Goniec

Register Login

Wspomnienia z mojego życia (60)

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Bycs        Inż. Anders, który od lat kieruje ćwiczeniami, zna te tereny doskonale i wie, że „Góra Proboszczowska” należy do miejscowej jednostki wojskowej – budowlanej, która przed dwoma laty rozpoczęła budowę jakiegoś pawilonu, ale z nieznanych mu powodów przerwała w ub. roku pracę. Stoją tu 2 baraki, w nich kilkanaście łóżek zbitych z desek, stało kilkanaście tysięcy cegieł w kozłach – materiał na zamierzoną budowę, oraz fundamenty pod jakiś budyneczek. Był też dół z wapnem. Stąd piękny widok na całe miasto i okolicę. Wojsko wykonało również utwardzoną drogę prowadzącą dość stromo głębokim wykopem aż na szczyt góry.

        W cieniu jedynego młodego drzewka na tej górze, w upalne południe lipcowe siedzimy na granicznej miedzy i rozprawiamy, próbując zgadnąć, jaka nas czeka propozycja ze strony władz miejskich. Ja nie lubię zgadywać, ale w tym wypadku nietrudno było domyślić się, iż istnieje możliwość nabycia tej działki. Zapytani prof. Lazzarini i Anders, czy odpowiadałaby ona potrzebom wydziału, entuzjastycznie przyjęli moje pytanie, uważając je za gotowość kupna. Teraz pytanie – od kogo i na jakich warunkach. Za godzinę będziemy zapewne wszystko wiedzieli.

        Od strony miasta góra stanowiła wysoką, bardzo stromą skarpę, porośniętą potężnymi dębami i jesionami; kilkanaście metrów od stóp góry płynie wąski strumyk, a za nim stał parafialny kościół, obok którego biegła wspinająca się ku rynkowi miasta główna przelotowa ulica do Krynicy, mająca z prawej strony potężny mur oporowy zabezpieczający przed obsuwaniem się skarpy, zaś z lewej strony ulicy głębokim jarem płynęła rzeka Biała. Nieduże miasteczko swoją zabudową i wyjątkową czystością ulic przypomina miasta zachodniej Polski. Nie tak dawno został Grybów wyróżniony za porządek i czystość nagrodą państwową w postaci zbudowania w nim ładnego liceum.

        Obiad był przygotowany w oddzielnej małej salce. Oprócz przewodniczącego rady miejskiej i jego zastępcy brał udział dyrektor miejscowego browaru, słynnego ze znakomitego piwa, które eksportuje do kilku krajów Europy. Można się było domyślić, że rachunek za przyjęcie nas pójdzie w ciężar browaru.

        Nie minął kwadrans, jak przewodniczący wyłożył kawę na ławę. Główny kwatermistrz Wojska Polskiego wstrzymał budowę i nakazał przeprowadzić dochodzenie, kto podjął decyzję budowy i skąd brano na to pieniądze. Dowódca jednostki szuka nabywcy na ten obiekt, aby z uzyskanych pieniędzy pokryć powstałe koszty. Nie są one zbyt wysokie, ponieważ wszystkie roboty wykonała jednostka w ramach „ćwiczeń polowych”. Przewodniczący proponuje spotkanie Politechniki z dowódcą jednostki w Grybowie i omówienie tej kwestii, jeśliby Politechnika reflektowała.

