Goniec

Switch to desktop Register Login

Moto-Goniec

Moto-Goniec

sobota, 25 lipiec 2015 14:55

Zgrabny volkswagen

Napisane przez

Zanim przejdę do bohatera dzisiejszego odcinka, czyli golfa podpompowanego sterydami – o wdzięcznej nazwie tiguan, mała dygresja.

Otóż, w czas letniej kanikuły wielu z nas wyleguje się na plażach, boso i półnago, a potem musi gdzieś podjechać, dojechać lub odjechać. CO WTEDY? Czy wolno prowadzić boso?

Okazuje się, że Kodeks drogowy sprawy obuwia nie reguluje i jak się człowiek uprze, to na bosaka może nawet jeździć motorem. Podeszwy prawo nie nakazuje.

Można więc jeździć w klapkach, boso, choć uwaga, uwaga! Nie można nago.

Samochód osobowy na drodze publicznej traktowany jest jako miejsce publiczne. A więc stosują się doń przepisy zabraniające chodzenia bez ubrania, choć przypomnę, że dotyczy to wyłącznie dolnej połowy, jako że kilkanaście lat temu ontaryjskie feministki z Guelph wywalczyły sobie prawo do legalnego paradowania z odkrytym torsem amazonki.

Chyba jednak w takiej sytuacji jeżdżenie w pasach do najwygodniejszych nie należy, bo jakoś tendencja ta nie rozwinęła się nawet latem. Co chyba jest dobre.

•••

Tiguan to zgrabny volkswagen samochód, który zaliczają do gatunku mini-SUV-ów, a jest praktyczny, zborny i całkiem szybki. Stąd nazwa będąca ponoć połączeniem tygrysa i iguany.

Cena nie jest wygórowana, bo zaczyna się od 25 tys. dol. A auto można całkiem dobrze doposażyć – choć oczywiście nie jest to darmowe. Tak więc mamy składane siedzenia tylne – bardzo dobry sprzęt grający, panoramiczny szyber dach (opcja) czy na przykład patrząca do tyłu kamera z sensorami.

Mimo że w ciągu kilku minionych lat tiguan zmienił trochę wygląd, wciąż jest to, praktycznie rzecz biorąc, pierwsza wersja modelowa, druga przygotowywana na rok 2016 na razie jeździ w maskowaniu (patrz zdjęcie w rogu) – model ten ma być produkowany w Meksyku.

Co ciekawe, VW jakoś tak nie nagłaśnia tiguana w sprzedaży i raczej polega marketingowo na reklamie usta-usta.

Montowany na tej samej platformie co golf (uznawany za jedno z lepszych aut świata), tiguan dzieli z tym samochodem turbodoładowany silnik dwulitrowy oraz sprawdzoną przekładnię sześciobiegową automatyczną tiptronic oraz system napędu na wszystkie koła 4MOTION. Porównywać z golfem i owszem, można, ale trzeba pamiętać o różnicach. Tiguan nie jest tak zwinny w ruchach jak swój niżej zawieszony kuzyn, i trzeba pamiętać, że auto ma wyżej położony środek ciężkości i jednak prowadzi się nieco gorzej.

Model po raz pierwszy został pokazany w 2006 roku w salonie w Los Angeles jako koncepcja.

Ubolewać możemy, że do tej pory tiguan nie jest oferowany w Ameryce z silnikiem wysokoprężnym, bo przecież w przypadku SUV-ów taka właśnie jednostka napędowa ma sens. Co powiedziawszy, przyznać trzeba, że dwulitrowy rządowy silnik TSI zupełnie wystarcza. Silnik ma 200 koni mechanicznych mocy i 207 stopo-funtów momentu obrotowego. Pali 11,5 w mieście i 9,3 na autostradzie.

Tiguan – podobnie jak inne niemieckie auta, sprawia wrażenie solidnego pojazdu, w którym użyteczność i praktyczność bierze górę nad estetyczną ekstrawagancją.

Volkswagen daje nam gwarancje 4 lata lub 80 tys. oraz 5 lat lub sto tys. na zespół napędowy – skrzynia – silnik.

Auto wypada więc całkiem, całkiem i stanowi niezłą alternatywę dla equinoxa, forda escape, hyundaia tucsona czy innych.

