Goniec

Register Login

Moto-Goniec

Moto-Goniec

piątek, 10 lipiec 2015 23:10

Wożenie rzeczy na dachu

Napisane przez

Byle ostrożnie...

Lato już prawie w pełni i coraz więcej mamy okazji do wakacyjnych wyjazdów. Jak się zabrać, kiedy czasem nawet przepastne czeluście naszego SUV-a wydają się nie zaspokajać apetytu małżonki na bambetle, "koniecznie potrzebne" na cottage'u czy kempingu? Co zrobić, jeśli przychodzi nam do głowy pożyczyć kajak czy canoe – jak to bezpiecznie przewieźć?
Oczywiście, rozwiązaniem, które narzuca się samo, jest dach... Czasem traktujemy je zresztą zbyt nonszalancko, czego efektem są nasze graty porozrzucane po autostradzie lub kajak w rowie.
Zacznijmy więc od początku.
Po pierwsze, dobrze jest wyposażyć się w bagażnik na dach. Nie byle jaki, tylko pasujący do naszego modelu samochodu – musimy też zwrócić uwagę na jego dopuszczalne obciążenie (samochodu i bagażnika) i zdawać sobie sprawę, że auto w bagażowym kapeluszu ma przesunięty w górę środek ciężkości, inaczej się prowadzi i łatwiej wywraca – o większych obciążeniach aerodynamicznych nie wspominając.
A więc, generalnie musimy uważać; uważać też powinniśmy przy przejeżdżaniu przez różne bramki, wjeżdżając na parkingi lub do drive-thru – łatwo jest zapomnieć, że "nad czołem" wisi nam czasem i dobre półtora metra dodatkowo.
Wiele bagażników jest dostosowanych do naszego modelu i w odpowiednich miejscach dachu dysponujemy punktami do ich zaczepienia.
Kolejna sprawa – pakując bagażnik na dachu, trzeba wykazać odrobinę zdrowego rozsądku i rzeczy cięższe pakować na spód, a lżejsze wyżej. No i oczywiście wiązać to wszystko stabilnie, najlepiej przy pomocy profesjonalnych load-straps (do wyboru, do koloru w Canadian Tire – od ca 7 dol., do ponad 40 dol.).
Musimy sobie też zdawać sprawę, że z bagażnikiem na dachu zużycie paliwa wzrośnie nam nawet o ok. 2 litrów na sto kilometrów. Liczyć się też wypada z większym hałasem w kabinie.
Jeśli chodzi o przewożenie kajaka czy canoe, w większości wypadków wystarczą podkładki, styropianowe czy gumowe, pozwalające uniknąć porysowania lakieru.
Niedawno na pytanie o przepisy ruchu drogowego regulujące przewożenie takich przedmiotów na dachu odpowiadał rzecznik ontaryjskiego Ministerstwa Komunikacji Bob Nichols.
Pytanie: – Jakie przepisy regulują przewożenie kajaka na dachu, czy wymagane jest pozwolenie, czy jest określona przepisami liczba i sposób mocowań?

piątek, 10 lipiec 2015 23:10

Wożenie rzeczy na dachu

Napisane przez

Byle ostrożnie...

Lato już prawie w pełni i coraz więcej mamy okazji do wakacyjnych wyjazdów. Jak się zabrać, kiedy czasem nawet przepastne czeluście naszego SUV-a wydają się nie zaspokajać apetytu małżonki na bambetle, "koniecznie potrzebne" na cottage'u czy kempingu? Co zrobić, jeśli przychodzi nam do głowy pożyczyć kajak czy canoe – jak to bezpiecznie przewieźć?
Oczywiście, rozwiązaniem, które narzuca się samo, jest dach... Czasem traktujemy je zresztą zbyt nonszalancko, czego efektem są nasze graty porozrzucane po autostradzie lub kajak w rowie.
Zacznijmy więc od początku.
Po pierwsze, dobrze jest wyposażyć się w bagażnik na dach. Nie byle jaki, tylko pasujący do naszego modelu samochodu – musimy też zwrócić uwagę na jego dopuszczalne obciążenie (samochodu i bagażnika) i zdawać sobie sprawę, że auto w bagażowym kapeluszu ma przesunięty w górę środek ciężkości, inaczej się prowadzi i łatwiej wywraca – o większych obciążeniach aerodynamicznych nie wspominając.
A więc, generalnie musimy uważać; uważać też powinniśmy przy przejeżdżaniu przez różne bramki, wjeżdżając na parkingi lub do drive-thru – łatwo jest zapomnieć, że "nad czołem" wisi nam czasem i dobre półtora metra dodatkowo.
Wiele bagażników jest dostosowanych do naszego modelu i w odpowiednich miejscach dachu dysponujemy punktami do ich zaczepienia.
Kolejna sprawa – pakując bagażnik na dachu, trzeba wykazać odrobinę zdrowego rozsądku i rzeczy cięższe pakować na spód, a lżejsze wyżej. No i oczywiście wiązać to wszystko stabilnie, najlepiej przy pomocy profesjonalnych load-straps (do wyboru, do koloru w Canadian Tire – od ca 7 dol., do ponad 40 dol.).
Musimy sobie też zdawać sprawę, że z bagażnikiem na dachu zużycie paliwa wzrośnie nam nawet o ok. 2 litrów na sto kilometrów. Liczyć się też wypada z większym hałasem w kabinie.
Jeśli chodzi o przewożenie kajaka czy canoe, w większości wypadków wystarczą podkładki, styropianowe czy gumowe, pozwalające uniknąć porysowania lakieru.
Niedawno na pytanie o przepisy ruchu drogowego regulujące przewożenie takich przedmiotów na dachu odpowiadał rzecznik ontaryjskiego Ministerstwa Komunikacji Bob Nichols.
Pytanie: – Jakie przepisy regulują przewożenie kajaka na dachu, czy wymagane jest pozwolenie, czy jest określona przepisami liczba i sposób mocowań?