        Nie lubię odkładać spraw na jutro, jeśli zamierzam je kontynuować. Poprosiłem o ustalenie terminu spotkania już dziś. Dowódca w rozmowie z wiceprzewodniczącym oświadczył, że jeśli szef kancelarii Głównego Kwatermistrzostwa wyrazi na to zgodę, spotkanie może być każdego dogodnego dla nas dnia. Odpowiedziałem, że sam to załatwię w Kwatermistrzostwie i przetelefonuję do Grybowa. Miałem w Kwatermistrzostwie serdecznego przyjaciela z podchorążówki, pułkownika Antka Czarnowskiego, dyrektora departamentu księgowości. Mogę też wykorzystać znajomość z generałem Cieślakiem, zastępcą głównego kwatermistrza, z którym od pół roku prowadzę pertraktacje na temat przejęcia przez Politechnikę wielkiego gmachu przy Al. Niepodległości, będącego przed wojną częścią łóżkową Szpitala Marszałka Piłsudskiego, tylko że wtedy pułkownicy i dyrektorzy departamentów czuliby się pominięci i ustawiliby się negatywnie w swoich opiniach dla swoich przełożonych. Lepiej załatwiać na dole, na szczeblu niższym.

        Kwatermistrzostwo chętnie wyzbyło się tego kłopotliwego obiektu i za ekwiwalent w postaci 200.000 zł nabyłem tę działkę ze wszystkim, co się na niej znajduje. Same baraki były więcej warte.

        Wiadomo, że takiej budowy nie da się załatwić bez przygotowania pełnej dokumentacji, zatwierdzonej przez wszystkie władze w normalnym trybie, łącznie z wprowadzeniem do resortowego planu inwestycyjnego. W najlepszym razie ośrodek szkoleniowy zacząłby działać za 3 – 4 lata. Póki co, trzeba stworzyć geodezji warunki, żeby już w przyszłym roku mogły się odbywać ćwiczenia we własnym ośrodku, a studenci nie mieszkali pod namiotami.

        Wyruszam znowu do Grybowa, zabierając z sobą kierownika Zakładu Remontowego, kierownika Stolarni Dudka i stolarza, doświadczonego cieślę, Kubiaka, oraz inż. Andersa. Na Górze Proboszczowskiej „na kolanie” zrobiono „projekt” trzeciego baraku, który będzie jadalnią i zarazem pracownią dla studentów. Istniejące dwa baraki będą częścią mieszkalną. Kuchnia pozostanie w dotychczasowym miejscu w gmachu Szkoły Mechanicznej i posiłki będą dowożone. W Grybowie jest Zakład Stolarki Budowlanej produkujący dla budownictwa różne elementy: drzwi, okna futryny, gzymsy. Organizuję obiad, na który zapraszam przewodniczącego rady miejskiej, sekretarza powiatowego partii, dyrektora Zakładu Stolarki i sekretarza podstawowej organizacji partyjnej Zakładu. Przedstawiam zagadnienie i bez długiej dyskusji uzgadniamy, że Zakład sprzeda nam tę niewielką ilość elementów. Ćwiczenia odbyły się w ustalonym terminie – latem 1961.

        Związek Zawodowy Pracowników Gospodarki Komunalnej i Przemysłu Terenowego był właścicielem dużego terenu sportowego na Polu Mokotowskim, sąsiadującego z działką po drugiej stronie ul. Waryńskiego, vis-a-vis przyszłych domów studenckich. Doszły mnie słuchy, że ten związek szuka nabywcy na ten stadion. Skontaktowałem się z dyrektorem biura tego związku i na jednym posiedzeniu ubiłem targu. Kupiłem ten obiekt za 2 mln zł, płatnych w czterech ratach rocznych po 500.000 zł każda. Wreszcie Studium Wychowania Fizycznego ma stadion sportowy, boiska do gry w piłkę nożną, korty tenisowe, umywalnie, prysznice, duży teren do ćwiczeń sportowych i gimnastycznych. Również Akademicki Związek Sportowy nie musiał płacić grubych sum za wynajmowanie urządzeń sportowych od innych klubów rozsianych po całym mieście. Nowe zaskoczenie dla wszystkich – była to rzeczywiście wielka zdobycz dla studentów. Dotychczas nawet do głowy nikomu nie przychodziło, żeby się starać o taki obiekt.