Swoją drogą, warto też trochę poczekać i zobaczyć, co bocian przyniesie VW w roku 2016, bo zakłady koncernu w Puebla w Meksyku kosztem miliarda dolarów zostały na nowo osprzętowane i wkrótce zaczną składać nowego siedmiomiejscowego tiguana budowanego na platformie Modular Transverse Matrix, stosowanej obecnie w golfie, również składanym w Puebla. Tiguan z Meksyku będzie sprzedawany na wszystkich rynkach za wyjątkiem Chin i Europy. Celem VW jest jednak przybliżenie zakładów montażowych do rynku amerykańskiego, tłumaczył niedawno Michael Horn, prezes i dyrektor Volkswagen Group of America. Dzięki temu 90 proc. sprzedaży kierowanej na ten rynek odbywać się będzie wewnątrz NAFTA.

Meksyk jest obecnie czwartym na świecie eksporterem samochodów.

O czym z niejakim przekąsem informuje Państwa Wasz Sobiesław

Człowiek uczy się całe życie. Niedawno pisałem na tych stronach o różnicach w przepisach drogowych między kanadyjskimi prowincjami, a uszła mi ważna sprawa – ciągła linia.

Otóż z niejakim zdziwieniem przeczytałem niedawno w "Globe and Mail", że na ciągłej w Ontario można wyprzedzać...

Zacznijmy po kolei. Chodzi o malowania linii na zwykłych drogach. Do tej pory, jak pijany latarni trzymałem się zasady, że zaczynam manewr wyprzedzania dopiero wówczas, kiedy mam obok linię przerywaną, i to nawet w takich sytuacjach, kiedy już od pewnego czasu widzę, że jest okazja i powinienem zjechać na lewy pas. Jakoś podświadomie wstrzymywała mnie ciągła linia. Teraz okazuje się, że niepotrzebnie.

W prowincji Ontario znaki linii na drodze mają jedynie charakter pomocniczy, a nie kategoryczny, i policja nie może dać mandatu za przekroczenie ciągłej linii (choć może za wiele innych rzeczy z tego wynikających).

Rzecznik ontaryjskiego Ministerstwa Komunikacji wyjaśnia, że ciągła linia ma jedynie funkcję ostrzegawczą. Ontario Highway Traffic Act, jest jedyną prowincyjną ustawą o ruchu drogowym, która nie zabrania explicite przekraczania nawet podwójnej ciągłej linii. Choć w danej sytuacji może nie być to dobry pomysł, z pewnością nie jest to nielegalne.

– Linia ciągła – mówi rzecznik Nichols – ostrzega jedynie kierowcę, że w tym miejscu jej przekraczanie nie jest bezpieczne, a więc że może występować kilka czynników – jak na przykład zbyt mała widoczność czy ukryte skrzyżowanie, którego jeszcze nie widzimy. Wyprzedzanie jest w Ontario nielegalne, jeśli mówi tak znak drogowy – zakaz wyprzedzania.

Abyśmy jednak nie byli zbyt rozpasani, ontaryjskie prawo ma jeden trik. Otóż niezależnie od tego, czy linia była ciągła, czy nie, możemy dostać mandat w oparciu o art. 148 wspomnianej ustawy, który zabrania wyprzedzania, "kiedy nie jest to bezpieczne".

Do tego dochodzi art. 149, który zabrania wyprzedzania i generalnie przekraczania linii środka jezdni, kiedy podjeżdżamy pod wzgórze, zakręt, most lub do tunelu, czy też gdy nie jesteśmy w stanie zobaczyć pojazdów jadących z przeciwka. Słowem, wszystko zależy od tego, na jakiego policjanta trafimy.

Tak się rzeczy mają w Ontario, wszędzie indziej, ciągła linia jest jak Cerber – nie wolno jej przekraczać i już!

Lato sprzyja wyprzedzaniu, zwłaszcza na dobrych ontaryjskich drogach. Zazwyczaj łamiemy przy tym przepisy, ponieważ ruch na drogach z ograniczeniem 80 km/h odbywa się z prędkością pod 100 km/h. Jeśli zatem ktoś jedzie 80, to musi się liczyć z tym, że co rusz ktoś będzie się go starał wyprzedzić. Taki mamy tutaj klimat.

Aby był bezpieczny, manewr wyprzedzania powinien być przeprowadzony w dobrych warunkach widoczności i jak najszybciej. Sam łapię się na tym, że po wyprzedzeniu, zjeżdżając z lewego pasa na prawy, mam na liczniku 120 km/h, czyli prędkość nadającą się na spory mandat. No ale inaczej nie można tego bezpiecznie zrobić!

Stąd prośba do wszystkich: kochani, używajmy podczas jeżdżenia zdrowego rozsądku i stosujmy się do głównego przepisu drogowego: keep the traffic flow, czyli mniej więcej – jedziemy tak jak wszyscy.

