Goniec

Switch to desktop Register Login

Z Polski rodem: Tak to jest, panie Wosiu! – Edmund Sebastian Woś-Saporski

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

240px-Saporski        Pierwszym znanym Polakiem, który zawędrował na dłużej do Brazylii (nazwa tego kraju w Ameryce Południowej narodziła się jeszcze w XVI stuleciu od wywożonego z tej części świata drewna brasil) był Krzysztof Arciszewski. W wieku 31 lat ten pochodzący z Gdańska arianin został oskarżony o zabójstwo na tle majątkowych zatargów i skazany na wygnanie. Zamieszkał w Holandii, gdzie studiował inżynierię wojskową i artylerię, a następnie zaciągnął się do holenderskiej armii. Tak trafił na wojnę Holandii z Portugalią o Brazylię, na której dosłużył się stopnia generała artylerii, a następnie admirała marynarki wojennej (w latach 1645–1650 kierował artylerią polską).

        Kolejni sławni potem Polacy zawędrowali do Brazylii dopiero w XIX stuleciu – po upadku kolejnych powstań niepodległościowych na ziemiach polskich. I tak, po upadku Powstania Listopadowego przybył do Brazylii (od 1822 roku było to już niepodległe państwo) inżynier Andrzej Przedworski – potem wysoki oficer armii brazylijskiej, ale przede wszystkim jeden z głośniejszych w Ameryce Południowej architektów.

        Z kolei po wygaśnięciu Wiosny Ludów – znalazł się w Brazylii Florestan Rozwadowski, Wielkopolanin, wysoki oficer armii brazylijskiej i autor pomiarów topograficznych w niedostępnej Amazonii.

        Wśród przybyszów z Polski po upadku Powstania Styczniowego przypłynęło do Brazylii aż kilku braci Tromkowskich, potem znakomitych oficerów armii brazylijskiej, a także inżynier Bronisław Rymkiewicz – późniejszy budowniczy linii kolejowej z Sao Paulo do Santos, a także twórca wielkiego portu w Manaus nad Amazonką.

        Poczynając od drugiej połowy XIX stulecia, zupełnie nowym zjawiskiem była wielka polska emigracja „za chlebem”, składająca się głównie z mieszkańców wsi, którzy w Brazylii szukali kawałka ziemi dla siebie.

        Wśród takich uchodźców z Polski znalazł się wiosną 1867 roku, na pokładzie żaglowca „Emma”, także chłopski syn rodem ze Starych Siołkowic pod Opolem, którego urodziny zostały odnotowane w miejscowej parafii katolickiej pod datą 19 stycznia 1844 roku, kiedy to zgłoszono fakt przyjścia na świat „Sebastiana, syna Szymona Wosia i jego żony Jadwigi z domu Kampa, urodzonego o czwartej nad ranem”.

        W przekazach rodzinnych – bo Wosiowie mieszkają nadal w Starych Siołkowicach – opowiada się, że Sebastian Woś zmienił imię i nazwisko, kiedy uciekał przed poborem do pruskiego wojska. Inne znów przekazy utrzymują, że mający 23 lata Sebastian Woś, który przybył żaglowcem „Emma” do Montevideo, stolicy Urugwaju, w końcu czerwca 1867 roku, spotkał tam starsze małżeństwo niejakich Saporskich, uchodźców z Polski, którzy w Powstaniu Styczniowym stracili jedynego syna, toteż postanowili Sebastiana Wosia adoptować. Od tej pory przybysz spod Opola zmienił nazwisko, a po przybranym ojcu – dodał sobie także jego imię – Edmund.

        Jak było naprawdę – trudno dociec, bo nawet sam bohater tej opowieści nic nie wspomina o tym wszystkim w swoim obszernym „Pamiętniku z brazylijskiej puszczy”.

        Na podstawie zachowanych dokumentów można natomiast ustalić z całą pewnością, że Sebastian Woś ukończył w swojej rodzinnej wsi czteroklasową szkołę ludową, a następnie przez 10 lat przebijał się z trudem przez kolejne klasy opolskiego gimnazjum, nazywanego do dziś szkołą „Na Górce”. Uczniem tego samego gimnazjum był nieco później inny chłopski syn – Jan Kasprowicz, przyszły poeta.

