Goniec

Switch to desktop Register Login

Wspomnienia z mojego życia (57)

Oceń ten artykuł
(1 Głos)

Bycs        Za dwoma stawami był duży uprawny ogród, oddzielony od szosy bardzo wysokim i gęstym żywopłotem z ałyczy.

        Ten opis Gościejewa podaję dla starszej czwórki swoich dzieci, przywróci im na pewno na pamięć te beztrosko przeżyte w tym otoczeniu chyba najpiękniejsze lata w ich życiu.

        W tym raju przyszło nam osiąść po trudach wojennych i okupacji. Czy można było sobie wymarzyć piękniejsze miejsce? A moja kochana Norcia długie lata mi wymawiała, że był to stracony czas dla dzieci. Ja przeciwnie, uważam ten okres za najpiękniejszy w ich życiu i najszczęśliwszy pod każdym względem. Kiedy inne dzieci nadal głodowały, one miały nadmiar wszystkiego, łącznie z czystym powietrzem, nie zapragnęły niczego. Sądzę, że właśnie dlatego nie chorują, a ja nie jestem nerwowy.

        10 kwietnia 1945 r. nastąpiło pierwsze uderzenie w moje gospodarstwo. Władze sowieckie, „właściciele”, nakazały natychmiast dostarczyć do Wiesenthalu wszystkie owce, następnego dnia 14 sztuk jałowic, 24 kwietnia wszystkie źrebaki, a 29 kwietnia wszystkie woły, krowy i cielaki – tym razem do Czarnego Sadu, gdzie zrobili punkt zborny przed wysyłką do Wiesenthalu. Na drugi dzień kazali je odebrać z powrotem, ale po drodze mojemu oborowemu dwie krowy „zginęły”, reszta sztuk wróciła inna.

        Tej samej niedzieli, kiedy moi ludzie popędzili do Czarnego Sadu bydło, w godzinach popołudniowych część zgromadzonych na jednym z sąsiednich majątków trzyletnich źrebców wyrwała się z ogrodzenia i przez pola biegły w kierunku Gościejewa. Grupka chłopów, którzy po obiedzie zebrali się koło szkoły na pogawędkę, szybko otworzyła wrota na szkolny dziedziniec, stworzyła wysunięty w pole ku biegnącym koniom szpaler, tak że wszystkie 22 remonty wpadły na podwórze. Pobiegli po powrozy, linki, łańcuchy i uzdy i wyłapali je na laso. Wieś dotychczas miała w sumie zaledwie 6 koni. Taki zastrzyk niemal rozwiązywał problem siły pociągowej dla całej wsi i dla mnie, chociaż ja nie brałem w łapance udziału, ale mogę teraz liczyć na pomoc. Były to bowiem rosłe i kalibrowe źrebce, które można było następnego dnia zaprzęgać do roboty. Pod wieczór zjawił się Sowiet na koniu i zagroził, że w wypadku nieodprowadzenia koni do Wziąchowa w dniu jutrzejszym, nastąpią aresztowania. Chłopi się jednak nie ulękli i większości koni nie zwrócili.

        9 maja Sowieci znowu zażądali „kontrybucji”, tym razem 11 krów. Uszczupliło to poważnie moje gospodarstwo, mleko bowiem było jedynym źródłem dochodowym. Urząd Ziemski, od kiedy odszedł Chełkowski, ani razu nie zatroszczył się o Gościejew, nie zapytał, czy mam pieniądze, jak sobie radzę, czy w ogóle jeszcze jestem. Doszło do tego, że z własnej kieszeni musiałem ponosić drobniejsze wydatki. Postanowiłem więc jak najszybciej przeprowadzić parcelację, podzielić ziemię między swoich pracowników i sam też wziąć działkę.

        Już wczesną wiosną zacząłem o tym myśleć i zagospodarzać się na własnym podwórku. Deputat w formie zboża, kartofli, mleka był znacznie większy od moich potrzeb. Wstawiłem do „patyka” 2 warchlaki, kupiłem w wylęgarni 200 kurcząt, pod pożyczone kury i indyczkę podłożyliśmy kacze i indycze jaja, na targu kupiłem 10 gąsiąt.

