Goniec

Switch to desktop Register Login

Wspomnienia z mojego życia (58)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

BycsNowa Huta miała w każdej dziedzinie priorytet, była najważniejszym zagadnieniem w kraju, wszystko stało przed nią otworem. W ciągu jednego dnia mój szef administracyjny wyposażył wszystkie komórki w potrzebny sprzęt biurowy, meble, stoły kreślarskie, biurka itp. Kolega Moskwa ściągnął z Kielc głównego księgowego. Kraków był przeładowany wysoko kwalifikowanymi ludźmi różnych specjalności, dla których w Krakowie nie było odpowiednich miejsc pracy. Toteż, gdy się dowiedzieli, że powstaje nowa instytucja, drzwi się nie zamykały, mogłem wybierać i przebierać jak w ulęgałkach. Po kilku dniach mogłem stwierdzić, iż cały aparat zdaje egzamin i funkcjonuje bez zarzutu. Byli to bowiem pracownicy z dłuższym stażem w poważnych zakładach, kilku nawet z tytułem doktora. Nie trzeba ich było uczyć.

17 września przyjechał dyrektor Kulski, zaprosił mnie na popołudniową kawę do Wierzynka. Jako mój zwierzchnik, interesował się moimi zagadnieniami. Zdałem mu obszerną relację, z której wynikało, że właściwie wszystkie problemy organizacyjne zostały rozwiązane i dyrektor Moskwa znalazł zastępcę do spraw technicznych – naczelnego inżyniera, przedwojennego przedsiębiorcę budowlanego. Jeśli chodzi o dział administracyjno-finansowy, nie powinno być kłopotów. Kulski tylko na to czekał i natychmiast zapytał, czy mógłbym już teraz wrócić do Warszawy. Ja też na to czekałem. Odpowiedziałem, że już przed miesiącem była taka możliwość. Oczywiście musi ktoś fachowy na moje miejsce przyjść, ponieważ ci wybitni inżynierowie jednak nie są w stanie zajmować się tymi sprawami, nawet gdyby się na nich znali. Kwestia znalezienia na moje miejsce kandydata nie jest żadnym zagadnieniem – jeszcze dziś można zna- leźć kilku kandydatów z dobrymi kwalifikacjami.

Wreszcie Kulski zdradził powód swego przyjazdu: „W Warszawie ZOR przystąpił do organizowania własnego biura projektów dla swoich potrzeb. Jest już drugi dyrektor administracyjno-finansowy i widzimy, że również i ten kandydat nam nie odpowiada. Ponieważ dyr. Moskwa zrobił panu taką reklamę u Prezesa Wolskiego, Prezes polecił mi skontaktować się z panem i wysondować pańskie stanowisko. Byłby pan skłonny przyjąć tę propozycję? Jeśli tak, porozmawiamy zaraz z Moskwą”. Zgodziłem się, ponieważ stęskniłem się za Warszawą. Kraków to szalenie spokojne i nudne miasto. Słusznie nazywało się Kraków miastem emerytów. A ja nie mam w sobie nic ze starości.

Moskwa był tym zaskoczony, zdumiał się i zapytał, czy się tu źle czuję, czy się coś stało, o czym nie wie. Uspokoiłem go, że czuję się jak najlepiej, ale moim stałym miejscem pobytu była Warszawa i pragnę jak najszybciej do niej wrócić i sprowadzić rodzinę. Zostałem przecież tylko delegowany na czas, wprawdzie nieokreślony, ale tylko do zakończenia organizacji. Nie pobieram pensji z kasy Dyrekcji Budowy, a z kasy Zarządu ZOR-u, skąd też otrzymuję diety. Zresztą w takiej samej sytuacji był Moskwa. Pogodziliśmy się.

Jestem znów w Warszawie. Pismem z dnia 20 września 1949 r. prezes Zarządu Głównego ZOR deleguje mnie z dniem 21 września „do objęcia funkcji pełniącego obowiązki dyrektora administracyjno-finansowego Centralnego Biura Projektów i Studiów Budownictwa Osiedlowego”.