        Każde takie osiągnięcie to nie tylko nowa laurka, ale przede wszystkim nowy kłopot, nowa pozycja stałych wydatków w budżecie, nowa komórka administracyjna, nowe obowiązki dla Zakładu Remontowego, nowe etaty, o które trzeba staczać boje z ministerstwem. I nie tylko to. Rozgłos, jaki sobie zdobywam, pobudza wielu dziekanów i kierowników katedr, którzy dotychczas spokojnie siedzieli i drzemali, do działania, do wysuwania różnych projektów przebudowy, poprawy warunków, zwiększenia przy- działu środków pieniężnych.

        W drugim roku swej działalności uruchomiłem stołówkę dla pracowników na parterze budynku przy ul. Nowowiejskiej 12/18. Przelotowość 300 stołowników w ciągu 3 godzin. A w Gmachu Głównym, w Gmachu Architektury oraz na terenie tzw. południowym, przy ul. Narbutta w Gmachu Nowej Technologii, urządziłem kluby, w których można się posilić kanapką, ciastkiem, napić się herbaty, kawy i innego napoju, poczytać prasę.

        Pewnego dnia przyszedł do mnie inż. Pióro z Działu Bezpieczeństwa i Higieny Pracy, z takim zagadnieniem: ma w Wildze, małej wiosce w lasach odległej od Warszawy o 60 km, przyjaciela, który jest radnym powiatowej rady narodowej w Garwolinie i który sugeruje, by Politechnika wystąpiła o przydział działki w Wildze na ośrodek wczasowy lub kolonie dla dzieci. Kilka warszawskich zakładów już realizuje tam takie ośrodki. Pan Sentkowski, przyjaciel Pióry, jest gotów nam w tym pomóc. Ma nawet na widoku piękną działkę 6-hektarową (olbrzymią!). Nigdy o Wildze nie słyszałem, ale nie pomijam żadnej okazji, jeśli daje możliwości stworzenia czegoś pożytecznego dla Uczelni czy jej pracowników. W najbliższą niedzielę zabieram inż. Piórę i jedziemy do Wilgi.

        Wstępujemy do Sentkowskiego, który ma nam pokazać Wilgę. Jest to właściwie kilkaset hektarów nieużytków zadrzewionych kępami lasu. Działka, którą proponuje Sentkowski, jest zachęcająca. Położona ok. 200 m od traktu Warszawa-Dęblin, ma na części płaskiej stary las sosnowy, na części pagórkowatej rosną rozsiane po niej krzewy i kępy młodych brzóz. Można na tej działce zaplanować piękny ośrodek. Jak twierdzi Sentkowski, przydział działek następuje bezpłatnie. Okazuje się, iż pan Sentkowski jest z wykształcenia technikiem budowlanym. Oferuje swe usługi przy zagospodarowaniu działki, nadzór nad obiektem, a nawet prowadzenie wstępnych prac, jak ogrodzenie, budowa studni, magazynu. Robotnicy są na miejscu, cegłę cementówkę można nabyć z małych wytwórni miejscowych. Już jestem zdecydowany starać się o tę działkę i natychmiast przystąpić do robót, jak tylko mi ją przyznają. Co za wspaniała okazja. Pan Sentkowski zaprosił nas do siebie na kawę i połączył się z przewodniczącym powiatowej rady narodowej, z którym umawiam się na spotkanie w najbliższą środę. W ciągu 10 dni sprawa została definitywnie załatwiona. Zaangażowałem Sentkowskiego i dałem mu pełnomocnictwo do samodzielnego działania w myśl ustalonych wskazań, dokonywania zamówień potrzebnych materiałów i angażowania robotników.

        Gdy po tygodniu zajrzałem do Wilgi, zastałem wykonany już wykop pod podmurówkę ogrodzenia wzdłuż całego terenu, leżała część cegły, kręgi studzienne, a kiedy przyjechałem w następną niedzielę, była już gotowa studnia i teraz można przystąpić do murowania, mając wodę. Bentkowski to człowiek z tak dużą praktyką, że nie musi myśleć, on wie, jak należy takie rzeczy robić, nie zwleka, nie odkłada na jutro, a wykonując jedną rzecz, organizuje już następną. Cudowny nabytek, jeszcze jeden Skrzecz.