        Gdy 29 kwietnia Sowieci zabrali resztę bydła, wsiedliśmy z moim oborowym na rowery i pojechaliśmy do Krotoszyna do sowieckiego komisarza z żądaniem, żeby każdemu z nas przydzielił po jednej krowie, bo dzieci nasze nie będą miały co jeść. Góźdź miał troje małych dzieci. Komisarz nie sprzeciwiał się temu żądaniu. Wypisał polecenie dla administratora majątku Wronów, sąsiada przez miedzę, Józefa Obsta, by nam wydzielił ze swojej obory dwie dobre dójki. Staliśmy się właścicielami krowy, co miało duże znaczenie wobec ciągłych rekwizycji.

        9 czerwca przydzielił mi Urząd Ziemski 4 roczne wołki – jako zalążek przyszłorocznej siły pociągowej. Było to raczej obciążenie gospodarstwa, pożytku z nich żadnego, a żywić trzeba dobrze, jeśli mają wyrosnąć i być dobrze rozwinięte.

        Zbliżają się żniwa. O ile wołami można uprawić pole, nawet zaprzęgać do siewnika, o tyle nie da się ich zakładać do kosiarki – są za powolne, napęd kosy wymaga szybkich obrotów, a więc i szybszego pociągu. Z pomocą przyszedł mi wspomniany Józef Obst, który oprócz własnych koni, których Niemcy nie zabrali, otrzymał jeszcze przydział szwedzkich koni z tzw. UNRRA – Organizacji Narodów Zjednoczonych do sprawy Pomocy Gospodarczej i Odbudowy. Wypożyczał mi w każdą niedzielę trzy pary koni do żniwiarek, co rozwiązywało mi żniwa. Z ludźmi nie było kłopotu, każdy chciał zarobić, a okazji poza mną nie było. Chłopi dowiedzieli się, iż w kilku majątkach pozbawionych koni administratorzy ułożyli się z gospodarzami o zapłatę za zwózkę zboża w ten sposób, że gospodarze pomagają własnym zaprzęgiem i własnymi ludźmi, za co za dniówkę mogą po fajrancie zabrać dla siebie wóz zboża. I ja się na to zgodziłem, mając kłopot z głowy. Zbiegli się wszyscy, którzy mieli konie.

        8 ha pięknego owsa tuż za stodołą zaczęło się już złocić, kiedy 7 sierpnia w nocy tabun koni i bydła „sowieckiego” wpadł na to pole. Płakać się chciało, gdy w niedzielę rano zobaczyłem to spustoszenie. Skąd się ta banda wzięła? Okazało się, że ciągnęli na Berlin po zdobyciu Prus Wschodnich. Mały oddzialik, składający się z trzech chłopskich wozów, dwudziestu kilku żołnierzy z oficerem na czele, pragnął też wziąć udział w szturmie na Berlin, a zapewne przede wszystkim w rabunku. Spóźnili się, bo Berlin był dawno zajęty. Pędzili przed sobą kilkadziesiąt krów i koni. To towarzystwo przebyło kilkaset kilometrów. Ile tego było na początku, Bóg raczej wiedzieć. Ubytek musiał być duży. Już w kilka godzin po zatrzymaniu się na naszych łąkach – z owsa żeśmy ich spędzili – rozpoczęły się transakcje kupna i sprzedaży. Kilku chłopów już kupiło kilka koni za bimber, kury, kaczki, jaja, owce. Kiedy się pojawiłem na tym targowisku, oficer dowodzący tą zgrają zwrócił się do mnie z pytaniem, czy nie mógłbym go wyratować z opresji: brakują mu trzy sztuki bydła. Może mam cielęta, to mógłbym wymienić na dobrą krowę. Poszedłem na łąkę i przyglądam się krowom i koniom. Wpadł mi w oko piękny młody wałach wschodniopruski z białą grzywą i białym ogonem. Nie mogę od niego oderwać oczu i dziwię się, że go dotąd nikt nie kupił. Chłopi przestrzegają mnie, że ma raka pod pęciną. Zauważyłem już przedtem – żaden rak, ale nie przeczę. Szybko odszukuję dowódcę i pytam, ile za niego chce. Ja go taksuję na 6000 zł. Przeliczyłem w pamięci wartość 4 wołków, wychodzi około 30 – 35.000. Prowadzę starszynę do obory i ubijamy interes. Za kasztana i wołu płacę czterema wołkami i nędzną krową, a na dodatek 5 cetnarami owsa. Przeprowadzam teraz odpowiednie zmiany na koncie inwentarza żywego z odpowiednim omówieniem. Tak wielkie miał jeszcze wtedy uprawnienia administrator państwowego majątku. Nikt się nie wtrącał do jego decyzji.

