Goniec

Switch to desktop Register Login

Moto-Goniec

Moto-Goniec

sobota, 21 czerwiec 2014 00:35

Bezpiecznego pedałowania

Napisane przez

Pogoda zrobiła się ładna, zachęcają nas do przesiadki na rowery – ponoć miasto Mississauga wyciągnęło z zanadrza jakąś marchewkę – nagrody dla dojeżdżających rowerami do pracy, i dlatego warto zastanowić się, co wolno rowerzyście.

Przyznam szczerze, że do końca sam nie wiem. Kiedyś sąsiad z bloku jechał za mną przy skręcie w lewo na światłach i pyta, czemu nie wyciągałem ręki? Ja na to, że przecież byłem na skręcającym pasie i nie muszę – okazało się jednak, że według interpretacji prawnej kodeksu powinno się mieć włączony migacz nawet na pasie skręcającym. A co w przypadku rowerzysty? Też powinien "migać" ręką?

Patrząc praktycznie, może to przecież być niebezpieczne. Skręcać w ruchu, trzymając tylko jedną rękę na kierownicy.

Druga sprawa, to jazda po chodnikach. To regulują przepisy miejskie, a więc w jednych miastach można a w innych nie.

Przepisy sobie, a zdrowy rozsądek sobie, więc przyznam się, że od czasu do czasu zasuwam pustymi chodnikami, gdyż boję się wylądować pod tylnymi oponami jakiejś skręcającej naczepy. Ulice są dla rowerzystów niebezpieczne, a bywają śmiercionośne. Wybieram więc chodnik.

– Czy mogę za to dostać mandat?

– Pewnie tak!

– A co za lekceważenie przepisu przejeżdżania pasami na drugą stronę na zielonym świetle – teoretycznie (tak jest napisane na szlakach w Mississaudze) należy zejść z roweru. Nikt tego nie robi. Jaki mandat za to dają? – Nie mam pojęcia!

Kolejna rzecz – jeśli przejadę rowerem na czerwonym świetle albo zrobię "rolowany stop", to ile to kosztuje? I czy obciąża moje konto prawa jazdy?

Z takim pytaniem zwrócił się niedawno do "Globe and Mail" pewien czytelnik, którego podczas jazdy na rowerze zaczepił policjant, grożąc, że nie zatrzymał się na stopie i to kosztuje mandat oraz trzy punkty karne z prawa jazdy.

Ministerstwo Komunikacji odpowiada jednak, że w tej sytuacji, o ile tylko na mandacie jest napisane, że byliśmy na rowerze, punkty karne nie należą się.

A więc Drogi Czytelniku, jeśli kiedykolwiek znajdziesz się w takiej sytuacji – nakłoń policjanta, żeby dokładnie i czytelnie wpisał, że jest to mandat za wykroczenie na rowerze.

Wykroczenia drogowe na rowerze nie wchodzą na konto prawa jazdy – zapewnia rzecznik MTO, Bob Nichols, a sąd, który ewentualnie skazuje za coś takiego, nie przesyła informacji do Ministerstwa Komunikacji. Zatem ubezpieczalnie, sprawdzając stan konta naszego prawa jazdy, nie powinny "widzieć" tej wiadomości.

Ciekawe – mówią organizacje broniące praw rowerzystów – że nie jest to wcale wiedza powszechna, że wykroczenia na rowerze nie liczą się do prawa jazdy i często bezprawnie konto prawa jazdy jest obciążane. Zdaniem Jareda Kolba z Cycle Toronto, policja powinna przeprowadzić w tej sprawie kampanię informacyjną w szeregach.

Powiem szczerze, że ofiarą takiej dezinformacji padł mój kolega, który jadąc wcześnie rano po chodniku, przejechał na czerwonym świetle na pasach, "bo nic nie jechało". Przyuważył go policjant z oddali w radiowozie, podjechał i zażądał okazania prawa jazdy, żeby wystawić mandat.

I tu jest kolejna szara strefa. No bo czy jadąc na rowerze, trzeba mieć przy sobie prawo jazdy, skoro prawo jazdy nie jest wymagane do legalnego poruszania się rowerem po ulicy?

Przecież chodząc po ulicach, nie musimy mieć przy sobie żadnego dokumentu...

Kolega prawko pokazał, dostał mandat, no i właśnie postraszono go, że straci punkty.

Strefa jest szara do tego stopnia, że na przykład w Windsor karani mandatami rowerzyści dostawali jakiś czas punkty karne na konto prawa jazdy.

Później jednak sierżant Matt D'Asti – rzecznik policji miejskiej, bliżej zapoznał się z kodeksem drogowym i uznał, że punkty karne odnoszą się jedynie do pojazdów zmotoryzowanych. Rowery za takie nie są uznawane, a więc mandaty dotyczą wykroczeń popełnianych na rowerach, a punkty karne już nie. Oczywiście, w myśl kodeksu drogowego rowery wciąż są "pojazdami".

Zanim jednak zastosujemy przepisy kodeksu, użyjmy własnego rozumu i zdrowego rozsądku. Stąd też płyną propozycje, by łagodniej podchodzić do obowiązku całkowitego zatrzymywania się na STOP-ach. – I znów powiem bez bicia, że owszem, na STOP-ach zwalniam i rozglądam się, ale zatrzymywanie i ruszanie rowerem w sytuacji, gdy nikogo innego nie ma na skrzyżowaniu, godziłoby w moje poczucie zdrowego rozsądku. I na razie nikt mi za to słowa złego nie powiedział.

Bezpiecznego pedałowania życzy wszystkim na lato Wasz Sobiesław.

piątek, 13 czerwiec 2014 23:02

Pakowny, mocny, tani

Napisane przez

Idzie lato, a więc wkrótce rozgrzany asfalt czekać będzie na koła naszych aut. Czym jeździć na wakacje, czym jeździć po przepastnych ostępach kanadyjskich dróg? Cóż, jeśli jesteśmy singlem, możemy to robić nawet autostopem, mamy do wyboru całą gamę pojazdów, jednak jeśli jesteśmy przyzwoitą cztero- i więcej osobową rodziną, strzelimy w dziesiątkę, wybierając klasyka, czyli minivana grand caravan. Nigdzie nie dostaniemy więcej auta za te same pieniądze.

Model 2014 tego kanadyjskiego transportowego konia roboczego ma pod maską sześciocylindrowy motor Chryslera Pentastar dostarczający 283 KM mocy i 260 stopofuntów momentu zamachowego.

Pakiet podstawowy możemy kupić już w bardzo przyzwoitej cenie, od mniej niż 20 tys. dol., ale opcje są drogie i jak zaczniemy dodawać luksusy, to wyjdziemy uszczupleni o 40 tys. dol. Warto więc dać sobie na wstrzymanie i przed wejściem do salonu jasno określić, co zupełnie nie będzie nam potrzebne, aby później nie pluć sobie w brodę, że przepłaciliśmy dwa razy.