A gdy już jesteśmy przy bezpieczeństwie, to kolejna rada "wujka dobra rada"; latem łatwo jest zasnąć za kierownicą – i to nie nocą, ale na przykład o 4 po południu; po dniu spędzonym na plaży czy łódce. Bądźmy tego świadomi, i dbajmy o siebie oraz naszych kierowców – podstawa to nawodnienie siebie i schłodzenie kabiny auta. Nie żałujmy sobie klimatyzacji. Wiem, że wiele osób – mnie samego nie wyłączając – woli jeździć przy otwartych oknach, ale akurat w tym przypadku szum drogi i ciepłe powietrze o wiele szybciej męczą niż schłodzona klimatyzowana kabina.

Kolejna rzecz – róbmy sobie przerwy! I znów poradzę, by zatrzymywać się w pięknych okolicznościach przyrody, czyli w miejscach oznakowanych na odpoczynek, a nie w mcdonaldach i innych kawopojach.

Wychodki w takich picnic area co prawda pozostawiają czasem trochę do życzenia, ale głód zaspokoimy luksusowo, wożąc ze sobą mały palnik gazowy i jakiś polski "gorący kubek" czy inne jedzenie "instant". Do tego zgrzewka wody i mamy naprawdę miłą przerwę na łonie natury, nieporównywalną ze staniem w tasiemcowej kolejce po kawę.

O czym z własnego doświadczenia zapewnia
Wasz Sobiesław

piątek, 10 lipiec 2015 23:10

Wożenie rzeczy na dachu

Napisane przez

Byle ostrożnie...

Lato już prawie w pełni i coraz więcej mamy okazji do wakacyjnych wyjazdów. Jak się zabrać, kiedy czasem nawet przepastne czeluście naszego SUV-a wydają się nie zaspokajać apetytu małżonki na bambetle, "koniecznie potrzebne" na cottage'u czy kempingu? Co zrobić, jeśli przychodzi nam do głowy pożyczyć kajak czy canoe – jak to bezpiecznie przewieźć?
Oczywiście, rozwiązaniem, które narzuca się samo, jest dach... Czasem traktujemy je zresztą zbyt nonszalancko, czego efektem są nasze graty porozrzucane po autostradzie lub kajak w rowie.
Zacznijmy więc od początku.
Po pierwsze, dobrze jest wyposażyć się w bagażnik na dach. Nie byle jaki, tylko pasujący do naszego modelu samochodu – musimy też zwrócić uwagę na jego dopuszczalne obciążenie (samochodu i bagażnika) i zdawać sobie sprawę, że auto w bagażowym kapeluszu ma przesunięty w górę środek ciężkości, inaczej się prowadzi i łatwiej wywraca – o większych obciążeniach aerodynamicznych nie wspominając.
A więc, generalnie musimy uważać; uważać też powinniśmy przy przejeżdżaniu przez różne bramki, wjeżdżając na parkingi lub do drive-thru – łatwo jest zapomnieć, że "nad czołem" wisi nam czasem i dobre półtora metra dodatkowo.
Wiele bagażników jest dostosowanych do naszego modelu i w odpowiednich miejscach dachu dysponujemy punktami do ich zaczepienia.
Kolejna sprawa – pakując bagażnik na dachu, trzeba wykazać odrobinę zdrowego rozsądku i rzeczy cięższe pakować na spód, a lżejsze wyżej. No i oczywiście wiązać to wszystko stabilnie, najlepiej przy pomocy profesjonalnych load-straps (do wyboru, do koloru w Canadian Tire – od ca 7 dol., do ponad 40 dol.).
Musimy sobie też zdawać sprawę, że z bagażnikiem na dachu zużycie paliwa wzrośnie nam nawet o ok. 2 litrów na sto kilometrów. Liczyć się też wypada z większym hałasem w kabinie.
Jeśli chodzi o przewożenie kajaka czy canoe, w większości wypadków wystarczą podkładki, styropianowe czy gumowe, pozwalające uniknąć porysowania lakieru.
Niedawno na pytanie o przepisy ruchu drogowego regulujące przewożenie takich przedmiotów na dachu odpowiadał rzecznik ontaryjskiego Ministerstwa Komunikacji Bob Nichols.
Pytanie: – Jakie przepisy regulują przewożenie kajaka na dachu, czy wymagane jest pozwolenie, czy jest określona przepisami liczba i sposób mocowań?

piątek, 10 lipiec 2015 23:10

Wożenie rzeczy na dachu

Napisane przez

Byle ostrożnie...