Sytuacja jest dość skomplikowana, ponieważ jest nas dwóch. Mojemu poprzednikowi nie upłynął jeszcze termin wypowiedzenia, jest więc formalnie nadal dyrektorem, chociaż wie, że de facto już nim nie jest. Wiedzą o tym również wszyscy pracownicy. Sprawa jest delikatna. Żeby się nie czuł źle, pozostawiam w jego gestii pewną część uprawnień, sam zajmuję się problemami zasadniczymi, a przede wszystkim ustawieniem organizacyjnym biura. Ma to być wielkie biuro projektowe dla odbudowy Warszawy, budowy Nowej Huty oraz odbudowy innych terenów całego kraju do czasu zorganizowania w każdym mieście wojewódzkim oddzielnej komórki projektowej, na bazie której w najbliższej przyszłości mają powstawać bądź filie, bądź też – w miarę możliwości – samodzielne biura.

Naczelnym dyrektorem jest inż. Bronisław Kulesza, który przed wojną pracował w organizacji projektowej Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, zna cały świat budowniczych warszawskich i on ściąga po kolei swoich kolegów i znajomych. Jest ich w Warszawie wielu, i to znakomitych, ale są to ludzie, którzy przed wojną prowadzili samodzielne przedsiębiorstwa, bądź w takich pracowali, albo też mieli własny zespół projektowy. Niełatwo przychodziło takim ludziom zdecydować się na pracę pod kierunkiem państwowego dyrektora. Samodzielność w takim biurze jest do pewnego stopnia ograniczona, jest w nim bowiem komórka partyjna, która ma ważki głos, a oni – prawie bez wyjątku – mają krytyczny stosunek do nowego ustroju, który ich zepchnął z wysokich szczebli drabiny społecznej.
Kulesza, gruźlik, długie okresy przebywa w sanatorium w Otwocku i stamtąd kieruje biurem. Zastępuje go na miejscu naczelny inżynier Stanisław Warhaftig, kolega i przyjaciel prezesa Wolskiego, człowiek bardzo kulturalny, inteligentny i elegancki, a tak przystojny, że, jak mówią same niewiasty, trudno na niego patrzeć bez chęci zgrzeszenia z nim.

Biuro mieści się przy ul. Wierzbowej, na pl. Teatralnym w pałacu Neprosa. Znowu jestem na pl. Teatralnym, patrzę na ruiny Opery i ratusza, widzę nawet część narożnika swego dawnego gabinetu, który nie runął. Wszystko to takie bliskie. Za zachodnią ścianą pałacu była we wrześniu 1939 r. Galeria Luksemburga, Hotel Oficerski, moje miejsce postoju.

Jak sama nazwa mówi, Zakład Osiedli Robotniczych miał za zadanie budowę osiedli robotniczych, głównie dla podstawowych gałęzi przemysłu, górnictwa, hutnictwa. Toteż pierwsze osiedla powstały na Górnym Śląsku. Przy większych zakładach stawiano mniejsze lub większe osiedla, składające się z 200 do 2000 jednorodzinnych domków. W pierwszym roku działalności inwestycyjnej ZOR-u zakupiono w Finlandii 6000 domków. Były to typowe domki drewniane, które u nas, na miejscu budowy, były składane. Elementy były tak dokładnie i precyzyjnie wykonane, że prawie nigdy nie zachodziła konieczność użycia hebla czy piły.
Do tej pierwszej partii 6000 domków kontrahent fiński dołączył 8 domków w postaci prowizji. Powstało zagadnienie, komu je przydzielić.

Kilka miesięcy wcześniej Teodor Toeplitz, działacz społeczny i spółdzielczy, współzałożyciel Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej, podarował ZOR-owi swój mająteczek w Otrębusach, składający się z pałacyku w małym parku, zabudowań gospodarczych i kilkudziesięciu hektarów ziemi. Niewiele myśląc, prezes Wolski wybrał Otrębusy na miejscowość, w której postawi się te 8 domków, z przeznaczeniem dla inżynierów bez mieszkań. Otrębusy mają wspaniałe połączenie z Warszawą kolejką elektryczną, kursującą kilkanaście razy dziennie. Zawarto umowę z prywatnym przedsiębiorcą z Pruszkowa, nasze biuro wykonało szybko potrzebne projekty i w ciągu trzech kwartałów całe osiedle było gotowe. Miało prąd, wodociąg, kanalizację z odprowadzeniem do zbiornika typu Imhoffa oraz projekt zadrzewienia.