Nowy minivan Chryslera niektórzy przyrównują do scyzoryka swiss army; tyle w nim konfiguracji i możliwości. Jest to wspaniały środek do wożenia dziecka na hokej, rodziny do kościoła, holowania łodzi czy pomocy w przeprowadzce. Dodge caravan ma ponoć 81 możliwych konfiguracji wnętrza kabiny pasażerskiej. Na dodatek wszystko to w systemie StownGo, czyli siedzenia składają się nam w samochodzie i nie musimy ich taszczyć z auta, by w okamgnieniu zamienić minibusa na półciężarówkę.

Wszyscy zachwalają ergonomiczne ułożenie kabiny i atrakcyjne wykończenia.

Jeśli zaś chodzi o wyposażenie – znajdziemy w dodge'u wszystko, o czym można zamarzyć w samochodzie, no może za wyjątkiem ubikacji i prysznica.

Zaś moc silnika wystarcza do zbornej jazdy bez względu na obciążenie i liczbę pasażerów. Caravan wcale też nie jest jakoś szczególnie spragniony paliwa – w jeździe mieszanej bierze ok. 11,3 litra na sto. Efektywnemu wykorzystaniu mocy sprzyja sześciobiegowa automatyczna skrzynia biegów. To m.in. dzięki niej caravan jest w stanie przyspieszyć poniżej 6 sekund w krytycznym przedziale od 80 do 120 km/h.

Nie da się ukryć, że caravan szybko traci na wartości – to nie jest honda odyssey czy nissan – dlatego rzeczą całkiem rozsądną może być pokuszenie się o kupno modelu starszego. Na kijiji znalazłem doposażony rocznik 2014 z przebiegiem 5 tys. km za 16 tys. dol. To naprawdę przyzwoita cena, zważywszy na gwarancje. Jeszcze "lepiej" jest, gdy cofniemy się o dwa czy trzy lata w rocznikach.

Jeśli zaś ktoś jeździ naprawdę dużo – np. ma cottage w odległości 250 km, do którego co tydzień "kursuje", albo dojeżdża daleko do pracy, rzeczą sensowną będzie przestawienie vana na gaz. Propan obecnie można dostać po 50 centów za litr, co nawet przy większym przepale gazu daje jazdę za pół ceny. Oczywiście do przeróbek gazowych polecamy zaprzyjaźnioną firmę PHD Group (tel. 905-855-9600) Roberta Jękosza.

Pakujemy kajak, canoe, psa i dzieci i naprawdę nie czujemy trudów podróży. Klimatyzowane wnętrze i dostępny system audiowizualny zapewniają nam spokój z dziećmi. I choć na wygląd nie jest to jakaś szczególna krasawica, to jednak sprawia wrażenie solidnej budowy ciała. I o to chodzi.

Bądźmy praktyczni i ten minivan z pewnością nam w tym pomoże. I nie dajmy się skusić na jakiegoś modnego cross-overa, który będzie i tak w środku minivanem.

Jedyne, co może nie wszystkim się spodoba w caravanie, to umieszczenie dźwigni zmiany biegów w desce rozdzielczej obok konsoli. No ale w ten sposób projektanci zyskali kupę miejsca z przodu między przednimi siedzeniami.

Podsumowanie: idealny samochód na piknik, na kemping, auto, w którym możemy nawet wygodnie się przespać i przewieźć szafę, a że nie jest to przedmiot wzbudzający zawiść sąsiada…

Tym lepiej dla nas i dla sąsiada

o czym zapewnia wasz Sobiesław

sobota, 07 czerwiec 2014 11:42

Z kalkulatorem

Napisane przez

No to dzisiaj będzie króciutko o handlu. Jak już kiedyś pisałem, jednym z najczęściej pomijanych elementów składowych kosztów samochodu jest jego utrata wartości. Rzadko liczymy, ile auto będzie nas łącznie kosztować, biorąc pod uwagę, ile zapłacimy za nie po odsprzedaży.

Jak wiadomo, jedne samochody trzymają cenę, inne nie. I różne są tego przyczyny – nie tylko niezawodność czy koszty serwisowania.

To właśnie sprawia, że czasem za naprawdę małe pieniądze możemy kupić bardzo duży kawał samochodu. Najbardziej ciekawe są zestawienia spadku ceny w przypadku samochodów bardzo drogich – luksusowych.

I tak na przykład, za to, aby wyjechać od dilera nowiutkim jaguarem XJL supersport, zapłacimy 119 975 dol., tymczasem jeśli po roku sprzedamy auto, stracimy z tej ceny ok. 50 tys. Jeszcze większą kwotę straci właściciel nowego mercedesa CL 65 AMG – bo ok. 95 tys. dolarów w pierwszym roku, przy wyjściowej cenie 216 tys.

Powód jest prosty – rynek samochodów używanych kieruje się zupełnie innymi priorytetami niż rynek nowych aut. – Jak tłumaczy Eric Lyman z ALG, samochody "prestiżowe" są najbardziej prestiżowe w swym najnowszym wydaniu – i takie wrażenie chcą właśnie podtrzymywać ludzie, którzy wydają na nie te bajońskie kwoty.

Tak czy owak, jeśli interesuje nas samochód luksusowy, a myślimy rozsądnie o pieniądzach, warto zastanowić się nad autem trzy- czy czteroletnim zapłacimy o wiele, wiele mniej, a dostaniemy wszystko to, co było w nowym aucie.

Oczywiście, na drugim końcu skali są samochody starsze, w granicach 3 – 5 tysięcy dolarów, tu rządzi bowiem stan pojazdu, no i opinia o marce. I tutaj deprecjacja powoli zaczyna zanikać jako istotny składnik kosztów.

Niedawno zhandlowałem własne auto kupione 6 lat wcześniej za 3900 i sprzedane za 3500 – deprecjacja była mniejsza niż sto dolarów rocznie. Jak to się przekłada na koszt posiadania pojazdu? Powiem, że ma to olbrzymie znaczenie.

Dlatego wszelkie przymiarki do zakupu nowych kółek radzę zacząć właśnie od tego – zastanowienia się, na jak długo kupujemy auto i czy czasem wydając dzisiaj trochę więcej, nie odbierzemy sobie jeszcze więcej tego "więcej" po tych kilku latach, gdy samochód będziemy sprzedawać.

Moja prywatna rada jest taka, by wybrać pasujący nam model z automatyczną skrzynią biegów i klimatyzacją do dłuższej eksploatacji, najlepiej 2 -4-letni.

Wówczas dostaniemy prawie nowe auto, często jeszcze na gwarancji, zaś koszt deprecjacji nie będzie wysoki i ogólnie koszty posiadania takiego wozu będą w bardzo umiarkowanych zakresach.