        Miałem wreszcie konia, mogłem założyć do dokarta, a nie męczyć się na rowerze. Doszedł szósty wół – były trzy zaprzęgi. Do orki jesiennej przyszedł mi z pomocą znowu Obst. Od kilku miesięcy jesteśmy blisko zaprzyjaźnieni. Pani Obstowa jest w wieku Żony, pan Obst nieco starszy. Wszyscy jesteśmy wesołego usposobienia i lubimy się bawić i tańczyć. Życzliwy sąsiad miał parowe pługi i nimi zaorał mi w kilka dni wszystkie pola, a ja powoli wołkami zasiałem i zabronowałem.

        Przed następnymi żniwami, w maju i czerwcu 1946 r., przystąpiłem do częściowej parcelacji, nadania ziemi najpierw stałym pracownikom – deputatnikom. Zgodnie z wytycznymi Urzędu Ziemskiego, każdy mógł otrzymać około 7 ha. Chęć nabycia wyrazili wszyscy, i nie tylko robotnicy, ale także małorolni na uzupełnienie do 7 ha swego areału. Również i ja stanąłem w ich szeregu. Przyjąłem zasadę, że każdy otrzymuje ziemię razem z tym, co się na jego działce znajduje. Ja np. miałem samo żyto, innemu przypadła pszenica, trzeciemu buraki cukrowe itd. Taki system zastosowałem tylko do swoich pracowników, reszta otrzymała gołe pole po zebraniu plonów, ale mogła żądać odpowiedniej ilości zboża do obsiania otrzymanej działki, i to bezpłatnie.

        W pierwszej turze rozparcelowałem jedną trzecią areału, równe 50 ha. Każdy do swojej działki otrzymał 1/2 ha łąki. Jedyną ośmiohektarową działkę – ze względu na to, że to był kawałek ziemi w innym miejscu, niegraniczący z resztą pól, otrzymała moja siostra w zamian za utraconą w Łyścu willę, która znalazła się po wojnie na terenie Związku Sowieckiego, na podstawie decyzji Państwowego Urzędu Repatriacyjnego. W ten sposób stałem się od razu gospodarzem na 16 ha, trzecim z rzędu największym rolnikiem w Gościejewie, ale tylko z jedną krową i dwoma tucznikami, natomiast biłem wszystkich i grubo przewyższałem liczbą drobiu: kaczek, kur, indyków, gęsi, do tego dochodził mój deputat w postaci 7 l mleka, 11 cetnarów pszenicy, 28 cetnarów żyta, 4,5 jęczmienia, 60 ziemniaków, 13 m sześciennych drewna opałowego względnie 66 węgla. To oprócz pensji, pełniłem bowiem nadal obowiązki administratora.

        Dom obfitował we wszystko i dusza się radowała, że dzieciaki miały takie warunki w tych ciężkich czasach. O nie mi tylko chodziło – cel mojego życia, dla nich podjąłem się ciężkiej pracy. Obecnie na swoim gospodarstwie trzeba było zakasać rękawy i pracować razem z najętym robotnikiem. Ale że praca na roli i w gospodarstwie była zawsze moją pasją, czułem się przy niej zawsze szczęśliwy i wesoły.

        25 września 1946 r. otrzymałem pismo z Urzędu Ziemskiego, zezwalające przydzielić działkowcom – deputatnikom po jednej krowie. Ponieważ i ja byłem działkowcem – deputatnikiem, przysługiwała mi również krowa – pierwszej, jako otrzymanej od Armii Czerwonej, nie brano pod uwagę. Zresztą każdy deputatnik posiadał również krowę na utrzymaniu majątku, tak że zrównaliśmy się teraz. Od pierwszej miałem już cieliczkę, druga była na wycieleniu i przy końcu roku miałem już cztery sztuki bydła. Rosło gospodarstwo.