niedziela, 05 lipiec 2015 18:57

Patrząc na pusty pas

Napisane przez

Nic nie wywołuje większego zdenerwowania, niż gdy ktoś każe nam stać na głowie. A takie mam uczucie, patrząc na pasy HOV (High Occupancy Vehicles), które wprowadzono nam w aglomeracji w związku z igrzyskami panamerykańskimi.

Na dodatek, mam złe przeczucie, że choć napisali na nich "temporary", to niebawem okaże się, że wszystko tak bardzo się udało, iż pasy zostają na zawsze. A już chodzą po gazetach pomysły, aby HOV przekształcić w HOT, czyli po prostu płatne pasy ruchu – moglibyśmy sobie wówczas wykupić stosowną plakietkę uprawniającą do śmigania po płatnym pasie, z dala od całej naszej reszty.
Są to pomysły jak ulał pasujące do postępującego rozwarstwienia społecznego i zanikania klasy średniej.
Tak czy owak, stanie w korku, obok puściutkiego pasa HOV, nikogo nie nastraja optymizmem, zwłaszcza że do idiotyzmu przyznają się sami sprawcy zamieszania.

sobota, 27 czerwiec 2015 23:31

Drgania, klekoty i wizgi

Napisane przez

Nic tak mi nie działa w aucie na nerwy, jak jakaś wibracja; jakieś rozedrgane dygotanie; jakieś stuki-puki.

Można te samochodowe dźwięki podzielić na kilka kategorii, przyczyny jednych możemy zidentyfikować w miarę prosto, inne niestety wymagają drogi kosztownej eliminacji poszczególnych problemów.

Generalnie powinniśmy na samym początku ustalić, kiedy dana przypadłość się pojawia, a kiedy ustępuje, i czy jest związana z obrotami silnika, obracaniem się kół, czy drganiami wynikającymi z wybojów na drodze.

Podam przykład:

Zwichrowane tarcze hamulcowe – to powszechna sprawa. Możemy się tego nabawić przy byle okazji, kiedy rozgrzane tarcze nagle się schłodzą w jakiejś zaspie śniegu czy kałuży, możemy też dostać to z wiekiem samochodu.

Nagłe schłodzenie prowadzi do lekkiej deformacji tarczy, co z kolei powoduje pulsowanie pedału hamulca podczas hamowania. Jest to szczególnie denerwujące, kiedy mamy w miarę nowe klocki, bo na dobrą sprawę powinniśmy w takiej sytuacji wymienić i tarcze, i klocki, co daje łączny wydatek kilkuset dolarów. Możemy też tarcze oszlifować do równego specjalną maszyną, ale wówczas jest prawdopodobne, że problem wróci, ponieważ oszlifowana tarcza ma różną grubość w różnych miejscach, przez co nagrzewa się nierównomiernie i nierównomiernie oddaje ciepło, a to sprzyja wyginaniu.

Jeśli problem zostawimy nieleczony, możemy sobie uszkodzić całe przednie zawieszenie – wyleje się olej z amortyzatorów, rozwalą łożyska, gdzie karoseria jest zawieszona na amortyzatorze, co z kolei do naszego pulsowania doda charakterystyczne klekotanie na nierównościach. Wylane amortyzatory mogą nam z kolei doprowadzić (pomijając pogorszenie trzymania się drogi, a co zatem idzie, bezpieczeństwa jazdy) do złej zbieżności i nierównomiernego ścierania się opon.