Jeśli zaś mamy auto luksusowe i chcemy, by zachowało wartość – dbajmy nie tylko o serwisowanie, ale również o dokumentację tego serwisowania oraz wszystkich napraw. Taka dokumentacja to skarb bezcenny pozwalający później, z jednej strony, szybciej sprzedać, a z drugiej, wziąć wiele więcej.

Najważniejsza w handlu jest wiarygodność, a w tym wypadku mamy wiarygodność popartą dokumentami. Wiele osób zdecyduje się na zakup starszego auta, gdy będzie miało napisane czarno na białym, co ile był wymieniany olej i na jaki; i kiedy były robione zabezpieczenia antykorozyjne itp. Są to wiadomości, które pozwalają szybko ocenić, czy samochód wart jest kupna, czy też nie.

Zachowanie papierów drogo nie kosztuje – wystarczy kupić w Dollarstorze teczkę i tam to wszystko wkładać – potraktujmy to jako skarbonkę. Bo też na koniec naszego okresu posiadania przyniesie nam to żywe pieniądze – jeśli nie kilka tysięcy, to na pewno kilka setek dolarów.

O czym zapewnia Wasz Sobiesław

piątek, 30 maj 2014 13:18

Koniec ery filmów drogi

Napisane przez

Jestem zniesmaczony. Jesteśmy wszyscy świadkami upadku mitu, jaki przez ostatnie kilkaset lat towarzyszył cywilizacji – mitu wyzwolenia przez możliwość korzystania z osobistej komunikacji – konia, samochodu, motocykla – indywidualnego auta na usługach indywidualnego człowieka, pozwalającego na szybsze przenoszenie się z miejsca na miejsce, kontrolowanego przez nasze własne widzimisię – po prostu siły napędowej naszego indywidualizmu.

Jesteśmy świadkami końca samochodu, a początku "systemu transportowego". W minionym tygodniu firma Google pokazała prototyp modelu robota transportowego, który może już wkrótce poruszać się po drogach Kalifornii. Nie jest to samochód, lecz środek komunikacji, w którym nie ma kierowcy, a rola pasażera ogranicza się do wybrania celu podróży i wciśnięcia guzika "włącz" lub "wyłącz", nie ma kierownicy, hamulca ani innych kontrolek, a wszystko co widzimy na desce rozdzielczej to mapa google.

Samochód uczestniczy w ruchu automatycznie – na razie nie przekraczając prędkości 25 mil na godzinę. Wiezie nas, gdzie chcemy. Możemy nim nawet wysłać psa do weterynarza.

Niby cudownie. No bo 50 proc. populacji z pewnością chętnie dałoby się powozić osobistemu szoferowi.

Z drugiej strony, system taki pozwala na całkowitą kontrolę naszego transportu, robot samochód, nie tylko to że może się popsuć, ale będzie na uwięzi policji czy służb bezpieczeństwa. W każdej chwili może otrzymać polecenie odstawienia nas w miejsce wskazane przez władzę. Koniec udawania indywidualizmu, początek wielkiej komasacji transportowej. Nowy wspaniały świat zaprasza do googloauta.

W schyłkowej dziś erze motoryzacji człowiek decydował o własnych krokach, mógł nawet łamać przepisy, być mistrzem kierownicy, który ucieka policji, wykorzystywać samochód do łamania prawa. Bez samochodu Bonnie and Clyde nie mieliby racji bytu. Oczywiście, nie pochwalam gangsterów, ale jednocześnie to było morze ludzkiej wolności.

Dzisiaj Google proponuje nam fotele na kółkach – kontrolowane przez system transportowy miasta czy inną jednostkę administracyjną. Koniec przyjemności samodzielnego wożenia się.

Oczywiście cała nasza komunikacja idzie w kierunku wyeliminowania "najmniej pewnego ogniwa", czyli człowieka – kierowcy, pilota etc. Czy taki świat będzie lepszy? Otóż nie, nie będzie i chyba każdy czuje dlaczego.

Zatem Kochany Czytelniku, póki jeszcze możesz, wsiadaj na swego harleya, odpal corvettę i kręć na koła wstęgę szos... Bo zaraz się zacznie.

Wracając zaś do wspomnianego auta – dotychczas inżynierowie Google'a montowali system sztucznej inteligencji kierujący pojazdem oraz radary, kamery i inne czujniki monitorujące sytuację na drodze w hybrydowych toyotach prius, teraz okazało się, że dojrzeliśmy do tego, by kontrolę nad ruchem na drogach całkowicie powierzyć maszynom. Na szczycie samochodu zamontowano zestaw czujników i kamer. Komputer analizuje płynące z nich sygnały, odczytuje znaki drogowe, wykrywa pieszych i inne auta uczestniczące w ruchu. We wnętrzu dwuosobowego samochodu znalazło się też trochę miejsca na bagaż podręczny.

Program pilotażowy potrwa jeszcze kilka lat. W styczniu 2015 roku w stanie Kalifornia ma wejść w życie nowe prawo o ruchu drogowym dokładniej regulujące używanie samochodów, które same się prowadzą.

Sobiesław Kwaśnicki

W niedzielę, 18 maja, załoga EuropeanCar Club Canada uczestniczyła w kolejnym zlocie starych samochodów, tym razem w Mississaudze (reklamowaliśmy rzecz w "Gońcu"). Załoga, czyli Artur i Kamila Romanowiczowie – polonez, Andrzej Stec – syrena, Jurek Wysocki – maluch 126p, i Sławek Ciurzyński – syrena.

Przypomnę tylko, że nie tak dawno publikowaliśmy wywiady z właścicielem poloneza Arturem Romanowiczem oraz relację Sławomira Ciurzyńskiego z rajdu górskiego syreną w USA. Pogoda dopisała, nastroje również, impreza była udana, a zainteresowanie polskimi autami bardzo duże. Co ciekawe, zaraz obok syrenki z 1969 r. Andrzeja Steca z dumną rejestracją "królowa" stanął retro nissan figaro z 1991 roku do złudzenia przypominający syrenkę stylistyką nadwozia. Czyżby Japończycy wzorowali się na Polakach?

Miałem okazję obserwować przyjazd drugiej, nieco młodszej syrenki, należącej do Sławka Ciurzyńskiego, która uraczyła nas wspaniałym odgłosem motoru i aromatycznym zapachem spalin z rury wydechowej. Porozmawialiśmy o polskiej motoryzacji w peerelu, powspominali rajdowe ekscesy, ponarzekali.

Niebawem do klubowej "kolekcji" dołączy duży fiat, na wyładunek którego "Goniec" jest już zaproszony do Polimeksu; wszystkim marzy się warszawa "garbuska". W każdym razie kolekcjonowanie polskich aut w Kanadzie nabiera coraz większych rumieńców i miejmy nadzieję, że już wkrótce jeździć będziemy do ślubów i na polonijne imprezy naszymi oldtimerami. Korzystając z okazji, oczywiście pytałem o samochody, tym razem właściciela "Królowej" Andrzeja Steca:

– Od kiedy ma Pan tutaj syrenkę?