        W rodzinie siołkowickich Wosiów było 10 dzieci, przy czym marzeniem matki była księża sutanna choćby dla jednego z synów. Najpierw wybór padł na Sebastiana, ale ten nie doszedł do matury (udało się to dopiero jego bratu – Mice), bo szkołę rzucił i podjął pracę na poczcie w Opolu.

        Wtedy to właśnie Sebastianem Wosiem zainteresowała się pruska armia (był rok 1865, a Woś skończył już 21 lat). W tej sytuacji młody człowiek uciekł („flisem” – jak do dziś mówią w Siołkowicach) do Hamburga, a stamtąd do Montevideo, gdzie zresztą mało brakowało, żeby się zgłosił ochotniczo do urugwajskiej armii.

        Do Brazylii trafił jesienią 1867 roku, kiedy to został zarejestrowany w kolonii Blumenau w prowincji Santa Catarina jako „Edmund Saporski, pruski poddany”. Kolonia Blumenau składała się głównie z osadników niemieckich, ale miała proboszcza Polaka – księdza Antoniego Zielińskiego, który właśnie cudem uszedł z życiem z Meksyku, gdzie był jednym z kapłanów na dworze cesarza Maksymiliana Ferdynanda Józefa, z dynastii Habsburgów (cesarz został stracony przez republikanów meksykańskich latem 1867 roku).

        Saporski-Woś został w osadzie Blumenau nauczycielem, ale rychło to zajęcie porzucił, zdobywając kwalifikacje i uprawnienia „agrimensor estadud” – czyli państwowego mierniczego (zawód ten wykonywał przez ponad 40 lat).

        Żyjąc wśród Niemców, Saporski i Zieliński patrzyli z podziwem na znakomitą organizację tej społeczności, złączonej mową, obyczajem i religią. Tak obaj doszli do wniosku, że w ten sam sposób trzeba organizować polskich emigrantów, których liczba rosła w Brazylii gwałtownie.

        W kraju tym obowiązywała jednak wówczas zasada, że o miejscu osiedlenia przybyszów decydował osobiście cesarz, który próśb w takich sprawach słuchał (lub przyjmował prośby na piśmie) w swoim pałacu w Rio de Janeiro w każdy czwartek.

        W taki to sposób Saporski i Zieliński stanęli 10 kwietnia 1869 roku przed obliczem cesarza Pedro II, a już 11 maja mieli cesarską koncesję na osiedlanie się przybyszów z Polski pod Kurytybą, stolicą stanu Parana, w strefie klimatycznej dość zbliżonej do warunków panujących w środku Europy.

        Tymczasem w sierpniu tegoż roku parowcem „Victoria” przybyła z Hamburga do prowincji Santa Catarina grupa uchodźców z Górnego śląska, składająca się z 16 rodzin (razem 78 osób), których osiedlono w pobliżu niemieckiej kolonii Brusque, w dziewiczej puszczy, wśród niezbyt przyjaznych Indian. W kilka miesięcy później w tej samej kolonii, którą przybysze z Polski nazywali już Brzózką, osiedlono dalszych 184 przybyszów z ziem polskich, w tym aż 16 rodzin z Opolszczyzny. Był w tym gronie również Mikołaj Woś, pewnie krewny Edmunda Saporskiego.

        Wszystkie te polskie rodziny z Brusque Saporski przeprowadził (pieszo i wozami) we wrześniu 1871 roku w okolice Kurytyby, do osad noszących nazwy: Santa Quiteria, Pilarsinho i Paiv. Już 28 listopada tegoż roku pierwszych siedem rodzin z Polski – Kania, Kępka, Kokot, Macioszek, Polak, Purkot i Fila – otrzymało w wieczystą dzierżawę po około 25 hektarów ziemi każda.