Jeśli więc coś nam w aucie drga, wibruje, czy stuka, warto się zastanowić, co to może być, i poddać pojazd leczeniu – zwłaszcza gdy planujemy nim trochę pojeździć. W większości przypadków problem lubi się nawarstwiać i spiętrzać.

Innym męczącym problemem jest złe wyważenie opon. Nietrudno o to, bo wystarczy, że wjedziemy w jakąś dziurę, by ołowiany odważnik na feldze przesunął się lub odpadł. Osobna sprawa to zwichrowanie samej felgi – też warto podczas sprawdzania koła przyjrzeć się jej geometrii.

Problem w tym jest taki, jak stwierdzić, o które koło chodzi. Wiadomo, że jeśli wibrację bardzo czuć na kierownicy, a ponadto wydaje się mieć pik przy pewnej prędkości, dajmy na to 90 km/h, a potem przechodzi, no to mamy niewyważone koło przednie (raczej).

Warto jednak dokładnie sprawdzać wszystkie koła. Ostatnio miałem taki przypadek, że nagle samochód zaczął mi lekko ściągać do lewego i wibrować powyżej 120 km/h. Przeświadczony, że to niewyważone koło przednie, dałem do balansowania dwa przednie koła. Wydawało mi się, że wibracja przeszła, jednak przy dużych prędkościach ponownie było coś nie tak...

Pomyślałem, że źle mi wyważyli koła. I gdy tak psy wieszałem na mechanikach, sprawdziłem ciśnienie powietrza we wszystkich oponach... Okazało się, że tylna od strony kierowcy to... prawie flak. Dopompowałem i wszystko ustało. Auto pięknie płynęło 140 km/h, jak po szynach. Mam prawdopodobnie mały wyciek przy aluminiowej feldze lub na wentylu i stąd problem.

Warto też tak raz na miesiąc sprawdzać ciśnienie w oponach. Niedopompowana opona to nie tylko gorsze bezpieczeństwo, ale również większe spalanie i krótsza żywotność ogumienia.

Dlatego, o ile nasze informacje mogą bardzo pomóc mechanikowi w zrozumieniu problemu, o tyle nie jedźmy do warsztatu z gotową diagnozą, jeśli nie posprawdzaliśmy wszystkich rzeczy.

A sprawdzać warto, dlatego trzeba samochodu słuchać. Problemy zazwyczaj słychać o wiele wcześniej, niż się coś dzieje, i choć nie polecam kupna samochodowego stetoskopu (wielu mechaników używa tego przyrządu), to jednak słuchanie silnika ma duże znaczenie. Różne rzegotania i wizgi mogą nas naprowadzić np. na rozpadające się łożysko. Te dają o sobie znać m.n. coraz głośniejszym wizgiem.

To samo dotyczy pompy wodnej czy łożysk urządzeń spiętych paskiem klinowym. Jeśli mamy łatwy dostęp, to psykanie jakimś płynnym smarem pozwoli nam zlokalizować problem.

Samochód to fajna maszyna, warto o nią dbać, a zaoszczędzi nam hektolitrów pieniędzy. Wbrew przysłowiu, że częste mycie skraca życie, w przypadku samochodów jestem zwolennikiem jak najczęstszego mycia i czyszczenia. To pozwala wcześniej dostrzec problemy, o unikaniu rdzy nie wspominając.

O czym zapewnia
Wasz Sobiesław.

piątek, 26 czerwiec 2015 23:18

Syrenka bliżej drogi!

Napisane przez

AK Motor Polska Sp. z. o.o. i FSO S.A. zawierają umowę o współpracy w zakresie rozwoju samochodów AK Syrena Meluzyna i AK Syrena Ligea

AK Motor Polska i FSO koordynują przyszłą ścieżkę marki Syrena od kilku lat i 11 stycznia 2015 r. ratyfikowały formalną umowę o współpracy na rzecz rozwoju dwóch nowych pojazdów.

Pierwszym pojazdem objętym wspólnym przedsięwzięciem jest aktualnie prowadzony projekt AK Syrena Meluzyna, który został podany do publicznej wiadomości 6 grudnia 2013 r. przez AK Motor International Corporation. FSO wspiera rozwój technologiczny samochodu w zakresie jego kompletacji, modułowej i wielowariantowej optymalizacji, a następnie przygotowania do masowej produkcji. W najbliższych tygodniach zostanie zaprezentowany publicznie model pojazdu AK Syrena Meluzyna w skali 1:5 (zbudowany w pierwszej połowie roku 2015). Kolejny etap rozwoju obejmie produkcję prototypu w pełnej skali. Dodatkowe warianty Meluzyny zostaną przedstawione w najbliższej przyszłości.

