł do Gościejewa. Furman zgodził się pod warunkiem, że zatelefonuję do administratora. Wóz był z majątku Kromolice. Zboczenie z drogi nie było duże i kolega – byłem przecież również administratorem od dziś – zgodził się.

        Na samym wstępie dzieciaki miały wielką atrakcję. W życiu nie widziały takiego zaprzęgu. Hela wysłana słomą stała się okazją do zabawy. Tak zajechaliśmy triumfalnie przed pałac. Wyładowałem rzeczy i udałem się do czworaków, gdzie mieszkał włodarz Józef Gruchot, który miał klucze do dworku i wszystkich pomieszczeń gospodarczych. Nie musiałem mu się przedstawiać, wszyscy robotnicy mnie tu pamiętali.

        Wnętrza mieszkania zastałem w stanie, jakby je Kulińscy wczoraj opuścili. Czarnomorski Niemiec o nazwisku Dikoff, Schwarzmeerdeutsche (wysiedleniec znad Morza Czarnego), nic nie zmienił w urządzeniu domu, niczego nie dokupił, ale też i nie zniszczył. Przez pięć lat utrzymał wszystko w bardzo dobrym stanie, za co należy mu się uznanie i podziękowanie. Robotnicy folwarczni też sobie niczego przez te kilka tygodni nie przywłaszczyli, raczej pilnowali, by nic nie zginęło „do powrotu państwa Kulińskich”, bo i oni nie umieli sobie wyobrazić, żeby można komuś zabrać majątek i wypędzić go z własnego domu.

        Czy ktoś, kto nie przeżywał takich tułaczek, poniewierki, niewygód, braków i głodu przez kilka ostatnich tygodni, jak moja rodzina, umie sobie wyobrazić radość z tego, co nas dzisiaj spotkało? Czy jeszcze przed kilkoma dniami mogliśmy marzyć o czymś podobnym? Czy mogliśmy się spodziewać, że wszystko najgorsze tak szybko minie i za kilka dni będziemy żyli w warunkach tak komfortowych? Szczęście znów spadło nam z nieba, nie omija nas.

        W oborze stało 30 krów dojnych, na spichrzu 2 worki grochu „Victoria” – dziś to śmieszne, ale wówczas ogromny majątek w spiżarni. Przysługiwało mi 7 litrów mleka dziennie. Pieniędzy miałem sporo, w sklepach było wszystko po śmiesznie niskich cenach w porównaniu z cenami w Warszawie i w ogóle w innych dzielnicach. Tędy nie przeszedł walec wojenny, nie zostało nic zniszczone, miasta, wsie, majątki niespustoszone, a przede wszystkim Poznańczycy nie zaczęli od bogacenia się, lecz od porządkowania gospodarki, nie było czarnego rynku, ceny ustalone przez miejscowe władze były przestrzegane. Ta sama złotówka w Poznańskiem miała pięciokrotnie większą wartość niż w Kongresówce czy Galicji. W gospodarstwie był następujący stan inwentarza żywego: 30 krów, buhaj, 56 owiec, 6 wołów roboczych, 2 trzyletnie ogiery, 6 rocznych źrebaków. Konie robocze zostały wszystkie zajęte do ewakuowania Niemców. Na spichrzu znajdowało się ponad 60 kwintali jęczmienia, 30 owsa, 20 kilka kwintali nasion buraków cukrowych. Cały zbiór kartofli leżakował w kopcach. Na polu leżały jeszcze nakryte ziemią buraki cukrowe, których nie zdążono odstawić do cukrowni. Majątek był dobrze zagospodarowany, „w pełnym biegu”. Najlepszy dowód, że już następnego dnia mogłem przystąpić do wiosennych siewów. Pogoda była tak piękna, że chłopaki chodziły boso za siewnikami. Serce młodego rolnika radowało się, kiedy zmęczony kładł się do wygodnego łóżka i kiedy wczesnym rankiem zrywał się do wydawania obroku dla koni i następnie doglądał dojenia krów, karmienia świń (28 sztuk), owiec, lub kiedy po kolacji, siedząc na „futerni” – skrzyni na obrok – przyglądał się dobrze utrzymanemu inwentarzowi. Przypominały się dawne młode lata w Antoninie, Kociembie.

        Dopiero trzeciego dnia mojego tu „panowania” dowiedziałem się, że ten cały inwentarz jest własnością Armii Czerwonej, że jest wpisany do ksiąg urzędu komisarza sowieckiego, który rezyduje w Krotoszynie, i jego aparat kontroluje często, czy nie ma jakichś ubytków. Sowieci bowiem tylko Generalną Gubernię uważali za Polskę, wszystkie inne tereny za niemieckie czy byłe polskie, które nam łaskawie przydzielili. Uznawali prywatną własność indywidualnych rolników, natomiast inwentarz żywy i martwy w majątkach państwowych, a takimi były również wszystkie majątki w Poznańskiem i na Pomorzu powyżej 50 ha i na Śląsku powyżej 100 ha, uznali za niemieckie, zatem za „zdobyczne”. Bandyci. Przybiła mnie ta wiadomość. Robią w Polsce, co chcą. Odszedł jeden okupant, przyszedł drugi, a nasi pepeerowcy włażą im w tyłek, by się przypodobać.