Pierwszy wykończony domek przypadł mnie. Likwidujemy Gościejew i Żona z dziećmi zjeżdża do Otrębus. Dzieci idą do szkoły w Podkowie Leśnej – dojazd: dwa przystanki kolejką. Żona jest bardzo zadowolona. Żyjemy znowu na wsi, ale w warunkach miejskich i równocześnie w pięknej przyrodzie – o kilkaset metrów piękne, stare lasy. Znowu jesteśmy razem i jest nam bardzo dobrze. Trzy Podkowy Leśne: Główna, Wschodnia i Zachodnia, to miejscowości, które utworzyli i zasiedlili warszawscy przemysłowcy, bogaci kupcy, wolne zawody. Dla nich firma belgijska pobudowała linię kolejki elektrycznej.

27 listopada 1950 r. otrzymuję pismo ministra budownictwa powołujące mnie na członka „Komisji Organizacyjnej Centralnego Zarządu Biur Projektowych”. W komisji jest też kol. Warhaftig i Roman Szymborski, dyrektor jednego z biur projektów budownictwa ogólnego. Jest mi przyjemnie, że w ciągu niecałych dwóch lat zdołałem zdobyć tak duże uznanie dla moich zdolności organizacyjnych i tak szybko awansuję. Zadanie jest wielkie, ogólnokrajowe. Chodzi już nie tylko o stworzenie ram statutowych dla samego centralnego zarządu, ale i siatkę biur projektowych dla całego kraju, powiązanie organizacyjne z zarządem, podstawy prawne działania, normy pracy, siatkę płac, lokale dla biur i cały szereg innych kwestii z tym związanych. Olbrzymia praca na kilka miesięcy, ale praca ciekawa, dająca zadowolenie.

W kilka tygodni później minister budownictwa polecił mi – obok tych zajęć – wejść z ramienia resortu do zespołu powołanego przez ministra finansów, opracowującego ustawę o podatku od wynagrodzeń. Teraz już na nic nie miałem czasu. Od rana do późnej nocy byłem zajęty przygotowaniami różnych opracowań, projektów, braniem udziału w posiedzeniach to jednej, to drugiej komisji. Czułem się w swoim żywiole. Miałem wówczas takie doświadczenie w tych zagadnieniach, że mogłem już nie myśleć – ja po prostu wiedziałem, jak co powinno wyglądać, jak powinno być. Ten zmysł organizacyjny odziedziczyłem po Ojcu i przekazałem go swemu najstarszemu synowi.

Szybciej niż żądał minister przygotowaliśmy wszystkie opracowania projektów. Równocześnie zaczęło się teraz montowanie aparatu biurowego centralnego zarządu i biur projektowych – najpierw w Warszawie, a następnie w terenie, w miastach wojewódzkich.

Dyrektorem naczelnym Centralnego Zarządu Biur Projektowych został Roman Szymborski, zastępcami Stanisław Warhaftig i ja. W Warszawie, obok już istniejącego Centralnego Biura Studiów i Projektów Budownictwa Miejskiego, w którym wydzielono pracownie dla miasta Nowa Huta, Łodzi i Poznania, powstał „Miastoprojekt Stolica” dla Warszawy i „Miastoprojekt Wschód” dla Białegostoku i Lublina. W następnej kolejności powołano miastoprojekty w Poznaniu, Katowicach, Krakowie, Gdańsku, Lublinie, Rzeszowie, Łodzi, Wrocławiu, oraz przedsiębiorstwo „Geoprojekt” w Warszawie do badań gruntów na całym obszarze kraju. W dwa lata później wyłoniono z Centralnego Biura Studiów i Projektów filię w Tychach, która na miejscu projektowała nowe miasto Tychy, podobnie jak w Krakowie Nową Hutę.

Oczywiście wszystko, co przed chwilą wymieniłem, nie działo się tak szybko, wymagało sporo czasu i wielkiej pracy. Duża część pracy spadała na mnie, jako zastępcę nie tylko administracyjno-finansowego, ale w tym pierwszym okresie przede wszystkim zastępcę do spraw inwestycyjnych. Budowało się budynki dla biur, względnie adaptowano przydzielone obiekty.