Lato już prawie w pełni i coraz więcej mamy okazji do wakacyjnych wyjazdów. Jak się zabrać, kiedy czasem nawet przepastne czeluście naszego SUV-a wydają się nie zaspokajać apetytu małżonki na bambetle, "koniecznie potrzebne" na cottage'u czy kempingu? Co zrobić, jeśli przychodzi nam do głowy pożyczyć kajak czy canoe – jak to bezpiecznie przewieźć?
Oczywiście, rozwiązaniem, które narzuca się samo, jest dach... Czasem traktujemy je zresztą zbyt nonszalancko, czego efektem są nasze graty porozrzucane po autostradzie lub kajak w rowie.
Zacznijmy więc od początku.
Po pierwsze, dobrze jest wyposażyć się w bagażnik na dach. Nie byle jaki, tylko pasujący do naszego modelu samochodu – musimy też zwrócić uwagę na jego dopuszczalne obciążenie (samochodu i bagażnika) i zdawać sobie sprawę, że auto w bagażowym kapeluszu ma przesunięty w górę środek ciężkości, inaczej się prowadzi i łatwiej wywraca – o większych obciążeniach aerodynamicznych nie wspominając.
A więc, generalnie musimy uważać; uważać też powinniśmy przy przejeżdżaniu przez różne bramki, wjeżdżając na parkingi lub do drive-thru – łatwo jest zapomnieć, że "nad czołem" wisi nam czasem i dobre półtora metra dodatkowo.
Wiele bagażników jest dostosowanych do naszego modelu i w odpowiednich miejscach dachu dysponujemy punktami do ich zaczepienia.
Kolejna sprawa – pakując bagażnik na dachu, trzeba wykazać odrobinę zdrowego rozsądku i rzeczy cięższe pakować na spód, a lżejsze wyżej. No i oczywiście wiązać to wszystko stabilnie, najlepiej przy pomocy profesjonalnych load-straps (do wyboru, do koloru w Canadian Tire – od ca 7 dol., do ponad 40 dol.).
Musimy sobie też zdawać sprawę, że z bagażnikiem na dachu zużycie paliwa wzrośnie nam nawet o ok. 2 litrów na sto kilometrów. Liczyć się też wypada z większym hałasem w kabinie.
Jeśli chodzi o przewożenie kajaka czy canoe, w większości wypadków wystarczą podkładki, styropianowe czy gumowe, pozwalające uniknąć porysowania lakieru.
Niedawno na pytanie o przepisy ruchu drogowego regulujące przewożenie takich przedmiotów na dachu odpowiadał rzecznik ontaryjskiego Ministerstwa Komunikacji Bob Nichols.
Pytanie: – Jakie przepisy regulują przewożenie kajaka na dachu, czy wymagane jest pozwolenie, czy jest określona przepisami liczba i sposób mocowań?

niedziela, 05 lipiec 2015 18:57

Patrząc na pusty pas

Napisane przez

Nic nie wywołuje większego zdenerwowania, niż gdy ktoś każe nam stać na głowie. A takie mam uczucie, patrząc na pasy HOV (High Occupancy Vehicles), które wprowadzono nam w aglomeracji w związku z igrzyskami panamerykańskimi.

Na dodatek, mam złe przeczucie, że choć napisali na nich "temporary", to niebawem okaże się, że wszystko tak bardzo się udało, iż pasy zostają na zawsze. A już chodzą po gazetach pomysły, aby HOV przekształcić w HOT, czyli po prostu płatne pasy ruchu – moglibyśmy sobie wówczas wykupić stosowną plakietkę uprawniającą do śmigania po płatnym pasie, z dala od całej naszej reszty.
Są to pomysły jak ulał pasujące do postępującego rozwarstwienia społecznego i zanikania klasy średniej.
Tak czy owak, stanie w korku, obok puściutkiego pasa HOV, nikogo nie nastraja optymizmem, zwłaszcza że do idiotyzmu przyznają się sami sprawcy zamieszania.

sobota, 27 czerwiec 2015 23:31

Drgania, klekoty i wizgi

Napisane przez

Nic tak mi nie działa w aucie na nerwy, jak jakaś wibracja; jakieś rozedrgane dygotanie; jakieś stuki-puki.

Można te samochodowe dźwięki podzielić na kilka kategorii, przyczyny jednych możemy zidentyfikować w miarę prosto, inne niestety wymagają drogi kosztownej eliminacji poszczególnych problemów.

Generalnie powinniśmy na samym początku ustalić, kiedy dana przypadłość się pojawia, a kiedy ustępuje, i czy jest związana z obrotami silnika, obracaniem się kół, czy drganiami wynikającymi z wybojów na drodze.