– Dwa lata.

– Ile to kosztowało? Po pierwsze, żeby znaleźć, bo widzę, że "Królowa" w bardzo dobrym stanie – jak to jest z syrenkami w Polsce? Trudno o dobry egzemplarz?

– Dobry egzemplarz trudniej dostać, ale ogólnie rzecz biorąc, są dostępne. Istnieją strony internetowe. Dopóki nie zacząłem się interesować tym tematem, to tego nie wiedziałem, ale istnieje cały świat, ludzi, którzy restaurują. Proszę popatrzeć, tutaj mamy coś pięknego, cztery polskie auta razem. Brakuje nam jeszcze fiata i warszawy, aby mieć pełny przegląd. Coś pięknego posłuchać takiej syrenki.

– No właśnie, i ten dźwięk, i zapach...

– Tak że istnieje cały taki świat. Wystarczy wejść na Internet i wpisać "giełda klasyków". Mamy cały świat entuzjastów – jest pełno części zamiennych. Części do mojej syrenki kupuję ze sklepu fsopolmozbyt w Bielsku. To normalny sklep internetowy, gdzie można kupić wszystkie części do polskich aut. Byłem zaszokowany, że coś takiego istnieje. Człowiek myślał, że to będzie dłubanina i dorabianie części, a wszystko nadal jest dostępne.

– To są części ze starych samochodów, oryginalne czy dorabiane?

– Takie i takie, część jest robiona na nowo. Praktycznie wszystko jeszcze można dostać. Ta syrenka została znaleziona przez Internet. Rozmawiałem z właścicielem, mówił, że w dobrym stanie.

Poprosiłem wujka, który niedaleko mieszkał, czyby nie mógł pojechać i faktycznie stwierdzić stan, przejechać się nią, bo to tak trudno przez Internet kupić samochód na drugim końcu świata. Pojechał, powiedział, że jest OK, zostawił depozyt i akurat tego lata z żoną i dziećmi jechaliśmy do Polski i umówiliśmy się z człowiekiem, że jak przyjadę, to zapłacę mu resztę, a tymczasem przygotowałem sobie firmę transportową, która zapakowałaby auto w kontener. Tak też się stało, auto pojechało lawetką do firmy kontenerowej, tam zostało zapakowane z drugim małym fiacikiem i miesiąc później było w Kanadzie.

– Dużo jest problemów z utrzymaniem?

– Nie, nie, o ile oczywiście nic konkretnego się nie dzieje.

– Ile kilometrów rocznie przejeżdża?

– Mało, w zeszłym roku zrobiłem może 500 km. Nie jeżdżę nią na co dzień. Przyjadę na show. Tutaj niedaleko mieszkam, córki zawiozę czy przywiozę ze szkoły, do Starsky'ego do kościoła, tak po okolicy. Tak że nie na co dzień. Chociaż wiem, że kolega Artur polonezem jeździ do pracy, ale to już jest inny samochód, inna technika niż syrena.

– Ostatnio dużo Pan naprawiał?

– Coś trzeba dłubać, w zeszłym roku musiałem zrobić pompę wodną, w tym roku wymieniłem świece i wypiaskowałem oraz wymalowałem koła. Na jesieni, jak już będzie po sezonie, boczki sobie odnowię, na drzwiach. Tak że co roku po jednej rzeczy, tak żeby finansowo się nie naciągać, żeby to nie było jakimś kłopotem. W rezultacie po kilku latach powinna być cała odrobiona.

Nie sądzi Pan, że te samochody powinny prezentować się podczas polskich parad?

– Tak, mamy to na uwadze, że jeżeli będzie jakiś piknik w parku Paderewskiego... W ubiegłym roku byłem na poświęceniu aut w Kolbem. Raz do roku jest poświęcenie samochodów. Sam proboszcz święcił. Gdybyśmy pokazali taką gamę jak tu, to na pewno byłoby jeszcze ciekawiej.
Powiem panu, mógłby za te same pieniądze kupić jakiegoś mustanga, tylko że do tego mustanga to ja nic nie czuję, a syrenka to jest co innego, dzieciństwo mi się przypomina, rodzice mieli syrenkę. Pamiętam, jak jeździliśmy w góry do rodziny, to było 100 kilometrów, ale to była cała wycieczka, mama kanapki robiła, jechało się na cały dzień. Ale tacy wszyscy byliśmy zadowoleni, że dojechaliśmy do tej cioci!

– W tej wersji, którą Pan ma, drzwi otwierane są do przodu, niektórzy mówili, że to na kury dobre...

– Tak, gdy byliśmy w Radiu 7, mówiłem właśnie, że to kurołapka.

– Wie Pan, to też był pierwszy mój samochód, którym w życiu jeździłem, jeszcze w pieluchach. Dziękuję bardzo i wszystkiego dobrego, żeby syrenka "żyła" jak najdłużej!

Artur Romanowicz przyjechał polonezem z Barrie, polonezem po dziadku przywiezionym tutaj pięć lat temu, auto zimą jest garażowane.

Fiat Jurka Wysockiego ma na sobie oryginalne gumy z Dębicy. Jego właściciel ma nadzieję, że wkrótce dojedzie mu do kolekcji "tata", czyli duży fiat.

Na złocie przy 403 i Erin Mills było wiele ciekawych modeli, w tym isettka BMW – jednocylindrowy powojenny samochodzik produkowany w czasach, kiedy to jakby nie składać produkcji niemieckich zakładów, to wychodził tygrys albo Me-262.

Właścicielom gratuluję, a Państwa zachęcam do kibicowania Polakom na zlotach, no i oczywiście do zastanowienia się nad sprowadzeniem fiata czy warszawy.

Wbrew pozorom nie jest to wcale drogie hobby, o czym z satysfakcją
zapewnia Wasz Sobiesław.


piątek, 16 maj 2014 13:47

Cruze - Amerykanin z niemieckim sercem

Napisane przez

Pisałem już o tutejszych dieslach wielokrotnie. Rozmawialiśmy też wiele razy o samochodach z takim napędem z Sylwestrem Chylińskim z Marino's Autogroup na Lakeshore. Generalnie problemem Ameryki jest gorsza niż w Europie jakość oleju napędowego. Stąd też wiele gimnastyki w silnikach niemieckich samochodów – w zasadzie jedynych sprzedawanych na wielką skalę na tym rynku.