        Areał ziemi państwowej się zmniejszył i po żniwach rozparcelowałem dalsze kilkadziesiąt ha. Obecnie wystarczyłyby dwie pary koni do wykonania wszystkich prac w gospodarstwie. Pieniędzy w kasie nie było, więc znowu załatwiłem kupno transakcją wymienną za woły. Za 6 wołów i jedną krowę nabyłem 3 dobre konie.

        10 lipca zjechała komisja Urzędu Ziemskiego i rozdzieliła między parcelarzy cały żywy i martwy inwentarz. Mnie przydzielono kasztana wschodnio-pruskiego, siewnik, opylacz, kosiarkę żniwną, pług, brony, koparkę do kartofli i ciężki wóz. Żeby być samodzielnym, potrzebny był tylko drugi koń, i to natychmiast, ponieważ żniwa za kilka dni. Nabyłem silną siedmioletnią klacz. Przestałem być zależny od cudzej pomocy.

        W nowe żniwa wchodziłem z zapasem ponad 100 q żyta, kilkunastu q pszenicy, owsa, jęczmienia i całym deputatem za ubiegły rok. Urodzaje w polu były na medal. Takimi mógł się poszczycić tylko Obst na Wronowie. W dalszym ciągu byłem na etacie Urzędu Ziemskiego w charakterze likwidatora spraw, które będą się ciągnęły przynajmniej rok, a może i dłużej. Nie muszę mówić, że obecnie miałem pełne ręce roboty, i to niełatwej – od świtu do nocy. Szczęśliwie siły miałem niespożyte, nie znałem zmęczenia, nie wiedziałem, co to choroba. Kiedy nadszedł zbiór buraków cukrowych, mogłem codziennie przez dwa tygodnie odbywać w nocy marsz za wozami z burakami, pilnując, żeby się drugi wóz nie odczepił lub chłopak nie zasnął i nie spadł z wozu pod koła. Do cukrowni w Zdunach było 22 km. W Zdunach trzeba było brać do rąk ciężkie widły, zwane tu gablami, i zrzucać buraki z wozów, wrócić na pole, załadować wozy, i dopiero wtedy pomyśleć o posiłku i kilkugodzinnym odpoczynku. Następnie znowu jazda na pole, by orać bądź zwozić liście buraczane. I tak w kółko. Po kolacji drzemka do 23, o 24 wyjazd do Zdun. Miałem już wtedy 3 konie.

        Ta spokojna, beztroska i szczęśliwa idylla gościejewska trwał jednak tylko 3 lata i 5 miesięcy. Już 12 czerwca 1948 r. otrzymałem list od swego byłego przełożonego, prezydenta Juliana Kulskiego, który przytaczam in extenso:

        „Warszawa, dnia 10 czerwca 1948 r. Szanowny Panie Dyrektorze! Piszę tak, chcąc przypomnieć się Panu, jak z zapytaniem, czy nie byłby Pan skłonny do powrotu do pracy na terenie Warszawy. Od 1 1/2 miesiąca zajmuję stanowisko członka Zarządu Zakładu Osiedli Robotniczych, nowo powstałej instytucji dla budownictwa mieszkań społecznie najpotrzebniejszych. Odpowiadając za odcinek finansowo-administracyjny, od początku myślę o Pańskiej osobie na stanowisko kierownicze finansowe. Czy to mogłoby Pana zainteresować? A jeśli tak – to pod jakimi warunkami? Proszę o łaskawą wiadomość pod adresem moim w Warszawie – Śmiała 19 m. 1. Już od dawna chciałem pisać do Pana w związku z zamierzoną przeze mnie akcją Archiwum Miejskiego – zbierania przyczynków do historii Zarządu Miejskiego okresu okupacyjnego. Ale o tym lepiej byłoby pomówić osobiście. Czy nie bywa Pan czasami w Warszawie? Gdyby tak, polecam się łaskawej pamięci. Co do sprawy ZOR, to byłbym wdzięczny za szybką odpowiedź, gdyż gorączkowo rozglądamy się za odpowiednimi kandydatami, a nie chciałbym, aby Pańska decyzja – o ile by mogła wypaść pozytywnie – była spóźniona. Podnoszę tę sugestię, mimo że wiem, iż Pan się dobrze czuje na swojej wsi. Tym niemniej myślę sobie: kto wie? i nie tracę nadziei. W oczekiwaniu wiadomości, proszę przyjąć serdeczne pozdrowienia i uścisk dłoni,/-/Julian Kulski”.            