        Przypomniało mi się, że przed kilkoma tygodniami jakaś spółdzielnia ogłaszała w „Życiu Warszawy”, iż przystąpiła do produkcji domków letniskowych. Poszedłem do naszej Biblioteki i odnalazłem to ogłoszenie. Jest to spółdzielnia w Łomiankach, blisko Warszawy. Posyłam kierownika Zakładu Remontowego, inż. Jaskólskiego i jego zastępcę Mariańczyka, by na miejscu zbadali sprawę. Wrócili z prospektem takich domków, obejrzeli materiał, przywieźli adresy, gdzie takie domki zostały już postawione, a co najważniejsze – zapewnienie dyrekcji wykonania i postawienia domków własnymi ludźmi.

        Jest wiosna 1964 roku. Zamawiam 25 domków, 10 dwurodzinnych i 15 jednorodzinnych, z terminem oddania ostatniego domku do zamieszkania 15 maja 1965. Zawarłem umowę z Mleczarnią Mokotów, która w niedalekim sąsiedztwie zbudowała już duże zaplecze stołówkowe, natomiast ma mało pomieszczeń mieszkalnych, która zobowiązała się żywić u siebie naszych wczasowiczów w sezonie 1965.

        Nieoceniony Sentkowski zbudował prowizoryczne szambo i obok zespół ubikacji. W roku 1966 liczba domków wzrosła o dalsze 15 dwurodzinnych, postawiłem pawilon z kuchnią i jadalnią na 200 osób, prysznice na powietrzu oraz sanitariaty z doprowadzoną wodą. Mogło już obecnie korzystać z wczasów ponad 400 osób w trzech turnusach.

        Późną jesienią dobiegła końca budowa obu domów mieszkalnych przy ul. Waryńskiego. Kolega Walczak zaczyna coraz częściej wspominać o przekazaniu kredytu inwestycyjnego z planu Politechniki do planu miasta, w przeciwnym razie będzie musiał przejąć je kwaterunek miejski i zasiedlić je swoimi kandydatami. Nie było rady, musiałem się ze swoich grzechów i przekroczenia kompetencji wyspowiadać przed kolegą Dżuganowskim, dyrektorem departamentu inwestycji Ministerstwa Szkolnictwa Wyższego.

        Jak to bywało zwykle w owych czasach, z wyjątkiem bardzo ważnych dla kraju przemysłów, żaden inny plan, a zwłaszcza szkolnictwa i zdrowia, nie jest w pełni realizowany. Dżuganowski, zamiast się zmartwić moimi kłopotami, bardzo się ucieszył, że przynajmniej część sum inwestycyjnych będzie mógł utopić w moich dzikich inwestycjach. Oczywiście zażądał za to małej łapówki w postaci kilku mieszkań dla pracowników resortu. Przyznałem mu 5 mieszkań. Dla niego było to bardzo dużo, dla mnie prawie zero – dysponowałem 196 mieszkaniami.

        Kiedy już wszystko zostało formalnie załatwione i Walczak otrzymał pieniądze, przedstawiłem rektorowi Bukowskiemu sprawę i przeprosiłem go za to, że tak długo utrzymywałem wszystko w tajemnicy przed nim, prosząc o zachowanie nadal w tajemnicy tego wielkiego dla pracowników szczęścia do czasu, aż się zorientuję w wielkości rzeczywistych potrzeb mieszkaniowych Uczelni.