Amerykańskie koncerny kilkakrotnie próbowały małżeństwa z napędem wysokoprężnym, jednak za każdym razem był to mariaż niezbyt udany. W latach 70. i 80. z dieslem można było kupić małą chevetkę czy oldsmobile'a. Pozostał po nich jedynie zły zapach z rury. Rynek zdominowali zaś Niemcy z jeżdżącymi dosłownie na kroplach paliwa golfami i jettami. Oczywiście ktoś może sobie kupić również dieslowego mercedesa, ale w tym segmencie koszt paliwa raczej nie odgrywa roli przy decyzji kupna. A więc też i popularność modeli jest mniejsza. Dzisiaj różnica w cenie benzyny i diesla nie jest duża, czasem wręcz diesel jest droższy, zwłaszcza ten czysty, jednak silnik dieslowy potrafi mieć spalanie na poziomie 4 litrów na sto, no i to jednak stanowi o dużej różnicy eksploatacyjnej i wygodzie – skoro na baku potrafimy jeździć po mieście powyżej 1000 km. Właściciele diesli często zapominają, że samochód w ogóle wymaga tankowania.

Piszę o tym, bo oto na rynku pojawia się "europejski" diesel w postaci chevroleta cruze – General Motors od dawna miał dość technologii, by przygotować się do wprowadzenia na rynek samochodu zdolnego konkurować z niemiecką watahą.

Ameryka – wbrew pozorom – to nie jest kraj łatwy dla samochodu. Jedno i to samo auto jeżdżąc po tutejszych drogach, musi wytrzymać temperatury plus 50 stopni Celsjusza w Dolinie Śmierci, wspinaczkę na przełęcze Gór Skalistych na wysokości 4000 metrów, czy też minus czterdzieści w zimowe noce. Tutaj często samochód jeździ w warunkach ekstremalnych. Na dodatek coraz więcej stanów wprowadza "kalifornijskie" standardy emisji, co stanowi dodatkowe wyzwanie dla inżynierów.

Czym więc można konkurować z niemiecką technologią? Oczywiście inną niemiecką technologią! Czterocylindrowy turbodiesel chevroleta to zmodernizowany dwulitrowy silnik od lat napędzający opla astrę, o żeliwnym bloku z aluminiową głowicą i stalową miską, produkowany w RFN. 250 stopofuntów momentu zamachowego dostępne jest już w zakresie obrotów od 1750 do 3000, a wdepnięcie pedału gazu daje 10-sekundowy boost do 280 stopofuntów, co poważnie poprawia bezpieczeństwo wyprzedzania. By sprostać normom emisji – podobnie jak auta niemieckie – cruze ma filtr mikrocząsteczkowy i skruber z 4,5-galonowym zbiornikiem na mocznik wtryskiwany w gazy wydechowe dla wiązania dwutlenku azotu. Taka pojemność pozwala tankować mocznik właściwie dopiero przy wymianie oleju.

Dzięki zastosowaniu dodatkowego wytłumiania w kabinie praca silnika jest nie do odróżnienia od wersji benzynowej, choć niektórzy mówią, że jednak jetta jeździ ciszej.

A jak spalanie? Bosko! Przy 90 km na godzinę cruze pali niczym prius – 4 litry na setkę, przy 116 km na godzinę zużycie to podnosi się do 4,36 litra na sto, a w mieście do 5,4. Przy czym są to wielkości z testów praktycznych, a nie liczby podawane przez producenta. Wszystko to sprawia, że – teoretycznie – na jednym baku cruze przejeżdża 1150 km. Silnik cruze'a jest silniejszy od porównywalnego z jetty i dostarcza 151 KM mocy. Cena również wyregulowana jest na bezpośrednią konkurencję z jettą.

Jazda naprawdę daje dużo satysfakcji, a podpięta pod silnik 6-biegowa automatyczna skrzynia sprawia, że moc nigdy nas nie opuszcza.

Ile zapłacimy za te wrażenia – no nieco więcej niż za wersję benzynową – bo ciut powyżej 25 tys. dol.

Dla tych wszystkich, którzy w samochodzie szukają nie tylko silnika, powiem, że w tej cenie dostaniemy kamerkę wsteczną, bluetooth, podgrzewane skórzane fotele i wiele innych wygód.

Jeśli chcemy nieco dołożyć, to oczywiście możemy zamówić co dusza zapragnie – szyberdach, monitor blindspotu, nawigację czy lepszy system dźwiękowy.

Jeśli ktoś już jeździ dieslowym cruze'em, proszą o kontakt i opinie z eksploatacji. Patrząc na to, z czym mamy do czynienia w Europie, można śmiało wskazać na napęd dieslowy i gazowy jako przyszłość bardzo ekonomicznych i czystych silników spalinowych.

O czym z nutką eurodumy w głosie informuje Wasz Sobiesław.

piątek, 09 maj 2014 21:13

Wiosna - czas drogowych idiotów

Napisane przez

Idzie wiosna, powoli robi się ciepło, krew zaczyna szybciej krążyć, łatwiej bezwiednie dociskać gaz, coraz więcej młodych (ale nie tylko) ludzi doznaje wiosennego oszołomienia motoryzacyjnego, które przejawia się na przykład ruszaniem z piskiem opon spod świateł. W sytuacji wiosennego nabuzowania łatwo nie tylko o wypadek, ale również o niezbyt przyjemne kontakty z innymi użytkownikami naszych szos.

Jak się zachować, gdy ktoś nam wygraża, gdy zaczyna agresywnie stroszyć pióra – jedzie zbyt blisko, zajeżdża drogę, zaczyna za nami jechać czy w jakikolwiek inny sposób nam grozi?

Opowiem dzisiaj o przypadku, który właściwie zastał mnie jak sarenkę w światłach reflektora, bo nie wiedziałem, jak się zachować, i zachowałem się głupio.

Była niedziela po Mszy św. w centrum Toronto, ruszyłem, skręciłem w prawo na zielonym i po jakichś 50 metrach od skrzyżowania zahamowałem przed człowiekiem przechodzącym ulicę w miejscu niedozwolonym. Stanąłem. Ponieważ wyjechałem zza zakrętu, gość się przestraszył, przyspieszył, następnie zreflektował się, zaczął mnie wyzywać, podbiegł do auta i z całej siły buta kopnął w drzwi.

Mój błąd? Że stałem jak kołek. Może to było jeszcze takie pokościelne rozanielenie, bo widząc, co się dzieje, powinienem mieć refleks, wcisnąć gaz i tyle by mnie widział. Nie zrobiłem tego. W pierwszej chwili chciałem po prostu wysiąść i – jak to się mówi na podwórku – mu jeb...ć. Swoją wagę mam, "sprawca" był zaś podskakującym w złości młodym wymoczkiem, wyraźnie na dragach. Odruch ustąpił jednak miejsca konstatacji, że mogę mieć za to kłopoty. Musiałbym udowodnić, że gada uderzyłem w obronie własnej, no a ja przecież "bronię" jakiejś blachy. On mi nic nie zrobił, on "tylko" zwandalizował moją własność. Wyjdzie na to, że fizycznie napadłem na niewinnego człowieka. Gdybym miał czas, powinienem był zamknąć się w samochodzie, zadzwonić na policję, zaalarmować, że czuję się zagrożony bo jakiś menel kopie mi w auto i grozi, a w ręce trzyma jakiś przedmiot, co w centrum Toronto, w pobliżu katedry św. Michała, z pewnością zaowocowałoby szybką akcją znudzonej policji. Jak mówię – gdybym miał czas -– a, że nie miałem, opuściłem ogon i odjechałem, zostawiając za sobą wygrażającego i podskakującego facecika. Oczywiście całe przedstawione tu rozumowanie zabrało mi nie więcej niż 2 sekundy.