Podam przykład:

Zwichrowane tarcze hamulcowe – to powszechna sprawa. Możemy się tego nabawić przy byle okazji, kiedy rozgrzane tarcze nagle się schłodzą w jakiejś zaspie śniegu czy kałuży, możemy też dostać to z wiekiem samochodu.

Nagłe schłodzenie prowadzi do lekkiej deformacji tarczy, co z kolei powoduje pulsowanie pedału hamulca podczas hamowania. Jest to szczególnie denerwujące, kiedy mamy w miarę nowe klocki, bo na dobrą sprawę powinniśmy w takiej sytuacji wymienić i tarcze, i klocki, co daje łączny wydatek kilkuset dolarów. Możemy też tarcze oszlifować do równego specjalną maszyną, ale wówczas jest prawdopodobne, że problem wróci, ponieważ oszlifowana tarcza ma różną grubość w różnych miejscach, przez co nagrzewa się nierównomiernie i nierównomiernie oddaje ciepło, a to sprzyja wyginaniu.

Jeśli problem zostawimy nieleczony, możemy sobie uszkodzić całe przednie zawieszenie – wyleje się olej z amortyzatorów, rozwalą łożyska, gdzie karoseria jest zawieszona na amortyzatorze, co z kolei do naszego pulsowania doda charakterystyczne klekotanie na nierównościach. Wylane amortyzatory mogą nam z kolei doprowadzić (pomijając pogorszenie trzymania się drogi, a co zatem idzie, bezpieczeństwa jazdy) do złej zbieżności i nierównomiernego ścierania się opon.

Jeśli więc coś nam w aucie drga, wibruje, czy stuka, warto się zastanowić, co to może być, i poddać pojazd leczeniu – zwłaszcza gdy planujemy nim trochę pojeździć. W większości przypadków problem lubi się nawarstwiać i spiętrzać.

Innym męczącym problemem jest złe wyważenie opon. Nietrudno o to, bo wystarczy, że wjedziemy w jakąś dziurę, by ołowiany odważnik na feldze przesunął się lub odpadł. Osobna sprawa to zwichrowanie samej felgi – też warto podczas sprawdzania koła przyjrzeć się jej geometrii.

Problem w tym jest taki, jak stwierdzić, o które koło chodzi. Wiadomo, że jeśli wibrację bardzo czuć na kierownicy, a ponadto wydaje się mieć pik przy pewnej prędkości, dajmy na to 90 km/h, a potem przechodzi, no to mamy niewyważone koło przednie (raczej).

Warto jednak dokładnie sprawdzać wszystkie koła. Ostatnio miałem taki przypadek, że nagle samochód zaczął mi lekko ściągać do lewego i wibrować powyżej 120 km/h. Przeświadczony, że to niewyważone koło przednie, dałem do balansowania dwa przednie koła. Wydawało mi się, że wibracja przeszła, jednak przy dużych prędkościach ponownie było coś nie tak...

Pomyślałem, że źle mi wyważyli koła. I gdy tak psy wieszałem na mechanikach, sprawdziłem ciśnienie powietrza we wszystkich oponach... Okazało się, że tylna od strony kierowcy to... prawie flak. Dopompowałem i wszystko ustało. Auto pięknie płynęło 140 km/h, jak po szynach. Mam prawdopodobnie mały wyciek przy aluminiowej feldze lub na wentylu i stąd problem.

Warto też tak raz na miesiąc sprawdzać ciśnienie w oponach. Niedopompowana opona to nie tylko gorsze bezpieczeństwo, ale również większe spalanie i krótsza żywotność ogumienia.

Dlatego, o ile nasze informacje mogą bardzo pomóc mechanikowi w zrozumieniu problemu, o tyle nie jedźmy do warsztatu z gotową diagnozą, jeśli nie posprawdzaliśmy wszystkich rzeczy.

A sprawdzać warto, dlatego trzeba samochodu słuchać. Problemy zazwyczaj słychać o wiele wcześniej, niż się coś dzieje, i choć nie polecam kupna samochodowego stetoskopu (wielu mechaników używa tego przyrządu), to jednak słuchanie silnika ma duże znaczenie. Różne rzegotania i wizgi mogą nas naprowadzić np. na rozpadające się łożysko. Te dają o sobie znać m.n. coraz głośniejszym wizgiem.

To samo dotyczy pompy wodnej czy łożysk urządzeń spiętych paskiem klinowym. Jeśli mamy łatwy dostęp, to psykanie jakimś płynnym smarem pozwoli nam zlokalizować problem.