            Nie połknąłem jeszcze haczyka. Podziękowałem za pamięć i propozycję, ale odpowiedziałem negatywnie. Tak mi tu w Gościejewie było dobrze, że nie myślałem o wyjeździe stąd, chociaż wszyscy się dziwili. Ludzie nie rozumieli, że można mieć takie zamiłowanie do ziemi, do pracy na roli, do tej ciężkiej i brudnej roboty. A jednak zdarzają się tacy, nawet z dwoma dyplomami uniwersyteckimi (i to żadnym z dziedziny rolnictwa).

        W końcu sierpnia otrzymałem znowu, tym razem od prezydenta miasta Łodzi, Kazimierza Mijała, ofertę: zaproszenie na członka dwuosobowej komisji dla uzdrowienia finansów miejskich. Tę propozycję przyjąłem.

        Mijała znałem z okresu okupacji, kiedy byłem w zastępstwie prezydenta Kulskiego przewodniczącym Rady Komunalnej Kasy Oszczędności miasta Warszawy, a Mijał był w niej naczelnikiem wydziału organizacyjnego. Mijał już w czasie okupacji był członkiem Komitetu Centralnego Polskiej Partii Robotniczej, jej sekretarzem. Po wojnie został prezydentem miasta Łodzi, następnie ministrem Gospodarki Komunalnej, wreszcie naczelnym dyrektorem Banku Inwestycyjnego.

        To był mój pierwszy wyjazd poza granice powiatu krotoszyńskiego i ostrowskiego. Nie ukrywam, że list Kulskiego wprowadził pewne zamieszanie w moich myślach i postanowieniach. Dotąd byłem przekonany, że nic mnie z Gościejewa nie jest w stanie wyciągnąć, że tu pozostanę do śmierci. Dopiero teraz zacząłem patrzeć inaczej na sprawy, a kiedy znalazłem się w Łodzi, poczułem się ponownie „dyrektorem”. Gdy po trzech miesiącach wróciłem do domu, Żona zaczęła stawiać przede mną problem dzieci, dobrej szkoły. Teraz łatwiej było nakłonić mnie do opuszczenia Gościejewa. Napisałem list do Kulskiego, który szybko odpisał, i już 3 stycznia 1949 r. objąłem we wspomnianym zakładzie ZOR stanowisko szefa nadzoru finansowego.

        W sobotę, 1 stycznia, pokazałem Żonie granice naszych pól, zaprowadziłem do stajni, obory, chlewa, pokazałem inwentarz, zawartość spichrza, w domu omówiliśmy najpilniejsze sprawy, które należy wykonać w styczniu, terminy płatności podatków, odstaw kontyngentowych itd. W oborze stało już 6 krów, w świniarni kilka świń, masa drobiu – gospodarstwo, jak się patrzy.

 

ZOR, Nowa Huta, BPSZ

        Z tymi obowiązkami pozostawiam Żonę, która przedtem nie dotykała się tych spraw, o wielu rzeczach gospodarskich nie miała pojęcia. W niedzielę rano pożegnałem się z rodziną i wyjechałem do Warszawy na stałe. Zatrzymałem się u Howilów – Bogusia i Haliny, którzy zdążyli się już pobrać, zarobić grubą forsę i odbudować z gruzów willę w pięknej dzielnicy willowej – przy ul. Filtrowej.

        Pracy w biurze było dużo. Nigdy przed godziną 18-19 nie kończyłem zajęcia. Nim zacząłem pracować, Zakład Osiedli Robotniczych odbudował na swoją siedzibę Pałac Błękitny przy Senatorskiej, róg pl. Dzierżyńskiego.