Co robić, gdy ktoś zachowuje się wobec nas agresywnie? Cóż, trzeba sobie przypomnieć ogólne zasady angażowania się w konflikty. Jak uczą w Krav Maga, pierwsze – jeśli to możliwe – oddalić się, odejść, uciec, odjechać; drugie – starać się nie eskalować sytuacji, nie dodawać do pieca, milczeć, obserwować przeciwnika, ocenić jego zachowanie, potencjał, ruchy, wycofywać się. Jeśli zada pierwszy cios i "zacznie" – być przygotowanym na sparowanie, unik i… natychmiast ruszyć do obrony z wykorzystaniem wszystkich posiadanych atutów, kopnąć w krocze, wbić palce w oczy itd. Jeśli ktoś nas fizycznie atakuje, musimy zakładać, że chce nas zabić.

Jak to się przekłada na sytuację w ruchu drogowym? Pierwsze, dać sobie na wstrzymanie, a więc nie "oddajemy" gestów, nie zachowujemy się jak idiota, robiąc to samo, co nam robią, staramy się zwolnić lub przyspieszyć – odsunąć się, zgubić agresora, niech sobie jedzie. Jeśli to niemożliwe, czujemy się zagrożeni – chwytamy za telefon i dzwonimy na policję – możemy to zrobić bez żadnego zestawu głośnomówiącego, telefon na numer 911 usprawiedliwia. Dobrze jest zapamiętać okoliczności i wygląd agresora, jego samochodu – jeśli to możliwe numer rejestracyjny. Gdy taki człowiek nadal usiłuje "nam pokazać", jedzie z nami etc., udajemy się pod najbliższy komisariat…

W dzisiejszych czasach rzeczą na drodze bardzo pomocną jest kamera zamontowana na masce samochodu, która kręci automatycznie np. ostatnie 40 minut jazdy. Jest to trudna do przecenienia pomoc w sytuacjach konfliktowych, zwłaszcza dlatego, że w większości z nich jesteśmy w aucie sami i wystarczy, że po drugiej stronie będziemy mieli dwóch mafiosów, i będziemy ugotowani, bo nasze słowo przeciwko ich słowu będzie blado brzmiało.

Kolejna ważna zasada, jak to wielokrotnie już pisałem na tych łamach – podczas jeżdżenia wyluzujmy się – nie do nas należy ściganie piratów drogowych i napominanie przysypiających staruszek. Jeśli podejrzewamy, że ktoś jedzie pijany lub pod wpływem narkotyków, jeśli ktoś nam śmignął 200 na godz. tuż przed maską – trzeba uruchomić ludzi, którym za to płacimy z własnych podatków, czyli policję – niech się zajmą. Oni zrobią to tym chętniej, im większa skala i zagrożenie wynikające z takiego wykroczenia.

Ja zaś, gdy widzę jakiegoś drogowego idiotę, zawsze tłumaczę sobie, że przecież każdy może mieć zły dzień (miałem takie) i każdemu może się spieszyć (spieszyło mi się nie raz). Nie znam przecież tego człowieka i z uśmiechem schodzę mu z drogi – nic mnie to nie kosztuje – przeciwnie, lepiej się po tym czuję, no bo – jak mówiła babcia, rozdzielając nas z kuzynem – mądrzejszy ustępuje (zasada ta ma oczywiście swoje odstępstwa).

Wracając zaś do wspomnianego incydentu. W sumie nic się nie stało, blacha się wgięła, odskoczyła – zero kosztów.

O czym z zadowoleniem
powiadamia Wasz Sobiesław

piątek, 02 maj 2014 12:52

Na długiej trasie

Napisane przez

Na początek aktualizacja z trasy wyprawy dookoła Polski syreną 105L, którą z Krakowa wojażują panowie Grzegorz Sroka i Artur Samborski. W czwartek rozmawiałem telefonicznie z p. Sroką. Syrena ciągnąca przyczepę kempingową N-126 znajdowała się pod rosyjską granicą nieopodal Elbląga, przejechawszy 2100 kilometrów BEZAWARYJNIE.

Obaj śmiałkowie mieli nadzieję dotrzeć z powrotem do Krakowa, z którego zaczęli rajd, w niedzielę.

Jechali z prędkością 60-65 km/h i syrenka – wyprodukowana w warszawskiej FSO w 1976 roku, radziła sobie bez problemu.

Pytałem, czy łatwo dzisiaj o paliwo do dwusuwów. Kierowcy leją litr mixolu na 30 litrów benzyny, ale p. Sroka twierdzi, że nie ma problemu, bo ludzie wciąż mają różne wynalazki, dwusuwowe kosiarki, piły i inne. Rozpoczęta 29 kwietnia wyprawa odbywa się zgodnie z planem.

Oczywiście, wszędzie na trasie syrena wzbudza zainteresowanie i podziw. Przy okazji dziękuję p. Arkadiuszowi Kamińskiemu – właścicielowi marki "Syrena" i projektantowi nowej syreny meluzyna, za numery do Polski.

Notabene, jak już pisałem, byłem niedawno w USA i trochę pojeździłem, bo aż na granice mojego dobowego zasięgu jazdy, do Północnej Karoliny. Zgadałem się tam o syrenie z kolegą Amerykaninem, pokazałem na iPhonie, a on mówi "beautiful".

No i proszę mi powiedzieć, czy to nie paradoks i rechot historii, że ta nasza poczciwa syrenka zaprojektowana oszczędną ręką w trudnych powojennych czasach dzisiaj daje tyle radości.

Dlatego trzymam kciuki za powodzenie projektu Arkadiusza Kamińskiego.

Wracając zaś do długich wojaży. – Jak mówię, 1300 km dziennie to limit mojej dziennej jazdy. Szczęśliwie droga na południe na wielu odcinkach pozwala na 70 mil na godzinę, co oznacza, że wszyscy jeżdżą 80. Moje 14-letnie BMW spisywało się doskonale, tym bardziej że ma założone letnie opony przeciwdeszczowe. (Jak twierdzi inż. Zakrzewski z Ludexa – nigdy za mało przypominania, że opony są bardzo ważne, bo opona to jedyne miejsce, w którym nasze auto styka się z drogą) – A w deszczu było ok. 600 km – przy prędkości 130 kilometrów na godzinę można troszkę nadgonić czas, choć oczywiście człowiek ma strach ze względu na polujących na inostrańców miejscowych "zastępców szeryfa".