Po drugie, AK Motor Polska, we współpracy z FSO chciałaby wprowadzić zupełnie nowy sportowy model pojazdu z linii Syreny – AK Syrena Ligea. Zgodnie z tradycją, która została ustanowiona już przedtem w przypadku modelu Meluzyna, Ligea nosi nazwę od imienia innej legendarnej syreny, pochodzącej z mitologii greckiej. Ta idea odzwierciedla zamiar promowania marki AK Syrena na rynku krajowym, jak również poza granicami Polski. Nowe logo Ligea zaprojektował Paweł Panczakiewicz, który ma wspólne pochodzenie ze Stanisławem Panczakiewiczem, projektantem oryginalnej Syreny FSO w latach pięćdziesiątych XX wieku.

AK Syrena Ligea jest pierwszą Syreną, która zrywa z tradycją silnika montowanego z przodu, posiada silnik w środkowej części podwozia. Podczas gdy pierwsza wersja nowego sportowego samochodu Syrena będzie miała silnik benzynowy montowany poprzecznie, podwozie Ligea zostało zaprojektowane od samego początku tak, aby pomieścić różne zespoły napędowe, w tym napęd hybrydowy, napęd w całości elektryczny, napęd elektryczny odrzutowy. Oprócz funkcji samochodu sportowego, AK Syrena Ligea ma służyć jako platforma do eksperymentów naukowych i rozwoju innowacyjnych technologii, które pojawią się w przyszłych samochodach.

Informacja o AK Motor Polska Sp. z o.o.: Założona 14.02.2012 w Toronto, Kanada, AK Motor International Corporation jest spółką zarządzającą własnością intelektualną w branży motoryzacyjnej. AK Motor specjalizuje się w zarządzaniu aktywami marki, innowacjami technologicznymi i biznesowymi, jak również komercjalizacją i licencjonowaniem aktywów majątkowych. W lutym 2013 r., AK Motor, w porozumieniu z FSO. uzyskała prawa do stosowania znaku Syrena dla nowo projektowanych pojazdów. 9 lipca 2014 r. została założona w Warszawie w Polsce spółka AK Motor Polska Sp. z o.o., w celu kierowania rozwojem pojazdów marki Syrena.

Informacja o FSO S.A.: Powstała 6 listopada 1951 r. w Warszawie, jest jednym z najbardziej znanych producentów samochodów w Polsce. Fabryka Samochodów Osobowych odpowiada za stworzenie i rozwój wielu polskich marek pojazdów uznawanych za klasyki, takich jak Warszawa, Syrena, Polonez i wiele innych. FSO obecnie świadczy usługi w zakresie produkcji części i komponentów samochodowych na rzecz producentów oryginalnych części oraz posiada zdolność do wytwarzania gotowych samochodów.

O pojeździe Syrena: Syrena jest czołową marką samochodów w Polsce, której nazwa wywodzi się od polskiej legendy o istocie "Syrena" sięgającej roku 1300.

Pierwszą Syrenę zaprezentowano w Polsce na Międzynarodowych Targach Poznańskich w roku 1955. Produkcję rozpoczęto w roku 1957 w zakładzie FSO (Fabryka Samochodów Osobowych) w Warszawie w Polsce, która trwała do roku 1972. W latach od 1972 do 1983 roku, Syrena była produkowana w zakładzie FSM (Fabryka Samochodów Małolitrażowych) w Bielsku-Białej. Ocenia się, że wyprodukowano 521.311 egzemplarzy pojazdów Syrena od roku 1955.

Źródło: AK Motor Polska Sp. z. O.O., Fabryka Samochodów Osobowych S.A.

Kontakt: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.
Strony internetowe: www.newsyrena.com, www.nowasyrena.pl, www.facebook.com/AK.Syrena, http://www.fso-sa.com.pl

piątek, 19 czerwiec 2015 23:23

Je me souviens...

Napisane przez

Kiedy pierwszy raz pojechałem do Quebecu, czułem się, jakbym przekroczył granicę obcego państwa. Światła uliczne ustawione poziomo, wiele znaków drogowych pisanych po francusku... Było to zresztą w czasach, kiedy i u nas, w Toronto, o tym, że – na przykład – nie ma możliwości skrętu w prawo na czerwonym informowała po prostu tablica z tekstem "No turn on red". W dodatku często trzeba było być na tyle zorientowanym, by ją wypatrzyć na skrzyżowaniu w gąszczu podwieszonych przewodów energetycznych i innych. Dzisiaj z uwagi na powszedniejący analfabetyzm przeszliśmy na piktogramy – żartuję oczywiście.

Tak czy owak, jadąc do Buffalo, miałem mniej zagraniczne wrażenie niż u kolegów frankofonów. Inna architektura, inaczej ubrani ludzie na ulicach, ba, nawet inne samochody. No i te tablice rejestracyjne – wyłącznie z tyłu, co pozwala od przodu wykorzystać powierzchnię tabliczną do jakiegoś chwytliwego hasełka, w rodzaju: "kocham Anię".