        W takie jedno późne popołudnie, 11 czerwca 1949 r., zjawił się w moim gabinecie prezes ZOR-u, inż. Aleksander Wolski w towarzystwie swego zastępcy, pana Juliana Kulskiego, i bez żadnych wstępnych wyjaśnień oświadczył mi, iż przed kilkoma godzinami na posiedzeniu Rady Ministrów zapadła decyzja budowy nowego miasta i huty pod Krakowem, na terenach klasztornych w Mogile i Pleszewie. Naczelnym dyrektorem został inż. Zygmunt Moskwa, dyrektor naszej Dyrekcji Osiedli Robotniczych w Kielcach, ja jego zastępcą. O godz. 21 odjeżdża kurier do Krakowa, ma Pan zarezerwowane miejsce w wagonie sypialnym, tu jest bilet. Do przedziału zostanie dostarczona uchwała rządu i inne dokumenty, z którymi się Pan zapozna w drodze czy jutro w hotelu. Zarezerwowany jest dla Pana i dyrektora Moskwy apartament w Hotelu Francuskim. Do rana mają być przygotowane pomieszczenia biurowe po Zakładzie Ubezpieczeń „Feniks” przy ul. św. Jana nr 2. Należy się liczyć, że już jutro mogą nadejść do Krakowa pierwsze pociągi z cegłą. To tyle, reszta na Pańskiej doświadczonej, jak zapewnia pan dyrektor Kulski, głowie. Żegnamy!”. Na odchodnem Wolski dodał: „Niech się Pan nie martwi, budować będą dwa dobrze zorganizowane przedsiębiorstwa państwowe: Przedsiębiorstwo Budowlane w Krakowie i Społeczne Przedsiębiorstwo w Krakowie”. Ich dyrektorzy zęby zjedli na prowadzeniu budów. Jutro skontaktują się z panami”. Kropka.

        Poszli moi szefowie, a ja długo jeszcze nie umiałem sobie wyobrazić swojej nowej pracy, obowiązków, jakie mogą jutro na mnie spaść. Z tyloma niewiadomymi jadę do Krakowa, na dobry i zły los. A mimo to pociąg szybko ukołysał mnie do snu. Praca na roli przez te kilka lat tak uodporniła organizm i nerwy, że nic nie było w stanie zachwiać równowagi. Nerwy były jak postronki.

        Oczom nie chciałem wierzyć, gdy na pasie muru między parterem a I piętrem gmachu przy ul. św. Jana 2 zobaczyłem napis z wysokich na 40 cm złotych liter wypukłych „Dyrekcja Budowy Nowej Huty”. Kto i kiedy zdążył to zrobić? Poszedłem na I piętro, zadzwoniłem. Otworzył mi starszy jegomość. Zapytał, kim jestem. Sam się też przedstawił. Lokal był obszerny, zajmował całe piętro w dużej kamienicy. Na razie pusty, tylko aparaty telefoniczne stały na parapetach okiennych. Woźny to stary emerytowany mistrz murarski, przed wojną w firmie budowlanej Cyrankiewicza, ojca naszego premiera Józefa Cyrankiewicza. Znał Kraków na wylot. Kiedy wychodziłem, woźny poinformował mnie, że na dole stoi samochód dyrekcji, przydzielony przez Komitet Miejski PZPR. Telefony miały już zmienione numery, i to załatwił Komitet.

        Około południa dzwoni dyrektor Krakowskiej Dyrekcji Kolei Państwowych z zapytaniem, dokąd ma kierować pociągi z cegłą, przeznaczone dla Nowej Huty, które blokują mu bocznice. Byłem w kropce, nie mogłem dać wiążącej odpowiedzi. Przeprosiłem, że odpowiem za godzinę. Odnalazłem telefon jednego z dyrektorów firm budowlanych, który obiecał po mnie przyjechać. Proponuje on sprawę składowania rozwiązać prowizorycznie. Teren budowy leży przy drodze w kierunku Czyżyn. Obok biegnie bocznica kolejowa do Zakładów Tytoniowych w Czyżynach. Na tę bocznicę należy kierować pociągi, a jutro trzeba będzie zacząć rozładowywać je, zrzucając cegłę do rowu obok toru. Dyrektor kolei zgodził się.