W roku 1956 minister zdrowia i opieki społecznej wystąpił do ministra Budownictwa o zgodę na utworzenie własnego, specjalistycznego biura projektów, prosząc jednocześnie o wydzielenie z Miastoprojektów pracowni, które się już wyspecjalizowały w projektowaniu obiektów dla służby zdrowia, i przekazanie ich resortowi zdrowia. Minister budownictwa wyraził zgodę.

Na dyrektora tego przedsiębiorstwa wytypowany został przez Ministerstwo Zdrowia mój pracownik i kolega ze studiów, Mieczysław Myśliński, dość ściśle powiązany z władzami bezpieczeństwa, które go ministrowi zdrowia podsunęły. Pan Mieczysław ani nie miał potrzebnych na tym stanowisku kwalifikacji, ani też sam nie czuł się na siłach sprostać tym obowiązkom. Zwrócił się do mnie z propozycją opracowania schematu organizacyjnego takiego biura na zlecenie Ministerstwa Zdrowia. Wkrótce potem zaczął mnie namawiać, żebym przeszedł razem z nim do tego biura na szefa produkcji, zapewniając, że ma zgodę ministra na specjalny ryczałt dla mnie, przekraczający moje pobory w Centralnym Zarządzie o kilkaset złotych miesięcznie. I wyższa pensja, i inna praca – ciekawa, zachęciły mnie, wiedząc równocześnie, że faktycznym dyrektorem będę ja, a nie pan Mieczysław, który beze mnie czy wbrew mojej opinii nie podejmie zasadniczych decyzji. Długo się zastanawiałem, ale kiedy obaj moi koledzy: dyr. Szymborski, a po nim i Warhaftig byli na wylocie na inne stanowiska, postanowiłem i ja stąd wyjść.

Szybko zmontowaliśmy Biuro Projektów Służby Zdrowia z pracowników Miastoprojektów: wciągnąłem z nich najlepszych. Zamówień było tak wiele, że już po roku liczba pracowników technicznych się podwoiła. W roku 1958 mieliśmy nawet filię w Krakowie, na bazie trzech młodych zespołów projektowych, wyspecjalizowanych w obiektach szpitalnych, z Miastoprojektu Kraków. Tu zagrała moja stara znajomość i serdeczna przyjaźń z generalnym projektantem Nowej Huty, inż. Tadeuszem Ptaszyckim, od trzech lat dyrektorem Miastoprojektu, który przekazał nam te zespoły.

Mój „szef” był służbistą. Od samego początku stania się dyrektorem nie mógł się pogodzić z tym, że ci najlepsi czy najwięksi projektanci nie chcą poddać się dyscyplinie biurowej, powtarzając stale, że godzina ósma zbyt późna na dojenie krów, natomiast za wczesna na twórczą pracę. Kiedy więc pojawiło się zarządzenie premiera o dyscyplinie pracy w jednostkach państwowych, pan Mieczysław wydał na tej podstawie wewnętrzne zarządzenie regulujące tę kwestię i grożące sankcjami.

Nie znalazło ono aprobaty u tych primabalerin. Wobec tego zażądał ode mnie, bym jako szef produkcji, wywarł na nich presję. Próbowałem przekonać go, że to doprowadzi do odejścia od nas najlepszych i zostaniemy z tymi, którzy punktualnie przychodzą, ale prochu nie wymyślą. Kto będzie w komisjach oceny projektów, do kogo będą ci posłuszni chodzić po radę? Byłem zaskoczony, gdy pan Mieczysław na moje dictum odpowiedział: Skoro i pan się ze mną nie zgadza, rezygnuję z pracy. Przypuszczałem jednak, że wypowiedział to pod wpływem chwili, ale tego nie uczyni. Okazało się nazajutrz, że złożył rezygnację, która została przyjęta. Po dwóch dniach zjawiło się w miejsce Myślińskiego dwóch jegomościów, pracowników Ministerstwa Zdrowia. Nie mieli za sobą żadnych studiów ani praktyki w biurze projektowym, liznęli trochę wiadomości z tej dziedziny w dziale inwestycji i to wszystko. Dyrektor nawet inteligentny i, jak na razie, kulturalny, ale to jednak za mało na takim stanowisku. Jego przyboczny nie robi dobrego wrażenia, raczej zarozumiały i chamowaty. Obaj próbują mnie pozyskać do swojej „sitwy”, proszą, bym na comiesięcznych odprawach u ministra był referentem planu produkcji – wykonania i zamówień. Zgadzam się. Robiłem to dotychczas, będę czynił nadal.