Ponieważ wielu z nas lubi czasem pozwolić sobie na weekendowy wypad do Montrealu, warto przypomnieć – jak to uczynił niedawno "Globe and Mail" – co takiego w przepisach drogowych Quebecu mamy inaczej. Po cóż nam później ślęczeć ze słownikiem nad quebeckim mandatem?

Ku mojemu zdziwieniu – a uważałem się za osobę dobrze poinformowaną – w Quebecu od roku 2003 nie obowiązuje już osławiony zakaz skrętu w prawo na czerwonym. Został on jednak utrzymany… w części Montrealu. Trzeba nam więc pamiętać, czy czasem nie jedziemy właśnie po ulicy w Ile de Montreal, bo tam za skręt w prawo na czerwonym dostaniemy mandat i stracimy trzy punkty z prawa jazdy.

Tu uwaga; niestety Quebec posiada umowę z Ontario w sprawie punktów i informacja o naszych wykroczeniach jest przekazywana do rodzimej bazy danych w prowincji.

Druga rzecz istotna – nie możemy poprawiać sobie szans na skrzyżowaniu – przejeżdżając przez stację benzynową czy parking – u nas, w Ontario, jest to brzydkie, ale nic nie kosztuje, w Quebecu może nas kosztować mandat 100 dol. plus grzywnę. Mówi o tym art. 312 ichniejszego Kodeksu drogowego, który stwierdza, że nie można przejeżdżać przez teren prywatny w celu uniknięcia przestrzegania znaku drogowego lub świateł.

Trzecia sprawa. Całkiem sensowna, o której również nie wiedziałem – mea culpa – na quebeckich drogach wielopasmowych, gdzie ograniczenie prędkości jest 80 km/h lub więcej, lewy pas jest wyłącznie do wyprzedzania i nie wolno wyprzedzać prawym. Owszem, w większości prowincji obowiązuje zasada, żeby jechać prawym pasem, a wyprzedzać lewym, jednak nieprzestrzeganie jej nie niesie ze sobą żadnej sankcji karnej. Inaczej w Quebecu, gdzie art. 321 Kodeksu drogowego mówi, że lewego pasa można używać wyłącznie do wyprzedzania lub gdy skręcamy w lewo. Mandat wynosi 60 dol. plus opłaty. Przestrzeganie lub nieprzestrzeganie ograniczenia prędkości nie ma tu nic do rzeczy. Innymi słowy, nawet jeśli jedziemy po lewym pasie szybko i nikogo nie ma za nami, to i tak łamiemy przepisy drogowe. Jest to o wiele ostrzejsze prawo niż w Kolumbii Brytyjskiej, gdzie niedawno nowy minister komunikacji zdobył się na wprowadzenie przepisu, który karze mandatem 167 dolarów kierowcę samochodu nieustępującego z lewego pasa przed szybciej jadącym pojazdem. W Quebecu nie jest ważne, czy ktoś za nami jedzie, czy nie – mamy jechać po prawym.

I do tego mamy jechać w miarę szybko – art. 331 Kodeksu drogowego stwierdza, że nikt nie może jechać z prędkością ograniczającą czy przeszkadzającą w płynnym ruchu, co oznacza, że jeśli jedziemy wolniej niż wszyscy, to powinniśmy włączyć światła awaryjne. W przeciwnym wypadku mandat – 100 dol. plus opłaty. W większości prowincji obowiązują przepisy określające minimalną prędkość na autostradach, ale tylko w Quebecu samochody jadące wolniej od przeciętnej powinny używać świateł awaryjnych.

Inna ciekawa sprawa dotyczy motocyklistów i rowerzystów.

Ci pierwsi nie mogą jechać obok siebie na jednym pasie. Art. 483 stwierdza, że grupa dwóch lub więcej motorów musi jechać w formacji zygzakowej, art. 486 stanowi zaś, że w jednej grupie może podróżować maksymalnie 15 rowerzystów, którzy muszą jechać wężykiem jeden za drugim, nigdy obok siebie. Mandat wynosi jedynie 15 dol. plus grzywny, no ale po co mieć ten kłopot?

Tak czy owak, frankofoni chcą na każdym kroku podkreślać swoją odrębność i powinniśmy to uszanować. Przecież świat bogaty jest różnorodnością, a że czasem przesadzają, tresując psy do szczekania po francusku, to inna sprawa.

Nic nie stoi na przeszkodzie, byśmy i my na starość nauczyli się nieco francuskiego, bo to ładnie brzmiący język.