Samochód to fajna maszyna, warto o nią dbać, a zaoszczędzi nam hektolitrów pieniędzy. Wbrew przysłowiu, że częste mycie skraca życie, w przypadku samochodów jestem zwolennikiem jak najczęstszego mycia i czyszczenia. To pozwala wcześniej dostrzec problemy, o unikaniu rdzy nie wspominając.

O czym zapewnia
Wasz Sobiesław.

piątek, 26 czerwiec 2015 23:18

Syrenka bliżej drogi!

Napisane przez

AK Motor Polska Sp. z. o.o. i FSO S.A. zawierają umowę o współpracy w zakresie rozwoju samochodów AK Syrena Meluzyna i AK Syrena Ligea

AK Motor Polska i FSO koordynują przyszłą ścieżkę marki Syrena od kilku lat i 11 stycznia 2015 r. ratyfikowały formalną umowę o współpracy na rzecz rozwoju dwóch nowych pojazdów.

Pierwszym pojazdem objętym wspólnym przedsięwzięciem jest aktualnie prowadzony projekt AK Syrena Meluzyna, który został podany do publicznej wiadomości 6 grudnia 2013 r. przez AK Motor International Corporation. FSO wspiera rozwój technologiczny samochodu w zakresie jego kompletacji, modułowej i wielowariantowej optymalizacji, a następnie przygotowania do masowej produkcji. W najbliższych tygodniach zostanie zaprezentowany publicznie model pojazdu AK Syrena Meluzyna w skali 1:5 (zbudowany w pierwszej połowie roku 2015). Kolejny etap rozwoju obejmie produkcję prototypu w pełnej skali. Dodatkowe warianty Meluzyny zostaną przedstawione w najbliższej przyszłości.

Po drugie, AK Motor Polska, we współpracy z FSO chciałaby wprowadzić zupełnie nowy sportowy model pojazdu z linii Syreny – AK Syrena Ligea. Zgodnie z tradycją, która została ustanowiona już przedtem w przypadku modelu Meluzyna, Ligea nosi nazwę od imienia innej legendarnej syreny, pochodzącej z mitologii greckiej. Ta idea odzwierciedla zamiar promowania marki AK Syrena na rynku krajowym, jak również poza granicami Polski. Nowe logo Ligea zaprojektował Paweł Panczakiewicz, który ma wspólne pochodzenie ze Stanisławem Panczakiewiczem, projektantem oryginalnej Syreny FSO w latach pięćdziesiątych XX wieku.

AK Syrena Ligea jest pierwszą Syreną, która zrywa z tradycją silnika montowanego z przodu, posiada silnik w środkowej części podwozia. Podczas gdy pierwsza wersja nowego sportowego samochodu Syrena będzie miała silnik benzynowy montowany poprzecznie, podwozie Ligea zostało zaprojektowane od samego początku tak, aby pomieścić różne zespoły napędowe, w tym napęd hybrydowy, napęd w całości elektryczny, napęd elektryczny odrzutowy. Oprócz funkcji samochodu sportowego, AK Syrena Ligea ma służyć jako platforma do eksperymentów naukowych i rozwoju innowacyjnych technologii, które pojawią się w przyszłych samochodach.

Informacja o AK Motor Polska Sp. z o.o.: Założona 14.02.2012 w Toronto, Kanada, AK Motor International Corporation jest spółką zarządzającą własnością intelektualną w branży motoryzacyjnej. AK Motor specjalizuje się w zarządzaniu aktywami marki, innowacjami technologicznymi i biznesowymi, jak również komercjalizacją i licencjonowaniem aktywów majątkowych. W lutym 2013 r., AK Motor, w porozumieniu z FSO. uzyskała prawa do stosowania znaku Syrena dla nowo projektowanych pojazdów. 9 lipca 2014 r. została założona w Warszawie w Polsce spółka AK Motor Polska Sp. z o.o., w celu kierowania rozwojem pojazdów marki Syrena.

Informacja o FSO S.A.: Powstała 6 listopada 1951 r. w Warszawie, jest jednym z najbardziej znanych producentów samochodów w Polsce. Fabryka Samochodów Osobowych odpowiada za stworzenie i rozwój wielu polskich marek pojazdów uznawanych za klasyki, takich jak Warszawa, Syrena, Polonez i wiele innych. FSO obecnie świadczy usługi w zakresie produkcji części i komponentów samochodowych na rzecz producentów oryginalnych części oraz posiada zdolność do wytwarzania gotowych samochodów.

O pojeździe Syrena: Syrena jest czołową marką samochodów w Polsce, której nazwa wywodzi się od polskiej legendy o istocie "Syrena" sięgającej roku 1300.