        Przed wieczorem przyjechał dyr. Moskwa z małżonką. Zjedliśmy razem kolację w restauracji hotelowej. Tak mili i towarzyscy oboje, że po godzinie zdawało się, że znamy się od dawna. W poniedziałek rano spotkaliśmy się na placu przyszłej budowy z dyrektorami, naczelnymi inżynierami i kierownikami odcinków robót. Plac budowy stanowi jedno wielkie pole przepięknej pszenicy, jaką trudno byłoby spotkać nawet na Kujawach. Była jeszcze zielona i miała już jutro pójść pod kosy.

        Decyzja o budowie Nowej Huty została podjęta na Kongresie Zjedno-czeniowym w grudniu 1948 r. Polska Partia Robotnicza połączyła się wtedy z Polską Partią Socjalistyczną w Polską Zjednoczoną Partią Robotniczą. Były różne warianty lokalizacji, zwyciężył wariant nadwiślański. Kraków był i pozostał miastem konserwatystów, wierzących i praktykujących katolików, nie posiadał wielkiego przemysłu, a zatem i zorganizowanej klasy robotniczej, przy pomocy której można by rozsadzać to „gniazdo reakcji”. Postanowiono więc wprowadzić nową krew do krakowskiego zestarzałego organizmu. Tym katalizatorem miała być właśnie Nowa Huta z dziesiątkami tysięcy robotników. Żeby przyspieszyć proces, wymyślono perfidny sposób do tego: zdecydowano przesiedlić część mieszkańców Krakowa w inne okolice, „rozsiać” po kraju. Metodę tę podsunął Związek Sowiecki, który ją powszechnie stosował, i to z powodzeniem.

        Jednocześnie z rozpoczęciem budowy Miasta Nowa Huta (sama huta miała późniejszy termin rozpoczęcia) przystąpiono do wysiedlania mieszkańców dla zdobycia pomieszczeń dla robotników budowy. Na pierwszy ogień poszła ul. Szewska. W Krakowie zawrzało. Z godziny na godzinę rosło podniecenie i napięcie, wulkan groził wybuchem. Z ambony kościoła Mariackiego arcybiskup krakowski, kardynał Sapieha, zaprosił wysiedleńców do siebie na zamek. Poruszył też z ambony bezprawne zajęcie ziemi klasztornej. Robotnicy nie stawili się do pracy. Nastąpiła konsternacja w Warszawie. Sytuacja stała się dużo groźniejsza, niż sobie wyobrażały władze, podejmując taką decyzję.

        Z Zarządu ZOR-u otrzymaliśmy polecenie nawiązanie rozmów z Kurią Biskupią. Udaliśmy się tam z kolegą Moskwą, wiedząc z góry, że na tym szczeblu załatwić się nie da. Jakiś prałat w sekretariacie Kurii odprawił nas z kwitkiem, zaznaczając grzecznie, ale stanowczo, że ta kwestia leży w wyłącznej gestii księcia arcybiskupa Sapiehy, który „mógłby” na ten temat rozmawiać wyłącznie z panem prezydentem Bierutem. Amen, kropka. Ukłoniliśmy się nisko i opuściliśmy wysokie progi.

        Moskwa zadzwonił do prezesa Wolskiego, zdając mu relację z naszej wizyty, oraz powiadomił o zawieszeniu robót z powodu strajku robotników. Nowa dla Warszawy konsternacja.

        Sprawa przeszła na drogę „dyplomatyczną”. Działać zaczęto w białych rękawiczkach, zachowując wszelkie formy protokołu dyplomatycznego. Do Krakowa zjechał premier rządu Józef Cyrankiewicz, krakowianin z urodzenia, niezły dyplomata. Po kilku spotkaniach z luminarzami Kościoła, na których wstępnie uzgodniono pewne kwestie, udało się uzyskać audiencję u arcybiskupa. Cyrankiewicz miał w zanadrzu gotowe propozycje: za zgodę na oddanie klasztornych dóbr państwo stawia do dyspozycji każdy obiekt, jakiego w zamian zażąda arcybiskup. Ubito ugodę. Budowa po kilku dniach znowu ruszyła. Władze komunistyczne okazały się słabsze od władz kościelnych.