Z całą pewnością zaś dla własnego bezpieczeństwa, jadąc do Quebecu, warto nauczyć się znaczenia słowa ARRET, a i również Sud, Nord, Est, Ouest, Centre-ville czy Sortie byłyby pomocne...

Do czego Państwa zachęca –
Wasz Sobiesław.

piątek, 12 czerwiec 2015 16:38

Mechanik z YouTuba

Napisane przez

Dzisiaj porozmawiajmy o czymś przyziemnym. Powiem szczerze, lubię grzebać przy samochodzie.

Może naprawiać to zbyt górnolotne słowo, ale mimo całego "unowocześnienia" aut, jest nadal sporo rzeczy, które możemy zrobić sami. Zwłaszcza gdy mamy kawałek garażu, czy choćby podjazdu przed domem.

Tym bardziej że obecnie skorzystać możemy ze wspaniałego narzędzia, jakim jest YouTube i zasoby internetowe.

Podam przykład. W HHR mojej żony, od jakiegoś czasu zapalała się lampka check engine poprzedzona chwilę wcześniej ostrzeżeniem o wyłączeniu traction control. Na dodatek, gdy to się włączało, skrzynia szarpała, przerzucając biegi.

piątek, 05 czerwiec 2015 17:00

Dla aut, które męczą się na drodze

Napisane przez

Współczesne samochody są szybkie, producenci od dawna wiedzą, że moc silnika sprzedaje tak samo jak paliwooszczędność czy bezpieczeństwo. Wokół nas jeździ wiele aut kupowanych "wizerunkowo", dla podkreślenia charakteru i pozycji społecznej właściciela, a uzyskujących niezwykłe osiągi.

W prowincji Ontario maksymalna dopuszczalna prędkość na autostradzie wynosi 100 km/h, jeśli nie chcemy płacić mandatów, możemy ją "popchnąć" jedynie do 120 – 130 km/h. Potem zaczynają się nieprzyjemności. Najgorsze polegają na utracie samochodu na tydzień, zabraniu prawa jazdy i niebotycznych składkach ubezpieczeniowych. Takie kary mogą nas spotkać już wtedy, gdy przekroczymy prędkość o 50 km/h i pojedziemy, raptem, 150 km/h. No a 150 km/h to nawet zwykłe BMW gładko łyka na czwartym biegu, jęcząc błogo o piąty.

Jeśli więc mamy BMW, audi czy mercedesa, corvettę, albo nawet poczciwego mustanga GT (o wyższej półce w postaci maserati, ferrari czy lamborghini nawet nie wspominając), to co robić? Jak żyć?!

piątek, 29 maj 2015 16:16

Wierne cztery koła

Napisane przez

Yaris to samochód dla tych, którzy wiedzą, że małe jest piękne. Jako środek komunikacji miejskiej takie auta są doskonałe.

Co prawda, nie jest to najtańsze "małe", bo Nissan przebił niedawno wszystkich, wyceniając swoją micrę poniżej 10 tys. dol. i zmuszając konkurencję z Hyundaia i Mitsubishi do obniżenia cen; Toyota pozostała jednak niewzruszona i najtańszego yarisa, rocznik 2015, dostaniemy dopiero za 14,5 tys. dol.

Jak na segment subcompact to trochę dużo.

Zanim jednak zaczniemy przygryzać wargi – porównajmy modele, bo nawet "podstawowy" yaris ma automatycznie opuszczane okna, wyświetlacz LCD i inne wspaniałości, ponadto Toyota obniżyła jednak ceny wyższych modeli yarisa do 17.665 dol. z 19.225 dol., i nie można narzekać, by auto było niedoposażone.

Mimo że złośliwi widzą yarisa 2015 jako stare ciało w nowych fatałaszkach – bo model w tym roku został jedynie "odświeżony", to jednak wygląd deski rozdzielczej i całego wyposażenia kabiny pasażerskiej zdecydowanie się poprawił – nie wygląda już tak "tanio", jak to miało miejsce w przypadku poprzednich roczników.

Yaris świetnie trzyma się drogi, a to m.in. za sprawą twardo zestrojonego "europejskiego" zawieszenia, co zapewnia mały przechył na zakrętach, choć niektórym ta sztywność podwozia przeszkadza.

Inne zarzuty to niewielka moc silnika. Czterocylindrowy półtoralitrowy motor daje jedynie 106 KM. Do wyboru mamy 5-biegową przekładnię ręczną lub 4-biegową automatyczną.

Cóż, w tym segmencie mamy ofertę wielu nowoczesnych silników w innych maluchach, jak choćby w opisywanym niedawno na tych łamach FIT-cie. Mimo że wielu z nas dąsać się będzie na motor toyotki, to jednak przyznać trzeba, że przy szybszej jeździe na autostradzie jednostka ta zadziwiająco cicho pracuje, co dobrze świadczy o wyciszeniu kabiny. Ponadto nie jest zbytnio wyżyłowany, jako że jadąc z prędkością ok. 100 km na godzinę, mamy poniżej 3000 obrotów na minutę.