        Miesiąc przed tą uroczystością, w październiku 1871 roku, w księdze parafialnej kościoła rzymskokatolickiego w Kurytybie odnotowano pierwsze wśród przybyszów z Polski narodziny dziecka: „Jana Chyła, syna Grzegorza i Marii z Hanuków, Polaków”. W tydzień potem urodziło się kolejne dziecko: Urszula Barcik, córka Fabiana i Jadwigi z Purkotów. Dla określenia narodowości rodziców i w tym przypadku napisano nie „pruscy poddani”, ale Polacos (Polacy) – i tak tu już zostało na zawsze.

        W dwa dziesięciolecia po tych pierwszych narodzinach wśród emigrantów z Polski – wokół Kurytyby istniał już pas osiedli, które nazywano powszechnie Nową Polską. Z inicjatywy Saporskiego do Kurytyby przyjechał wtedy, do polskich osadników, cesarz Pedro II, który spotkanie z nimi zakończył toastem: „Za złote czasy i jasną przyszłość naszej drogiej Nowej Polski!”.

        Edmund Sebastian Woś-Saporski był już wtedy człowiekiem szeroko znanym i szanowanym. Zorganizował wszak (wspólnie z Henrykiem Durskim, autorem pierwszego polsko-portugalskiego elementarza) pierwszą polską szkołę w Brazylii, powołał do życia pierwszą w tej części świata organizację polonijną – Towarzystwo Polaków im. Tadeusza Kościuszki, wydawał (najpierw wspólnie z Karolem Szulcem, a potem ze swoimi synami) „Gazetę Polską w Brazylii”, był deputowanym (od 1911 roku) w miejscowym parlamencie, a potem nawet stanowym ministrem rolnictwa.

        Oficjalnie występował jako Edmund Saporski, ale dla swoich sąsiadów spod Kurytyby był „panem Wosiem”. Miał parterowy domek, tonący w cyprysach i krzewach jaśminu. Gości zapraszał zawsze do środka, do dużego saloniku z wielkim stołem, przy którym krzątała się jego żona – Mulatka, mówiąca bardzo dobrze po polsku. Rozmowy toczono w jego domu zwykle po polsku, choć sam gospodarz „Pamiętnik z brazylijskiej puszczy” napisał już po portugalsku. Saporski mówił zawsze dużo i ciekawie, toteż goście słuchali go z przyjemnością, przerywając tylko czasem jego wywody swoim: „Tak to jest, panie Wosiu!”.

        Ten „człowiek małego wzrostu, szczupły i nikły” – jak pisał o nim profesor Józef Siemiradzki, który go odwiedził, gdy prowadził badania naukowe (był geologiem i paleontologiem) w Brazylii i Patagonii – od roku 1885 był obywatelem Brazylii, a jako geometra – wykonywał ogromnie pożyteczną dla tego kraju pracę, robiąc pomiary zwłaszcza w stanie Parana, wytyczając przyszłe drogi, linie kolejowe, linie telegraficzne, mosty.

        Parana stawała się wszak jednym z najlepiej zagospodarowanych regionów Brazylii. Mieli w tym również udział przybysze z Polski, których tylko w okolicach stołecznej Kurytyby osiedlało się po kilkanaście tysięcy rocznie. W roku 1995 liczbę Brazylijczyków polskiego pochodzenia tylko w stanie Parana obliczano na blisko 380 tys., w tym w samej Kurytybie – na ćwierć miliona osób.

        Nic dziwnego, że w Kurytybie, której dzielnicami są i Pilarsinho, i Paiva, ulice noszą imiona oraz nazwiska sławnych przybyszów z Polski: Saporskiego, Kososkiego, Kamińskiego, Lipińskiego, Madeja, Piaseckiego. Tylko ich imiona brzmią inaczej (Edmondo, Sebastiao, Estaislao, Jose, Francisco, Jao, Alfonso, Julio.

        Edmund Sebastian Woś-Saporski umarł 6 grudnia 1933 roku, w wieku blisko 90 lat. Pochowano go w Kurytybie, a na jego nagrobku napisano: Edmondo Sebastiao Vos Saporski. W 20 lat później, brazylijska Polonia ufundowała mu w Kurytybie, w miejscu, gdzie stał niegdyś jego dom, tablicę pamiątkową z napisem: „Ojcu osad polskich – Edmundowi Sebastianowi Woś-Saporskiemu”.