Dwie rzeczy drażnią – podobnie jak u nas w Kanadzie, w wielu stanach można spotkać ludzi, którzy uważają, że mają prawo jechać z obowiązującą prędkością maksymalną lewym pasem. Jest to niebezpieczne dla innych użytkowników, którzy chcą jechać szybciej, i prowadzi do karkołomnych sytuacji drogowych.

Przydałoby się, aby od małego wpajać dzieciom, że lewy pas jest do wyprzedzania!

W tym przypadku poważnie odbiegamy od niemieckiej kultury drogowej – w RFN, wiadomo, że jeździmy prawym pasem. W USA niestety nie.

Druga rzecz to wspomniane kiedyś fartuchy na koła. Jak mówię, kilkaset kilometrów jechałem w deszczu (szczęśliwie bez tornad) i za każdym autem ciągnął się warkocz wody niczym za kometą Halleya. Przy wyprzedzaniu wycieraczki machały jak opętane, a i tak mało było widać.

Naprawdę fartuchy to prosty pomysł!

Jak pokonywać długą drogę bezpiecznie?

Po pierwsze, krótkie, ale częste przerwy, po drugie, zainteresowanie jazdą – wyprzedzanie, zmiana pasów – słowem – jestem obecny myślami na drodze i koncentruję się na tym, co robię, a nie siedzę rozwalony i znudzony, błądząc myślami po przyjemnych kształtach, przy włączonym cruise control.

Druga sprawa, częste zmiany pozycji, raz półleżąca, potem znów do pionu – to – podobnie jak przerwy – poprawia krążenie.

Trzecia sprawa – dobre jedzenie. Nie, nie mam na myśli wykwintnych restauracji, lecz pogryzanie czegoś sensownego. Moim odkryciem są kawałki grapefruita – przed drogą obieram i kawałkuję 6 grapefruitów, a potem często jem, grapefruit pozwala nieco niwelować uczucie głodu, a dodatkowo nawadnia.

No i oczywiście woda pitna. – Unikam odwadniającej kawy i tłustego jedzenia.

Taka mniej kaloryczna dieta dobrze działa na rozjaśnianie szarych komórek i pozwala zachować przytomność umysłu. Wiadomo, że człowiek jest trochę drapieżnikiem, i jak jest nieco przegłodzony, to lepiej myśli, zaś jak zje, to od razu ma ochotę położyć się na gałęzi ze spuszczonym ogonem.

Podsumowując. Mimo zrobienia tam i z powrotem blisko 3 tys. kilometrów, jechało się znakomicie i nienudno. A to znaczy, że bezpiecznie.

O czym zapewnia
Wasz Sobiesław

piątek, 25 kwiecień 2014 14:07

"Check engine" to nie koniec świata

Napisane przez

Witam po krótkiej przerwie świątecznej spowodowanej koniecznością dłuższej podróży – jeżdżenie po kontynencie amerykańskim ma wiele dobrych stron, ale może zmęczyć. Tak czy owak, dzisiaj nie będziemy mówić o nowych modelach samochodów, a zajmiemy się pewnym niepozornym światełkiem na tablicy rozdzielczej, które – wydawałoby się – istnieje jedynie po to, by spędzać nam sen z oczu. Mówię oczywiście o "check engine".

Zapala się toto czasem, gaśnie, a czasem zostaje z nami na dłużej. Jak głosi dowcip, pewna pani zaniepokojona dzwoniła do dilera z pretensją, bo sprawdziła, że silnik jest na miejscu, a światełko nadal się świeci! Kierowcy starej daty radzą sobie z tym utrapieniem przy pomocy przylepca, którym zaklejają wredne światełko.

– Panie inżynierze, rozmawialiśmy przed zimą, zima się skończyła i chyba nam wszystkim dała w kość...

– Dała w kość, była bardzo ciężka, mrozy, skoki temperatury, ogromna ilość soli wysypana na nawierzchnie, jak również w tym roku już bardzo szeroko stosowano nowy środek przeciwko oblodzeniom autostrad, który niestety jest bardzo agresywny korozyjnie na elementy samochodu. Proszę o tym pamiętać, tego nikt na razie nie publikuje, ale z doświadczenia wiemy, że to bardzo nieprzyjemna substancja.

– Widać to po samochodach?

– Jest to środek bardzo agresywny jeżeli chodzi o przewody hamulcowe. Bardzo dużo mamy wymian przewodów, które skorodowały, przeciekają itd.
Więc moja rada na wiosnę – od czasu do czasu umyć samochód, z tym że wykupić najlepsze mycie z dobrym umyciem podwozia.
Dlaczego? Z dwóch prostych powodów. Zostało na pewno dużo soli w zakamarkach, i tego w żaden sposób oprócz silnego strumienia wody z odpowiednim natryskiem nie jesteśmy w stanie usunąć.

– Niektóre z tych firm, takie jak Krown, oferują odsalanie.

– Tak, mają nowe produkty. Na pewno warto spróbować, z tym że nie mam żadnego doświadczenia, jeśli chodzi o skuteczność, bo jest to nowa rzecz.

– Wystarczy pojechać do myjni?.

– Tak, i dobrze umyć.

A potem – tu moja gorąca rekomendacja – naprawdę dobrze sprawdzić samochód.

Na pewno wymienić olej. Wytłumaczę dlaczego. W powietrzu było masę soli, masę wilgoci, szczególnie że mieszkamy nad ogromnym jeziorem, które – jak każdy sobie zdaje sprawę – jest większe od Bałtyku – i to wszystko przez układ ssący dostawało się do silnika. Oczywiście wiem, że silnik to spalał, ale proszę nie zapominać, że część gazów, które są ubocznym produktem spalania, dostawała się do oleju. Ten olej został rozrzedzony, tak że na pewno to nie jest wielki wydatek go wymienić. Jednocześnie sprawdzić bardzo, bardzo dokładnie podwozie.

skorodowaneprzewody ham– Hamulce...

– Wszystkie linie hamulcowe. W samochodach japońskich, które mają specjalne plastikowe nakładki na linie hamulcowe, one pod tymi osłonami też korodują. Nie ma nic gorszego, kiedy mamy poważne hamowanie i pedał nam wpada w dół. Proszę mi wierzyć, to bardzo nieprzyjemne uczucie i zupełnie niepotrzebny stres. To jedna rzecz.

Druga sprawa, wszystkie elementy układu zawieszenia i kierowniczego samochodu. Masę samochodów po tej zimie ma luzy, te elementy bardzo ciężko pracowały, było masę lodu.

– Pozostały też po zimie straszne dziury w jezdniach.

– To jest już oddzielny temat. Z tego, co miasto oficjalnie przyznało, sto dwadzieścia ileś tysięcy zostało do załatania. Nie wiem, jak oni to policzyli, ale mają jakieś swoje metody. Czyli jest to ogromna ilość. I wiemy, bo każdy z nas jeździ codziennie do pracy, że jest to ogromne obciążenie układu kierowniczego i układu zawieszenia.