        W pierwszych dniach kwietnia 1964 roku Prezydium Związku złożyło imienne zestawienie kandydatów do mieszkań. Poprosiłem rektora, by zechciał zweryfikować kandydatury pracowników naukowych i technicznych w komórkach dydaktycznych, ja swoich już zweryfikowałem. Po końcowej korekcie pozostało na liście 92 pracowników. Zaproponowałem zatem rektorowi, by tych pięciu, których obiecałem Dżuganowskiemu, pracowników resortu ulokować w jednym domu z naszymi, a drugi dom przeznaczyć dla wszystkich szkół wyższych na terenie Warszawy. Rektor się zgodził i poprosił o przygotowanie takiego rozdzielnika, po czym zaprosił wszystkich rektorów na spotkanie i ostateczne uzgodnienie.

        11 kwietnia zebrali się wszyscy rektorzy warszawscy w gabinecie rektora Bukowskiego, który przywitawszy swoich gości, tak mniej więcej zakończył: a teraz oddaję głos panu dyrektorowi Zaborowskiemu, który sobie tylko znanym sposobem potrafił bez kredytu inwestycyjnego wybudować dwa duże domy dla pracowników Politechniki. Pierwotnie, jak twierdzi, zamierzał koszt budowy pokryć z zysków gospodarstw pomocniczych, ponieważ jednak ministerstwo nasze nie wykonało planu, koszt budowy przejął plan inwestycyjny resortu. W tej sytuacji pan dyrektor zaproponował, by jeden budynek przypadł Politechnice i Ministerstwu, zaś w drugim mieszkania przydzielić pracownikom wszystkich szkół wyższych warszawskich, proporcjonalnie do liczby pracowników. Teraz pan dyrektor przedstawi tak wyliczony rozdzielnik.

        Po podaniu liczby mieszkań, jaka przypada każdej poszczególnej uczelni, rektor Akademii Teologii Katolickiej zrezygnował z dwóch, prosząc tylko o jedno mieszkanie dwupokojowe, a rektor Teologii Prawosławnej w ogóle zrezygnował, ponieważ nie ma kandydata. Reszta rektorów nie zgłosiła żadnych uwag. Podziękowali mi wszyscy za „wspaniały prezent”. Urosłem w oczach wszystkich rektorów i pracowników uczelni, którzy otrzymali mieszkania, do poziomu cudotwórcy. Nie wiedzieli, że przecież był to tylko rezultat mojego ryzykanctwa, pomysłu i liczenia w tych niebezpiecznych czasach na pomyślny koniec, na szczęście, które mi towarzyszy.

        W połowie lipca 1964 r. dobiegła końca budowa domu studenckiego przy ul. Waryńskiego, któremu młodzież nadała nazwę „Riviera”. W połączeniu z częścią mieszkalną kończono pawilon, w którym na parterze jest sala jadalna na 400 osób, nad nią sala kinowo-teatralno-zebraniowa, a w suterenie kuchnia i całe zaplecze kuchni. Wydajność kuchni wynosi 3 razy po 2000 posiłków dziennie. Od ul. Polnej był już gotowy budyneczek dwupiętrowy mieszkalny z garażami na parterze. Jedno z mieszkań – czteropokojowe – było przeznaczone dla mnie. W listopadzie opuściliśmy Otrębusy. Pierwszym lokatorem nowego mieszkania na Polnej był Staś, przygotowujący się do wyjazdu do Stanów Zjednoczonych. Kilka dni później żegnałem go w Gdyni, niepewny, czy go jeszcze kiedykolwiek zobaczę – wyjeżdżał z zamiarem niewracania do kraju.

        Przy końcu 1964 r. minister szkolnictwa wyższego, tworząc Komisję Ekonomiczną jako ciało doradcze w sprawach gospodarczych i inwestycji resortu, powołał mnie na przewodniczącego tej komisji. Był to dowód wielkiego uznania dla mojej działalności. Nowy zaszczyt, ale i nowe obowiązki, które mogły się zmieścić w moim i tak już bardzo ciasnym rozkładzie dnia jedynie przez „dodanie” kilku godzin z mojego prywatnego życia kosztem rodziny. W tej chwili moja sytuacja była o tyle lepsza, że nowe mieszkanie było o kilkaset kroków od miejsca pracy, że pędziłem regularniejszy tryb życia, że zyskałem co najmniej dwie godziny dziennie, które dotychczas musiałem poświęcać na dojazdy pociągiem.