 

31

Na Politechnice Warszawskiej

W sierpniu 1958 r. pojawił się w „Życiu Warszawy” rozpisany konkurs na stanowisko naczelnego dyrektora administracyjnego Politechniki Warszawskiej. Zacząłem się zastanawiać, czy nie zgłosić swojej oferty. Biuro Projektów Służby Zdrowia już okrzepło w swoich ramach organizacyjnych, normalna praca codzienna staje się nudna. Prawie wszystko załatwiają moje ekonomistki. Sam zajmuję się rozmowami z inwestorami, ustalam terminy wykonania dokumentacji, zawieram umowy. Powoli zapełnia się portfel zamówień do tego stopnia, że trzeba przerwać przyjmowanie zgłoszeń, ponieważ zawarte umowy gwarantują nam pracę na trzy lata, a o powiększeniu biura nie może być mowy z uwagi na warunki lokalowe, jak i ograniczoną liczbę etatów, której nie chce nam zwiększyć Państwowa Komisja Planowania Gospodarczego. Nie jestem też przyzwyczajony i nie potrafię, po prostu się wstydzę, czytać w biurze prasę, aby zabić czas. Wreszcie nie czuję się zobowiązany żadnymi względami wobec nowego dyrektora do pozostania w tym biurze.

W Politechnice miałem kilku znajomych profesorów, z którymi byłem w stałym kontakcie – wykonywali oni bowiem dla nas niektóre projekty względnie fragmenty specjalnych urządzeń dla szpitalnictwa. Skorzystałem z tej znajomości, żeby się zorientować, jak ta Politechnika wygląda, z czego się składa, jakie w niej stosunki personalne. Ponieważ był to okres wakacji, zaproponował mi prof. Malicki, z którym miałem najwięcej styczności, abym w jego towarzystwie obejrzał całe gospodarstwo tej największej w kraju uczelni i jej bardzo zaniedbany wygląd. Zapewnił, że roboty starczy dla mnie na kilka lat, że będę się mógł wyżyć do syta.

Kiedy obejrzałem to rzeczywiście olbrzymie gospodarstwo, jego różnorodność, liczbę wydziałów, katedr, zakładów, warsztatów, laboratoriów, audytoriów, sal wykładowych, budynków dydaktycznych, warsztatowych, domów studenckich, usiadłem przy biurku i napisałem długi elaborat o swoich dotychczasowych pracach. Po zebraniu wszystkich wymaganych dokumentów przesłałem całość na Politechnikę, zgłaszając swą kandydaturę na stanowisko naczelnego dyrektora administracyjnego.

Nie zdradziłem się z tym przed nikim, nawet przed żoną. Jedynie w liście do mojej córki Maryli, która bawiła wtedy w Kanadzie, wspomniałem, że najprawdopodobniej w najbliższym czasie przejdę na Politechnikę. Przyznam się, iż byłem pewny wygrania konkursu. Tak wszechstronnego przygotowania teoretycznego i praktycznego w tak różnorodnej pracy niewielu ludzi posiada. To wcale nie zarozumiałość. Przekonałem się na dziesiątkach konferencji na wysokich szczeblach, że są wybitni fachowcy, ale na ogół w określonym zakresie, nie obejmujący swoim przygotowaniem i doświadczeniem całości. Dyrektor wielkiego zakładu powinien się znać właściwie na wszystkich zagadnieniach, jakie w takim zakładzie się pojawiają. Wszystkim takim wymogom byłem w stanie jednoosobowo sprostać.

Długo było cicho. Był to okres wakacji i wielu osób, które w decyzji o wyborze kandydata będzie miało swój ważący głos, nie było w Warszawie. Dopiero dosłownie na pięć przed dwunastą – 30 września – zjawił się u mnie w biurze kierownik wydziału personalnego, pan Jerzy Jurkiewicz, który w imieniu rektora zaprosił mnie na uroczystość inauguracji nowego roku akademickiego, zawiadamiając jednocześnie, że zostałem wytypowany na stanowisko naczelnego dyrektora administracyjnego, i prosi, bym 2 października zechciał zgłosić się u rektora dla omówienia szczegółów i ewentualnego podpisania umowy. Stało się, co przewidywałem.