Kolejna sprawa, wszystkie elementy gumowe, które są pod zawieszeniem. Jest to bardzo, bardzo ważna rzecz, żeby to wszystko było sprawdzone, czy nie ma jakichś pęknięć, przecieków.

Radziłbym też sprawdzić opony. Wiem, że to śmieszne, ale proszę pamiętać, że jedyna rzecz, która łączy samochód z drogą, to opony.

– Ale to przed wymianą na letnie.

– Jeżeli ktoś wymienia na letnie, to jest zupełnie inna sytuacja. Ale wiele osób używa opon all season, więc dobrze byłoby to sprawdzić.
I w zasadzie to wszystko. Jeszcze oczywiście trzeba zwrócić uwagę na układ chłodzenia samochodu, bo teraz temperatury pójdą do góry, sprawdzić gumowe węże.

– Jak Pan radzie właśnie z tymi gumami? Paski wymieniać? Bo to są czasem takie rzeczy, które mogą zepsuć cały silnik, jak np. pasek rozrządu.

– Jeżeli chodzi o pasek rozrządu, to nie podejrzewam, że zima mogłaby mieć jakikolwiek wpływ. To jest zgodne z kilometrami, kiedy dana wytwórnia zaleca wymienić, to trzeba wymienić. Z tym że coraz mniej tych samochodów jest. Wracamy pomalutku z powrotem do łańcuchów. Wszystkie nowe samochody – Honda na przykład kompletnie się wycofała z tego, GM też zaczyna się pomału z pasków rozrządu się wycofywać.

– Ze względu na awaryjność?

– Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie, ale inżynierowie doszli do wniosku, że przy nowych silnikach, przy nowych obciążeniach, kiedy masę silników jest turbo...

– Generalnie mają coraz mniejszy litraż i wyżyłowane bardziej moce.

– Tak. Zobaczymy, jak to będzie długo działała, ale taka jest tendencja. Przepisy są takie, że samochód nie może spalać więcej, bo trzeba płacić karę. No więc wszyscy robią to, wszyscy poszli tą metodą, że to są czterolicyndrowe silniki turbo. Wszyscy pomalutku do tego wracają, łącznie z firmą BMW, co jest najśmieśniejsze.

– A jak ktoś przyjeżdża do Pana, to pierwszą rzeczą jest czytanie komputera, czy trzeba go sczytać po zimie, sensory?

– Nie, nie ma nic związanego z temperaturą. Te rzeczy raczej już są na tyle dopracowane, że nie, a jeżeli, to raczej check engine się zapali i wtedy trzeba sprawdzić. Sól się też dostaje tam, koroduję te połączenia.

– Pan kiedyś mówił, że to są niskowoltowe napięcia, a jak dochodzi jeszcze woda, to różnie to bywa, więc musimy się liczyć z takimi rzeczami?

– Oczywiście, musimy się liczyć. Dlatego mówię, umycie samochodu jest bardzo, bardzo ważną sprawą, umycie tych rzeczy pod – z tym że nie wiem, czy ktoś teraz myje silnik, bo ze względu na przepisy ochrony środowiska jest coraz trudniej taką rzecz zrobić.

– Ale zawsze był ten dwugłos – myć silnik, nie myć silnika. W Canadian Tire można kupić preparaty do spryskania.

– Ale to nie jest to, co dawniej nazywaliśmy myciem, bo to chodzi o to, że ten preparat ma rozpuścić brud i ułatwić jego usunięcie, a usuwa go głównie silny strumień wody. I to co mówiłem, ta sól się tam dostaje i na pewno powoduje korozję. To wiemy, bo bardzo często mamy z tym do czynienia, że połączenia elektryczne są skorodowane, i to przy komputerowej kontroli silników jest potwornie ważną rzeczą. Może to spowodować bardzo, bardzo dużo kłopotów, bardzo dziwnych kłopotów, bo samochód się zaczyna zachowywać bardzo dziwnie. Tak że elektryka to jest teraz jeden z najważniejszych tematów w samochodzie.

– Bo to jednak jest komputer i samochód. Każdy silnik teraz bez komputera nie działa.

– Praktycznie nie ma już takich. Nie ma samochodów, które nie byłyby kontrolowane komputerem.

Chciałbym jeszcze dodać, wracając do konieczności sprawdzenia hamulców, że trzeba skontrolować, czy jakieś elementy nie są zatarte. Szczególnie japońskie samochody, jak mazda, wiele hond, czasami zdarza się, że i samochody GM mają te same problemy, że zacierają się elementy.

– Na czym to polega?

– Klocki się zacierają w tzw. brackets, sliders.

– Co zrobić, przedmuchać?

– Generalnie rekomendujemy klientom zrobić serwis hamulców. To jest mniej więcej na cały samochód wydatek rzędu 120 dolarów, ale wtedy mamy pewność, że nagle ni stąd, ni zowąd nie będziemy musieli wydać tysiąca lub więcej na wymianę. To jest związane po zimie z korozją, na to trzeba bardzo zwracać uwagę.

– Na koniec zapytam o rzecz, którą się Pan nie zajmuje, ale czy radziłby Pan jakoś szczególnie karoserię zabezpieczać?

– Bardzo to polecam, szczególnie w samochodach nowszych, czyli tych 4-5-letnich, dobre woskowanie bardzo pomaga, przedłuża życie lakieru. Proszę pamiętać, że lakier też ma mikropęknięcia, woda też się tam dostaje i powoduje pękanie. Oczywiście, te lakiery, które kiedyś były, to już jest prehistoria. Technika poszła do przodu i teraz są clear coat jednowarstwowe, dwu-trzywarstwowe, dlatego te samochody tak ładnie bardzo długo wyglądają.

Oczywiście to można zrobić samemu, w ładny, ciepły dzień, niedziela najbliższa się podobno zapowiada plus 14, można umyć samochód, wysuszyć go dokładnie i kupić taki wosk, położyć go ręcznie, później to elegancko wypolerować.

– Na zdrowie to wyjdzie, człowiek się porusza... Następnym razem poproszę o rozmowę już w lecie.

– Tak, po zimie, zrzucimy trochę kilogramów.

Rozumiem, że będzie pan chciał rozmawiać o systemie klimatyzacji. Jak będzie gorąco, zapraszam serdecznie. Postaram się przygotować trochę informacji o nowszych systemach, bo wchodzi nowy gaz, który jest dopiero stosowany tutaj w samochodach z tego roku, jest on kompletnie inny. Postaram się dowiedzieć o nim jak najwięcej, a o pozostałych systemach bardzo chętnie opowiem, jakie mamy systemy, co możemy zrobić, jak system trochę cieknie, żeby nie za duże pieniądze wydać, a mieć tę klimatyzację...

– W takim razie dziękuję bardzo i do kolejnego razu...

Rozmawiał Sobiesław Kwaśnicki