        Wydział Geodezji i Kartografii otrzymał przed kilkoma laty 10-hektarowy obiekt w Józefowie pod Warszawą (obok Mysiadła, nie Józefów koło Otwocka) dla zbudowania na nim ośrodka astronomiczno-geodezyjnego. W ciągu 5 lat zdołano tam postawić zaledwie jeden pawilon obserwacyjny i kilka słupów bazowych, i to z kredytów z Geodezyjnego Instytutu Naukowo-Badawczego, które następnie prezes Centralnego Urzędu Geodezji i Kartografii podarował Politechnice.

        Widząc mój rozmach w budowie obiektów, dziekan Lazzarini z prof. Wacławem Opalskim, kierownikiem Katedry Astronomii Geodezyjnej, zaproponowali wycieczkę do tego Józefowa. Był tu kawał nieogrodzonego pola, na którym pasły się cudze owce i gęsi, porośniętego różnymi krzewami i kilkoma lipami, a wśród tego wspomniany pawilon i kilka słupów. Całość przedstawiała przykry widok, kompromitujący największą w kraju uczelnię. Całe szczęście, że obiekt położony jest z dala od dróg przelotowych, w ukryciu.

        Nie potrzebowali mnie profesorowie przekonywać, że tak dalej nie może trwać, nawet zarzuciłem im, że zbyt późno się zgłaszają z tym zagadnieniem do mnie. Sam też poczułem się winny, że dopiero po pięciu latach dowiaduję się o tym obiekcie.

        Po powrocie z Józefowa wezwałem Skrzecza i poleciłem mu zakupić kilkaset wysokich na 4 m słupów betonowych, drut kolczysty i jak najspieszniej przystąpić do ogrodzenia całego terenu – jeszcze przed zimą. Całe gospodarstwo podporządkowałem Działowi Administracyjno-Gospodarczemu, a Skrzecz objął nad nim opiekę. Po kilku tygodniach cały teren był uporządkowany, ogrodzony, a wzdłuż całego ogrodzenia posadzony żywopłot.

        W ciągu lat 1965–1966 całkowicie uzbroiłem ośrodek w zaprojektowane przez Katedrę Astronomii Geodezyjnej pawilony obserwacyjne, piwnice zegarów i grawimetrów oraz budynek mieszczący pracownie i pokoje dla obserwatorów. Dla stworzenia odpowiedniego mikroklimatu, koniecznego dla tego rodzaju badań, cały teren został zorany i obsiany trawą, w odpowiednich punktach posadzono kępy odpowiednich gatunków krzewów i drzew.

        W roku 1965 rozpocząłem też budowę pierwszej części gmachu dla nowo zorganizowanego Wydziału Mechaniki Precyzyjnej u zbiegu ulic Narbutta i Chodkiewicza, o kubaturze całości 50.000 m. W roku 1966 nadbudowałem o jedną kondygnację Gmach Starej Kreślarni, co dało dodatkową kub. 6000 m.

        Od ul. Nowowiejskiej straszyły jeszcze wojenne ruiny po dawnym Laboratorium Obróbki Metali. Na ukończeniu jest projekt gmachu dla Wydziału Inżynierii Sanitarnej i Wodnej, który stanie na miejscu tych ruin. Budowa rozpocznie się w przyszłym roku – 1967.