Komfort jazdy i poczucie "zborności" auta jest dodatkowo zasługą zwiększenia liczby punktów zgrzewczych nadwozia, zwłaszcza w okolicach kabiny.

Podobnie jak camry, yaris to dzisiaj produkt zamerykanizowany – zaprojektowany na tym kontynencie, choć od kilku lat produkowany nie w Japonii, a we Francji.

Większość yarisów z zakładów w Valenciennes trafia oczywiście na rynek Starego Kontynentu i do Quebecu, jako że w tej kanadyjskiej prowincji gusta nabywców są najbardziej zeuropeizowane. Na rynku japońskim samochód występuje pod nazwą toyota vitz. W USA i w Kanadzie model był oferowany pod nazwą echo, lecz od 2006 roku jest nazywany tak samo jak w Europie i dostępny również w wersji sedan. Samochód ma na swym koncie wiele nagród i tytułów, m.in. samochodu roku 2000. Obecnie produkowana jest trzecia generacja pojazdu po liftingu.

Co Toyota ma takiego w środku, że nie przestaje przyciągać? NIEZAWODNOŚĆ. Echo jest nadal legendarne, jeśli chodzi o niepsucie się. Poświadcza to jeden z właścicieli, którego echo przejechało bez żadnych napraw do momentu odsprzedaży, kiedy licznik stuknął 250 tys. km. Samochód nie miał też na sobie śladu rdzy.

Wymagający kierowcy narzekają na mułowatość yarisa z automatem oraz dość niechętne redukowanie biegów do jedynki przy ostrych podjazdach.

Mimo starej technologii yaris pali niczym motocykl – 7,7 l po mieście i 6,3 na highwayu – lepiej niż nowa micra, która po mieście żłopie jednak 8,6 l.

Na zewnątrz yaris prezentuje się też całkiem nieźle, a to dzięki europejskiej stylistyce. W wersji LE można sobie nawet zażyczyć 16-calowe koła.

Czy yaris to ciekawa propozycja dla motoryzacyjnych minimalistów? Na mój gust wyznawców Toyoty nie trzeba przekonywać, bo to bardzo wierna grupa.

Słyszałem sam tyle pozytywnych opinii o niezawodności corolli czy camry, że przewracałem oczami. Ludzie, którzy kupują samochód po to, by mieć wierne cztery koła do jeżdżenia na co dzień, powinni yarisa poważnie brać pod uwagę, zwłaszcza gdy mieszkają w naszych coraz bardziej zagęszczonych miastach. To oszczędne auto nie da satysfakcji "rajdowcom" z ciężką stopą, ale zapewni nam wieloletnią służbę – tanio, niezawodnie i przy niewielkiej deprecjacji.

O czym zapewnia
Wasz Sobiesław

piątek, 22 maj 2015 16:07

Coś zgrabnego na lato

Napisane przez

Zanosi się, że ciepła aura już tu z nami zostanie, a wraz z nią przychodzi ochota nie tylko na odkrywanie ponętnych kształtów, ale również jazdę z gołą głową – czyli samochodem bez dachu.

Niestety, kabriolety należą w dzisiejszej dobie do aut droższych. Jeśli jednak jesteśmy ludźmi niebrzydzącymi się "aut po kimś", mamy do wyboru całkiem spory garnitur używanych kabrioletów, które zapewnią taką samą przyjemność co ich całkiem nowi koledzy, za pół, a czasem i jedną dziesiątą tego, ile musielibyśmy wydać na coś prosto z salonu.

Nie ma przyjemniejszej jazdy niż po górskiej drodze dobrze zestrojonym i niewyżyłowanym kabrioletem.

Takie filmowe obrazy możemy sobie zafundować całkiem niedrogo, jeśli tylko uda nam się kupić przechodzony kabriolet w dobrym stanie. Pocieszające jest to, że – podobnie jak w przypadku motocykli – ząb czasu kabriolety gryzie wolniej, ponieważ gros osób nie jeździ nimi zimą. Są to więc często nadwozia, które nie smakowały soli i śniegu.

A więc jeśli używany kabriolet, to jaki?

Zacznijmy od propozycji dla roztropnych – mazda miata MX-5 z lat 1999–2004. Auto takie kupimy za 10 – 12 tysięcy. Budowany w Japonii roadster prowadzi się jak wózek po torach, a na dodatek pali tyle co mały fiat. Dobre, niezawodne auto, które możemy wypatrzyć w ogłoszeniach z systemem audio Bose'a, skórą etc. Sprawdzić wypada je na rdzę, zwłaszcza krawędź pokrywy bagażnika. Jak to w przypadku kabrioletów bywa, sprawdzić też trzeba wszelkie znaki pleśni – no bo to znaczy, że gdzieś się leje przy zamkniętym topie.