        W poniedziałek, 27 czerwca, na terenie wsi Mogiła rozpoczęto wykopy pod pierwszy budynek mieszkalny. Mogiła to wieś, skąd 22 kwietnia 1576 r. wyruszył w ostatni odcinek drogi z Siedmiogrodu do Krakowa król Stefan Batory. Tu, w Mogile, oczekiwało go pospolite ruszenie z Wielkopolski, by cało i bezpiecznie doprowadzić do Krakowa na Wawel. Dziś biedna podkrakowska wioska, jak setki innych w Krakowskiem i Rzeszowskiem.

        Pomijając negatywne zamiary, o których przed chwilą była mowa, Nowa Huta miała się stać sztandarową inwestycją planu 6-letniego. Po to, aby jej nadać odpowiednią rangę, należało społeczeństwo zainteresować budową, zbliżyć do niego zagadnienie budownictwa przemysłowego, uczynić Nową Hutę dziełem drogim każdemu, a pracę na tej budowie zaszczytnym zadaniem życia. Powszechna kampania propagandowa, tysiące plakatów w miastach i wsiach propagowały wizję wielkiego programu uprzemysłowienia i budowy Polski socjalistycznej. Akcentowały też perspektywę awansu społecznego, urządzenia sobie życia, zdobycia zawodu i mieszkania. Stawiano przede wszystkim na młodzież i jej entuzjazm. Pierwsza stawiła się 80. brygada junaków Służby Pracy spod wrocławskiego Gniewkowa. Kiedy 2 pociągi, każdy po 50 wagonów, zapełnione junakami po brzegi, przybyły na miejsce, naokoło stało jeszcze niezżęte zboże. Toteż zanim przystąpiono do pracy na budowie, komendant, kapitan Stanisław Bobiński, kazał skosić hektar pszenicy i postawił w podkowę 19 namiotów. Chłopi mogilscy i robotnicy z sąsiednich miejscowości mówili junakom, że przy wykopach można dobrze zarobić, ale nie należy się zbytnio spieszyć, żeby dla wszystkich starczyło roboty do zimy. Nie chcieli jeszcze wierzyć, że tu powstanie wielkie miasto, a niedługo zacznie się jeszcze większa budowa huty. Za junakami ściągały brygady ochotnicze Związku Młodzieży Polskiej – ZMP.

        Piotr Ożański, ochotnik ZMP, przybył na budowę spod Rzeszowa i wkrótce okazał się jednym z najlepszych murarzy Nowej Huty. Będąc przodownikiem, rzucił myśl, żeby pobić rekord należący do murarzy warszawskich i brygada Ożańskiego wmurowała w ciągu 8 godzin 34.700 cegieł, podczas gdy warszawska tylko 14.000 sztuk. Po dwu miesiącach brygada Ożańskiego pobiła własny rekord i wmurowała aż 66.000 cegieł.

        Wyścig z czasem trwał. Był to okres, kiedy młodzież uczono na pod- ręcznikach „Opowieść o prawdziwym człowieku” czy „Jak hartowała się stal”. Ochotnicze brygady ZMP były wówczas faktyczną szkołą obywatelską. Praca trudna i mozolna na budowie. Wszystko wykonuje się ręcznie, żadnych udogodnień, żadnej mechanizacji. Taczka zwana japonką, łopata, kielnia, wiadro do zaprawy, kozły do noszenia cegły na plecach i to wszystko. A mimo to junacy potrafili w ciągu trzech miesięcy wybudować czteropiętrowy blok. Entuzjazm w pracy był olbrzymi. Mało kto pytał, ile godzin i za jakie pieniądze będę pracował. Nie było jeszcze wtedy zwyczaju płacenia za godziny nadliczbowe. Zaplecza socjalnego też nie było. Po robocie myto ręce w kałuży i wycierano w spodnie lub bluzę.