Nie zajmując się przez pierwsze dwa tygodnie sprawami bieżącymi Uczelni, obchodzę po kolei całe swoje nowe gospodarstwo, przyglądając się jego pracy, wyglądowi, kierownikom, przeglądam wpływającą korespondencję, na podstawie której wyrabiam sobie pogląd na istniejące zagadnienia, czytam przepisy dotyczące szkolnictwa wyższego, przeglądam plany inwestycyjne i remontowe. Z tych wizytacji i przeglądów robię notatki, uwagi, zastrzeżenia, projekty zmian.
Problemów jest bardzo dużo. Nie przeraża mnie wielkość Politechniki, ale jej fatalny stan. Już podczas inauguracji zauważyłem, iż ta wspaniała i architektonicznie piękna aula jest tak brudna, że można ją porównać do zaniedbanej kuchni ze źle funkcjonującym kominem. Zapisałem ją na pierwszym miejscu w kolejności zadań.

Następujące liczby charakteryzują wielkość Politechniki Warszawskiej:

Liczba pracowników ogółem: 5051, z tego samodzielnych pracowników naukowych 308, starszych wykładowców i wykładowców 257, pomocniczych pracowników naukowych 1266, lektorów i nauczycieli przedmiotów 88, oficerów Studium Wojskowego 70, pracowników naukowo-technicznych 543, bibliotekarzy 66, pracowników naukowo-badawczych 237, pracowników umysłowych administracyjnych 340, pracowników obsługi – woźni, sprzątaczki, dozorcy 918, ogółem 5051.

Liczba studentów 21.000.

Liczba studentów – mieszkańców domów studenckich 6400.

Liczba gmachów dydaktycznych: 16 o kubaturze 990.000 m sześc.

Liczba domów studenckich: 9, o kubaturze 345.000 m sześc.

Budżet Uczelni (bez inwestycji i kapitalnych remontów) wydatki: 310 mln, czyli przeciętnie 1 mln zł dziennie.

Liczba wydziałów 14, posiadających 163 katedry, 177 zakładów i 51 studiów specjalistycznych.

Ogólnie biorąc, Politechnika Warszawska to odpowiednik średniego polskiego miasta, i to wysoko uprzemysłowionego. Gospodarstwa pomocnicze bowiem, pracujące na zlecenia z zewnątrz, dają rocznie ponad 40 mln czystego zysku.

Ten obraz daje ogólne pojęcie o wielkości zadań, jakich się podjąłem. Do pomocy miałem zastępcę – sportowca, prezesa PZKol-u – Polski Związek Kolarstwa – Feliksa Gołębiowskiego, który mnie wyręczał właściwie jedynie w podpisywaniu dokumentów kasowych, których dziennie było kilkaset. Nie martwiłem się nawet, czy robi to dobrze, bo przecież na przepisach finansowych się nie znał – liczyłem tylko na fachowość i uczciwość swego kwestora, wybitnego znawcę tych zagadnień, prezesa Związku Księgowych Polskich (duża różnica między prezesem PZKol a ZKP). W kilka miesięcy po objęciu przeze mnie stanowiska w Politechnice zmarł nagle na moich oczach na zawał serca. Na samym początku poniosłem wielką stratę.

Mając w dziale księgowości przemysłowej wysoko kwalifikowaną niewiastę po studiach w Szkole Głównej Handlowej, pannę Zosię Heneczkowską, mianowałem zastępcę zmarłego kwestorem. Był to pan Mieczysław Komicz, przedwojenny właściciel fabryki octu, znający na wylot Uczelnię, wprawdzie mniej fachowy księgowy, ale lepiej radzący sobie z panami profesorami, nie zawsze będącymi w zgodzie z przepisami, gdy chodzi o wydatkowanie pieniędzy.

Palącym problemem było jak najszybsze zorganizowanie silnego przedsiębiorstwa remontowo-budowlanego. Rozwiązanie tego ułatwia mi moja dawna praca w budownictwie i biurach projektowych, jak również wspierają mnie moi dawni koledzy i pracownicy z byłego Zarządu Miejskiego, z których wielu zajmuje dyrektorskie stanowiska w różnych organizacjach gospodarczych.