Pierwszą Syrenę zaprezentowano w Polsce na Międzynarodowych Targach Poznańskich w roku 1955. Produkcję rozpoczęto w roku 1957 w zakładzie FSO (Fabryka Samochodów Osobowych) w Warszawie w Polsce, która trwała do roku 1972. W latach od 1972 do 1983 roku, Syrena była produkowana w zakładzie FSM (Fabryka Samochodów Małolitrażowych) w Bielsku-Białej. Ocenia się, że wyprodukowano 521.311 egzemplarzy pojazdów Syrena od roku 1955.

Źródło: AK Motor Polska Sp. z. O.O., Fabryka Samochodów Osobowych S.A.

Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Strony internetowe: www.newsyrena.com, www.nowasyrena.pl, www.facebook.com/AK.Syrena, http://www.fso-sa.com.pl

piątek, 19 czerwiec 2015 23:23

Je me souviens...

Napisane przez

Kiedy pierwszy raz pojechałem do Quebecu, czułem się, jakbym przekroczył granicę obcego państwa. Światła uliczne ustawione poziomo, wiele znaków drogowych pisanych po francusku... Było to zresztą w czasach, kiedy i u nas, w Toronto, o tym, że – na przykład – nie ma możliwości skrętu w prawo na czerwonym informowała po prostu tablica z tekstem "No turn on red". W dodatku często trzeba było być na tyle zorientowanym, by ją wypatrzyć na skrzyżowaniu w gąszczu podwieszonych przewodów energetycznych i innych. Dzisiaj z uwagi na powszedniejący analfabetyzm przeszliśmy na piktogramy – żartuję oczywiście.

Tak czy owak, jadąc do Buffalo, miałem mniej zagraniczne wrażenie niż u kolegów frankofonów. Inna architektura, inaczej ubrani ludzie na ulicach, ba, nawet inne samochody. No i te tablice rejestracyjne – wyłącznie z tyłu, co pozwala od przodu wykorzystać powierzchnię tabliczną do jakiegoś chwytliwego hasełka, w rodzaju: "kocham Anię".

Ponieważ wielu z nas lubi czasem pozwolić sobie na weekendowy wypad do Montrealu, warto przypomnieć – jak to uczynił niedawno "Globe and Mail" – co takiego w przepisach drogowych Quebecu mamy inaczej. Po cóż nam później ślęczeć ze słownikiem nad quebeckim mandatem?

Ku mojemu zdziwieniu – a uważałem się za osobę dobrze poinformowaną – w Quebecu od roku 2003 nie obowiązuje już osławiony zakaz skrętu w prawo na czerwonym. Został on jednak utrzymany… w części Montrealu. Trzeba nam więc pamiętać, czy czasem nie jedziemy właśnie po ulicy w Ile de Montreal, bo tam za skręt w prawo na czerwonym dostaniemy mandat i stracimy trzy punkty z prawa jazdy.

Tu uwaga; niestety Quebec posiada umowę z Ontario w sprawie punktów i informacja o naszych wykroczeniach jest przekazywana do rodzimej bazy danych w prowincji.

Druga rzecz istotna – nie możemy poprawiać sobie szans na skrzyżowaniu – przejeżdżając przez stację benzynową czy parking – u nas, w Ontario, jest to brzydkie, ale nic nie kosztuje, w Quebecu może nas kosztować mandat 100 dol. plus grzywnę. Mówi o tym art. 312 ichniejszego Kodeksu drogowego, który stwierdza, że nie można przejeżdżać przez teren prywatny w celu uniknięcia przestrzegania znaku drogowego lub świateł.

Trzecia sprawa. Całkiem sensowna, o której również nie wiedziałem – mea culpa – na quebeckich drogach wielopasmowych, gdzie ograniczenie prędkości jest 80 km/h lub więcej, lewy pas jest wyłącznie do wyprzedzania i nie wolno wyprzedzać prawym. Owszem, w większości prowincji obowiązuje zasada, żeby jechać prawym pasem, a wyprzedzać lewym, jednak nieprzestrzeganie jej nie niesie ze sobą żadnej sankcji karnej. Inaczej w Quebecu, gdzie art. 321 Kodeksu drogowego mówi, że lewego pasa można używać wyłącznie do wyprzedzania lub gdy skręcamy w lewo. Mandat wynosi 60 dol. plus opłaty. Przestrzeganie lub nieprzestrzeganie ograniczenia prędkości nie ma tu nic do rzeczy. Innymi słowy, nawet jeśli jedziemy po lewym pasie szybko i nikogo nie ma za nami, to i tak łamiemy przepisy drogowe. Jest to o wiele ostrzejsze prawo niż w Kolumbii Brytyjskiej, gdzie niedawno nowy minister komunikacji zdobył się na wprowadzenie przepisu, który karze mandatem 167 dolarów kierowcę samochodu nieustępującego z lewego pasa przed szybciej jadącym pojazdem. W Quebecu nie jest ważne, czy ktoś za nami jedzie, czy nie – mamy jechać po prawym.