•••

Mazda nam nie pasuje, no to może audik tetetka z lat 2000–2005, superwygląd, niemiecka niezawodność, dynamika, no i cena – bo już za 5 tys. możemy kupić auto z 4- albo 6-cylindrowym silnikiem, wyposażone w skórzane fotele, system dźwiękowy z wyższej półki. Czegóż więcej chcieć na lato? Może jeszcze przydałoby się coś zgrabnego na siedzeniu pasażera. Gdyby zaś przyszło nam czasem jeździć zimą, to tetetka ma napęd na cztery kółka...

Co sprawdzać? Przede wszystkim wymienić łańcuch rozrządu, bo jeśli nam pęknie – pożegnamy się z silnikiem, co w przypadku starych samochodów naraża nas na problem decyzyjny, czy odstawić na złom całość, czy wkładać nową jednostkę napędową. Modele sześciocylindrowe warto sprawdzić na wyciek płynu chłodniczego w okolicach termostatu.

•••

Forda mustanga chyba nie trzeba nikomu lansować. Jeśli nas stać na model z lat 60., no to mamy klasyk, jakich mało, ale tu wkraczamy w ceny powyżej 40 tys. dol.

Za to modele z lat 1999–2004 da się kupić poniżej 10 tys., a możemy wówczas upolować prawdziwego smoka z ośmiocylindrowym 4,6-litrowym motorem o mocy 260 KM pod maską. Ujarzmianie takiego gada daje piękny warkot.

Jak wiadomo, żywot tak mało wyżyłowanego motoru znacznie przekracza 600 tys. km.

Na co zwrócić uwagę? – Moment zawahania przy przyspieszeniu może oznaczać konieczność wymiany jednego z sensorów. Pisk przy dodawaniu gazu z komory silnika, może oznaczać konieczność wymiany naciągu paska klinowego. Poza tym, mustang ma zaskakująco mało wad mechanicznych. Auto jest popularne wśród dorastających dzieci, dlatego warto też sprawdzić, czy tylne opony nie były czasem narażone na zabawę z paleniem gumy. Jak zwykle przy starych samochodach sprawdźmy wycieki i szczelność dachu.

•••

Jeśli mamy do wydania 10 tys. – 15 tys., a dusza kierowcy nie daje nam spać po nocach, jak balsam podziała na nią BMW Z4 roadster z lat 2003–2008. Luksusowa kabina, sześć cylindrów ustawionych w linii prostej dających pod gazem 255 koni mechanicznych, do tego unikatowa przyczepność i "europejska" dynamika jazdy... No cóż – supersprawa!

Sprawdzać trzeba – jak przy wszystkich BMW nie raz, a trzy razy, elektronikę i elektrykę pojazdu, nie dajmy się zwieść i nie ignorujmy wyświetlaczy z jakimś dziwnym znakiem. BMW może być kosztowny w naprawach, a gdy trzeba coś naprawiać, no to tylko u Marcello z RMP Motors – do tej pory nie znalazłem w GTA nikogo sensowniejszego.

•••

Jeśli lubimy kulturystykę i kochamy mięśniaki, to powinniśmy rozważyć coś żółtego, czyli dodge viper z lat 2003–2010. Żmija napędzana jest dziesięciocylindrowym motorem o mocy 600 KM.

Przeciekający dach zwykle objawia się zapaszkiem w kabinie i na to warto zwrócić uwagę przy kupnie. Niestety, viper nie jest tanim samochodem i nawet za używane bydlę zapłacimy 40 tys. Czy warto? Tak, gdy ktoś lubi lotnicze przeciążenia! I proszę nie pytać, ile 600-konny silnik pali po mieście. Dla mnie osobiście jest to jednak męczenie zwierzęcia – śmiganie 50 km/h czymś, co dobrze czuje się powyżej 300 km/h.

Jest tych roadsterów wiele więcej, jest trochę "spokojniejszych" aut, w rodzaju beetle'a. Przedstawiłem Państwu kilka propozycji, na które sam mógłbym mieć ochotę. Są to auta budowane z myślą o przyjemności jazdy, a nie bezpieczeństwie pasażerów czy wożeniu dzieci. Do bagażnika też zwykle wchodzi niewiele więcej niż bagaż podręczny.

Za to nie będziemy w nich narzekać na brak mocy. I niech ta moc będzie z wami na to lato, czego szczerze życzy
Wasz Sobiesław.