Szybko zgromadziłem dobrych inżynierów i majstrów różnych specjalności, gwarantując im wyższe zarobki od dotychczasowych. Miałem bowiem duże możliwości zlecania takim fachowcom dodatkowych prac w gospodarstwach pomocniczych. Dodam, że we wszystkich podległych mi zagadnieniach miałem absolutną swobodę działania – nikt mi się nie wtrącał, ani do zamierzeń, ani do realizacji.

Służbowo podlegałem wyłącznie rektorowi Władysławowi Araszkiewiczowi. Araszkiewicz, były generalny dyrektor Polskich Linii Lotniczych, został profesorem i zapewne także rektorem wyłącznie dlatego, że był usłużnym członkiem partii. W moim przekonaniu, człowiek ten na tych stanowiskach był wielkim nieporozumieniem. Miałem więc i zastępcę, i przełożonego tej samej kategorii. Nasze cotygodniowe, kilkugodzinne posiedzenia Rektoratu (rektor, prorektorzy i dyrektor) były często zabawne, rektor chciał mieć nawet na drobne swoje zarządzenia czy decyzje uchwałę Kolegium Rektorskiego. Unikał każdej sytuacji, w której musiałby podejmować jednoosobową decyzję – wszystko przenosił na posiedzenie kolegium. A ponieważ ja przeciwnie, nie znosiłem wtrącania się w swoje kompetencje, nie pytałem nikogo, jak co robić i zrobić, Araszkiewicz był zadowolony i ja również. Dla scharakteryzowania tego człowieka przytoczę zdarzenie, jakie mnie spotkało na samym początku mego „panowania” na Politechnice.

Przy ul. Kopińskiej jest dom studencki, w którym mieszka dokładnie 1100 studentek. Lata pięćdziesiąte to okres wielkiego rozluźnienia obyczajów i moralności wśród młodzieży, z aprobatą wszystkich władz. Często narzekali na to rodzice, zwłaszcza studentek. Zwróciłem na to uwagę rektora i oświadczyłem, że zakażę wstępu do niego mężczyznom. Rektor, swoim zwyczajem, przyjął to do wiadomości, nie zgłaszając sprzeciwu, ale też nie wyrażając zgody – na wszelki wypadek.
Zarządzenie to wywołało wielki szum u studentek i studentów. Związek Studentów Polskich, Rada Mieszkanek, nawet Senacka Komisja do spraw Wychowawczych oraz opiekunowie domów studenckich zaczęli wywierać na mnie nacisk, by cofnąć to zarządzenie.

Po kilkudniowej walce z tymi organizacjami (Staś i Hania, którzy też mieszkali w akademikach, dobrze to pamiętają) – sam byłem członkiem obu komisji senackich – skierowałem ich do rektora, jako że moje posunięcie było uzgodnione z nim.

Wtedy zostałem zaskoczony tchórzostwem rektora, który wprost wyparł się, jakoby cokolwiek o tym wiedział. Kiedy przewodniczący Senackiej Komisji Wychowawczej „profesor” Wolniewicz, też jeden z tych naukowców, którzy działalnością na polu różnych organizacji i komisji „uzupełniali” swoje braki w dziedzinie naukowej, zapytał rektora, „czy wobec tego daje polecenie dyrektorowi Zaborowskiemu cofnięcia jego zarządzenia, Araszkiewicz odpowiedział: „Dyrektor Zaborowski musi sam o tym zdecydować”. O mało nie parsknąłem śmiechem. W ten sposób chciał widocznie choć częściowo załagodzić swoją nieuczciwość wobec mnie, z drugiej strony, utrzymał mój prestiż u profesorów i przedstawicieli młodzieży.

Ustąpiłem i przyrzekłem przywrócić następnego dnia poprzedni stan na Kopińskiej, ale jednocześnie zaznaczyłem, że nie mogę w tych warunkach być dłużej członkiem komisji senackich i na najbliższym posiedzeniu Senatu złożę rezygnację, dodając, że interweniujących w tych sprawach rodziców studentek będę kierował do profesora Wolniewicza i profesor Brukalskiej, opiekunki tego domu. Niech ci państwo tłumaczą rodzicom, że „młodość ma swoje prawa”.