        Całe szczęście, że Poznańczycy nie zmienili swoich przekonań, nie popłynęli z prądem, nie pozwolili opanować pepeerowcom kierowniczych stanowisk w gospodarce i administracji, nie usunięto poza nawias ani byłych właścicieli majątków ziemskich, ani właścicieli przedsiębiorstw, nie zmieniono nawet części starostów, dodając im jedynie zastępców partyjnych, na ogół ludzi przyzwoitych. Majątkami ziemskimi kierowali przedwojenni administratorzy bądź tacy właśnie jak ja przybysze. Szlachcic Chełkowski już po półrocznej służbie na stanowisku kierownika urzędu ziemskiego powołany został na dyrektora zjednoczenia państwowych gospodarstw rolnych rejonu północno-zachodniego na terenie tzw. Ziem Odzyskanych. Cały zespół administratorów naszego powiatu to wybitni rolnicy, to jednocześnie jedna wielka rodzina. Okazji do częstych spotkań było co nie miara, a rozpolitykowanie wielkie. Wszyscy jak jeden mąż należeliśmy do Mikołajczykowskiego Stronnictwa Ludowego, braliśmy gremialny udział w jego wiecach. Nikt z nas nie głosował w tzw. „Referendum Trzy razy Tak”.

        Dworek w Gościejewie należał do starych dworów szlacheckich z XVII w., niewielu już wtedy zachowanych. Wzorowany na planie chaty wieśniaczej z olbrzymim kominem pośrodku sieni, właściwej tylko zachodniej Polsce. Ściany wykonane w konstrukcji ramowej (ryglówka), stosowanej zamiast wieńcówki. Budynek ustawiony na godzinę jedenastą. Gościejew ma jednak plan chaty rozbudowany i powiększony. Występują tu skrzydła boczne, a mieszcząca się w środku budynku sień przechodzi w wysuniętą w ogród dużą izbę jadalną 8,5 x 6,5 m, nad którą takiej samej wielkości pokój, w którym urządziliśmy sypialnie dla dzieci pod opieką Marysi. Z frontu po lewej i prawej stronie sieni dwa duże pokoje, każdy o pow. 5 x 8 m, po lewej salon, po prawej sypialnia zmniejszona o tzw. Biurko, pokój pracy właściciela, o pow. 4 x 2 m, za salonem z wejściem z izby jadalnej były dwie sypialnie, zaś za sypialnią małżeńska była jadalnia na co dzień. W prawym skrzydle, które miało własne wejście, była kuchnia, za nią sień, z której drzwi prowadziły do pralni, piekarni i wędzarni – kiedyś, za dobrych czasów, było to pomieszczenie zwane kawiarnią, w którym przygotowywano kawę i podgrzewano potrawy. W lewym skrzydle były dwa pomieszczenia, też z własnym wejściem z parku i sienią, które za mojej pamięci zajmowali rodzice Kulińskiego po zdaniu Frankowi majątku i ożenku z Jadwigą Barczakówną. Na piętrze obok dużej sypialni dziecięcej był jeszcze nieduży pokój 12 m kwadratowych oraz duża spiżarka. Poza tym otwarty strych. Dobrze zachowały się pierwotne urządzenia wnętrza – podłogi, drzwi, okna. Piękne modrzewiowe tarcice ułożone są między dębowymi ramami. Szersze deski układane są bardziej do środka, a węższe bliżej ścian. Deski środkowe szerokie na ponad pół metra. Podział okien wynosi po 4 szyby na jedno skrzydło, mają one podział barokowy – ramy tworzą krzyż równoramienny. Wielkość okien 1 x 1,34. Charakterystyczne dla dworku w Gościejewie są podwoje o jednakowych wymiarach: 1,24 x 2,25.

        Przed frontem dworu rośnie na klombie, otoczonym nisko przyciętym żywopłotem, stary płaczący jesion, za nim kilka młodych wysokich dębów, zaś z tyłu domu, po obu stronach ryzalitu – jadalni – stoją dwa wysokie, stare, rozłożyste dęby. Za nimi lekko opadająca ku strumykowi polanka. Przez strumyk do alei grabowej prowadzi mosteczek. Za strumykiem teren się podnosi i tam znajduje się trzeci staw – dwa położone są w bliskiej od siebie odległości po prawej stronie dworku, zaledwie kilka metrów od okien sypialni małżeńskiej i kuchni, za gęstymi krzewami śniegulek. Po lewej stronie również polanka, a na niej, na południowej stronie, kompleks siedmiu bardzo wysokich dębów, strzelistych. Za tą polanką, za wysokim żywopłotem z chińskiego bzu, wyjątkowo silnie i aromatycznie pachnącego podczas kwitnięcia, rozciąga się od podwórza aż do strumyka w dół duży warzywnik, zamknięty od pól i łąk trzy metry wysokim murem.