I do tego mamy jechać w miarę szybko – art. 331 Kodeksu drogowego stwierdza, że nikt nie może jechać z prędkością ograniczającą czy przeszkadzającą w płynnym ruchu, co oznacza, że jeśli jedziemy wolniej niż wszyscy, to powinniśmy włączyć światła awaryjne. W przeciwnym wypadku mandat – 100 dol. plus opłaty. W większości prowincji obowiązują przepisy określające minimalną prędkość na autostradach, ale tylko w Quebecu samochody jadące wolniej od przeciętnej powinny używać świateł awaryjnych.

Inna ciekawa sprawa dotyczy motocyklistów i rowerzystów.

Ci pierwsi nie mogą jechać obok siebie na jednym pasie. Art. 483 stwierdza, że grupa dwóch lub więcej motorów musi jechać w formacji zygzakowej, art. 486 stanowi zaś, że w jednej grupie może podróżować maksymalnie 15 rowerzystów, którzy muszą jechać wężykiem jeden za drugim, nigdy obok siebie. Mandat wynosi jedynie 15 dol. plus grzywny, no ale po co mieć ten kłopot?

Tak czy owak, frankofoni chcą na każdym kroku podkreślać swoją odrębność i powinniśmy to uszanować. Przecież świat bogaty jest różnorodnością, a że czasem przesadzają, tresując psy do szczekania po francusku, to inna sprawa.

Nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy i my na starość nauczyli się nieco francuskiego, bo to ładnie brzmiący język.

Z całą pewnością zaś dla własnego bezpieczeństwa, jadąc do Quebecu, warto nauczyć się znaczenia słowa ARRET, a i również Sud, Nord, Est, Ouest, Centre-ville czy Sortie byłyby pomocne...

Do czego Państwa zachęca –
Wasz Sobiesław.

piątek, 12 czerwiec 2015 16:38

Mechanik z YouTuba

Napisane przez

Dzisiaj porozmawiajmy o czymś przyziemnym. Powiem szczerze, lubię grzebać przy samochodzie.

Może naprawiać to zbyt górnolotne słowo, ale mimo całego "unowocześnienia" aut, jest nadal sporo rzeczy, które możemy zrobić sami. Zwłaszcza gdy mamy kawałek garażu, czy choćby podjazdu przed domem.

Tym bardziej że obecnie skorzystać możemy ze wspaniałego narzędzia, jakim jest YouTube i zasoby internetowe.

Podam przykład. W HHR mojej żony, od jakiegoś czasu zapalała się lampka check engine poprzedzona chwilę wcześniej ostrzeżeniem o wyłączeniu traction control. Na dodatek, gdy to się włączało, skrzynia szarpała, przerzucając biegi.

piątek, 05 czerwiec 2015 17:00

Dla aut, które męczą się na drodze

Napisane przez

Współczesne samochody są szybkie, producenci od dawna wiedzą, że moc silnika sprzedaje tak samo jak paliwooszczędność czy bezpieczeństwo. Wokół nas jeździ wiele aut kupowanych "wizerunkowo", dla podkreślenia charakteru i pozycji społecznej właściciela, a uzyskujących niezwykłe osiągi.

W prowincji Ontario maksymalna dopuszczalna prędkość na autostradzie wynosi 100 km/h, jeśli nie chcemy płacić mandatów, możemy ją "popchnąć" jedynie do 120 – 130 km/h. Potem zaczynają się nieprzyjemności. Najgorsze polegają na utracie samochodu na tydzień, zabraniu prawa jazdy i niebotycznych składkach ubezpieczeniowych. Takie kary mogą nas spotkać już wtedy, gdy przekroczymy prędkość o 50 km/h i pojedziemy, raptem, 150 km/h. No a 150 km/h to nawet zwykłe BMW gładko łyka na czwartym biegu, jęcząc błogo o piąty.

Jeśli więc mamy BMW, audi czy mercedesa, corvettę, albo nawet poczciwego mustanga GT (o wyższej półce w postaci maserati, ferrari czy lamborghini nawet nie wspominając), to co robić? Jak żyć?!