        W związku z rozwojem przemysłu chemicznego i naciskiem na Politechnikę, by zwiększyła rekrutację na Wydział Technologii Chemicznej, czego z braku powierzchni dla dydaktyki realizować nie można, doszło do porozumienia Politechniki z ministrem chemii, z którym rektor Bukowski jako poseł bardzo blisko współpracował w Sejmowej Komisji do spraw przemysłu. Minister chemii przyjął koszt budowy takiego obiektu do swego planu inwestycyjnego, z jednoczesnym zobowiązaniem się zrealizowania budowy przedsiębiorstwa resortu chemii. Na Politechnice ciążył jedynie obowiązek uzyskania lokalizacji. W rachubę mogło wchodzić znowu tylko Pole Mokotowskie z uwagi na konieczność bliskiego sąsiedztwa z istniejącymi katedrami chemii. Znalazł się jeszcze wąski pas zieleni po drugiej stronie ul. Waryńskiego – naprzeciwko nowych budynków mieszkalnych, projektowanego nowego domu studenckiego i istniejącej już „Riviery”. Wspaniała lokalizacja.

        Wiosną 1966 r. rozpoczęła się budowa drugiego domu studenckiego przy ul. Waryńskiego – między „Rivierą” a pierwszym domem mieszkalnym dla 740 mieszkańców, co razem z „Rivierą” dawało 2000 nowych miejsc.

        Przeprowadzając kapitalny remont akademika przy pl. Narutowicza, uwzględniłem potrzeby lokalowe Zespołu Leczniczo-Profilaktycznego dla studentów. Zespół ten obsługujący wszystkie wyższe uczelnie stolicy, mieści się właśnie w tym domu i jest na garnuszku Politechniki. Traktuję go jak własną jednostkę i uzupełniam jego budżet z budżetu Politechniki. Posiada on tu szpitalik na 40 miejsc, przychodnię specjalistyczną, aptekę, tu mieści się też dyrekcja i administracja. Do Zespołu należą jeszcze: Izba Chorych na Osiedlu Jelonki, gdzie mieszkają studenci różnych uczelni, oraz przychodnie uczelniane, z których dwie na terenie Politechniki. Zespół zatrudnia 11 internistów, 27 specjalistów psychologów i kilkadziesiąt pielęgniarek. W przychodniach Politechniki obok internistów pracuje 12 stomatologów. Każdy dom studencki ma swego lekarza – opiekuna. Remontem objąłem także pomieszczenia Zespołu, przyłączając z domu studenckiego dodatkowo 45 pokoi dla szpitalika, który stał się obecnie prawdziwym szpitalem na 120 łóżek.

Wobec zapowiadanego dalszego wzrostu w najbliższych latach liczby studentów na Politechnice, jak również na innych uczelniach, należało zawczasu pomyśleć o własnej  przychodni. Poprosiłem dyrekcję Zespołu o przygotowanie programu potrzeb. Ja natomiast zacząłem omawiać z Dżuganowskim zabezpieczenie w planie resortu kredytu inwestycyjnego, a z naczelnym architektem miasta – lokalizację.

        Między „Rivierą” a budującym się nowym akademikiem pozostała dostatecznie duża działka, by na niej postawić taki pawilon. Naczelny architekt zgodził się na to, dodając, że w najbliższym czasie będzie miał prawdopodobnie możliwość przyznania Politechnice pięknej lokalizacji pod dalszą rozbudowę, ale o tym dopiero w przyszłym roku, gdy jego syn będzie się starał dostać na Politechnikę. Mimo że chciałem mu już dziś zagwarantować przyjęcie, nie chciał zdradzić miejsca położenia – w obawie, że mogłoby to się dostać do wiadomości kogoś tak wpływowego, który mógłby ją uzyskać dla siebie wbrew jego woli.

        W czasie jednej z rozmów Dżuganowski poruszył aktualny w tej chwili problem pozytywnie oceniany przez resort, a mianowicie starania pomocniczych pracowników naukowych o mieszkania. Resort jest skłonny wstawić dla Politechniki limit do swego planu inwestycyjnego, gdyby Politechnika zechciała taki obiekt wybudować dla swoich pracowników. Z miejsca wyraziłem zgodę. Ogólne założenia i program takiego „domu asystenta” resort już z grubsza opracował.

        I znowu udało mi się wykorzystać starą przyjaźń z Walczakiem, dyrektorem Dyrekcji Rozbudowy Miasta. Przyjęli taki budynek do swego planu jako inwestor zastępczy, znaleźli działkę dla niego na ul. Tatrzańskiej, tuż za Parkiem Łazienkowskim, i w niecały rok przekazali mi budynek gotowy do zamieszkania. Wszyscy byli znowu zdziwieni, jak ten Zaborowski to robi – ledwie resort pomyślał, a już Zaborowski zrealizował pomysł. Byłem rzeczywiście jedynym w całym resorcie dyrektorem, który mógł się poszczycić takimi osiągnięciami – nie przychodziły one same, kosztowały dużo i ciężkiej pracy od świtu do późnej nocy, o czym wszyscy zapominali, a zresztą i nie wiedzieli.

        Nowy rok akademicki 1965/66 przyniósł duże zmiany na Politechnice. Już w styczniu 1965 r. w komitecie partyjnym, jak i w prezydium związku, do głosu doszła ekipa, a raczej kilku ludzi nieciekawych, naukowo miernych, natomiast bardzo agresywnych, dążących do obsadzenia wszystkich stanowisk ludźmi partyjnymi, a przede wszystkim swoimi, tzn. równie nieciekawymi. Wykorzystali upływ kadencji kierownictwa Uczelni i przy pomocy swoich zwolenników i partyjnych członków Senatu, których zobowiązano głosować na kandydatów przez siebie wytypowanych, przeprowadzili wybory nowych władz. Prof. Bukowski, jako bezpartyjny i nieulegający im, przepadł w głosowaniu, ale dopiero w trzeciej turze. Na rektora wybrano prof. Dionizego Smoleńskiego, od dwóch lat profesora Wydziału Mechanicznego Energetyki i Lotnictwa, poprzednio długoletniego rektora Politechniki Wrocławskiej. Był to więc zupełnie nowy i nieznany na Politechnice człowiek, jak również nieznający jej ani jej potrzeb. Pod znakiem zapytania stanęła też moja współpraca z nim. Nie lubię przewidywać, czekam spokojnie do października, aż Smoleński obejmie rządy.

        Toteż mile byłem zaskoczony, gdy już w pierwszym dniu objęcia władzy rektor poprosił mnie na krótką, wstępną rozmowę, którą można by ująć w zdaniach: Cieszy się pan u moich kolegów bardzo dobrą opinia. W swojej specjalności jest pan na pewno dużo mądrzejszy ode mnie, dlatego też nie zamierzam się wtrącać do pańskiej pracy. Daję panu całkowicie wolną rękę. Natomiast ze względu na moje znajomości z wieloma ludźmi na szczycie władzy chętnie będę mógł służyć panu pomocą, gdzie będzie panu trudno.

        Przy moim usposobieniu nieznoszącym wtrącania się do mojej działalności takie postawienie sprawy bardzo mi odpowiada i jest najistotniejsze. Zobaczymy, jak to będzie w praktyce, w codziennych kontaktach.

        Smoleński okazał się człowiekiem bardzo mądrym życiowo, zdecydowanym, nawet arbitralnym (jak ja), jak i dość szorstkim w obejściu, nieuznającym konsultowania swoich zamierzeń czy projektów zarządzeń ze swoimi pomocnikami prorektorami. Jego stosunek do mnie był jednak inny, raczej koleżeński i bardzo przyjazny. Może dlatego, że nie zawracałem mu głowy swoimi sprawami, czego wyraźnie nie lubił, a prorektorzy przyzwyczajeni byli do kolegialnego rozstrzygania spraw. Pochodziło to jeszcze z czasów stalinowskich, kiedy każdy bał się jednoosobowej decyzji. Byliśmy pod wieloma względami do siebie podobni i może dlatego nasza współpraca układała się od samego początku do końca bez żadnych zgrzytów.